Biologia
  Wiw.pl   Na bieżąco:  Informacje   Co nowego   Matematyka i przyroda:  Astronomia   Biologia   Fizyka   Matematyka   Modelowanie rzeczywistości   Humanistyka:  Filozofia   Historia   Kultura antyczna   Literatura   Sztuka   Czytaj:  Biblioteka   Delta   Wielcy i więksi   Przydatne:  Słowniki   Co i gdzie studiować   Wszechświat w obrazkach    
 Jesteś tutaj:  Wirtualny Wszechświat > Biologia > Ewolucjonizm > Psychologia ewolucyjna - eseje 
  Indeks
Ewolucjonizm
Psychologia ewolucyjna
Wprowadzenie
Biologia, kultura, seks -
wybór esejów:

Wielkie idee . . .
Spory wokół ewolucji
Polityczna genetyka
Geny i kultura
Egoizm czy . . .
Ludzie i bestie
Myszy i ludzie
Gen agresji
Prawda o kłamstwie
Seks i władza
  Źródło
Esej pochodzi z książki Krzysztofa Szymborskiego
Poprawka z natury


  Seks i władza, cd.
 
       Przedmiotem sporu między zwolennikami determinizmu kulturowego i determinizmu genetycznego jest oczywiście kwestia, czy mężczyźni dążą do władzy po to, by dać upust swym seksualnym żądzom, czy też dlatego pozwalają sobie na rozwiązłość, że posiadają władzę? Dla Roberta Wrighta, Laury Betzig czy innych rzeczników psychologii ewolucyjnej, takich jak Deborah Blum – której książka Sex on the Brain: The Biological Differences Between Men and Women ( Mózg a płeć: biologiczne różnice między mężczyznami i kobietami) odniosła duży sukces – nie ulega wątpliwości, że pierwsze słowo należy do biologii. Na pytanie, czy człowiek jest gatunkiem predestynowanym przez naturę do monogamii, można według Blum odpowiedzieć, przeprowadzając prosty test – po prostu stając przed lustrem. Spośród zamieszkujących Ziemię ssaków tylko około 3%, głównie gryzonie, praktykuje monogamię. Jest ona najbardziej rozpowszechniona wśród ptaków, jaszczurek i niektórych ryb. Charakterystyczną cechą tych nielicznych „przyzwoitych” gatunków jest zanik dymorfizmu płciowego – samce i samice wyglądają w nich identycznie. Nasz wygląd wystarczy więc za dowód. Nic dziwnego, że spośród 1154 zbadanych przez antropologów ludzkich społeczeństw, 980 praktykowało lub nadal praktykuje poligamię. W niektórych kulturach była ona tak powszechna, że większość mężczyzn o niskiej randze społecznej, dla których nie starczało kobiet, skazana była na bezpotomność. Na przykład słynny wódz Inków Atahualpa posiadał harem tysiąca pięciuset kobiet, a przedstawiciele jego administracji średniego szczebla mieli dokładnie wyznaczone limity, zależne od zakresu ich władzy. Jego bliscy doradcy mogli mieć pięćdziesiąt żon, przywódcy wasalskich plemion – trzydzieści, gubernatorzy prowincji o ludności przekraczającej 100 tysięcy dusz – dwadzieścia. I tak dalej, aż do pospolitych wioskowych sołtysów, którzy rządząc pięcioma mężczyznami, mieli prawo do trzech żon.
       Czy wobec dowodów naszej naturalnej skłonności do poligamii, a także korelacji między statusem w hierarchii społecznej i sukcesem rozrodczym, akty małżeńskiej niewierności prezydenta Clintona powinny zostać mu wybaczone lub wręcz potraktowane jako dowód jego przywódczych kwalifikacji? Przedstawiciele psychologii ewolucyjnej bynajmniej tego nie twierdzą. Robert Wright, którego koncepcje stały się zresztą przedmiotem ostrej krytyki ugrupowań feministycznych, uznał za stosowne zająć jednoznaczne stanowisko w kwestii seksualnej rozwiązłości polityków, opowiadając się raczej po stronie Petersona i Somita niż Fukuyamy. Przed kilku laty w wypowiedzi dla tygodnika „The New Republic” oświadczył:
Przeciwstawianie się „zewowi natury” jest częścią koncepcji, na której opiera się nasz system sprawowania władzy. Funkcjonowanie demokracji polega między innymi na tym, że nakłada ona ograniczenia na korzyści, które mogą wypływać z wysokiego statusu społecznego. [...] W systemie demokratycznym urząd polityczny jest przywilejem nadanym przez społeczeństwo, a w zamian za to społeczeństwo stawiać może swym politykom etyczne wymagania.
       Być może jednak Wright zbyt pochopnie odżegnuje się od biologii, gdy pisze o ludzkich zachowaniach w dziedzinie polityki. Koncepcja biologicznej adaptacji jest tak pojemna, że zdaniem wielu ewolucjonistów także moralnie wyższe formy zachowań, takie jak troska o dobro innych czy przestrzeganie surowych norm etycznych, są wytworami ewolucji, a zatem zostały zapisane w naszych genach. W tych poglądach można się dosłuchać echa pewnych idei Freuda, według którego cała ludzka cywilizacja jest ubocznym produktem seksualnej represji. Wobec powszechnie dziś panującej Darwinowskiej koncepcji doboru naturalnego uzasadnienie takiej tezy wymagałoby jednak wskazania konkretnych mechanizmów selekcyjnych, które faworyzują takie „właściwe moralnie zachowania”, a także, być może, odwołania się do kontrowersyjnej idei „doboru grupowego”. W ogłoszonej w 1934 roku, dziś już częściowo zapomnianej książce Sex and Culture (Seks i kultura) niejaki J. D. Unwin dowodził – ponoć na podstawie przeprowadzonych przez siebie analiz rozwoju i upadku 86 historycznych kultur – że osiągnęły one pełnię rozwoju i wykazały maksymalną ekspansywność w okresach, gdy obyczaje seksualne ich przedstawicieli były najsurowsze, a monogamia oraz wierność małżeńska stanowiły powszechnie przyjęte normy społeczne.
       Nikt, jak się wydaje, nie powtórzył badań Unwina, stosując współczesne standardy naukowej rzetelności, toteż powiedzieć wypada, że na postawione na wstępie pytanie o „naturalność” demokratycznego systemu rządów nauka nie może jeszcze udzielić definitywnej odpowiedzi. Adepci „nauk biopolitycznych” nie zaprzątają sobie jednak głowy wyłącznie poszukiwaniem rozwiązań takich zasadniczych kwestii, zajmując się raczej obserwacją i interpretacją codziennych zachowań obywatelskich, takich jak udział w głosowaniu. Próbują także wyjaśnić, dlaczego demokratyczne społeczeństwo głosuje na tych, a nie innych przywódców. Przykładowo, w amerykańskich wyborach prezydenckich zwycięża z reguły kandydat, który przewyższa wzrostem konkurenta. Co więcej wiadomo, że od 1912 roku, gdy William Howard Taft opuścił Biały Dom, żaden z prezydentów Stanów Zjednoczonych nie nosił brody ani wąsów – od pięćdziesięciu lat z górą żadna partia nawet nie wysunęła kandydata z zarostem. Niektórzy uczeni – jak Roger Masters, profesor nauk politycznych z Dartmouth College – brak zarostu interpretują jako symboliczną demonstrację kontroli sprawowanej nad naturą, inni twierdzą, że tendencja ta odzwierciedla generalną niechęć do przesadnego manifestowania dymorfizmu płciowego. Jakakolwiek jest przyczyna tego zastanawiającego zjawiska – być może w naszych demokratycznych obyczajach szybko doganiamy Amerykę...
 
marzec 1998
góra strony
poprzedni esej
  
[1]
  
[2]
  
[3]
  
                   
Wiw.pl  |  Na bieżąco  |  Informacje  |  Co nowego  |  Matematyka i przyroda  |  Astronomia  |  Biologia  |  Fizyka  |  Matematyka  |  Modelowanie rzeczywistości  |  Humanistyka  |  Filozofia  |  Historia  |  Kultura antyczna  |  Literatura  |  Sztuka  |  Czytaj  |  Biblioteka  |  Delta  |  Wielcy i więksi  |  Przydatne  |  Słowniki  |  Co i gdzie studiować  |  Wszechświat w obrazkach