Biblioteka
  Wiw.pl   Na bieżąco:  Informacje   Co nowego   Matematyka i przyroda:  Astronomia   Biologia   Fizyka   Matematyka   Modelowanie rzeczywistości   Humanistyka:  Filozofia   Historia   Kultura antyczna   Literatura   Sztuka   Czytaj:  Biblioteka   Delta   Wielcy i więksi   Przydatne:  Słowniki   Co i gdzie studiować   Wszechświat w obrazkach    
  Jesteś tutaj:   Wirtualny Wszechświat > Biblioteka > Matematyka > ENIGMA  



[1]  [2]  [3]  [4]  [5]  [6]  [7]  [8]  [9]  [10] 
Sytuacja sprzyjała także wzmocnieniu władzy premiera. Tylko Churchill miał wgląd w cały system wywiadowczy. Na tym etapie jego umysł był jedynym miejscem, gdzie materiał układał się w całość. Taki stan rzeczy wyraźnie nie odpowiadał resortom wojskowym ani resortowi spraw zagranicznych, zwłaszcza gdy Churchill wykazywał "skłonność do zaskakiwania ich nieprzetworzonymi strzępami informacji, o której nigdy nie słyszeli", i "oczekiwał działania lub komentarza ze strony szefów sztabów lub Ministerstwa Spraw Zagranicznych, a także wysyłał bezpośrednie sygnały na pola bitew i do dowódców".

Wojnę - pisał Churchill w 1930 roku - "kompletnie zepsuto. Wszystko jest winą demokracji i nauki". Nadal jednak czynił użytek z demokracji i nauki, gdy okazywały się potrzebne, i nie pominął tych, którzy produkowali komunikaty. Latem 1941 roku odwiedził Bletchley i wygłosił do zgromadzonych wokół niego na trawie kryptoanalityków płomienne przemówienie. Zaszedł do zespołu nr 8, gdzie przedstawiono mu bardzo zdenerwowanego Alana Turinga. Premier zwykł nazywać pracujących w Bletchley "gęsiami, które złożyły złote jaja i nigdy nie gdaknęły". Alan był gęsią najtłustszą.

Ostatni niemiecki statek zaopatrzeniowy zatopiono 23 czerwca 1941 roku. Tego dnia zdarzyło się jednak jeszcze coś, co dawało do myślenia: Tweedledum zwrócił się przeciwko drzemiącemu Czerwonemu Królowi. Nie tylko Stalina złapano na drzemce. Uzyskane z lotniczej Enigmy dowody, wskazujące na nieuchronną niemiecką napaść, stały się przedmiotem kolejnego sporu między GCCS i dowództwami wojsk, które nie wierzyły własnym oczom. Teraz jednak rozpoczęła się wojna światowa. Atlantyk znalazł się na tyłach Niemiec, Morze Śródziemne stało się boczną sceną. Reguły gry uległy zmianie, zakończył się okres anarchii.

Wiosną 1941 roku Alan nawiązał nową przyjaźń. Jej obiektem stała się Joan Clarke, co postawiło go przed bardzo trudnym dylematem. Najpierw parę razy wyszli razem do kina, spędzili wspólnie kilka wolnych dni. Po krótkim czasie wszystko podążało wyraźnie w jednym kierunku. Oświadczył się, a Joan ochoczo go przyjęła.

W 1941 roku wielu ludzi uznałoby za nieważne to, że małżeństwo nie odpowiadało jego dążeniom seksualnym. Koncepcja małżeństwa, na które składa się także wzajemna satysfakcja seksualna, wciąż wydawała się zbyt nowoczesna i nie zdążyła wyprzeć tradycyjnego obrazu małżeństwa rozumianego jako obowiązek społeczny. Alan nigdy nie kwestionował relacji małżeńskich, oddających żonie rolę gospodyni domowej, pod innymi względami przyjmował wszakże bardziej nowoczesny punkt widzenia, a przede wszystkim był skrajnie uczciwy. Tak więc kilka dni później uprzedził Joan, że nie mogą liczyć na spełnienie, ponieważ ma "skłonności homoseksualne".

Spodziewał się, że to wyznanie zakończy całą sprawę, zaskoczyło go więc, że tak się nie stało. Nie docenił jej; Joan nie była osobą, którą mogłoby zniechęcić straszne słowo. Narzeczeństwo trwało dalej. Alan ofiarował jej pierścionek i oboje pojechali do Guildford, by dokonać oficjalnej prezentacji wobec rodziny Turingów, co odbyło się bez komplikacji. Po drodze zjedli obiad z rodziną Clarke'ów - ojciec Joan był duchownym w Londynie.

Zapewne wiele myśli przechodziło Alanowi przez głowę, gdy, na przykład, Joan przystąpiła w Guildford do komunii razem z jego matką. Prawdopodobnie próbował przytłumić gwałtowność swoich odczuć w sposób nie do utrzymania na dłuższą metę. Mglistemu określeniu "skłonności" zabrakło całkowitej uczciwości, z jaką wyrażał się wobec swoich intymnych przyjaciół. Gdyby rzeczywiście zasugerował Joan, że idzie o coś więcej, poczułaby się dotknięta i oburzona. Opowiedział jej o Bobie, tłumacząc, dlaczego ma wobec niego zobowiązania finansowe, i zapewniając, że sprawa nie ma charakteru seksualnego - znów prawda, lecz nie cała. Łączyła ich wszakże arystokracja talentu, nawet jeśli Alan był jej zwierzchnikiem; oznajmił jej wyraźnie, że cieszy go, iż może mówić do niej "jak do mężczyzny". Alan często czuł się zagubiony w kontaktach z dziewczynami z zespołu nr 8, także dlatego, że nie potrafił sobie poradzić ze "zniżaniem się do ich poziomu", jak tego oczekiwano. Pozycja kryptoanalityka nadawała jednak Joan status mężczyzny honoris causa.

Alan tak zorganizował zmiany, by mogli pracować razem. W czasie pracy Joan nie nosiła pierścionka i tylko Shaun Wylie dowiedział się o zaręczynach, ale pozostali się domyślali, że coś wisi w powietrzu. Alanowi udało się znaleźć kilka butelek rzadkiego wówczas sherry, które odłożył na biurowe przyjęcie, gdy nadejdzie czas obwieszczenia ich związku. Poza pracą rozmawiali trochę o przyszłości. Alan stwierdził, że chciałby mieć dzieci, ale, oczywiście, nie mogło być mowy o porzuceniu przez nią tak ważnej pracy w tak ważnej chwili. Ponadto wynik wojny rysował się wówczas, w lecie 1941 roku, bardzo niejasno, a Alan skłaniał się ku pesymizmowi. Wydawało się, że nic nie powstrzyma sił Osi w Rosji i na południowym wschodzie.

Rzecz jasna, gdy Alan stwierdzał, że może mówić do Joan jak do mężczyzny, nie oznaczało to, iż musi to robić w sposób namaszczony. Wprost przeciwnie, mógł swobodnie być sobą, bez potrzeby świadczenia konwencjonalnych uprzejmości. Gdy wymyślał kolejną zabawę, oboje włączali się doń z rozkoszą. Nauczył się robić na drutach, potrafił nawet wykonać rękawiczki, choć nie umiał zszyć końców; Joan wytłumaczyła mu, jak zwieńczyć dzieło.

Radość - lub trudność - rodziła się z łatwości, z jaką rozwijali swoją przyjaźń. Oboje lubili szachy i dobrze do siebie pod tym względem pasowali, choć Joan była nowicjuszką, a jej zainteresowanie tą grą zrodziło się podczas kursu dla początkujących, prowadzonego przez Hugha Alexandera. Alan nazywał to "śpiącymi szachami", gdyż zajęcia odbywały się po zakończeniu dziewięciogodzinnej nocnej zmiany. Joan miała tylko kartonową szachownicę kieszonkową, a że w warunkach wojennych trudno było o figurki, wymyślili własne rozwiązanie. Alan wydobył nieco gliny z okolicznych dołów i razem ulepili z niej potrzebne elementy, które potem on wypalił w zakamarkach węglowego kominka w swoim pokoju w Crown Inn. Rezultat okazał się całkiem zachęcający, choć nieco kruchy. Alan próbował też zbudować jednolampowe radio; opowiadał o tym, które złożył w szkole, lecz tym razem mu się nie udało.

Podczas pobytu w Londynie wybrali się na poranne przedstawienie sztuki Bernarda Shawa. Alan przeżywał właśnie okres zainteresowania Thomasem Hardym, więc pożyczył Joan jego Tess d'Urberville. W końcu to Hardy, wraz z Samuelem Butlerem, byli tymi pisarzami, którzy atakowali konwenanse epoki wiktoriańskiej. Alan i Joan więcej czasu spędzali jednak na długich przejażdżkach rowerowych po okolicy. A że Joan uczyła się w szkole botaniki, mogła dzielić z Alanem jego pasje, rozbudzone jeszcze przez Cuda przyrody. Szczególnie interesował się wzrostem i kształtem roślin.

Przed wojną czytał klasyczne dzieło biologa D'Arcy Thompsona Growth and Form (Wzrost i kształt), opublikowane w 1917 roku, lecz wciąż jedyne, które prezentowało matematyczny opis biologicznej struktury. Pociągało go zwłaszcza występowanie w przyrodzie liczb Fibonacciego - ciągu zaczynającego się od liczb:

1, 1, 2, 3, 5, 8, 13, 21, 34, 55, 89, ...,

w którym każda następna liczba jest sumą dwóch poprzednich. Liczby te można spotkać w układzie liści i we wzorach kwiatów wielu znanych roślin - związek między matematyką i przyrodą, który dla innych stanowił zwykłą ciekawostkę, dla niego był źródłem podziwu.

Kiedyś Alan i Joan leżeli na trawniku w Bletchley Park - być może po partii tenisa - i oglądali stokrotki. Zaczęli o nich rozmawiać i Joan opowiedziała, jak uczono ją zapisywać i klasyfikować układ liści w roślinach: posuwając się wzdłuż łodygi w górę, należało policzyć liście i obroty wokół łodygi, poprzedzające dojście do liścia, znajdującego się bezpośrednio nad punktem wyjścia. Otrzymane liczby układają się zwykle w ciąg Fibonacciego. Pewnego dnia Alan wyciągnął z kieszeni szyszkę jodłową, na której można było znaleźć liczby Fibonacciego, ale to samo dawało się zauważyć na pojedynczych kwiatkach w kwiatostanie stokrotki. W tym przypadku trudniej odkryć, jak należy liczyć płatki, więc Joan zaczęła się zastanawiać, czy przypadkiem liczby Fibonacciego nie są skutkiem obranej metody zliczania. Podobny pogląd głosił D'Arcy Thompson, zwalczający w książce myśl, iżby liczby miały jakiekolwiek znaczenie w przyrodzie. Narysowali kilka wykresów, by sprawdzić swoją hipotezę, lecz nie zadowoliło to Alana, rozmyślającego dalej o tym, "jak rosną stokrotki".

W 1941 roku każdy musiał sam się obszywać i urządzać, wynajdywać sobie własne rozrywki. W Clock House, gdzie w tym roku zmarła pani Morcom, jedzono młode koziołki, w Bletchley kryzys zaopatrzeniowy nie tylko odbijał się na pracy zespołu nr 8, lecz przejawiał się także w nędznych stołówkowych obiadach. Pomijając narzuconą przez warunki dietę, atmosfera oblężenia, w której tak ważne w latach trzydziestych XX wieku kwestie społecznych konwenansów popadały teraz w zapomnienie, odpowiadała Alanowi. Zawsze lubił sam robić różne rzeczy, czy to rękawiczki, czy też radia lub twierdzenia o prawdopodobieństwie. W Cambridge nauczył się określać godzinę na podstawie gwiazd. Teraz wojna była po jego stronie. W usamodzielniającej się Anglii każdy musiał żyć w sposób coraz bardziej Turingowski, starając się jak najlepiej wykorzystać energię.

Dobrze to rozumiano w wyższych kręgach Bletchley, establishmencie złożonym w dużej mierze z czytelników "New Statesmana", filtrując twórcze elementy tradycji starych uniwersytetów i pozostawiając za sobą mentalność szkół wyższych sfer wraz z mizoginicznym popijaniem wina w męskim towarzystwie. W tym czasie wykiełkowały już amatorskie kluby teatralne i temu podobne. Alan, jak zwykle, unikał tego rodzaju kontaktów i nigdy nie stał się ozdobą życia towarzyskiego w Bletchley. W pewnym stopniu był jednak "postacią", choć bez dominującego egoizmu znacznie starszego Dillwyna Knoxa. Zachował maniery nieśmiałego chłopca z sąsiedztwa, co nieco osłabiało jego obojętność wobec konwencji. Wśród ludzi z zespołu nr 8 uchodził za "profa"; choć wszyscy pozyskani pracownicy byli "osobami typu profesorskiego", do niego to określenie pasowało szczególnie. Zwalniało to od trudności wyboru formy zwracania się do niego, zwłaszcza kobiety, i świadczyło o szacunku, a jednocześnie określało dyletanctwo jego manier - raczej profesorek niż wybitny autorytet. Joan także nazywała go w pracy Profem, choć poza pracą Alan zwracał jej uwagę - chciał uzyskać od niej obietnicę, że tego nigdy nie uczyni, gdy on naprawdę zostanie profesorem lub rzeczywiście powróci do życia akademickiego. Wyczuwał w tym zwrocie akcent trywialności, szybko wychwycony przez panią Turing, która porównała go do zwyczaju żon z niższych warstw klasy średniej, polegającego na zwracaniu się do mężów z tytułu zamiast z imienia. Chodziło wszakże i o to, że Alan nie chciał uchodzić za człowieka zarozumiałego z powodu profesorskiej pozycji.

Każdy w King's nazywał Profem także Pigou, z podobnych zresztą przyczyn. W istocie rzeczy, byli do siebie dość podobni. David Champernowne przedstawił ich sobie przed wojną i Pigou stał się być może jedynym spośród starszych wykładowców King's ("starych pierników", jak Alan zwykł ich określać), który dobrze poznał Alana i wzbudził w nim podziw. Pigou cechowało "dobre zrozumienie relacji logicznych i [...] fanatyczna intelektualna prawość", posiadł przy tym "zdumiewającą zdolność upraszczania życia i wszystkich jego istotnych przejawów". "Odrzucił całkowicie broń w postaci udawania", a jego "oko poszukiwało piękna w górach i mężczyznach" - słowa, które równie dobrze mogły odnosić się do Alana.

Przezwisko Alana niosło w sobie aluzję do jego roli w szkole jako tolerowanego "mózgu matematycznego", z globusem gwiazd i wahadłem, autora wyczynu, polegającego na przyjechaniu rowerem z Southampton. Tak jak w szkole, w kręgach Bletchley krążyły opowieści o jego ekscentryczności. Na początku czerwca Alan cierpiał na katar sienny, który go oślepiał podczas jazdy rowerem do pracy; nie dbając o wygląd, zakładał więc maskę gazową, by się chronić przed pyłkami. Rower sam w sobie też należał do unikatów, trzeba było bowiem liczyć obroty do momentu, gdy wygięta szprycha dotykała pewnego przegubu (jak w maszynie szyfrowej), by następnie podjąć akcję zapobiegającą spadnięciu łańcucha. Rozszyfrowanie wady roweru sprawiło Alanowi ogromną radość, gdyż oznaczało, że oszczędził sobie kilka tygodni oczekiwania na naprawę - i to wtedy, gdy rower stał się znów tym, czym był, kiedy go wynaleziono: środkiem do uzyskania wolności. Oznaczało to także, że nikt prócz Alana nie mógł z niego korzystać. W obronie swojego kubka (także niezastąpionego w warunkach wojny) Alan był bardziej bezpośredni, przywiązał go bowiem łańcuchem szyfrowym do rury kaloryfera w zespole nr 8. Schowano mu go jednak, ot tak, aby go podrażnić.

Spodnie podtrzymywane sznurkiem, piżama pod płaszczem - prawdziwe czy nie, historyjki zaczęły obiegać środowisko. Teraz, gdy Alan stał się swego rodzaju władzą, nerwowość jego zachowań częściej niż poprzednio skupiała czujną uwagę otoczenia. Oto jego głos, który, bywało, zawieszał się w połowie zdania na wysokim "A-a-a-a-a", podczas gdy on sam szukał - z wyraźnym wysiłkiem myśli - odpowiedniego wyrażenia, starając się nie przerywać wypowiedzi. Gdy wreszcie słowo się znalazło, mogło się okazać zupełnie nieoczekiwane: jakaś niewybredna analogia, żargonowy zwrot, łamigłówka lub zaskakująca myśl albo niegrzeczna propozycja, a przy tym śmiech, dźwięczący jak maszyna; śmiałość, ale nie tyle szorstkość człowieka, który wszystko już widział i stracił złudzenia, co raczej ostrość widzenia tego, który ogarnia wszystko świeżym spojrzeniem. Uczniowskie zachowanie - tylko tak umieli to określić. Kiedyś, gdy po zespołach krążyła ankieta personalna, jakiś dowcipniś wpisał za niego: "Turing A. M., lat 21", na co inni, łącznie z Joan, stwierdzili, że powinno być "lat 16".

Mało dbał o pozory, a najmniej o własny wygląd, który na ogół sugerował, że przed chwilą podniósł się z łóżka. Nie lubił golić się brzytwą, więc używał starej golarki elektrycznej - przypuszczalnie dlatego, by nie zemdleć na widok krwi w przypadku skaleczenia. Miał stale podkrążone oczy, co tylko podkreślało ciemną i szorstką cerę, wymagającą więcej niż pobieżna uwaga, jaką jej poświęcał, oraz żółte zęby, choć nie palił. To jednak, co najbardziej rzucało się w oczy, to jego niezwykłe ręce, z dziwnymi pręgami na paznokciach - nigdy czystych lub obciętych, wyglądających tym gorzej, że jeszcze długo przed wojną nabrał nerwowego zwyczaju dłubania wokół nich, doprowadzając do powstawania nieprzyjemnych, łuszczących się blizn.

W pewnym stopniu jego brak zainteresowania wyglądem, podobnie jak skromny tryb życia, stanowiły przejaskrawiony przykład tego, co ludzie określali jako "profesorskie maniery", stąd robiły znacznie większe wrażenie na osobach spoza kręgu uniwersyteckiego niż na tych, którzy od dawna byli przyzwyczajeni do widoku jeżdżących rowerami i z trudem wiążących koniec z końcem wykładowców. Odbiegała od tej profesorskiej typologii jego osobliwa młodzieńczość, ale Alan Turing wciąż reprezentował wobec świata leżącego za murami Oksfordu i Cambridge wartości King's College. Reakcja na jego dziwactwa stanowiła najczęściej skoncentrowaną mieszankę skonfundowanego szacunku i niejasnych podejrzeń, z jakimi tradycyjnie spoglądano na angielskich intelektualistów. Odnosiło się to zwłaszcza do Guildford, gdzie zaręczyny postrzegano w kategoriach typów: on - nieśmiały wobec kobiet wykładowca, ona - "córka wiejskiego pastora" [nie była nią, ale taka o niej panowała w Guildford opinia] i sawantka, "kobieta-matematyczka". Jeśli nawet było to poniżające, owo powtarzanie powierzchownych anegdotek o jego skądinąd sensownych reakcjach na drobne życiowe wyzwania służyło odwracaniu uwagi od pytań trudniejszych i bardziej niebezpiecznych: co taki Alan Turing sądzi o świecie, w którym żyje? Angielska ekscentryczność pełniła rolę wentyla bezpieczeństwa dla tych, którzy wątpili w ogólne zasady społeczne. Bardziej wrażliwi w Bletchley mieli świadomość pokładów introspekcji i subtelności manier, jakie kryły się za okolicznościowymi śmiesznymi opowiastkami. Być może jednak on sam przychylnie przyjmował ów rechot nad swoimi zwyczajami, gdyż tworzył dla niego barierę ochronną, nie naruszając jego integralności. On, ten naiwny outsider w centrum zainteresowania, mógł zachować prywatność tam, gdzie naprawdę miało to znaczenie.

W lecie 1941 roku znacznie bardziej światowy obserwator, Malcolm Muggeridge, miał powody, by odwiedzić Bletchley i zauważyć, że:

Codziennie po obiedzie, gdy pogoda sprzyjała, łamacze szyfrów grywali w palanta na trawniku przed rezydencją. Przyjmowali na wpół poważny sposób bycia, jaki narzucają sobie wykładowcy, angażujący się w działania, które mogą być uznane za frywolne lub mało znaczące w porównaniu z ich doniosłymi badaniami. Potrafili więc dyskutować o jakimś szczególe związanym z grą z równym zapałem, jaki poświęciliby dysputom o wolnej woli czy determinizmie [...] Kiwając z namysłem głowami, wchłaniając głośno powietrze nozdrzami, mówili: "Uważałem, że moje uderzenie było pewniejsze" albo "Mogę stwierdzić bez popadania w sprzeczność, iż moja prawa stopa znajdowała się już [...]".

Alan istotnie miał zwyczaj wdychania w ten sposób powietrza przed zabraniem głosu, gdy w zespole nr 8 dyskutowano po pracy o grach, wolnej woli i determinizmie.

Czytał właśnie nową książkę Dorothy Sayers The Mind of the Maker (Umysł Stwórcy). Nie mieściła się w zwyczajowym kanonie jego lektur; Sayers podjęła próbę interpretacji chrześcijańskiej doktryny boskiego stworzenia świata przez pryzmat własnej twórczości jako powieściopisarki, ale Alana pociągało wyzwanie, jakie swoją wyrafinowaną postawą rzucała wolnej woli. Postrzegała ją z boskiej perspektywy, w świetle swojej wiedzy o fikcyjnych postaciach, które muszą odnaleźć własną integralność i nieprzewidywalność, nie zdeterminowane przez zarysowany na początku plan. Szczególnie spodobał się Alanowi towarzyszący opisowi laplasjańskiego determinizmu obraz Boga, który "po stworzeniu świata nałożył skuwkę na pióro, spuścił nogi na dywanik i pozostawił swoje dzieło, by dalej zajmowało się sobą samo".

Wizja nie grzeszyła oryginalnością, ale musiała wydawać się szczególnie uderzająca, gdy w pobliżu tykały Bomby samodzielnie wykonujące swoją pracę, a wrenki realizowały przypisane im zadania, nie mając pojęcia, czemu służą. Fascynował go fakt, że ludzie potrafią całkiem bezmyślnie uczestniczyć w bardzo wymyślnych przedsięwzięciach.

Maszyny - i ludzie działający jak one - zajęły obszerne połacie zapełniane dotąd przez ludzką myśl, osąd i poznanie. Niewiele osób rozumiało funkcjonowanie systemu, tajemniczej wyroczni, wydającej nieprzewidywalne sądy. Mechaniczne, zdeterminowane procesy kończyły się mądrymi, zadziwiającymi decyzjami. Istniał tu jakiś związek z konstrukcjami myślowymi, zawartymi w "Liczbach obliczalnych" - które bynajmniej nie popadły w zapomnienie. Alan wyjaśnił Joan koncepcję maszyny Turinga i podarował jej odbitkę jednej z prac Churcha, choć, jak się wydaje, nie wywołał w niej oczekiwanego entuzjazmu; wygłosił też odczyt o swoim odkryciu. Tymczasem maszyny Turinga, czytające i piszące, wcieliły się w niezwykle praktyczną sferę życia, wytwarzając swego rodzaju inteligencję.

Szachy stanowiły temat bardzo zbliżony do kryptoanalizy, i to taki, o którym można było rozmawiać w wolnych chwilach. Zainteresowanie Alana nie ograniczało się do rozrywki; z wysiłku włożonego w rozegranie partii starał się wyabstrahować pewne zasady. Zainteresowało go zwłaszcza pytanie, czy istnieje "jasno określona metoda" rozgrywania partii szachów - metoda maszynowa w gruncie rzeczy, choć niekoniecznie musiało to oznaczać konstrukcję fizycznej maszyny; raczej spisanie reguł, którymi mógłby się posługiwać bezmyślny gracz - coś w rodzaju "notatek z instrukcjami", składających się na koncepcję obliczalności. W rozmowach na ten temat Alan często mówił żartobliwie o grającym niewolniku. [...]

Jack Good, podobnie jak Alan, przesiąkł duchem Bletchley, stając się nie tylko matematykiem, lecz osobą, której sprawia przyjemność badanie związków między wiedzą logiczną i światem fizycznym. Jego też pociągały szachy, ale w odróżnieniu od Alana grywał w reprezentacji hrabstwa Cambridge. Już w 1938 roku opublikował niefrasobliwy artykuł o zmechanizowanej grze w szachy w pierwszym numerze "Eureki", czasopisma studentów matematyki w Cambridge. Alan nauczył Jacka Gooda gry w Go i po krótkim czasie także i w tej grze zaczął ponosić porażki.

[1]  [2]  [3]  [4]  [5]  [6]  [7]  [8]  [9]  [10] 
[  góra strony  ]

Wiw.pl  |  Na bieżąco  |  Informacje  |  Co nowego  |  Matematyka i przyroda  |  Astronomia  |  Biologia  |  Fizyka  |  Matematyka  |  Modelowanie rzeczywistości  |  Humanistyka  |  Filozofia  |  Historia  |  Kultura antyczna  |  Literatura  |  Sztuka  |  Czytaj  |  Biblioteka  |  Delta  |  Wielcy i więksi  |  Przydatne  |  Słowniki  |  Co i gdzie studiować  |  Wszechświat w obrazkach