Biblioteka
  Wiw.pl   Na bieżąco:  Informacje   Co nowego   Matematyka i przyroda:  Astronomia   Biologia   Fizyka   Matematyka   Modelowanie rzeczywistości   Humanistyka:  Filozofia   Historia   Kultura antyczna   Literatura   Sztuka   Czytaj:  Biblioteka   Delta   Wielcy i więksi   Przydatne:  Słowniki   Co i gdzie studiować   Wszechświat w obrazkach    
  Jesteś tutaj:   Wirtualny Wszechświat > Biblioteka > Klasycy nauki > Autobiografia




Wspomnienia o rozwoju mojego umysłu i charakteru

31 maja 1876 r.

Kiedy pewien niemiecki wydawca zwrócił się do mnie z prośbą, bym napisał coś o rozwoju mojego umysłu i charakteru oraz szkic autobiograficzny, sądziłem, że taka praca byłaby dla mnie przyjemną rozrywką, a również mogłaby zainteresować moje dzieci i wnuki. Wiem, jak bardzo zainteresowałoby mnie czytanie krótkiego choćby i nudnego szkicu napisanego przez mojego dziadka o jego umysłowości, o sposobie myślenia i pracy. Starałem się pisać tak, jakbym już nie żył i z innego świata spoglądał wstecz na własne życie. Nie jest to zresztą trudne, gdy życie jest już właściwie poza mną. Nie bardzo też dbałem o styl mojej pisaniny.

Urodziłem się w Shrewsbury 12 lutego 1809 r. Słyszałem nieraz, jak mój Ojciec mówił, że jego zdaniem pamięć ludzi obdarzonych wybitnym umysłem sięga zazwyczaj do bardzo wczesnego okresu życia. Ze mną jest inaczej, jako że najwcześniejsze moje wspomnienia sięgają czasów, gdy miałem cztery lata i kilka miesięcy, kiedy to chodziliśmy kąpać się w morzu w pobliżu Abergele. Przypominam też sobie, jak przez mgłę, niektóre miejsca i zdarzenia z tych czasów.

Matka moja zmarła w lipcu 1817 r., kiedy miałem niewiele ponad osiem lat i, rzecz dziwna, prawie jej nie pamiętam - z wyjątkiem jej łoża śmierci, czarnej aksamitnej sukni oraz osobliwie zbudowanego stolika do robót. Sądzę, że do tego braku wspomnień częściowo przyczyniły się moje siostry, które z żalu nie mogły mówić o niej ani wspominać jej imienia, częściowo zaś - ciężki stan jej zdrowia. Na wiosnę tego roku posłano mnie do szkoły [day-school] w Shrewsbury, do której uczęszczałem przez rok. Nim poszedłem do szkoły, uczyła mnie siostra Karolina, lecz wątpię, by to przyniosło jakiś pożytek. Opowiadano mi, że uczyłem się gorzej niż moja młodsza siostra Katarzyna, a przypuszczam, że i pod wielu innymi względami byłem nieznośnym chłopcem. Karolina była niezwykle uprzejma, zdolna i pilna. Była ona zanadto nawet gorliwa w swych wychowawczych wysiłkach. Po tylu bowiem latach pamiętam dokładnie, jak wchodząc do pokoju, w którym się znajdowała zapytywałem w duchu: "Co mi ona znów wytknie?" - i zacinałem się w uporze, aby nic sobie nie robić z jej wymówek.

Kiedy zacząłem chodzić do szkoły, moje zamiłowanie do historii naturalnej, a zwłaszcza do gromadzenia zbiorów, było już silnie rozwinięte. Starałem się poznać nazwy roślin i kolekcjonowałem najprzeróżniejsze rzeczy: muszle, pieczątki, znaczki, monety i minerały. Moja pasja kolekcjonerska, która może z człowieka zrobić przyrodnika-systematyka, znawcę lub skąpca, była bardzo silnie rozwinięta; była to najwyraźniej rzecz wrodzona, gdyż żadna z moich sióstr ani brat nigdy nie zdradzali podobnego zamiłowania.

Pewne drobne wydarzenie z tego okresu pozostawiło ślad w moim umyśle, albowiem miałem później z tego powodu ciężkie wyrzuty sumienia. Jest ono ciekawe, bo wskazuje, że już w tak młodym wieku interesowałem się zmiennością roślin! Opowiedziałem mianowicie pewnemu chłopczykowi (sądzę, że był to Leighton, który został później znanym lichenologiem i botanikiem), że potrafię otrzymywać rozmaicie ubarwione narcyzy i pierwiosnki przez podlewanie ich barwnymi płynami, co było oczywiście wierutną bajką i czego nigdy nie próbowałem dokonać. Muszę się również przyznać, iż jako mały chłopiec byłem bardzo skłonny do komponowania różnych zmyślonych historii, i to zawsze dla wywołania sensacji. Tak np. pewnego razu zerwałem z drzew Ojca mnóstwo doskonałych owoców, ukryłem je w krzakach, a następnie tracąc niemal dech z pośpiechu pobiegłem rozgłosić, że wykryłem całą masę skradzionych owoców.

W tym też mniej więcej czasie lub być może nieco wcześniej kradłem nieraz owoce i później je zjadałem. Jedna z moich metod była naprawdę odkrywcza. Ogród kuchenny zamykano wieczorem. Otaczał go wysoki mur, dostawałem się nań jednak łatwo przez sąsiadujące z nim drzewa. Następnie zatykałem długi kij w otwór dosyć dużej doniczki kwiatowej i podnosząc ją w górę podstawiałem pod dojrzałe brzoskwinie i śliwki, które wpadały do doniczki i w ten sposób dostawały się w moje ręce. Pamiętam, jak będąc jeszcze zupełnie małym chłopcem, wykradałem jabłka z ogrodu i dawałem je następnie chłopcom mieszkającym w pobliskim domku. Zanim jednak ich obdarowałem, demonstrowałem im szybkość biegu i dziwię się doprawdy, w jaki sposób uszło mojej uwadze, iż tylko z chęci otrzymania jabłek wyrażali oni podziw i zdumienie dla moich wyczynów. Pamiętam jednak doskonale, jak było mi miło usłyszeć, że nigdy nie widzieli chłopca biegającego tak szybko!

Z okresu kiedy byłem w szkole p. Case'a, przypominam sobie jeszcze tylko jedno zdarzenie, a mianowicie pogrzeb dragona. Zadziwiające, jak dokładnie jeszcze dziś pamiętam konia z zawieszonymi na siodle butami i karabinem zmarłego oraz salwy nad grobem. Scena ta głęboko poruszyła całą poetycką wyobraźnię, jaką wtedy posiadałem.

W lecie 1818 r. wstąpiłem do szkoły [great school] dra Butlera w Shrewsbury i pozostawałem tam siedem lat - aż do połowy lata 1825 r., kiedy to ukończyłem szesnasty rok życia. Mieszkałem wówczas w szkole, pędząc z wielkim dla mnie pożytkiem życie prawdziwego ucznia, ale ponieważ odległość od mojego domu wynosiła niewiele więcej ponad milę, przeto biegałem tam często podczas dłuższych przerw i przed zamknięciem sali na noc. Myślę, iż było to dla mnie korzystne, gdyż podtrzymywało moje przywiązanie do domu rodzinnego i zainteresowanie jego sprawami. Pamiętam, jak w pierwszym okresie mojego życia w szkole często musiałem biec bardzo szybko, aby zdążyć na czas, a że biegałem dobrze, zawsze mi się to jakoś udawało. Gdy zaś miałem co do tego wątpliwości, gorąco prosiłem Boga o pomoc. Przypominam sobie doskonale, jak to przypisywałem moje sukcesy modlitwom, nie zaś szybkiemu biegowi i nie mogłem się nadziwić, że Bóg mi tak często pomaga.

Ojciec mój i starsze siostry opowiadały mi, że gdy byłem jeszcze bardzo młodym chłopcem, wykazywałem wielkie zamiłowanie do dalekich samotnych przechadzek, lecz o czym myślałem wtedy - nie wiem. Niekiedy byłem bardzo zamyślony. Pewnego razu gdy wracałem ze szkoły, znalazłem się na szczycie dawnych fortyfikacji otaczających Shrewsbury, przez które biegła ścieżka dla pieszych ogrodzona tylko z jednej strony. Zboczyłem z niej i spadłem w dół, lecz wysokość nie była większa niż siedem czy osiem stóp. Niemniej jednak w czasie tego bardzo krótkiego, nagłego i całkiem nieoczekiwanego upadku przez mój umysł przemknął tak zadziwiający nawał myśli, że trudno jakoś fakt ten pogodzić z poglądem głoszonym, jak się zdaje przez fizjologów, że każda myśl wymaga pewnego określonego, dającego się wymierzyć czasu.

Kiedy zacząłem chodzić do szkoły, musiałem być bardzo naiwny. Jeden chłopiec, nazwiskiem Garnett, zaprosił mnie pewnego dnia do cukierni i kupił tam parę ciastek, za które nie zapłacił, ponieważ cieszył się zaufaniem sprzedającego. Gdyśmy wyszli, zapytałem go, dlaczego nie zapłacił za ciastka, a on mi odpowiedział: "Jak to, nie wiesz, że mój wuj zapisał miastu wielką sumę pieniędzy pod warunkiem, iż każdy kupiec da bez zapłaty wszystko, co potrzebne każdemu, kto będzie nosił jego stary kapelusz i poruszy nim w pewien osobliwy sposób". Następnie pokazał mi, jak to należy robić, po czym wstąpił do innego sklepu, gdzie mu również ufano, zażądał jakiejś drobnostki, poruszył kapeluszem w odpowiedni sposób i rzeczywiście otrzymał bez zapłaty wybrany przedmiot. Gdyśmy wyszli, powiedział: "Jeśli chcesz wejść do cukierni (jakże dobrze pamiętam miejsce, w którym się znajdowała), pożyczę ci mojego kapelusza, a poruszając nim odpowiednio na głowie, otrzymasz wszystko, czego tylko zapragniesz"... Uradowany, przyjąłem tę szlachetną propozycję, wszedłem do sklepu, poprosiłem o kilka ciastek, poruszyłem starym kapeluszem, lecz gdy wychodziłem ze sklepu, właściciel rzucił się ku mnie. Zostawiłem ciastka i uciekłem ledwie żywy. Byłem zdumiony, gdy przeniewierca, mój przyjaciel Garnett, powitał mnie wybuchem śmiechu.

Muszę to sobie samemu przyznać, że byłem dzieckiem ludzkim, humanitarnym, lecz zawdzięczam to całkowicie naukom i dobremu przykładowi moich sióstr. Wątpię zresztą, czy humanitaryzm jest naturalną czy też wrodzoną właściwością. Znajdowałem wiele przyjemności w zbieraniu jaj ptasich, lecz nigdy nie zabierałem z gniazda więcej niż jedno. Raz tylko wyjątkowo zabrałem wszystkie, nie dla ich wartości zresztą, lecz przez pewnego rodzaju brawurę.

Miałem też wielkie zamiłowanie do rybołówstwa i godzinami mogłem siedzieć nad brzegiem rzeki lub stawu wpatrując się w pływak. Gdy jednak w Maer [w domu wuja K. Darwina - J. Wedgwooda] powiedziano mi, że robaki można zabijać słoną wodą, nigdy już od tego dnia nie zakładałem na haczyk żywego robaka, jakkolwiek wpływało to niekorzystnie na moje połowy. Raz wszakże zdarzyło mi się postąpić bardzo okrutnie. Kiedy byłem zupełnie jeszcze małym chłopcem - zacząłem właśnie chodzić do szkoły, a może było to jeszcze wcześniej -zbiłem szczenię, i to jak sądzę, jedynie dla przyjemności poczucia własnej siły. Bicie jednak nie musiało być zbyt bolesne, ponieważ piesek nie skowyczał, a tego jestem pewien, gdyż działo się to blisko domu. Postępek ten jednak ciążył mi bardzo na sumieniu, o czym świadczy choćby fakt, że bardzo dokładnie przypominam sobie miejsce, w którym dopuściłem się tego występku. Dokuczało mi to tym bardziej, iż zarówno wtedy, jak i później pasjami lubiłem psy. Psy zdawały się wiedzieć o tym, bo celowałem w zdobywaniu ich miłości kosztem przywiązania do ich właścicieli.

Nic nie mogło gorzej wpłynąć na rozwój mojego umysłu niż szkoła doktora Butlera, ponieważ była ściśle klasyczna i poza nielicznymi wiadomościami z geografii i historii starożytnej nie uczono w niej niczego więcej. Szkoła nie była dla mnie drogą prowadzącą do wykształcenia. Przez całe życie nie byłem zdolny do opanowania jakiegokolwiek języka. Specjalną uwagę poświęcano tam pisaniu wierszy, a ja nigdy tego nie umiałem dobrze robić. Miałem jednak wielu przyjaciół i zgromadziłem ładną kolekcję dawnych wierszy; zestawiając je, z pomocą innych chłopców - opracowywałem każdy temat. Wiele uwagi zwracano na pamięciowe wyuczenie się lekcji z poprzedniego dnia. Przychodziło mi to bardzo łatwo i podczas rannego nabożeństwa uczyłem się po czterdzieści lub pięćdziesiąt wierszy z Wergiliusza lub Homera. Praca ta jednak była najzupełniej bezużyteczna, ponieważ po czterdziestu ośmiu godzinach zapominałem każdego wyuczonego na pamięć wiersza. Nie byłem leniem i - z wyjątkiem wersyfikacji - sumiennie studiowałem klasyków, nie korzystając z "kluczy". Jedyną moją przyjemnością w tego rodzaju studiach było czytanie niektórych ód Horacego, którego uwielbiałem. Gdy opuściłem tę szkołę, nie byłem na swój wiek ani zbyt zaawansowany, ani też nie pozostawałem bardzo w tyle i sądzę, że zarówno moi nauczyciele, jak i mój Ojciec uważali mnie za zwykłego chłopca, stojącego pod względem intelektualnym raczej nieco poniżej przeciętnego poziomu. Ojciec powiedział mi raz, ku mojemu głębokiemu upokorzeniu: "Nic cię nie obchodzi poza strzelaniem, psami i łapaniem szczurów, wstyd przyniesiesz sobie i całej rodzinie". Lecz Ojciec, który był zresztą najłagodniejszym człowiekiem, jakiego znałem, którego pamięć jest najdroższa memu sercu, musiał być właśnie rozgniewany i nieco niesprawiedliwie użył takich słów.

Pragnąłbym teraz kilka stron poświęcić mojemu Ojcu, który pod wieloma względami był człowiekiem niezwykłym.

Wzrostu około 188 cm, szeroki w barach i bardzo korpulentny był najtęższym człowiekiem jakiego znałem. Ostatnio ważył 152 kg (24 stone), lecz później przybrał jeszcze znacznie na wadze. Głównymi cechami jego charakteru były spostrzegawczość i sympatia dla innych. Nie znałem nikogo, kto by go przewyższał lub nawet mu dorównywał pod tym względem. Swoją życzliwość okazywał on wszystkim otaczającym go ludziom nie tylko wówczas, gdy byli w biedzie, lecz nawet w wyższym jeszcze stopniu wtedy, gdy spotkała ich radość. Dlatego zawsze dążył do tego, by sprawiać innym przyjemność i choć nie lubił przesady, świadczył mnóstwo szlachetnych uczynków. Tak np. p. B., drobny przemysłowiec [w oryginale - manufacturer] z Shrewsbury, przyszedł raz i powiedział, że zbankrutuje, jeżeli nie uzyska pożyczki w wysokości 10 000 funtów; nie może on przy tym dać żadnej gwarancji posiadającej moc prawną. Ojciec mój miał jakieś powody, aby żywić przekonanie, że pożyczka zostanie spłacona i na podstawie intuicyjnej znajomości charakteru był pewny, że można mu zaufać. Wyłożył więc tę sumę, która była dla niego - młodego jeszcze wtedy człowieka - bardzo duża; po jakimś czasie została mu ona spłacona.

Sądzę, że ta właśnie sympatia do ludzi pozwoliła mu zdobywać nieograniczone zaufanie i w rezultacie doprowadziła do jego powodzenia jako lekarza. Zaczął praktykować, zanim ukończył dwadzieścia jeden lat, i już w ciągu pierwszego roku. Był w stanie za honoraria utrzymać dwa konie i służącego. W następnym roku jego praktyka się powiększyła i tak było do czasu, gdy przestał praktykować mając już ponad sześćdziesiąt lat. Jego powodzenie jako lekarza było tym bardziej znamienne, że jak mi mówił, nie znosił początkowo swego zawodu, i to do tego stopnia, że gdyby tylko był pewny otrzymania najmniejszego kapitału lub gdyby jego ojciec dał mu możność wyboru, nic by go nie skłoniło do uprawiania zawodu lekarskiego. Myśl o operacji do końca życia doprowadzała go do mdłości i z trudnością znosił widok krwawiącego pacjenta. Lęk ten przekazał i mnie. Pamiętam bowiem przerażenie, które odczułem jako uczeń, gdy przeczytałem, że Pliniusz (o ile sobie przypominam) wykrwawił się na śmierć w ciepłej kąpieli. Ojciec opowiadał mi dwie dziwne historie o krwawieniu. Jedna związana była z przyjęciem go jak bardzo młodego człowieka do loży wolnomularskiej. Przyjaciel jego, który był masonem i który udawał, że nic nie wie o jego odrazie do widoku krwi, nadmienił mimochodem, gdy szli na zebranie: "Sądzę, że nie będziesz miał nic przeciwko utracie kilku kropli krwi?". Podobno przy przyjmowaniu go w poczet członków przewiązano mu oczy i odwinięto rękawy. Nie wiem, czy taka ceremonia odbywa się i obecnie, lecz mój ojciec wspominał ten wypadek jako doskonały przykład siły wyobraźni, ponieważ czuł on wyraźnie spływanie krwi wzdłuż ramienia i nie mógł prawie uwierzyć własnym oczom, gdy później nie znalazł najmniejszego nawet nakłucia na ręce.

Kiedyś gdy pewien znany rzeźnik z Londynu zasięgał porady mego dziadka, przyprowadzonego innego, ciężko chorego pacjenta; dziadek życzył sobie, aby towarzyszący aptekarz niezwłocznie dokonał upustu krwi. Poproszono, aby rzeźnik podtrzymał rękę chorego; ten jednak wymówił się od tego i wyszedł z pokoju. Wytłumaczył później dziadkowi, że chociaż, jak sądzi, zabił własnoręcznie więcej zwierząt niż ktokolwiek inny w Londynie, to - rzecz absurdalna - zemdlałby z pewnością na widok krwawiącego pacjenta.

Dzięki zaufaniu, jakie wzbudzał mój Ojciec, wielu pacjentów, a zwłaszcza panie, zasięgały jego rady w różnego rodzaju zmartwieniach, jak gdyby go uważały za spowiednika. Opowiadał mi, że zawsze zaczynało się od nieokreślonych skarg na stan zdrowia w ogóle, lecz jego doświadczenie pozwalało mu szybko zorientować się, o co właściwie chodzi. Wtedy wysuwał sugestię, że wchodzi tu w grę cierpienie duchowe i wówczas już otwarcie przedstawiano mu swe troski, nie wspominając więcej o dolegliwościach fizycznych. Często przedmiotem żalów były kłótnie rodzinne. Jeśli mężczyźni uskarżali się na żony i wyglądało na to, że kłótnia jest poważna, Ojciec udzielał następującej rady, która zawsze okazywała się skuteczna, jeśli tylko dokładnie wypełniono zalecenia, co wszakże nie zawsze miało miejsce. Mąż miał oświadczyć żonie, iż jest bardzo zmartwiony, że ich pożycie nie jest szczęśliwe - jest pewien, że żona będzie szczęśliwa, gdy się rozejdą i w niczym jej nie wini (w tym punkcie najczęściej nie stosowano się do rady), nigdy nie będzie jej oskarżał wobec kogokolwiek z ich krewnych i przyjaciół, a w końcu, że przyzna jej takie zaopatrzenie, na jakie go tylko stać. Miał ją następnie prosić, aby rozważyła jego propozycje. Ponieważ o nic jej nie oskarżano, uspakajała się rychło i szybko zdawała sobie sprawę, w jak trudnej sytuacji by się znalazła nie mogąc przeciwstawić żadnych zarzutów i gdy nie ona, lecz mąż proponuje separację. Wtedy zwykle żona prosiła męża, aby już nie myślał o separacji i zazwyczaj zachowywała się później lepiej niż poprzednio.

Ta umiejętność wzbudzania zaufania sprawiała, że zwierzano się Ojcu także z różnych nieszczęść i przewinień. Często mówił o tym, jak wiele jest nieszczęśliwych żon. Bywało często i tak, że małżonkowie żyli ze sobą zgodnie przez dwadzieścia i trzydzieści lat, a potem zaczynali się nienawidzić z całą pasją. Ojciec przypisywał to temu, że z chwilą gdy dzieci dorastały, rodzice tracili wspólne zainteresowania, które ich łączyły.

Najprzedziwniejszą jednak właściwością mego Ojca była zdolność określania charakteru, a nawet zdolność czytania w myślach ludzi, z którymi stykał się choćby na krótko. O tej jego umiejętności, która nieraz wydawała się prawie nadprzyrodzona, świadczy wiele przykładów. Dzięki temu ojciec uchronił się od niegodnych przyjaciół (z jednym wyjątkiem, ale i wtedy charakter tego człowieka został szybko odkryty). Pewnego razu w Shrewsbury zjawił się jakiś dziwny pastor. Robił on wrażenie zamożnego człowieka; wszyscy go odwiedzali, a i on sam zapraszany był do wielu domów. Ojciec odwiedził go raz, lecz po powrocie powiedział siostrom, aby pod żadnym pozorem nie zapraszały ani jego, ani jego rodziny do naszego domu, gdyż uważa, że człowiek ten nie jest godny zaufania. Po kilku miesiącach pastor nagle znikł zaciągnąwszy wiele długów i okazało się, że był niewiele lepszy od zwykłego oszusta. Inny znów przykład świadczy o zaufaniu, na które niewielu ludzi mogłoby się zdobyć. Razu pewnego odwiedził ojca jakiś irlandzki gentleman, zupełnie mu obcy. Oświadczył, że zgubił portfel, i że byłoby dla niego wielce niedogodne czekać w Shrewsbury, nim otrzyma pieniądze z Irlandii. Prosi więc ojca o pożyczenie mu 20 funtów, które natychmiast otrzymał, gdyż ojciec był przekonany, że cała ta historia jest prawdziwa. W możliwe najkrótszym czasie nadszedł list z Irlandii list pełen serdecznych podziękowań; miał on zawierać - jak napisano - angielski banknot dwudziestofuntowy. W liście jednak nie było żadnego banknotu. Zapytałem ojca, czy to nie wzbudza w nim jakichś wątpliwości, lecz ojciec odpowiedział: "Najmniejszych". Następnego dnia przyszedł drugi list z wieloma przeprosinami za to, iż przez zapomnienie pieniądze nie zostały włożone do poprzedniego listu (co bardzo pasuje do prawdziwego Irlandczyka).

Jeden z krewnych Ojca zasięgnął kiedyś jego rady w sprawie syna, który był istnym próżniakiem i nie chciał się zabrać do żadnej pracy. Ojciec odpowiedział: "Domyślam się, że ten zwariowany młody człowiek przypuszcza, że mu zapiszę większą sumkę. Powiedz mu, że nie zostawię mu ani grosza". Ojciec młodzieńca przyznał ze wstydem, że rzeczywiście taki absurdalny pomysł zaświtał w głowie syna i pytał Ojca, w jaki sposób to odkrył. Ojciec odpowiedział, że zupełnie tego nie wie.

Hrabia ... przyprowadził do Ojca swego siostrzeńca, który był psychicznie chory, lecz całkowicie spokojny. Choroba polegała na tym, że oskarżał się o wszystkie zbrodnie, jakie tylko istnieją. Gdy mój Ojciec omawiał następnie ten przypadek z wujem chłopca, rzekł: "jestem przekonany, że pański siostrzeniec rzeczywiście popełnił ... ohydną zbrodnię". Na to hrabia wykrzyknął: "O Boże, doktorze Darwin, kto to Panu powiedział. Sądziliśmy, że nikt poza nami o tym nie wie". Ojciec opowiadał mi to w wiele lat później. Zapytałem go, w jaki sposób odróżnił słuszne samooskarżenia od nieprawdziwych. Charakterystyczne dla Ojca było to, że nie mógł mi tego wyjaśnić.

Następująca historia wskazuje, jak trafne były przypuszczenia mojego Ojca. Lord Shelburn, późniejszy pierwszy markiz Lansdowne, słynął (jak o tym wspomina Macaulay) ze znajomości spraw europejskich, czym wielce lubił się chwalić. Zasięgał on kiedyś u Ojca porady lekarskiej, a później opowiadał o sprawach holenderskich. Kiedy ojciec studiował medycynę w Lejdzie, wybrał się kiedyś na wieś na wycieczkę z przyjacielem, który go zaprowadził do domu pastora (powiedzmy pana A., gdyż zapomniałem jego nazwiska) ożenionego z Angielką. Ojciec był bardzo głodny, a na drugie śniadanie było niewiele poza serem, którego nigdy nie jadał. Pani domu zdziwiona tym i zmartwiona zapewniała mego ojca, że jest to doskonały ser, przesłany jej z Bowood, posiadłości lorda Shelburna. Ojciec dziwił się, dlaczego przysyłano jej ser aż z Bowood, lecz nie zastanawiał się nad tym. Przypomniał sobie o tym w wiele lat później, gdy właśnie lord Shelburn opowiadał mu o Holandii. Rzekł tedy: "Z tego co wiem o p. A., sądzę, że był to bardzo zdolny człowiek i dobrze obznajomiony ze sprawami holenderskimi". Ojciec zauważył, że hrabia zmienił nagle temat rozmowy i był bardzo zaskoczony. Następnego ranka nadszedł list od hrabiego, który odłożył swój wyjazd, aby zobaczyć się z ojcem. Gdy przyszedł, powiedział: "Doktorze Darwin, zarówno dla mnie, jak i dla p. A. jest niezmiernie ważne, w jaki sposób odkrył pan źródło moich informacji o Holandii". Tak więc mój ojciec musiał wyjaśnić całą sprawę; sądził on, że lord Shelburn musiał podziwiać jego zmysł do spraw dyplomatycznych, gdyż przez wiele lat otrzymywał od niego liczne pozdrowienia przesyłane za pośrednictwem różnych przyjaciół. Sądzę, że lord musiał opowiadać tę historię dzieciom, ponieważ sir C. Lyell pytał mnie wiele lat temu, dlaczego markiz Lansdowne (syn lub wnuk pierwszego markiza) tak interesuje się mną i moją rodziną, chociaż mnie nigdy nie widział. Gdy wybierano czterdziestu nowych członków (czterdziestu złodziei - jak ich nazywano) do klubu Ateneum, wiele osób starało się tam dostać. Wówczas lord Lansdowne nie zwracając się nawet do mnie postawił moją kandydaturę i przeprowadził wybór. Jeżeli się nie mylę w moich przypuszczeniach, było to doprawdy dziwne powiązanie wypadków. Odmówienie spożycia sera przez mojego ojca pół wieku temu w Holandii spowodowało mój wybór na członka Ateneum.

W młodości Ojciec mój robił czasem krótkie zapiski dotyczące ciekawszych wydarzeń i rozmów; przechowywał je w osobnej kopercie.

Bystrość obserwacji pozwalała mu z wielkim talentem przewidywać przebieg każdej choroby; zalecenia lecznicze opracowywał on do najdrobniejszych szczegółów. Opowiadano mi, jak pewien doktor w Shrewsbury, który nie lubił mojego Ojca, zawsze twierdził, że jego praca jest nie naukowa, lecz przy tym przyznawał mu niezrównaną zdolność przewidywania przebiegu choroby. Dawniej gdy Ojciec jeszcze myślał, że zostanę lekarzem, wiele opowiadał mi o swoich pacjentach. Dawnymi czasy powszechnie stosowano upust krwi, lecz mój Ojciec utrzymywał, że więcej wyrządza się przez to szkody niż pożytku. Radził mi, abym na wypadek choroby nie pozwolił lekarzowi pobrać sobie więcej niż minimalną dawkę krwi. Na długo przedtem nim wyodrębniono tyfus jako jednostkę chorobową, ojciec mówił mi, że dwa zupełnie różne rodzaje chorób błędnie określa się jako tyfus. Był zdecydowanym przeciwnikiem alkoholu, gdyż był przekonany o bezpośrednim i dziedzicznym, fatalnym przeważnie wpływie jego działania , i to nawet w tych przypadkach, gdy jest on spożywany w umiarkowanych ilościach, lecz regularnie. Uważał jednak i nawet przytaczał na to przykłady, że niektórzy ludzie mogą pić przez całe życie bez żadnych wyraźnych przykrych następstw dla zdrowia; twierdził, że często z góry można przewidzieć, kto nie ucierpi z tego powodu. Sam nigdy nie pił ani kropli napojów alkoholowych. Ta uwaga nasuwa mi na myśl pewne wydarzenie wykazujące, jak to świadek w najbardziej nawet sprzyjających [prawdziwości świadectwa] okolicznościach może się całkowicie mylić. Ojciec zdecydowanie ostrzegał pewnego farmera przed piciem. Zachęcał go do abstynencji, mówiąc, że sam nigdy nie bierze do ust napojów alkoholowych. Na to usłyszał odpowiedź: "Ej, doktorze, nigdy w to nie uwierzę, bardzo to pięknie z pańskiej strony, bo mówi pan tak dla mojego dobra, ale wiem przecież, że pan co wieczór po obiedzie wypija dużą szklankę gorącego dżinu z wodą". Ojciec spytał go, skąd ma takie wiadomości. Pacjent powiedział: "Moja kucharka była u pana pomocnicą kucharki i widziała, jak każdego dnia lokaj przyrządzał i zanosił panu dżin i wodę". Dla wyjaśnienia dodam, że ojciec miał dziwny zwyczaj picia gorącej wody w dużej szklance po obiedzie. Lokaj zaś zwykł był najpierw nalewać do szklanki zimną wodę, którą dziewczyna wzięła za dżin, a następnie dopełniać gorącą wodą z kuchennego bojlera.

Ojciec opowiadał mi o wielu drobnych spostrzeżeniach, które mu pomagały w praktyce lekarskiej. Tak na przykład panie często płakały mówiąc mu o swoich troskach, co powodowało dużą stratę cennego czasu. Przekonał się wkrótce, że prośby o opanowanie się wywierały skutek wprost przeciwny. Dlatego później sam zachęcał je do płaczu, mówiąc, że to przynosi większą ulgę niż cokolwiek innego. Niezmienną reakcją na to było uspokojonie się i wówczas dopiero można się było dowiedzieć, co właściwie miały do powiedzenia, i udzielić im porady. Jeżeli ciężko chory pacjent zapragnął jakiejś dziwnej i niecodziennej potrawy, ojciec zapytywał go, co mu nasuwa myśl o niej. Jeśli odpowiedział, że nie wie, pozwalał mu zakosztować takich potraw, co często dawało dobre rezultaty, Wierzył bowiem, że chorzy miewają instynktowne zachcianki. Lecz gdy opowiadali, że słyszeli od kogoś o dobrych skutkach takiego jedzenia, zdecydowanie odmawiał swej zgody.

Pewnego razu zapoznał się z ciekawym przykładem natury ludzkiej. Był jeszcze młodym człowiekiem, gdy zawezwano go na konsylium z domowym lekarzem do pewnego gentlemana w Shropshire. Stary doktor oświadczył jego żonie, że przebieg choroby musi się skończyć niepomyślnie. Ojciec był innego zdania i utrzymywał, że pacjent wyzdrowieje. Okazało się, że mylił się całkowicie, i to pod każdym względem (wykazała to zapewne autopsja) i uznał swój błąd. Był przekonany, że już nigdy nie będzie wezwany do tej rodziny. Lecz parę miesięcy później wdowa zawezwała mego ojca odprawiwszy starego domowego lekarza. Ojciec tak był tym zdziwiony, że prosił przyjaciela wdowy, aby się dowiedział, dlaczego znów szukano u niego porady. Wdowa odpowiedziała przyjacielowi, że "nigdy więcej nie chce widzieć tego wstrętnego starego lekarza, który od razu zawiadomił ją, że mąż umrze, gdy tymczasem dr Darwin zawsze utrzymywał, że wyzdrowieje". W innym przypadku ojciec oświadczył jednej pani, że z całą pewnością musi się liczyć ze śmiercią męża. Po kilku miesiącach widział się z wdową, która była bardzo wrażliwa. Powiedziała mu: "Pan jest jeszcze bardzo młodym człowiekiem, więc pozwoli pan, że udzielę mu rady; niech pan zawsze, jak długo tylko można, pozostawia nadzieje temu, kto w rodzinie opiekuje się chorym. Wprawił mnie pan w rozpacz i od tej chwili straciłam siły". Od tego czasu, jak mówił mi ojciec, uważał on nieraz za rzecz niezmiennie dla dobra pacjenta ważną podtrzymywać nadzieję, a tym samym i siły osoby pielęgnującej. Często jednak trudno było to pogodzić z prawdą. Pewien starszy pan, p. Pemberton, uwolnił mego ojca od takiego kłopotu. Gdy bowiem został zawezwany, p. Pemberton powiedział mu: "Z tego co słyszałem o Panu, sądzę, że Pan zawsze mówi prawdę. Jeżeli bym więc zapytał o to, dowiem się na pewno, że jestem umierający. Bardzo bym pragnął, aby Pan miał mnie pod swą lekarską opieką, o ile mi Pan przyrzeknie, że cokolwiek bym mówił, zawszę usłyszę odpowiedź, że śmierć mi jeszcze nie grozi". Ojciec więc zgodził się na wygłaszanie słów, które w rzeczywistości nie będą miały żadnego znaczenia.

Ojciec posiadał nadzwyczajną pamięć, zwłaszcza do dat, tak że nawet wówczas gdy był już bardzo stary, znał daty urodzin, ślubu i śmierci całego mnóstwa osób w Shropshire. Mówił, że pamięć ta ciążyła mu, gdy raz usłyszawszy jakąś datę, nie mógł już jej zapomnieć, a to mu przypominało często o śmierci wielu przyjaciół. Dzięki doskonałej pamięci znał on olbrzymią ilość różnych dziwnych historii, które lubił i umiał zajmująco opowiadać. Zazwyczaj był w dobrym humorze, śmiał się i żartował z największą swobodą z każdym, nawet ze służbą. A przy tym każdego umiał skłonić do bezwzględnego posłuszeństwa. Wiele osób wręcz go się obawiało. Przypominam sobie, jak ojciec mówił mi raz ze śmiechem, że wiele osób pytało go, czy odwiedziła go już panna Piggott (starsza pani będąca wielką osobistością w Shropshire). W końcu zapytał, dlaczego go o to pytają. Wówczas dowiedział się, że panna Piggott, którą mój ojciec miał podobno śmiertelnie obrazić, opowiadała każdemu, że odwiedzi go i powie "temu grubemu, staremu lekarzowi wprost, co o nim myśli". Rzeczywiście go odwiedziła, lecz zawiodła ją odwaga i była tak uprzejma i miła, jak nikt inny. Jako chłopiec pojechałem raz do domu majora B., którego żona była umysłowo chora. Biedna ta osoba, gdy tylko mnie ujrzała, popadła w stan tak niepohamowanego strachu, z jakim się nigdy nie spotkałem, i ustawicznie się pytała, czy przyjdzie mój ojciec. Wkrótce się jednak uspokoiła. Po powrocie do domu pytałem ojca o powód jej przerażenia. Odpowiedział mi wówczas, że cieszy się słysząc to. Nastraszył ją bowiem celowo w przekonaniu, że może ona bezpiecznie pozostawać w domu i czuć się szczęśliwszą, jeżeli tylko mąż, w momencie gdy wpada ona w stan podniecenia, będzie mógł wpływać na jej zachowanie się grożąc przyjściem dra Darwina. Aż do końca jej długiego życia słowa te działały zawsze doskonale.

Ojciec był bardzo wrażliwy, tak że często drażniły go i bolały różne drobne sprawy. Zapytałem go raz, gdy był już w podeszłym wieku i nie mógł chodzić, dlaczego nigdy nie wyjeżdża dla rozrywki. Odpowiedział mi: "Każda droga idąca z Shrewsbury kojarzy się w moim umyśle z jakimś bolesnym przypadkiem". Na ogół jednak zawsze miał dobry humor i chociaż łatwo wpadał w gniew, jego bezgraniczna dobroć zyskiwała mu powszechną i głęboką miłość.

Był też przezorny w interesach i dobrze je prowadził, tak że do wyjątków należały wypadki, by stracił zainwestowane pieniądze; toteż pozostawił swym dzieciom spory majątek. Pamiętam jedną historię świadczącą o tym, jak łatwo powstają i rozpowszechniają się z gruntu fałszywe wiadomości. Pan E., członek jednej z najstarszych rodzin w Shropshire i główny udziałowiec banku, popełnił samobójstwo. Z obowiązku zawezwano ojca, który stwierdził zgon. Aby wykazać, jak załatwiano te sprawy w owych dawnych czasach, wspomnę mimochodem, że nie zarządzono żadnego dochodzenia, ponieważ p. E. Był znany i powszechnie poważany. Wracając do domu ojciec uważał za wskazane wstąpić do banku(w którym miał swój rachunek), aby powiedzieć o wypadku zarządzającemu banku, zachodziła bowiem możliwość runu na bank. Otóż rozpowiadano, że mój ojciec wstąpił do banku, podjął wszystkie swoje pieniądze, następnie wyszedł, aby wrócić za chwilę i powiedzieć: "Chciałem też zawiadomić, że p. E. popełnił samobójstwo", po czym miał odejść. Wydaje się, że ogólnie wówczas wierzono, iż pieniądze pobrane z banku są wtedy tylko pewne, gdy osoba, która je podjęła, wyszła z banku. Ojciec nie słyszał nic o tej sprawie, aż dopiero w jakiś czas później dowiedział się o tym, kiedy to zarządzający banku wspomniał, że musiał odstąpić od swej niezłomnej zasady nie ujawniania cudzych rachunków i pokazać wielu osobom księgę handlową z rachunkiem ojca, aby udowodnić, że w tym dniu ojciec nie pobrał z banku ani grosza. Byłoby to nieuczciwe ze strony ojca wykorzystywać dla własnej korzyści wynikające z pracy zawodowej wiadomości. Mimo to wiele osób podziwiało takie rzekome postępowanie i po wielu latach jeden z gentlemanów zauważył: "Oj, doktorze, co za wspaniały z pana człowiek interesu, aby tak sprytnie podjąć z banku wszystkie swoje pieniądze".

Umysł ojca nie był umysłem naukowca; nie dążył on do tego, by uporządkować swą wiedzę według jakichś praw ogólnych, jednak zawsze dla każdego wydarzenia starał się znaleźć jakieś teoretyczne wyjaśnienie. Nie sądzę, abym wiele zyskał od niego pod względem intelektualnym, lecz pod względem moralnym jego przykład przyświecał wszystkim jego dzieciom. Jedna z głoszonych przez niego złotych zasad (trudna do stosowania) brzmiała: "Nie bądź nigdy przyjacielem człowieka, do którego nie żywisz szacunku".

Co się tyczy Ojca mego ojca, autora "Ogrodu botanicznego" i in., wszystkie fakty, które zdołałem zebrać, podałem w opublikowanym jego "Życiorysie" ["Life"].

Powiedziawszy tyle o Ojcu dodam jeszcze parę słów o moim bracie i siostrach.

Brat mój Erazm odznaczał się niezwykle bystrym umysłem, licznymi i różnorodnymi zainteresowaniami, znajomością literatury, sztuki, a nawet nauk przyrodniczych. Przez krótki czas zbierał rośliny i prowadził zielnik, przez dłuższy okres zajmował się doświadczeniami chemicznymi. Był bardzo miły, a jego dowcip przypominał mi często dowcip zawarty w listach i utworach C. Lamba. Miał bardzo czułe serce, lecz od młodych lat był słabowity, wskutek czego brakowało mu energii. Nie był wesoły z usposobienia, często był smutny, zwłaszcza w początkowym i środkowym okresie wieku dojrzałego. Jako chłopiec wiele czytał, a w szkole zachęcał mnie do czytania i dawał mi książki. Nasze umysłowości i zamiłowania były jednak tak różne, że nie sądzę, abym pod względem intelektualnym zyskał wiele od niego ani też od czterech moich sióstr, które miały bardzo różne usposobienia, a niektóre z nich odznaczały się mocnym charakterem. Przez całe życie wszyscy oni darzyli mnie nadzwyczajną dobrocią i serdecznością. Jestem skłonny zgodzić się z Franciszkiem Galtonem, że wychowanie i otoczenie wywiera niewielki tylko wpływ na umysł i że nasze właściwości są przeważnie wrodzone.

Powyższy szkic o charakterze mego brata został napisany przed ogłoszeniem "Wspomnień" ["Remembrances"] Carlyle'a, które nie zawierają, jak mi się zdaje, wiele prawdy i nie mają większej wartości.

Gdy obecnie zastanawiam się nad swoim charakterem w czasach szkolnych, dochodzę do wniosku, że jedyną zaletą, która stanowiła dla mnie dobrą wróżbę na przyszłość, było w tym okresie to, iż miałem różnorodne i silnie rozwinięte zamiłowania. Wkładałem bardzo wiele energii we wszystko, co mnie interesowało; wielką przyjemność sprawiało mi dokładne zrozumienie jakiegoś złożonego tematu lub przedmiotu. Geometrii Euklidesa uczył mnie prywatny nauczyciel i bardzo wyraźnie przypominam sobie, jak wielkie zadowolenie dawały mi przejrzyste dowodzenia geometryczne. Równie dokładnie przypominam sobie radość, jaką sprawił mi mój wuj (ojciec Franciszka Galtona) objaśniając mi zasadę skali Verniera w barometrze. Co się tyczy rozlicznych upodobań, to oprócz tego że zajmowałem się przyrodoznawstwem, bardzo chętnie czytywałem też rozmaite książki; całymi godzinami potrafiłem przesiadywać we wnęce okiennej grubych murów szkolnych nad lekturą dramatów historycznych Szekspira. Czytywałem również inne poezje, jak na przykład świeżo wówczas ogłoszone poematy Byrona, Scotta oraz Thompsona "Pory roku". Wspominam o tym, ponieważ później, niestety, straciłem wszelkie zamiłowanie do poezji nie wyłączając i Szekspira. Mówiąc o zamiłowaniu do poezji dodam iż w 1822 roku odczułem żywy zachwyt na widok krajobrazu, jaki widziałem na krańcach Walii w czasie konnej wycieczki; wrażenie to było trwalsze od jakiejkolwiek innej przyjemności estetycznej.

W pierwszym okresie mego pobytu w szkole jeden z moich kolegów miał egzemplarz "Dziwów świata" [Wonders of the World - nie można ustalić dokładnie autora książki; według przypuszczeń rosyjskiego tłumacza "Autobiografii", Sobola (1957), mogła to być książka Thomasa Smitha; Sobol twierdzi, że w pierwszej połowie XIX w. pod tym tytułem ukazały się liczne książki różnych autorów - tłum.]; zaczytywałem się tą książką i dyskutowałem z kolegami prawdziwość niektórych podanych w niej faktów. Przypuszczam, że ta właśnie książka po raz pierwszy obudziła we mnie pragnienie podróży do dalekich krajów, co później spełniło się dzięki wyprawie na okręcie Beagle. W ostatnich latach mego pobytu w szkole stałem się namiętnym amatorem polowania i myślę, że nikt nie okazał tyle zapału dla najświętszej sprawy, ile ja do strzelania ptaków. Jakże dobrze przypominam sobie ustrzelenie pierwszego bekasa. Byłem tak wzruszony, że wskutek drżenia rąk z trudnością tylko mogłem ponownie nabić strzelbę. Upodobanie to trwało długo i stałem się bardzo dobrym strzelcem. Będąc w Cambridge próbowałem składać się przed lustrem, aby wiedzieć, czy robię to prawidłowo. Inny, lepszy jeszcze sposób polegał na tym, że prosiłem kolegę, aby poruszał zapaloną świecę, a ja strzelałem do niej z kapiszonu. Jeżeli dobrze wycelowałem, prąd powietrza gasił świecę. Kapiszon eksplodował z głośnym trzaskiem i opowiadano mi, że wychowawca naszego kolegium zauważył raz: "Dziwna rzecz - zdaje się, że p. Darwin spędza całe godziny w swoim pokoju na trzaskaniu z bicza; przechodząc pod jego oknami często słyszę jakieś trzaskanie".

Wśród kolegów szkolnych miałem wielu przyjaciół, kochałem ich serdecznie; przypuszczam, że z usposobienia byłem wówczas bardzo uczuciowy. Wielu kolegów było zdolnymi uczniami, lecz zgodnie z noscitur a socio muszę dodać, że żaden z nich niczym specjalnym się nie wyróżnił.

Co się tyczy przyrodoznawstwa, to w dalszym ciągu z wielkim zapałem zbierałem minerały, ale w sposób zupełnie nienaukowy; szło mi jedynie o minerał z nową nazwą i prawie wcale nie próbowałem ich oznaczać. Owady za to musiałem obserwować z pewną uwagą, mając bowiem dziesięć lat (1819) wyjechałem na trzy tygodnie nad morze, do Plas Edwards w Walii, i byłem mocno zdziwiony widokiem czarnych i szkarłatnych pluskwiaków, wielu nocnych motyli (Zygaena) oraz trzyszcza (Cicindella); owadów tych nie spotka się w Shropshire. Nastawiłem się na zbieranie wszelkich martwych owadów, jakie uda mi się znaleźć, gdyż po naradzie z siostrą doszedłem do wniosku, że niedobrze jest zabijać owady w celu ich kolekcjonowania. Po przeczytaniu książki White'a [Pełny tytuł popularnej książki Gilberta White'a, przyrodnika i pisarza XVIII wieku, brzmi: The natural history and antiquities of Selborne, in the county of Southampton - tłum] "Selborne" zacząłem z wielkim zadowoleniem obserwować obyczaje ptaków, robiłem nawet notatki i w prostocie ducha dziwiłem się, dlaczego nie wszyscy są ornitologami.

Pod koniec mego pobytu w szkole mój brat zajmował się bardzo gorliwie chemią i urządził sobie w ogrodzie, w szopie z narzędziami porządne laboratorium z niezbędną aparaturą, mnie zaś, niby swemu służącemu, zezwolił pomagać w większości doświadczeń. Otrzymywał on tam wszystkie możliwe gazy oraz liczne związki, ja zaś przeczytałem uważnie kilka książek z zakresu chemii, jak "Chemical Catechism" Henry'ego i Parkesa. Bardzo mnie to wówczas interesowało i pracowaliśmy nieraz do późnej nocy. Była to najlepsza cząstka mojej edukacji w szkole, pozwoliła mi bowiem zrozumieć znaczenie nauk doświadczalnych. O tym że zajmujemy się chemią, dowiedzieli się w jakiś sposób koledzy szkolni, a że była to bądź co bądź rzecz niezwykła, przeto otrzymałem przydomek "Gaz". Pewnego razu nawet zostałem publicznie skarcony przez samego dyrektora szkoły, doktora Butlera, za to, iż marnuję czas na tak nieużyteczne rzeczy; nazwał mnie przy tym całkowicie niesprawiedliwie poco curante, a że nie wiedziałem co to znaczy, uważałem to za straszną zniewagę.

Ponieważ nie wykazywałem większych postępów, ojciec (zupełnie słusznie) zabrał mnie ze szkoły znacznie wcześnie niż zwykle i wyprawił (w październiku 1825) wraz z bratem na Uniwersytet Edynburski, gdzie pozostawałem przez dwa lata, czyli dwie sesje. Brat mój kończył tam studia lekarskie, chociaż nie sądzę, aby kiedykolwiek zamierzał zająć się praktyką lekarską. Ja zaś miałem rozpocząć studia lekarskie. Wkrótce jednak na podstawie różnych drobnych spostrzeżeń doszedłem do przekonania, że ojciec pozostawi mi dość środków do życia, abym mógł się wygodnie utrzymać, aczkolwiek nigdy nie wyobrażałem sobie, że będę aż tak zamożnym człowiekiem, jakim jestem. To przekonanie wystarczyło, aby mnie powstrzymać od włożenia większego wysiłku w studia medyczne.

Nauczanie w Edynbyrgu polegało w owych czasach wyłącznie na wykładach, a były one nieznośnie nudne, z wyjątkiem jedynie wykładów chemii Hopego. Wykłady zresztą nie dają, moim zdaniem, żadnych korzyści w porównaniu z czytaniem i raczej są szkodliwe. Wspominam niemal z przerażeniem wykłady dra Duncana z zakresu Materia Medica, które odbywały się w zimie o ósmej rano. Wykłady dra Munro z anatomii człowieka były równie nudne, jak wykładowca, sam zaś przedmiot budził we mnie odrazę. To jednak, że nikt nie nakłaniał mnie do robienia sekcji, okazało się bardzo niekorzystne w przyszłości, gdyż odrazę byłbym z pewnością wkrótce przezwyciężył, a ćwiczenia przyniosłyby mi nieocenioną korzyść w całej mojej późniejszej pracy. Była to szkoda nie do naprawienia, podobnie jak i brak zdolności rysunkowych. Do klinik w Szpitalu uczęszczałem jednak regularnie. Pewne przypadki wywarły na mnie przygnębiające wrażenie, a obrazy niektórych z nich stoją mi dotychczas żywo przed oczyma. Nie byłem jednak tak ograniczony, abym wskutek tego miał tam rzadziej chodzić. Trudno mi zrozumieć, dlaczego ta część studiów lekarskich nie zainteresowała mnie w większym stopniu. W ciągu lata bowiem poprzedzającego wyjazd do Edynburga zacząłem leczyć niektórych biedaków, głównie dzieci i kobiety w Shrewsbury, i opisywałem, jak mogłem najdokładniej, wszelkie objawy każdego przypadku. Odczytywałem je następnie ojcu: zalecał mi on dalsze wywiady i doradzał, jakie stosować lekarstwa, które zresztą sam sporządzałem. Ojciec - doskonały znawca charakterów, najlepszy jakiego spotkałem, oświadczył nawet, że jako lekarz cieszyłbym się powodzeniem, to znaczy, że miałbym wielu pacjentów. Był on zdania, że głównym warunkiem powodzenia jest umiejętność wzbudzania zaufania, nie wiem jednak, dlaczego sądził, że będę umiał je sobie zdobywać. Byłem również dwa razy na sali operacyjnej w szpitalu w Edynburgu, gdzie widziałem dwie bardzo ciężkie operacje, z których jedną dokonaną na dziecku; uciekłem, zanim się skończyła. Nigdy już więcej nie byłem przy żadnych operacjach, nic mnie do tego nie mogło zmusić; było to na długo przed nastaniem błogosławionych dni chloroformu. Te dwa przypadki przez wiele lat nękały moją wyobraźnię.

Brat mój uczęszczał na uniwersytet jeszcze tylko przez jeden rok, tak że w ciągu następnego roku byłem pozostawiony samemu sobie. Okazało się to bardzo dla mnie korzystne, ponieważ zaznajomiłem się z kilku młodymi ludźmi, miłośnikami nauk przyrodniczych. Jeden z nich, Ainsworth, wydał później opis swych podróży po Asyrii; był geologiem, zwolennikiem poglądów Wernera i miał nieco wiadomości z wielu innych dziedzin wiedzy, lecz był powierzchowny i bardzo obrotny w języku. Dr Coldstream był młodzieńcem zupełnie innego pokroju; sztywny i suchy, głęboko religijny i pełen dobroci ogłosił później kilka dobrych prac zoologicznych. Trzeci - Hardie - byłby jak sądzę dobrym botanikiem, gdyby nie to, że umarł młodo w Indiach. Był wreszcie dr Grant, o parę lat starszy ode mnie. Nie mogę sobie przypomnieć, w jaki sposób się z nim zapoznałem. On również ogłosił kilka doskonałych rozpraw zoologicznych, ale uzyskawszy następnie stanowisko profesora na Uniwersytecie Londyńskim nic już więcej dla nauki nie zrobił, czego nie umiałem sobie nigdy wytłumaczyć. Znałem go zresztą bardzo dobrze. Był on oschły, sztywny w zachowaniu, jednakże pod tą powłoką kryło się wiele entuzjazmu. Kiedyśmy pewnego dnia byli razem na spacerze, zaczął z wielkim zachwytem rozprawiać o Lamarcku i jego poglądach na ewolucję. Słuchałem go z podziwem w milczeniu, lecz - jak sądzę - nie sprawiło to na mnie żadnego wrażenia. Już poprzednio czytałem "Zoonomię" mego dziadka, w której wyraził on podobne poglądy, lecz i one nie wywarły na mnie żadnego wrażenia. Niemniej jednak ta okoliczność, iż za młodu słyszałem, jak głoszono i ceniono takie poglądy, przyczyniła się zapewne do tego, że w innej wprawdzie postaci wystąpiły one później w moim "Powstaniu gatunków". W owym czasie podziwiałem bardzo "Zoonomię", lecz gdy po upływie dziesięciu czy piętnastu lat przeczytałem ją ponownie, byłem nią rozczarowany, gdyż za dużo było w niej spekulacji w stosunku do danych faktycznych.

Doktorowie Grant i Coldstream bardzo interesowali się zoologią morską. Pierwszemu z nich towarzyszyłem często przy zbieraniu zwierząt w zalewiskach po odpływie; zwierzęta te potem preparowałem w miarę moich umiejętności. Zaprzyjaźniłem się również z kilku rybakami z Newhaven; towarzyszyłem im w połowach ostryg i w ten sposób zdobywałem liczne okazy. Ponieważ jednak nie miałem regularnej praktyki w preparowaniu , a mikroskop mój był bardzo lichy, przeto moje osiągnięcia nie były zbyt zadowalające. Mimo to udało mi się dokonać jednego drobnego ciekawego odkrycia; na początku roku 1826 odczytałem krótką notatkę na ten temat na posiedzeniu Towarzystwa im. Pliniusza. Chodziło o to, iż tzw. jaja Flustra [jeden z mszywiołów morskich - tłum] mają zdolność do samodzielnego poruszania się za pomocą rzęsek. W rzeczywistości są to larwy. W innej znów rozprawce wykazałem, że drobne kuliste ciałka uważane za młodociane postacie Fucus loreus są jajowymi torebkami robaka Pontobdella muricata.

Towarzystwo im. Pliniusza było popierane i, jak sądzę, założone przez profesora Jamesona. Składało się ze studentów; w jednym z pokojów w podziemiach Uniwersytetu odbywały się zebrania, na których czytano rozprawy z dziedziny nauk przyrodniczych i dyskutowano nad nimi. Uczęszczałem regularnie na te zebrania. Wywierały one na mnie korzystny wpływ, pobudzając zapał i dając możność zawierania nowych znajomości z ludźmi o pokrewnych zamiłowaniach. Pamiętam, jak jednego wieczoru wstał jakiś biedny młody człowiek, jąkał się bez końca, czerwienił jak burak i wreszcie wycedził następujące słowa: "Panie Przewodniczący, zapomniałem, co właściwie miałem powiedzieć". Wyglądał biedak na bardzo skonfundowanego, inni zaś członkowie byli zdziwieni, iż nikomu nie przyszło na myśl, aby coś powiedzieć i zatuszować jego zmieszanie. Rozprawki czytane w naszym małym towarzystwie nie były ogłaszane drukiem, tak iż nie miałem satysfakcji oglądania mojej rozprawy w druku, lecz wiem, że dr Grant wspomniał o moim drobnym odkryciu w swej znakomitej rozprawie o Flustra.

Byłem również członkiem Królewskiego Towarzystwa Lekarskiego i bywałem tam dość regularnie, ponieważ jednak omawiano wyłącznie zagadnienia lekarskie, przeto niewiele mnie to interesowało. Mówiono nieraz o wielu błahych sprawach, trafiali się przecież i dobrzy mówcy, wśród których najlepszym był obecny sir J. Kay-Shuttleworth. Dr Grant zabierał mnie na niekiedy na posiedzenia Towarzystwa im. Wernera, gdzie odczytywano i dyskutowano rozmaite prace z historii naturalnej, które następnie ogłaszano w "Transactions". Wysłuchałem tam kilku ciekawych odczytów Audubona o zwyczajach ptaków północnoamerykańskich. Prelegent drwił nieco niesłusznie z Watertona. Warto przy tym wspomnieć, że w Edynburgu mieszkał pewien Murzyn, który podróżował z Watertonem i zarabiał na utrzymanie wypychaniem ptaków, na czym znał się doskonale. Za drobna opłatą uczył mnie tej sztuki, toteż często u niego przesiadywałem; był to człowiek bardzo uprzejmy i inteligentny.

Pewnego razu p. Leonard Horner zabrał mnie na posiedzenie Królewskiego Towarzystwa w Edynburgu, gdzie widziałem samego sir Walter Scotta na krześle prezydialnym. Pamiętam, jak przepraszał zebranych, twierdząc, że nie czuje się godnym zajmowania tego miejsca. Spoglądałem na niego oraz na całą scenę z czcią i szacunkiem. Właśnie - jak sądzę - dlatego że uczęszczałem w młodości na te posiedzenia, jak również na posiedzenia Królewskiego Towarzystwa Lekarskiego, zostałem zaszczycony wyborem na członka honorowego obu tych Towarzystw, co cenię sobie więcej niż wiele innych podobnych odznaczeń. Gdyby mi w owym czasie powiedziano, że dostąpię kiedyś tego zaszczytu, uważałbym to za równie śmieszne i nieprawdopodobne, jak gdyby mi ktoś powiedział, że zostanę obwołany Królem Anglii.

W drugim roku mego pobytu w Edynburgu uczęszczałem na wykłady geologii i zoologii Jamesona, lecz były one niewiarygodnie nudne i tak oddziałały na mnie, iż postanowiłem nigdy więcej w życiu nie brać do ręki książki o geologii, ani też w ogóle nie studiować nauk przyrodniczych. A jednak jestem pewien, że byłem nastawiony na filozoficzne traktowanie przedmiotu. Dwa czy trzy lata przedtem stary p. Cotton w Shropshire, dobry znawca skał, pokazał mi w mieście Shrewsbury wielki głaz narzutowy, zwany dzwonem; zaznaczył on, że podobne skały można znaleźć dopiero w Cumberland lub Szkocji i zapewnił mnie najuroczyściej, iż prędzej nastąpi koniec świata, aniżeli ktokolwiek potrafi wytłumaczyć, w jaki sposób ów głaz dostał się na miejsce, gdzie się obecnie znajduje. Wywarło to na mnie głębokie wrażenie i rozmyślałem o tym cudownym kamieniu. Dlatego ogromnie się ucieszyłem przeczytawszy o roli lodowców w przenoszeniu głazów i byłem pełen zachwytu dla postępów geologii. Równie uderzający jest fakt, że sam słyszałem, choć mam dopiero sześćdziesiąt siedem lat, jak w czasie wykładu terenowego w Salibury Craigs profesor Jameson rozprawiając o dajce skały bazaltowej o wykształceniu migdałowcowym na krawędziach, z warstwami zestalonymi z każdej strony i o otaczających nas skałach wulkanicznych , twierdził, że jest to szczelina od stropu wypełniona osadami. Dodał następnie drwiąco, że są i tacy, którzy utrzymują, że wypełnia się ona od dołu skałami w stanie roztopionym. Gdy przypominam sobie ten wykład, nie dziwię się, iż postanowiłem nigdy nie zajmować się geologią.

Przy okazji wykładów Jamesona zapoznałem się z kustoszem muzeum p. Macgillivrayem, który później ogłosił wielkie i doskonałe dzieło o ptakach Szkocji. Nie miał on wyglądu i manier gentlemana. Prowadziłem z nim ciekawe rozmowy na tematy przyrodnicze; był on dla mnie niezmiernie życzliwy. Dał mi nawet kilka rzadkich muszli - zbierałem wówczas mięczaki morskie, jakkolwiek bez większego zapału.

W ciągu tych dwu lat ferie letnie poświęcałem wyłącznie rozrywkom, chociaż miałem zawsze pod ręką książki, do których z ciekawością zaglądałem. W lecie 1826 wybrałem się z dwoma przyjaciółmi na pieszą wycieczkę przez północną Walię, z tornistrami na plecach. Często robiliśmy po trzydzieści mil angielskich dziennie; jeden dzień poświęciliśmy wejściu na szczyt Snowdon. Pojechałem też z siostrą Karoliną na konną wycieczkę do północnej Walii; służący wiózł nasze rzeczy przytroczone do siodła. Jesienie natomiast spędzałem na polowaniach, głownie u p. Owena w Woodhouse i u mojego wuja Josa w Maer. Mój zapał do tego był tak wielki, że kładąc się spać, stawiałem zazwyczaj buty myśliwskie przy łóżku, aby rankiem nie tracić ani minuty przy ich wciąganiu. Pewnego razu, a mianowicie 20 sierpnia, dotarłem do samego końca posiadłości w Maer na polowanie na cietrzewie, zanim jeszcze zaczęło świtać. Cały dzień spędziłem wówczas z leśniczym w gęstych wrzosowiskach i młodych laskach iglastych. Prowadziłem dokładny zapis wszystkich ptaków ustrzelonych w sezonie. Gdy pewnego dnia polowałem w Woodhouse z kapitanem Owenem, jego najstarszym synem oraz jego kuzynem majorem Hillem, późniejszym lordem Berwick, których obu bardzo lubiłem, brzydko zażartowano sobie ze mnie. Ilekroć wystrzeliłem - jak mi się zdawało - celnie, jeden z nich udawał, że nabija strzelbę i wołał: "Nie licz tego ptaka, gdyż strzelałem równocześnie z tobą", co potwierdzał leśnik, przyłączając się do żartu. Dopiero po kilku godzinach przyznali się do figla, który dla mnie nie był bynajmniej miły, gdyż ustrzeliłem wiele ptactwa, a nie wiedziałem dokładnie ile i nie mogłem dodać zwierzyny do mojego rachunku, który prowadziłem w ten sposób, że każdą zabitą sztukę oznaczałem węzełkiem na sznurku przywiązanym do dziurki od guzika. Nie uszło to uwadze psotnych przyjaciół.

Jakąż rozkosz dawało mi polowanie. Przypuszczam jednak, że na wpół bezwiednie musiałem się zresztą wstydzić tej pasji. Starałem się bowiem wmówić sobie, że polowanie jest rozrywką niemal umysłową, skoro wymaga tak wiele sprytu zarówno w wyszukaniu zwierzyny, jak i w kierowaniu psami. Szczególnie pozostała mi w pamięci jedna z moich jesiennych wizyt w Maer w roku 1827, gdyż poznałem tam wówczas sir J. Mackintosha, najlepszego ze znanych mi rozmówców. Dowiedziałem się później nie bez dumy, że miał się o mnie wyrazić: "Ten młody człowiek ma w sobie coś, co mnie zaciekawia". To jego wrażenie musiało wynikać z tego, iż z wielkim zainteresowaniem przysłuchiwałem się jego opowiadaniom. Byłem bowiem zupełnym ignorantem w dziedzinie historii, polityki i filozofii moralnej, o czym przeważnie rozprawiał. Pochwała z usta tak znakomitej osobistości, choć może w pewnym stopniu wprawić w próżność, jest dla młodego człowieka rzeczą pożyteczną, gdyż zachęca go do wytrwania na właściwej drodze.

Wizyty moje w Maer w ciągu dwu lub trzech lat były zawsze cudowne, niezależnie nawet od jesiennych polowań. Pędziło się tam zupełnie swobodne życie; okolica była bardzo ładna, zachęcająca zarówno do pieszych spacerów jak i do konnych wycieczek. Wieczorem zaś spędzaliśmy czas na pogawędce, tym milszej, że nie dotyczyła żadnych spraw osobistych, jak to bywa zwykle w większym gronie rodzinnym, a także zajmowaliśmy się muzyką. Latem cała rodzina siadywała często na stopniach starego ganku, przed oczami mieliśmy ogród kwiatowy; stromy, zalesiony brzeg leżącego naprzeciw domu jeziora odbijał się w wodzie, z której tu i tam wyskakiwała ryba lub po której płynął ptak wodny. Nic nie pozostawiło w moim umyśle żywszych wspomnień nad owe wieczory w Maer. Kochałem też bardzo i szanowałem mojego wuja Josa. Był on małomówny i powściągliwy, tak że raczej wzbudzał pewien lęk, ze mną jednak rozmawiał niekiedy bardzo szczerze. Reprezentował on typ człowieka niezmiernie prawego, obdarzonego jasnym sądem. Przypuszczam, że żadna siła na ziemi nie zmusiłaby go do odstąpienia od czegoś, co uważał za słuszne. Do niego odnosiłem w duchu znana odę Horacego - teraz już jej nie pamiętam - w której są słowa: Nec vultus tyranni itd.


[  góra strony  ]

Wiw.pl  |  Na bieżąco  |  Informacje  |  Co nowego  |  Matematyka i przyroda  |  Astronomia  |  Biologia  |  Fizyka  |  Matematyka  |  Modelowanie rzeczywistości  |  Humanistyka  |  Filozofia  |  Historia  |  Kultura antyczna  |  Literatura  |  Sztuka  |  Czytaj  |  Biblioteka  |  Delta  |  Wielcy i więksi  |  Przydatne  |  Słowniki  |  Co i gdzie studiować  |  Wszechświat w obrazkach