Biblioteka
  Wiw.pl   Na bieżąco:  Informacje   Co nowego   Matematyka i przyroda:  Astronomia   Biologia   Fizyka   Matematyka   Modelowanie rzeczywistości   Humanistyka:  Filozofia   Historia   Kultura antyczna   Literatura   Sztuka   Czytaj:  Biblioteka   Delta   Wielcy i więksi   Przydatne:  Słowniki   Co i gdzie studiować   Wszechświat w obrazkach    
  Jesteś tutaj:   Wirtualny Wszechświat > Biblioteka > Klasycy nauki > Autobiografia




CAMBRIDGE, 1828-1831

Po dwóch latach spędzonych w Edynburgu ojciec zauważył, czy też dowiedział się od moich sióstr, że niechętnie myślę o zawodzie lekarskim. Zaproponował mi więc, abym został pastorem. Bardzo obawiał się tego, że stanę się rozpróżniaczonym sportowcem, na co się wówczas zanosiło. Prosiłem przeto, aby zostawił mi jakiś czas do namysłu, ponieważ z tego, co o tym słyszałem i myślałem, nie byłem pewny, czy potrafię uznać wszystkie dogmaty Kościoła Anglikańskiego. Z drugiej strony pociągała mnie myśl zostania wiejskim pastorem. Przeczytałem więc uważnie "On the Creed" Pearsona i kilka innych książek z dziedziny teologii. Ponieważ zaś nie żywiłem wówczas najmniejszej nawet wątpliwości co do ścisłej i literalnej prawdziwości każdego słowa Biblii, przeto doszedłem do wniosku, że trzeba przyjąć naszą Wiarę w całości. Nigdy nie zwróciłem na to uwagi, jak nielogicznie jest mówić, że wierzę w coś, czego nie mogę zrozumieć, i co w rzeczywistości jest niepoznawalne. Mogę wyznać szczerze, że nie zamierzałem dyskutować o żadnym z dogmatów, lecz nie byłem nigdy tak głupi, aby czuć i mówić: credo quia incredibile.

Zważywszy, jak zaciekle byłem atakowany przez ortodoksów, wydaje się śmieszne, że kiedyś zamierzałem zostać duchownym. Nigdy zresztą ten zamiar i życzenie mojego ojca nie były formalnie zaniechane, lecz umarły śmiercią naturalną, gdy opuszczając Cambridge zostałem przyjęty na okręt Beagle jako przyrodnik. Jeżeli można ufać frenologom, to pod jednym względem byłem odpowiednim kandydatem na duchownego. Parę lat temu sekretarze niemieckiego towarzystwa psychologicznego prosili mnie bardzo o przysłanie im mojej fotografii. W jakiś czas później otrzymałem sprawozdanie z jednego z posiedzeń, na którym, jak się zdaje, przedmiotem publicznej dyskusji był kształt mojej głowy. Jeden z mówców oświadczył, że mój guz Czcigodności [the bump of Reverence] jest tak silnie rozwinięty, że wystarczyłby dla dziesięciu duchownych.

Ponieważ postanowiono, że zostanę duchownym, musiałem dla uzyskania stopnia naukowego wstąpić na któryś z uniwersytetów angielskich. Od czasu gdy opuściłem szkołę, nie miałem wszakże w ręku żadnej książki klasycznej i stwierdziłem z przerażeniem, że w ciągu ubiegłych dwu lat zapomniałem prawie wszystkiego, czego się dawniej nauczyłem, z wyjątkiem kilku liter greckich. Dlatego nie pojechałem do Cambridge w normalnym czasie w październiku, lecz pracowałem z prywatnym nauczycielem w Shrewsbury. Do Cambridge wyjechałem po wakacjach Bożego Narodzenia z początkiem 1828 r. W krótkim czasie osiągnąłem dawny poziom szkolny i mogłem bez większego wysiłku tłumaczyć łatwe dzieła greckie, na przykład Homera i grecki tekst Ewangelii [Greek Testament].

Jeżeli jednak chodzi o studia uniwersyteckie, to trzyletni okres pobytu w Cambridge był taką samą stratą czasu jak pobyt w Edynburgu i w szkole. Próbowałem zajmować się matematyką i nawet latem 1828 r. pojechałem w tym celu z prywatnym nauczycielem (strasznie nudnym człowiekiem) do Barmouth, lecz robiłem słabe postępy. Praca ta była dla mnie odpychająca głównie dlatego, że nie mogłem dopatrzyć się sensu w elementarnych zasadach algebry. Bardzo głupi był ten brak cierpliwości i po latach głęboko żałowałem, że nie pracowałem choćby tyle, aby zrozumieć coś niecoś z głównych przewodnich zasad matematyki, gdyż ludzie wyposażeni w te wiadomości posiadają jakby jakiś dodatkowy zmysł. Wątpię jednak, czy potrafiłbym osiągnąć coś więcej niż tylko najniższy stopień wiedzy. Co się tyczy studiów klasycznych, to poza tym że chodziłem na kilka obowiązkowych wykładów, nie robiłem nic, a i uczęszczanie na wykłady było czysto nominalne. Za to w drugim roku studiów musiałem popracować miesiąc lub dwa, aby złożyć pierwszy egzamin [Litle Go], co przyszło mi z łatwością. W ostatnim roku natomiast pracowałem poważnie, przygotowując się do uzyskania stopnia B. A. [Bachleor of Arts - pierwszy stopień naukowy, osiągany a Anglii po zakończeniu studiów uniwersyteckich - tłum.], powtarzając klasyków, początki algebry i geometrię Euklidesa. Ta ostatnia sprawiała mi podobnie jak w szkole wiele przyjemności. Aby osiągnąć B. A., trzeba było poznać dokładnie Paleya "Evidences of Christianity" i jego "Moral Phylosophy". Przestudiowałem je bardzo sumiennie i jestem przekonany, że mógłbym wówczas z całą dokładnością napisać "Evidences" z pamięci, jakkolwiek oczywiście nie tak jasnym stylem jak Paley. Logika tej książki, jak i jego "Natural Theology" zachwycała mnie podobnie jak geometria Euklidesa. Staranne studiowanie tych dzieł, poza uczeniem się na pamięć niektórych ustępów, było tą częścią moich studiów uniwersyteckich, którą wtedy, a także i dzisiaj uważam za jedyną w pewnym stopniu korzystną rzecz dla mojego rozwoju umysłowego. Nie niepokoiły mnie wtedy przesłanki Paleya, a ponieważ przyjmowałem je na wiarę, byłem oczarowany i przekonany o słuszności całej jego argumentacji. Ponieważ na egzaminie odpowiadałem dobrze na pytania z Paleya, zdałem dobrze geometrię i nie obciąłem się z przedmiotów klasycznych, zdobyłem dobre miejsce wśród , to jest wśród wielu zdających, którzy nie dążyli do uzyskania odznaczeń. Dziwne, że nie mogę sobie przypomnieć, jakie właściwie zająłem miejsce; o ile mnie pamięć nie myli, było to któreś między piątym a dziesiątym lub dwunastym miejscem.

Na uniwersytecie odbywały się również wykłady publiczne z różnych dziedzin, na które każdy mógł uczęszczać, lecz w Edynburgu nabrałem takiego wstrętu do wykładów, że nie chodziłem nawet na dobre i interesujące wykłady Sedgwicka. Może gdybym słuchał jego wykładów, stałbym się geologiem wcześniej, niż to w rzeczywistości nastąpiło. Chodziłem natomiast na wykłady botaniki Henslowa i bardzo je lubiłem, gdyż odznaczały się nadzwyczajną jasnością i były wspaniale ilustrowane, ale nie studiowałem botaniki. Henslow miał zwyczaj zbierać swych uczniów i niektórych starszych członków uniwersytetu [members of the University] na piesze wycieczki polne lub koczem do dalszych miejscowości bądź też łodzią w dół rzeki; robił wtedy wykłady o napotkanych przez nas rzadkich roślinach bądź zwierzętach. Wycieczki te były doprawdy zachwycające.

Jakkolwiek mój pobyt w Cambridge miał, jak to zaraz zobaczymy, jaśniejsze strony, czas ten był dla mnie na nieszczęście zmarnowany, a nawet gorzej niż zmarnowany. Moja pasja strzelecka i myśliwska, a gdy tego czasem zabrakło - zamiłowanie do konnych wycieczek, pchnęły mnie w grono sportowców, w którym było sporo hulaszczej i ograniczonej młodzieży. Często wieczorem jadaliśmy razem obiad, choć trzeba zaznaczyć, że w zebraniach tych brali czasem udział również ludzie wyższej klasy; niekiedy piliśmy za dużo, podśpiewywaliśmy wesoło, graliśmy w karty. Wiem, że powinienem się wstydzić tak spędzanych dni i wieczorów; ponieważ jednak niektórzy z moich przyjaciół byli bardzo sympatyczni i nastrój był nieraz bardzo miły, wspominam te czasy z wielką przyjemnością.

Z zadowoleniem jednak muszę przyznać, że miałem też wielu przyjaciół zupełnie innego pokroju. Zaprzyjaźniłem się serdecznie z Whitleyem, który był później seniorem prymusem [Senior Wrangler - w tym przypadku chodzi zapewne o to, że Whitley został laureatem Uniwersytetu w Cambridge w zakresie matematyki - tłum], i chodziłem z nim często na dalekie spacery. Rozbudził on we mnie upodobanie do obrazów i dobrych sztychów; kupiłem wtedy kilka obrazów. Często chodziłem do galerii Fitzwilliama i musiałem mieć całkiem dobry smak, gdyż zachwycałem się niewątpliwie najlepszymi obrazami, o których dyskutowałem ze starym kustoszem. Czytałem także z wielkim zaciekawieniem dzieło sir J. Reynoldsa [Darwin ma zapewne na myśli jego wykłady z estetyki, wydane w r. 1778 - tłum]. Chociaż to zamiłowanie nie było dla mnie czymś naturalnym, to jednak trwało ono wiele lat i wiele obrazów w Narodowej Galerii w Londynie wywoływało u mnie uczucie przyjemności, a jeden obraz Sebastiana del Piombo budził we mnie poczucie wzniosłości.

Dostałem się także do pewnego muzykalnego grona, zdaje się przez mego serdecznego przyjaciela Herberta, który był prymusem. Dzięki towarzystwu tych ludzi i słuchaniu ich gry nabrałem wielkiego zamiłowania do muzyki i często tak układałem moje spacery w dnie powszednie, aby posłuchać hymnów w kaplicy King College. Sprawiało mi to tak wielką rozkosz, że niekiedy dreszcze przebiegały mi po plecach. Jestem pewny, że nie była to afektacja czy też udawanie, gdyż zazwyczaj chodziłem do King College zupełnie sam; czasami zaś wynajmowałem chłopców z chóru, aby śpiewali u mnie w pokoju. Mimo to jestem tak całkowicie pozbawiony słuchu, że nie umiem poznać dysonansu ani też poprawnie i do taktu coś zanucić; jest dla mnie tajemnicą, w jaki sposób muzyka mogła mi sprawiać tyle przyjemności.

Moi muzykalni przyjaciele wkrótce odkryli ten stan rzeczy i czasem zabawiali się egzaminowaniem mnie. Egzamin ten polegał na stwierdzeniu, ile melodii będę w stanie rozpoznać, gdy są one grane szybciej lub wolniej niż zwykle. Jeżeli zagrano w ten sposób hymn "God save the King", stawał się on trudną zagadką. Był w naszym gronie jeszcze jeden kolega, który tak samo jak ja nie miał słuchu i, o dziwo, grywał trochę na flecie. Raz odniosłem tryumf zwyciężając go w naszych egzaminach muzycznych.

Żadnemu jednakże zajęciu nie oddawałem się w Cambridge z takim zapałem i żadne nie sprawiało mi tyle przyjemności, co zbieranie chrząszczy. Była to tylko pasja kolekcjonerska, gdyż nigdy nie robiłem sekcji i rzadko tylko porównywałem ich cechy zewnętrzne z publikowanymi opisami, pobieżnie je tylko oznaczając. Oto przykład mojej pasji. Pewnego dnia odrywając kawałek starej kory zobaczyłem dwa rzadkie chrząszcze i wziąłem każdego z nich do jednej ręki. Wkrótce dostrzegłem jeszcze innego - trzeciego. Nie chcąc go utracić, włożyłem chrząszcza z prawej ręki do ust. Lecz wtedy wytrysnął on niezwykle ostrą ciecz, która tak mnie piekła w język, że musiałem go wypluć; w ten sposób straciłem i tego chrząszcza, i trzeciego.

Miałem wielkie osiągnięcia w kolekcjonowaniu i wynalazłem dwie nowe metody. Wynająłem robotnika, któremu poleciłem zeskrobywać w zimie mech ze starych drzew, wkładać go do worka, a także zbierać różne odpadki z dna łodzi, na których przewożono z bagien trzcinę; w ten sposób zdobyłem kilka bardzo rzadkich gatunków. Żaden chyba poeta nie odczuł większej radości na widok swego pierwszego wydrukowanego utworu niż ja widząc u Stephena w "Ilustrations of British Insects" magiczne słowa, "schwytane przez C. Darwina, Esq". Do zajmowania się entomologią zachęcił mnie mój daleki kuzyn, W. Darwin Fox, zdolny i nadzwyczaj miły człowiek, który był wówczas w Christ College i z którym pozostawałem w wielkiej zażyłości. Później bardzo się zbliżyłem do Alberta Waya z Trinity College, z którym zbieraliśmy razem owady. Po latach stał się bardzo znanym archeologiem. Podobnie było z H. Thompsonem z tego samego College; został on później wybitnym agronomem, prezesem wielkiego towarzystwa kolei żelaznych i członkiem parlamentu. Stąd można by wnioskować, że pasja do zbierania chrząszczy jest zapowiedzią powodzenia w dalszym życiu.

Jest rzeczą zaskakującą, jak niezatarte wrażenie wywarły na mnie chrząszcze schwytane w Cambridge. Do dziś zachował się jasno w mej pamięci wygląd niektórych słupów, starych drzew i miejsc nadbrzeżnych, gdzie udało mi się dokonać obfitych połowów. Piekny Panagaeus cruxmajor był prawdziwym skarbem w owych czasach; tu w Down dostrzegłem raz biegnącego po dróżce chrząszcza, a podniósłszy go poznałem natychmiast, iż tylko nieznacznie różnił się od P. crux-major. Okazało się, że był to P. quadripunctatus, który jest tylko odmianą lub bardzo blisko spokrewnionym i mało różniącym się w pokroju gatunkiem. W owych dawnych czasach nie spotkałem nigdy żywego Licinus, który dla niewprawnego oka nie różni się prawie od wielu Carabidae. Lecz kiedy moi synowie znaleźli ten jeden okaz, od razu poznałem, że to nowy dla mnie gatunek, chociaż w ciągu ostatnich dwudziestu lat nie przyglądałem się żadnemu z brytyjskich chrząszczy.

Nie wspomniałem jeszcze o okoliczności, która wywarła na całą moją karierę naukową wpływ większy niż cokolwiek innego. Była to przyjaźń z prof. Henslowem. Jeszcze zanim przybyłem do Cambridge, słyszałem o nim od brata jako o człowieku znającym wszystkie gałęzie nauk przyrodniczych, a zatem już z góry darzyłem go głębokim szacunkiem. Raz w tygodniu przyjmował on w swym domu studentów i starszych członków uniwersytetu, zajmujących się naukami przyrodniczymi [Klub Raya w Cambridge (The Ray Club), który w 1887 r. obchodził 50 rocznicę, wywodzi się bezpośrednio z tych piątkowych wieczorów Henslowa, na krótko zawieszonych w 1836 r. (Wg notki F. Darwina zamieszczonej w wydaniu "Autobiografii" z 1958 r., s. 64) - tłum.]. Zostałem zaproszony za pośrednictwem Foxa i zacząłem tam bywać regularnie. Wkrótce bardzo się zbliżyłem do Henslowa i w drugiej połowie pobytu w Cambridge codziennie chodziłem z nim na dalekie spacery, tak że niektórzy z naszych opiekunów mówili o mnie: "Ten co chodzi z Henslowem". Wieczorami często zapraszał mnie do siebie na obiad. Posiadał on szeroką wiedzę w zakresie botaniki, entomologii, chemii, mineralogii i geologii. Miał szczególne upodobanie do konstruowania wniosków na podstawie długich szeregów drobiazgowych obserwacji. Jego sądy były niezmiernie trafne, a umysł doskonale zrównoważony. Nie sądzę jednak, by ktokolwiek mógł powiedzieć, iż miał on umysł bardzo oryginalny.

Był głęboko religijny i tak prawowierny, że - jak mi to kiedyś oświadczył - bardzo by go zmartwiło, gdyby zmieniono choć jedno słowo w Trzydziestu Dziewięciu Artykułach [Thirty-nine Articles - 39 artykułów anglikańskiego wyznania sformułowanych przez reformatorów Kościoła Angielskiego (Church of England) w 1563 r. - tłum.]. Jego moralne zalety były pod każdym względem godne podziwu. Nie było w nim śladu próżności lub innych małostkowych uczuć i nie widziałem nikogo, kto by równie mało myślał o sobie i o swoich własnych sprawach. Zachowywał zawsze dobry humor, odznaczał się niezmiernie ujmującym i uprzejmym sposobem bycia; jednakże, jak się o tym przekonałem, wobec złego postępku był on zdolny do najwyższego wzburzenia i zdecydowanego działania. Pewnego razu idąc w jego towarzystwie byłem świadkiem potwornego zajścia na ulicy Cambridge, przypominającego sceny z Rewolucji Francuskiej. Zaaresztowano dwóch wykradaczy zwłok i gdy prowadzono ich do więzienia, tłum wyrwał ich z rąk policjanta i wlókł za nogi wzdłuż zabłoconej, brukowanej ulicy. Od stóp do głów byli ochlapani błotem, a twarze krwawiły od razów i kamieni; wydawało mi się, że to już trupy; co prawda tłum był tak gęsty, że tylko kilka razy udało mi się rzucić okiem na nieszczęśników. Nigdy w życiu nie widziałem na ludzkiej twarzy wyrazu takiego wzburzenia, jakie wystąpiło u Henslowa wobec tej okropnej sceny. Kilka razy próbował on przebić się przez tłum, lecz było to po prostu niemożliwe. Pobiegł więc do burmistrza, mówiąc mi, bym nie szedł za nim, lecz spróbował sprowadzić więcej policjantów. Nie pamiętam już, co było dalej, lecz wiem jednak, że obu złoczyńców doprowadzono do więzienia żywych.

Dobroczynność Henslowa nie miała wprost granic. Dowodem tego był szereg doskonałych przedsięwzięć organizowanych na rzecz jego ubogich parafian, gdy po latach zamieszkał w Hitcham. Przyjaźń z takim człowiekiem powinna przynieść i, jak myślę, istotnie przyniosła mi nieocenione korzyści. Nie mogę nie wspomnieć o jeszcze jednym drobnym zdarzeniu, świadczącym o jego niezmiernej delikatności. Pewnego razu przyglądając się kilku ziarnom pyłku na wilgotnym podłożu zauważyłem, że wypuszczają one łagiewki. Pobiegłem więc natychmiast do niego, by go powiadomić o moim zadziwiającym odkryciu. Sądzę, że żaden inny profesor botaniki nie mógłby wstrzymać się od śmiechu na widok pośpiechu, z jakim przyniosłem taką wiadomość. Tymczasem Henslow przyznał, że zjawisko jest bardzo ciekawe, dając mi przy tym do zrozumienia, że jest ono dobrze znane. Pożegnałem go więc nie odczuwając żadnego upokorzenia; przeciwnie - byłem naprawdę zadowolony, że udało mi się odkryć tak ciekawy fakt. Postanowiłem jednak w przyszłości nie spieszyć tak bardzo z ogłaszaniem moich odkryć.

Jednym ze starszych i znakomitszych ludzi odwiedzających czasem Henslowa był dr Whewell; często zdarzało się, że wracałem z nim późnym wieczorem do domu. Obok sir J. Mackintosha był to pośród znanych mi najlepszy towarzysz rozmów na poważne tematy. Często przebywał u Henslowa jego szwagier, Leonard Jenyns (wnuk słynnego Soamesa Jenynsa), który później ogłosił kilka cennych rozpraw z historii naturalnej. Początkowo nie lubiłem go za jego nieco ponury i sarkastyczny wyraz twarzy; rzadko się zdarza, by pierwsze wrażenie się zatarło, jednakże tym razem omyliłem się, gdyż był to człowiek bardzo uprzejmy, miły i pełen humoru. Odwiedzałem go w jego probostwie na granicy Fens (Swaffham Bulbeck) [nawias wprowadzony przez N. Barlew w wydaniu "Autobiografii" z 1958 r. - tłum.]; często chodziliśmy razem na piękne spacery i prowadziliśmy rozmowy na tematy przyrodnicze. Poznałem też wielu innych ludzi starszych ode mnie, którzy wprawdzie nie zajmowali się naukami przyrodniczymi, ale byli przyjaciółmi Henslowa. Jednym z nich był Szkot, brat sir Aleksandra Ramsaya i wychowawca w Jesus College; był to przemiły człowiek, lecz nie żył długo. Był jeszcze p. Dawes, później dziekan w Hereford; wsławił się on dużymi osiągnięciami w dziedzinie oświaty dla ubogich. Ci i inni tego samego pokroju ludzie urządzali czasem z Henslowem dalekie wycieczki, do których pozwalano mi się przyłączać; były one nadzwyczaj przyjemne.

Patrząc wstecz, dochodzę do wniosku, że musiało we mnie być coś takiego, co przekraczało przeciętny poziom młodzieży, gdyż w przeciwnym razie nigdy nie dopuściliby mnie do towarzystwa ludzie, o których mówiłem, o wiele ode mnie starsi i zajmujący wyższe stanowiska akademickie. Na pewno nie byłem świadom swej wyższości. Pamiętam bowiem, jak jeden z moich przyjaciół sportowców Turner, widząc mnie, jak pracowałem nad chrząszczami, powiedział, iż pewnego dnia zostanę członkiem Towarzystwa Królewskiego i myśl ta wydała mi się niedorzeczna.

W ciągu ostatniego roku mego pobytu w Camridge czytałem uważnie i z głębokim zaciekawieniem Humboldta "Personal Narrative". Dzieło to, podobnie jak i sir J. Herschela "Itroduction to the Study of Natural Philosophy", obudziło we mnie gorące pragnienie dołożenia choćby najskromniejszej cegiełki do wzniosłego gmachu Nauk Przyrodniczych. Żadna inna książka czy nawet tuzin nie wywarły na mnie nawet w przybliżeniu takiego wpływu jak te dwa dzieła. Z Humboldta przepisywałem nawet długie ustępy o Teneryfie i czytałem je głośno na jednej z wyżej wspomnianych wycieczek - zdaje mi się - Henslowowi, Ramsayowi i Dawesowi, gdyż już poprzednio mówiłem wiele o pięknie Teneryfy; oświadczyli oni, że chętnie by tam pojechali. Nie przypuszczam jednak, aby mówili to całkiem serio. Ja natomiast myślałem o tym zupełnie poważnie i nawet uzyskałem polecenie do pewnego londyńskiego kupca, który miał mi udzielić informacji o okrętach, Cały plan oczywiście spełzł na niczym z powodu podróży na okręcie Beagle.

W czasie letnich wakacji zajmowałem się zbieraniem chrząszczy, czytaniem i robiłem krótkie wycieczki. W jesieni natomiast cały czas poświęcałem polowaniu w Woodhouse i Maer, a czasami z młodym Eytonem w Eyton. W sumie te trzy lata, które spędziłem w Cambridge, były najprzyjemniejsze w moim życiu, cieszyłem się bowiem wówczas doskonałym zdrowiem i prawie zawsze dobrym humorem.

Ponieważ przyjechałem po raz pierwszy do Cambridge w okresie Bożego Narodzenia, musiałem po moim ostatecznym egzaminie pozostać tam jeszcze przez dwa okresy [two terms], czyli do początku 1831 r., i Henslow skłonił mnie wtedy do rozpoczęcia studiów geologicznych. Dlatego po moim powrocie do Shropshire zająłem się badaniem przekrojów i sporządziłem barwną mapę okolic Shorpshire. Profesor Sedgwick zamierzał z początkiem sierpnia zwiedzić północną Walię, aby kontynuować swe słynne geologiczne badania starych utworów skalnych i Henslow uprosił go, aby mi pozwolił sobie towarzyszyć. W związku z tym przyjechał do nas i nocował w domu mego Ojca.

Krótka rozmowa, jaką miałem z nim tego wieczoru, wywarła na mnie silne wrażenie. Gdy kiedyś badałem stare żwirowisko w pobliżu Shrewsbury, jeden z robotników opowiadał, że znalazł starą zniszczoną skorupę tropikalnego gatunku Voluta, taką jakie się widuje na kominkach w domach wiejskich. Ponieważ nie chciał mi jej sprzedać, byłem przekonany, że rzeczywiście znalazł ją w żwirowisku. Powiedziałem o tym Sedgwickowi. Zapewnił mnie niezwłocznie (i bez wątpienia słusznie), że musiała ona zostać przez kogoś wrzucona do żwirowiska. Dodał jednak, że jeżeliby rzeczywiście miała stamtąd pochodzić, to byłoby to największym nieszczęściem dla geologii, gdyż przeczyłoby to wszystkiemu, co wiemy o powierzchniowych pokładach w hrabstwach centralnych. Owe pokłady żwirowisk należą do okresu lodowcowego i w latach późniejszych znajdowałem w nich kawałki muszli arktycznych. Wówczas jednak bardzo się dziwiłem, że Sedgwick wcale nie był zachwycony faktem znalezienia tropikalnej muszli tak blisko powierzchni, w środku Anglii. Chociaż czytałem już wtedy wiele dzieł naukowych, to jednak nic mi nie pomogło tak jasno zrozumieć, iż nauka polega na takim grupowaniu faktów, by z tego wynikały ogólne prawa czy też wnioski.

Następnego ranka wyruszyliśmy do Llangollen, Conway, Bangor i Capel Curig. Wyprawa ta przyniosła mi wyraźną korzyść, nauczyła mnie bowiem co nieco, jak należy badać geologię jakiegoś obszaru. Sedgwick często wyznaczał mi drogę równoległą do własnej i polecał zbierać próbki skał i zaznaczać na mapie przebieg warstw. Nie mam wątpliwości, że robił to dla mojego dobra, gdyż zanadto byłem ignorantem, bym mógł mu istotnie dopomóc. Na tej wycieczce przekonałem się, jak łatwo umykają uwadze nawet rzucające się w oczy zjawiska, jeśli przedtem nikt inny nie zwrócił na nie uwagi. Spędziliśmy wiele godzin w Cwm Idwal badając z wielką uwagą skały, ponieważ Sedgwick pragnął bardzo znaleźć w nich skamieliny. Lecz żaden z nas nie dostrzegł wówczas otaczających nas dookoła śladów cudownych zjawisk lodowcowych. Nie zauważyliśmy ani wyraźnie zarysowanych skał, ani nagromadzonych jedne na drugich głazów narzutowych, ani bocznych i końcowych moren. A jednak te zjawiska są tak widoczne, że jak podałem w pracy ogłoszonej wiele lat później w "Philosophical Magazine", dom strawiony przez ogień nie świadczyłby o swej historii bardziej wyraziście, niż ta dolina o swojej. Gdyby była ona jeszcze wypełniona przez lodowiec, zjawiska te byłyby mniej wyraźne niż obecnie.

W Capel Curig pożegnałem Sedgwicka i kierując się kompasem poszedłem przez góry do Barmouth na przełaj, nie korzystając z żadnej z dróg, jeżeli nie zdążała w moim kierunku. W ten sposób docierałem do dziwnych dzikich miejsc i wędrówka ta sprawiała mi wiele radości. Zwiedziłem Barmouth, gdzie widziałem się z kilkoma kolegami z Cambridge, którzy tam bawili, a następnie powróciłem do Shrewsbury i do Maer na polowanie. W tym bowiem czasie uważałbym się za pomylonego, gdybym geologii lub jakiejś innej nauce poświęcił polowanie na kuropatwy.


[  góra strony  ]

Wiw.pl  |  Na bieżąco  |  Informacje  |  Co nowego  |  Matematyka i przyroda  |  Astronomia  |  Biologia  |  Fizyka  |  Matematyka  |  Modelowanie rzeczywistości  |  Humanistyka  |  Filozofia  |  Historia  |  Kultura antyczna  |  Literatura  |  Sztuka  |  Czytaj  |  Biblioteka  |  Delta  |  Wielcy i więksi  |  Przydatne  |  Słowniki  |  Co i gdzie studiować  |  Wszechświat w obrazkach