Biologia
  Wiw.pl   Na bieżąco:  Informacje   Co nowego   Matematyka i przyroda:  Astronomia   Biologia   Fizyka   Matematyka   Modelowanie rzeczywistości   Humanistyka:  Filozofia   Historia   Kultura antyczna   Literatura   Sztuka   Czytaj:  Biblioteka   Delta   Wielcy i więksi   Przydatne:  Słowniki   Co i gdzie studiować   Wszechświat w obrazkach    
 Jesteś tutaj:  Wirtualny Wszechświat > Biologia > Ewolucjonizm > Psychologia ewolucyjna - eseje 
  Indeks
Ewolucjonizm
Psychologia ewolucyjna
Wprowadzenie
Biologia, kultura, seks -
wybór esejów:

Wielkie idee . . .
Spory wokół ewolucji
Polityczna genetyka
Geny i kultura
Egoizm czy . . .
Ludzie i bestie
Myszy i ludzie
Gen agresji
Prawda o kłamstwie
Seks i władza
  Źródło
Esej pochodzi z książki Krzysztofa Szymborskiego
Poprawka z natury


  Seks i władza, cd.
 
       Dla Fukuyamy, który ma etykietkę myśliciela prawicowego, marksizm był zbrodnią przeciw ludzkiej naturze, słusznie ukaraną wyrzuceniem na śmietnik historii. Z nagłym wybuchem entuzjazmu konserwatystów wobec teorii ewolucji (jak ten świat się zmienia!) kontrastuje wyraźny dystans bądź otwarta wrogość lewicy wobec psychologii ewolucyjnej. Tłumaczy się to niekiedy, z jednej strony, tradycyjną wiarą zwolenników idei postępu w zdolność człowieka do samodoskonalenia (której genetyczny determinizm zdaje się przeczyć), z drugiej – stosunkowo bardziej pesymistycznym poglądem konserwatystów w tej kwestii.
       Sprawa owego samodoskonalenia jest sama w sobie bogata w paradoksy. Mogłoby się wydawać, że wierze w możliwość samodoskonalenia powinno towarzyszyć przekonanie o osobistej odpowiedzialności jednostki za swoje czyny. Tymczasem to właśnie prawicowcy są bardziej surowi wobec ludzkich grzechów, lewicowcy zaś skłonni do pobłażliwego traktowania indywidualnych słabości, za które w ich przekonaniu znaczną część winy ponosi społeczeństwo. Udoskonalenie jednostek można wedle nich osiągnąć na drodze inżynierii społecznej i zmiany systemu polityczno–ekonomicznego – poprawiając ludzkość nie warto zawracać sobie głowy indywidualnymi przypadkami, ale należy załatwić sprawę hurtem. Lewica, sama skłonna do przesadnej wiary w determinizm kulturowy – czyli przekonanie, że jesteśmy tworami społeczeństwa – zarzuca prawicy niebezpieczną skłonność do determinizmu genetycznego.
       Gdzieś pośrodku, narażeni na polemiczny ostrzał prowadzony przez obie strony, znajdują się ludzie, którzy rzeczywiście wierzą, że teoria ewolucji rzuci nowe światło na mechanizm ludzkich zachowań jednostkowych i społecznych oraz pozwoli wprowadzić do dyskusji na temat natury człowieka bardziej obiektywne, naukowe kategorie. Do takich dyskutantów zalicza się zapewne Robert Wright, autor głośnej książki Moral Animal: The New Science of Evolutionary Psychology (Moralne zwierzę: nowa nauka – psychologia ewolucyjna), która przyczyniła się do szerokiej popularyzacji idei psychologii ewolucyjnej. Jej autor w sposób przekonujący dowodzi nie tylko tego, iż monogamia nie jest naturalną i najbardziej z punktu widzenia ewolucji efektywną strategią rozrodczą ludzkich samców, lecz także, że polityka – tak jak większość dziedzin ludzkiej aktywności – jest nierozerwalnie związana z seksem.
       Przypomnijmy pokrótce podstawowe przesłanki psychologii ewolucyjnej. Otóż ludzki gatunek swą biologiczną tożsamość zdobył we wczesnym paleolicie, kiedy hordy naszych przodków żyły na afrykańskiej sawannie. Kobiety zajmowały się głównie zbieractwem oraz rodzeniem i pielęgnowaniem dzieci, natomiast mężczyźni – polowaniem i bijatykami z sąsiednimi plemionami. Oczywiście, w przerwach działalności ekonomiczno–aprowizacyjnej i politycznej starali się jak najwięcej owych dzieci wyprodukować. Istotnym biologicznym bodźcem dla tego społecznego podziału pracy między dwie płci był zasadniczy rozziew w wielkości tzw. rodzicielskiej inwestycji, niezbędnej dla zapewnienia sobie biologicznego potomstwa. Od mężczyzn decyzja o rodzicielstwie nie wymagała wielkiego poświęcenia; mogli oni mieć liczne potomstwo z rozmaitymi kobietami, które z kolei, niezależnie od liczby partnerów, były w stanie w ciągu całego życia urodzić najwyżej dwadzieścioro dzieci.
       Ta dysproporcja miała, zdaniem przedstawicieli psychologii ewolucyjnej, trudne do przecenienia konsekwencje, które do dziś wpływają na nasze zachowania. Nie tylko takie, że jeśli chodzi o życie intymne, kobiety kierują się kryterium jakości, mężczyźni zaś – ilości. Fakt, iż jeden mężczyzna jest w stanie „zmonopolizować seksualnie” znaczną liczbę kobiet, oznacza, że inni stoją wobec groźby całkowitego fiaska reprodukcyjnego. W rezultacie, mężczyźni muszą o swe prawa rozrodcze toczyć ostrą konkurencyjną walkę. Kobiety są na ogół od tej konieczności zwolnione, znalezienie chętnego „dawcy nasienia” nie nastręcza bowiem zwykle problemu. Jeśli wierzyć Bronisławowi Malinowskiemu, niektóre spośród kobiet z Wysp Trobriandzkich uchodziły za tak szpetne, że wśród ich współplemieńców powszechne było przekonanie, iż jest wykluczone, by mogły one zostać zapłodnione przez jakiegokolwiek mężczyznę. Fakt, że kobiety te zwykle miały jednak liczne potomstwo, uznawany był wśród Trobriandczyków za definitywny dowód dzieworództwa...
       Od konkurencyjnej męskiej walki o prawa rozrodcze jest oczywiście tylko krok do polityki. Ilustracją tego twierdzenia jest obfity materiał zebrany w trakcie badań przez antropologa Laurę Betzig, która od lat zajmuje się analizą seksualnych obyczajów przedstawicieli dawnych cywilizacji. Jej zdaniem walka mężczyzn o władzę ma u swego biologicznego podłoża motyw prokreacyjny. Tak jak, dajmy na to, wśród szympansów, podobnie w wielu dawnych społeczeństwach ludzkich sukces rozrodczy był skorelowany z pozycją w hierarchii. Choć dziś wielodzietność, także w gospodarczo rozwiniętych krajach, często idzie w parze z ubóstwem, w starożytnych Chinach do obowiązków cesarskich należało zapładnianie setek, a nawet tysięcy kobiet, których żaden inny mężczyzna nie ważył się tknąć. Ponieważ jednak wiarygodne dane liczbowe na temat reprodukcyjnych sukcesów cesarzy chińskich nie przetrwały do naszych czasów (choć Robert Wright wspomina o cesarzu z dynastii Zhou, który miał 37 żon i 81 konkubin, nie potrafi jednak ustalić liczebności jego potomstwa), na oficjalnych listach rekordów figurują postacie historycznie nam bliższe. Pewnym źródłem naszej dumy może być fakt, że przez pewien czas na czele listy rekordzistów figurował król polski August II Mocny, szczęśliwy ojciec około 350 dzieci. Został on jednak zepchnięty na drugie miejsce przez siedemnastowiecznego sułtana Maroka Ismaila, zwanego Krwiożerczym, który spłodził ponad 800 synów (córek sułtan nie liczył).
góra strony
poprzedni esej
  
[1]
  
[2]
  
[3]
  
                   
Wiw.pl  |  Na bieżąco  |  Informacje  |  Co nowego  |  Matematyka i przyroda  |  Astronomia  |  Biologia  |  Fizyka  |  Matematyka  |  Modelowanie rzeczywistości  |  Humanistyka  |  Filozofia  |  Historia  |  Kultura antyczna  |  Literatura  |  Sztuka  |  Czytaj  |  Biblioteka  |  Delta  |  Wielcy i więksi  |  Przydatne  |  Słowniki  |  Co i gdzie studiować  |  Wszechświat w obrazkach