Biblioteka
  Wiw.pl   Na bieżąco:  Informacje   Co nowego   Matematyka i przyroda:  Astronomia   Biologia   Fizyka   Matematyka   Modelowanie rzeczywistości   Humanistyka:  Filozofia   Historia   Kultura antyczna   Literatura   Sztuka   Czytaj:  Biblioteka   Delta   Wielcy i więksi   Przydatne:  Słowniki   Co i gdzie studiować   Wszechświat w obrazkach    
  Jesteś tutaj:   Wirtualny Wszechświat > Biblioteka > Klasycy nauki > Autobiografia




PODRÓŻ NA OKRĘCIE BEAGLE:
OD 27 GRUDNIA 1831 DO 2 PAŹDZIERNIKA 1836 R.

Wróciwszy do domu z mojej krótkiej geologicznej wyprawy po północnej Walii znalazłem list od Henslowa zawiadamiający mnie, że kapitan Fitz-Roy skłonny jest odstąpić część swojej kajuty jakiemuś młodemu człowiekowi, który by na ochotnika, bez wynagrodzenia zgodził się uczestniczyć jako naturalista w podróży okrętu Beagle. W rękopisie mojego dziennika opisałem, jak się zdaje, wszystkie wydarzenia, które wówczas miały miejsce. Obecnie dodam tylko, że bardzo pragnąłem przyjąć tę propozycję, lecz mój ojciec zdecydowanie się temu sprzeciwił, na szczęście dla mnie dodając: "Jeżeli znajdziesz jakiegokolwiek człowieka ze zdrowym rozsądkiem, który radziłby ci jechać, będziesz miał moją zgodę. Napisałem wszakże tego wieczoru odmowną odpowiedź. Następnego ranka pojechałem do Maer, aby przygotować się na 1 września do polowania, w czasie którego wuj przysłał po mnie, ofiarowując się pojechać ze mną do Shrewsbury i pomówić z ojcem. Ponieważ wuj uważał, że byłoby rozsądnie przyjąć tę ofertę, a mój ojciec zawsze twierdził, że wuj jest bardzo mądrym człowiekiem, z największą chęcią udzielił swej zgody. W Cambridge byłem raczej rozrzutny, więc aby pocieszyć ojca, powiedziałem: "musiałbym być diablo sprytny, aby na pokładzie okrętu Beagle wydać więcej niż wyznaczoną mi sumę". Na to ojciec odpowiedział z uśmiechem: "Ależ właśnie wszyscy mi mówią, że jesteś bardzo sprytny".

Następnego dnia pojechałem do Cambridge, aby zobaczyć się z Henslowem, a stamtąd do Londynu na spotkanie z Fitz-Royem; wkrótce załatwiłem wszystko. Później, gdy zżyłem się z Fitz-Royem, dowiedziałem się, że o mały włos moja kandydatura byłaby odrzucona ze względu na kształt mojego nosa. Fitz-Roy był gorącym wyznawcą poglądów Lavatera i był przekonany, że z rysów twarzy można poznać człowieka. Wątpił przeto, czy ktoś z nosem takim jak mój wykaże się dostatecznym stopniem energii i stanowczości koniecznej w czasie podróży. Później jednak, jak się zdaje, był bardzo zadowolony z tego, że mój nos fałszywie świadczył o mnie.

Fitz-Roy odznaczał się dosyć osobliwym charakterem, choć miał wiele cech szlachetnych. Bardzo obowiązkowy, wyrozumiały wobec błędów, śmiały, stanowczy, niezmiernie energiczny był równocześnie prawdziwym przyjacielem wszystkich swych podwładnych. Nie cofnąłby się przed podjęciem jakiegokolwiek trudu, aby pomóc tym, którzy według jego zdania zasługiwali na to. Był to piękny mężczyzna, prawdziwy gentleman, odznaczał się wysoce uprzejmym obejściem, podobnie jak jego wuj, sławny lord Castlereagh, jak mi to mówił poseł angielski w Rio. Przy tym musiał odziedziczyć on coś z wyglądu po Karolu II, jak sądzę o tym ze zbioru fotografii otrzymanych od dra Wallicha. Uderzyło mnie podobieństwo jednej z nich do Fitz-Roya. Spojrzawszy na nazwisko stwierdziłem, że przedstawia ona Ch. E. Sobieskiego Stuarta, hrabiego Albany [jak podaje Franciszek Darwin, pochodzenie hrabiego Albany z rodu królewskiego jest mitem], nieprawego potomka tego monarchy.

Usposobienie Fitz-Roya było wysoce nieszczęśliwe. Ujawniało się to nie tylko w wybuchach gniewu, ale i w napadach długotrwałej gderliwości w stosunku do tego, kto go uraził. Zazwyczaj w najgorszym usposobieniu był wczesnym rankiem i swym orlim okiem zawsze wypatrzył, że na okręcie coś jest nie w porządku, a wówczas nie szczędził słów nagany. Młodsi oficerowie przy porannej zmianie zwykli byli pytać, "czy podawano dużo kawy rano", co było równoznaczne z pytaniem o humor kapitana. Był on nieco podejrzliwy i czasami wpadał w przygnębienie, co pewnego razu wręcz wyglądało na obłęd. Czasem wydawało mi się, że zawodzi go trzeźwy sąd i zdrowy rozum. Dla mnie był wyjątkowo uprzejmy, lecz trudno było się z nim zżyć w jednej kajucie i przy wspólnym stole. Często kłóciliśmy się; gdy wpadał w rozdrażnienie, stawał się zupełnie nierozsądny. Tak np. na początku podróży, gdyśmy byli w Bahia w Brazylii, zaczął bronić i zachwalać niewolnictwo, które dla mnie było rzeczą wstrętną, i oświadczył, że właśnie gościł u wielkiego właściciela niewolników, który przywołał wielu z nich i pytał, czy są szczęśliwi i czy życzyliby sobie uzyskać wolność, na co wszyscy odpowiedzieli: "Nie". Spytałem go wówczas, zapewne nie bez drwiny, czy uważa, że odpowiedzi niewolników w obecności ich pana mają jakąkolwiek wartość. Strasznie go to rozgniewało. Powiedział, że nie możemy razem dłużej mieszkać, ponieważ wątpię o prawdziwości jego słów. Myślałem, że będę musiał porzucić okręt, lecz gdy tylko nowina rozeszła się - a rozeszła się szybko, bo kapitan posłał po pierwszego porucznika, aby sobie ulżyć wylewając przed nim całą złość na mnie - z wielką satysfakcją otrzymałem od wszystkich oficerów propozycję wspólnego mieszkania. Po kilku wszakże godzinach Fitz-Roy okazał swą zwykłą wspaniałomyślność posyłając po mnie oficera z przeprosinami i prośbą, abym z nim dalej mieszkał. Przypominam sobie inny przykład jego bezpośredniości. Jeszcze przed wyjazdem z Plymouth okropnie się rozgniewał na handlarza naczyń, który odmówił wymienienia pewnych przedmiotów zakupionych w jego sklepie. Kapitan spytał wtedy kupca o cenę bardzo kosztownego serwisu porcelanowego i rzekł: "Kupiłbym to, gdyby nie był Pan tak nieuprzejmy". Wiedziałem, że jego kajuta jest dosłownie zapchana wszelkimi naczyniami, zwątpiłem więc o szczerości tego zamiaru. Nie powiedziałem ani słowa, musiało to wszakże odbić się na mojej twarzy. Opuszczając sklep, popatrzył on na mnie i zapytał, czy nie wierzę temu, co mówił i musiałem to potwierdzić. Milczał parę minut, a następnie powiedział, że mam rację i że postąpił niewłaściwie ze złości na tego łajdaka.

W Conception w Chile biedny Fitz-Roy był strasznie przepracowany i bardzo przygnębiony. Uskarżał się gorzko przede mną, że musi wydać wielkie przyjęcie dla wszystkich mieszkańców miasta. Zaprzeczyłem mu i powiedziałem, że nie widzę, by okoliczności go do tego zmuszały. Na to wpadł we wściekłość oświadczając, że należę do tych ludzi, którzy korzystają chętnie z wszelkich względów, nic w zamian nie dając. Wstałem więc i opuściwszy bez słowa kajutę, wróciłem do Conception, gdzie wówczas mieszkałem. Po paru dniach wróciłem na okręt i zostałem przyjęty przez kapitana tak serdecznie, jak zawsze; burza minęła. Pierwszy porucznik jednak powiedział mi: "Niech pana licho weźmie, filozofie. Chciałbym, aby pan nie kłócił się z szyprem. W dniu, w którym opuścił pan statek, byłem śmiertelnie zmęczony (okręt był w naprawie), a on taszczył mnie do północy po pokładzie, wygadując na pana". Trudności współżycia z kapitanem okrętu wojennego są tym większe, że gdy się chce mu odpowiedzieć jak komukolwiek innemu, wygląda to niemal na bunt. Poza tym trudności te wzmagała jeszcze obawa, jaką odczuwali przed nim w tych czasach wszyscy znajdujący się na pokładzie. Przypominam sobie ciekawą przygodę skarbnika z Adventure. Okręt ten żeglował razem z Beagle w czasie pierwszego rejsu. Skarbnik kupował w Rio de Janeiro rum dla załogi, gdy niewielki ubrany po cywilnemu gentleman wszedł do sklepu. Skarbnik zwrócił się do niego: "Niech pan będzie tak uprzejmy skosztować tego rumu i dać o nim swą opinię". Gentleman uczynił zadość prośbie i wkrótce opuścił sklep. Kupiec zapytał wówczas skarbnika, czy wie, że mówił z kapitanem okrętu liniowego, który dopiero co zawitał do portu. Biedny skarbnik zmartwiał z przerażenia, upuścił szklankę z trunkiem na ziemię, natychmiast pobiegł na okręt i, jak mnie zapewniał oficer z Adventure, żadna siła nie mogła go skłonić do wyjścia na ląd; tak bał się on spotkania z kapitanem po tym okropnym akcie poufałości.

Po moim powrocie do domu rzadko tylko widywałem Fitz-Roya, gdyż zawsze obawiałem się, aby go niechcący nie obrazić, co się zresztą nawet przydarzyło, prawie że bez widoków pogodzenia się. Później był oburzony na mnie za ogłoszenie tak nieprawowiernej książki jak "Powstawanie gatunków" (stał się on bardzo religijny). Pod koniec swego życia wpadł on niemal w ubóstwo, co w dużej mierze było, jak sądzę, rezultatem jego hojności. W każdym razie po jego śmierci musiano uciec się do subskrypcji, aby spłacić długi. Koniec jego życia był żałosny, popełnił bowiem samobójstwo, podobnie jak i jego wuj lord Castlereagh, którego tak przypominał z obejścia i wyglądu.

Był to pod wieloma względami najszlachetniejszy ze znanych mi charakterów, choć przysłonięty ciężkimi wadami.

Podróż na Beagle była najdonioślejszym zdarzeniem mojego życia i zdecydowała o całej mojej dalszej karierze. A zależało to od tak drobnej okoliczności, jak to, że wuj ofiarował się jechać ze mną 30 mil od Shrewsbury, co niewielu wujów chciałoby uczynić, i od takiego głupstwa, jak kształt mego nosa. Zawsze uważałem, że przede wszystkim tej podróży zawdzięczam sprawność mego umysłu i wykształcenie. Skłoniła mnie ona do gruntownego zajęcia się rozmaitymi gałęziami nauk przyrodniczych, przez co wydoskonaliły się moje zdolności obserwacyjne, zresztą dość dobrze już przedtem rozwinięte. Daleko wszakże większe znaczenie miały badania geologiczne każdej zwiedzanej okolicy, to bowiem wymaga rozumowania. Nic nie wydaje się bardziej beznadziejne w pierwszym okresie badania nowej okolicy niż chaos skał. Jednakże jeśli się w wielu miejscach bada uwarstwienie skał i skamielin oraz ich właściwości, a przy tym nieustannie człowiek myśli i stara się przewidzieć, co można znaleźć w jeszcze innym miejscu, to powoli wszystko zaczyna się rozjaśniać i struktura staje się mniej lub więcej zrozumiała. Zabrałem ze sobą pierwszy tom "Zasad geologii". Lyella i uważnie go studiowałem; książka ta okazała się dla mnie pod wieloma względami wielce pomocna. Pierwsze już miejsce, które badałem, a mianowicie St. Jago. Na wyspach Zielonego Przylądka, jasno wykazało cudowną wyższość sposobu traktowania geologii przez Lyella w porównaniu z którymkolwiek spośród innych autorów, których prace miałem ze sobą lub czytałem później.

Innym moim zajęciem było zbieranie zwierząt wszystkich grup, w tym również zwierząt morskich, sporządzanie krótkich ich opisów i pobieżna selekcja. Nie byłem jednak zdolnym rysownikiem i nie miałem dostatecznie szerokiej wiedzy anatomicznej; stąd wielki plik rękopisów sporządzonych w czasie podróży okazał się prawie bezużyteczny. Straciłem przeto wiele czasu wyjąwszy pewne korzyści, jakie dały mi studia nad skorupiakami, co mi się bardzo przydało później, gdy po latach podjąłem opracowanie monografii wąsonogów.

Pewną część dnia zawsze poświęcałem na pisanie mojego dziennika i zadałem sobie wiele trudu, aby dokładnie i żywo opisać wszystko, co widziałem. Było to dla mnie bardzo dobre ćwiczenie. Dziennik zastępował też częściowo listy do domu i gdy tylko nadarzyła się sposobność, wysyłałem do Anglii całe jego fragmenty.

Różnorodne studia specjalne, o których tutaj mówiłem, nie miały wszakże żadnego prawie znaczenia, w porównaniu z tym, że przyzwyczaiłem się do wytężonej pracy i skupiania uwagi nad sprawą, którą się zajmowałem. Wszystko co myślałem i o czym czytałem, porównywałem bezpośrednio z tym, co widziałem lub według wszelkiego prawdopodobieństwa miałem zobaczyć. I ten nawyk umysłu utrzymał się nieprzerwanie przez pięć lat podróży. Jestem pewien, że takie właśnie ćwiczenie pozwoliło mi zrobić dla nauki wszystko to, czego udało mi się dokonać.

Spoglądając wstecz, widzę, jak moje umiłowanie nauk przyrodniczych stopniowo przerastało wszelkie inne upodobania. W ciągu dwóch pierwszych lat moja dawna namiętność do polowania utrzymała się niemal w całej swej sile i sam strzelałem wszystkie ptaki oraz zwierzynę przeznaczoną do zbiorów. Stopniowo jednak coraz częściej przekazywałem strzelbę mojemu służącemu, aż oddałem mu ją ostatecznie, ponieważ przeszkadzała mi w pracy, zwłaszcza przy badaniu geologicznej struktury okolicy. Stwierdziłem, na razie może bezwiednie i niepostrzeżenie, że obserwacja i rozumowanie dają o wiele więcej przyjemności niż sprawność [fizyczna] i sport. Pierwotne instynkty barbarzyńcy ustępowały stopniowo miejsca nowo nabytym zamiłowaniom cywilizowanego człowieka. To że mój umysł istotnie rozwinął się dzięki moim zajęciom w czasie podróży, wydaje mi się prawdopodobne - świadczyła o tym uwaga rzucona przez mojego ojca, który był najbystrzejszym obserwatorem, jakiego znałem, i sceptykiem z usposobienia, a przy tym wcale nie był zwolennikiem frenologii. Widząc mnie po raz pierwszy po podróży, zwrócił się do moich sióstr i zawołał: Ależ kształt jego głowy całkiem się zmienił".

Ale wróćmy do podróży. 11 września (1831) złożyłem krótką wizytę Fitz-Royowi na okręcie Beagle w Plymouth, następnie udałem się do Shrewsbury, by na długo pożegnać się z ojcem i siostrami. 24 października przeniosłem się do Plymouth i pozostawałem tam aż do 27 grudnia, kiedy to Beagle pożegnał ostatecznie brzegi Anglii udając się w podróż dokoła świata. Już przedtem dwukrotnie próbowaliśmy wypłynąć na morze, lecz za każdym razem gwałtowny sztorm zawracał nas z powrotem. Te dwa miesiące spędzone w Plymouth należą do najprzykrzejszych w moim życiu, chociaż usiłowałem zająć się rozmaitymi rzeczami. Myśl, że opuszczam na tak długo rodzinę i przyjaciół, przygnębiała mnie, a pogoda wydawała się wprost okropna. Niepokoił mnie też ból i bicie serca i jak wielu laików, a zwłaszcza posiadających powierzchowne wiadomości z medycyny, byłem przekonany, że to wada serca. Nie radziłem się żadnego lekarza, gdyż byłem pewny, iż zawyrokuje on, żem niezdolny do podróżowania, a postanowiłem pojechać za wszelką cenę.

Nie ma potrzeby, bym opisywał tu przebieg podróży - gdzie byliśmy i co robiliśmy - gdyż jest to dosyć dokładnie opowiedziane w Dzienniku, który został opublikowany. Dotychczas żywiej niż cokolwiek innego stoi mi przed oczyma wspaniała roślinność tropikalna. Uczucia wzniosłości, które wzbudziły we mnie wielkie pustynie Patagonii i zalesione góry Ziemi Ognistej pozostawiły w moim umyśle niezatarte wrażenia. Widok nagiego dzikusa [W oryg. - a naket savage; Darwin używał przyjętej w XIX w., a dziś nieco rażącej klasyfikacji etnologicznej, której główne grupy określano jako ludy dzikie, barbarzyńskie, cywilizowane i kulturalne - tłum.] na tle jego ojczystego kraju sprawia wrażenie, którego się nie zapomina. Bardzo ciekawe były moje liczne wycieczki do dzikich okolic odbywane konno lub łodziami, a trwające niekiedy wiele tygodni. Nie zniechęcały mnie połączone z tym niewygody i pewne niebezpieczeństwo, gdyż szybko się o tym zapominało. Z wielkim zadowoleniem wspominam również pewne prace naukowe, na przykład rozwiązanie problemu wysp koralowych i zbadanie geologicznej struktury niektórych wysp, np. Wyspy Św. Heleny. Nie mogę też pominąć odkrycia swoistych współzależności między zwierzętami i roślinami zamieszkującymi liczne wyspy Archipelagu Galapagos, z innej zaś strony współzależności między nimi a mieszkańcami Ameryki Południowej.

Jeżeli wolno mieć sąd o samym sobie, pracowałem w czasie podróży z całych sił, gdyż po prostu miałem wielkie zamiłowanie do badań i silne pragnienie dorzucenia kilku faktów do wielkiej ich masy, jaką rozporządza przyrodoznawstwo. Kierowałem się także ambicją zajęcia odpowiedniego miejsca wśród ludzi nauki, lecz czy byłem więcej, czy też mniej ambitny niż większość moich kolegów po fachu, tego nie potrafię ocenić.

Uderzająca, choć prosta jest geologia St. Jago: potok lawy przepłynął niegdyś po dnie morza pokrytym odłamkami współczesnych muszli i korali, stapiając je w białą, twardą skałę. Następnie cała wyspa uległa wyniesieniu. Obserwując pasmo białej skały uprzytomniłem sobie wszakże nowy i ważny fakt, a mianowicie, że nastąpiło później obniżenie dokoła kraterów, które pozostały czynne i w dalszym ciągu wyrzucały lawę. Wtedy po raz pierwszy powziąłem zamiar napisania książki o geologii różnych zwiedzanych przeze mnie krain, co przejęło mnie dreszczem radości. Była to pamiętna godzina; jakże dokładnie dziś jeszcze widzę niewysoką skałę z lawy, pod którą odpoczywałem w palącym żarem słońcu, nieliczne dziwne pustynne rośliny rosnące w pobliżu, żywe korale w zalewiskach odpływu u moich stóp. Później w czasie podróży Fitz-Roy prosił mnie o przeczytanie wyjątków z mojego Dziennika, po czym oświadczył, że warto go ogłosić drukiem. A więc i druga książka była na widoku.

Pod koniec naszej podróży otrzymałem w Ascension list, w którym donosiły mi siostry, jak to Sedgwick odwiedził ojca i powiedział, że zapewne zajmę kiedyś miejsce wśród wybitnych ludzi nauki. Nie mogłem wtedy pojąć, w jaki sposób mógł się on dowiedzieć o moich pracach, lecz słyszałem (myślę, że to było później), iż Henslow czytał w Towarzystwie Filozoficznym w Cambridge niektóre listy pisane do niego i wydrukował je do prywatnego rozpowszechnienia. Mój zbiór kości kopalnych, które przesłałem Henslowowi, wzbudził też znaczne zainteresowanie wśród paleontologów. Po przeczytaniu listu w podskokach wspinałem się po górach Ascension, a wulkaniczne skały dudniły pod uderzeniami mego geologicznego młotka! Wszystko to wskazuje, jak byłem ambitny; sądzę jednak, i mówię to zupełnie szczerze, że choć w późniejszych latach w najwyższym stopniu zależało mi na uznaniu takich ludzi, jak Lyell i Hooker, którzy byli moimi przyjaciółmi, to nigdy nie starałem się zdobyć szerszej publiczności. Nie chcę przez to powiedzieć, że pochlebne recenzje i pomyślna sprzedaż moich książek, nie sprawiały mi wielkiej przyjemności, lecz przyjemność ta była chwilowa i jestem pewien, że dla uzyskania sławy nigdy ani na krok nie zboczyłem z mojej drogi.


[  góra strony  ]

Wiw.pl  |  Na bieżąco  |  Informacje  |  Co nowego  |  Matematyka i przyroda  |  Astronomia  |  Biologia  |  Fizyka  |  Matematyka  |  Modelowanie rzeczywistości  |  Humanistyka  |  Filozofia  |  Historia  |  Kultura antyczna  |  Literatura  |  Sztuka  |  Czytaj  |  Biblioteka  |  Delta  |  Wielcy i więksi  |  Przydatne  |  Słowniki  |  Co i gdzie studiować  |  Wszechświat w obrazkach