Biblioteka
  Wiw.pl   Na bieżąco:  Informacje   Co nowego   Matematyka i przyroda:  Astronomia   Biologia   Fizyka   Matematyka   Modelowanie rzeczywistości   Humanistyka:  Filozofia   Historia   Kultura antyczna   Literatura   Sztuka   Czytaj:  Biblioteka   Delta   Wielcy i więksi   Przydatne:  Słowniki   Co i gdzie studiować   Wszechświat w obrazkach    
  Jesteś tutaj:   Wirtualny Wszechświat > Biblioteka > Klasycy nauki > Autobiografia




OPOGLĄDY RELIGIJNE

W ciągu tych dwóch lat często myślałem o religii. Wówczas gdy przebywałem na pokładzie Beagle, zapatrywania moje były ściśle ortodoksyjne; pamiętam jak serdecznie śmiali się ze mnie niektórzy oficerowie (chociaż sami byli ortodoksami), gdy cytowałem Biblię jako nieodparty argument w pewnych kwestiach moralnych. Sądzę, ze bawiła ich naiwność mojej argumentacji. Stopniowo jednak dochodziłem do przekonania, że Stary Testament z jego jawnie fałszywą historią świata, z Wieżą Babel, z tęczą jako znakiem itd. i z przypisywaniem Bogu uczuć mściwego tyrana nie jest bardziej wiarygodny niż święte księgi Hindusów lub wierzenia barbarzyńcy. Ciągle więc umysłowi memu narzucało się pytanie - i nie mogłem się od niego opędzić - czy jest rzeczą prawdopodobną, że gdyby Bóg miał obecnie zesłać objawienie Hindusom, dopuściłby, aby powiązano je z wiarą w Wisznu, Sziwę itd., tak jak chrześcijaństwo wiąże je ze Starym Testamentem. Wydawało mi się to zupełnie nieprawdopodobne.

Zastanawiałem się nad tym, iż trzeba by bardzo oczywistych dowodów na to, aby jakiegokolwiek człowieka o zdrowym rozsądku skłonić do wiary w cuda, na której opiera się chrześcijaństwo - a im więcej wiemy o niezmiennych prawach przyrody, tym mniej prawdopodobne są cuda. Zastanawiałem się następnie nad tym, iż w owych czasach ignorancja i łatwowierność człowieka osiągały stopień dla nas niemal niepojęty, że nie można dowieść, by Ewangelie były pisane współcześnie z opisywanymi w nich zdarzeniami, że różnią się one w wielu ważnych szczegółach, zbyt ważnych, jak mi się wydaje, aby złożyć to na karb zwykłych niedoskonałości w relacjach świadków. O wszystkich tych refleksjach piszę nie dlatego, że są jakąś nowością lub ze względu na ich wartość, ale dlatego że wywarły na mnie wpływ. Stopniowo przestawałem wierzyć, by chrześcijaństwo było objawieniem boskim. Pewne znaczenie miał tu dla mnie fakt, że wiele nieprawdziwych religii rozprzestrzeniło się po świecie z błyskawiczną szybkością. Chociaż zasady moralne zawarte w Nowym Testamencie są tak wzniosłe, trudno zaprzeczyć, że ich doskonałość częściowo zależy od tego, w jaki sposób interpretujemy jego metafory i alegorie.

Bardzo jednak niechętnie rezygnowałem z mojej wiary. Jestem tego pewien, gdyż pamiętam, jak wciąż powracałem do marzenia o odkryciu jakichś starych listów sławnych Rzymian albo znalezieniu w Pompei lub gdzie indziej jakichś rękopisów, które by potwierdziły w sposób oczywisty wszystko to, co napisano w Ewangeliach. Lecz nawet przy zupełnej swobodzie, jakiej udzielałem mojej wyobraźni, coraz trudniej było mi wynaleźć dowody, które by przekonywały mnie w stopniu dostatecznym. Stopniowo coraz bardziej owładała mną niewiara, aż wreszcie dokonało się to całkowicie. Postępowało to wszakże tak wolno, że nie odczuwałem żadnego niepokoju i od tego czasu nie wątpiłem nigdy ani przez chwilę, że moje wnioski są prawidłowe. Trudno mi doprawdy pojąć, że ktokolwiek mógłby sobie życzyć, aby wiara chrześcijańska była prawdziwa. Bo gdyby tak było, to bezpośrednia wymowa tego tekstu [tekstu Ewangelii - tłum.] jest jak się zdaje taka, iż ludzie, którzy nie wierzą - a do nich należy zaliczyć mego Ojca, Brata i prawie wszystkich moich najlepszych przyjaciół - są skazani na wieczne potępienie.

A to jest wszak okropna doktryna.

Chociaż o istnieniu Boga osobowego dużo myślałem dopiero w znacznie późniejszym okresie życia, podam tu ogólne wnioski, do których doszedłem. Stary, przytaczany przez Paleya, argument o celowości w przyrodzie, który dawniej wydawał mi się tak przekonywający, upada obecnie z chwilą odkrycia prawa doboru naturalnego. Nie możemy już dłużej utrzymywać, że np. piękne zawiasy skorupy małży musiały być wykonane przez istotę rozumną, tak jak zawiasy drzwi - przez człowieka. Nie więcej jest, zdaje się, celowości w zmienności istot żywych i w działaniu doboru naturalnego niż w kierunku, w którym wieje wiatr. Wszystko w przyrodzie jest wynikiem niezmiennych praw. Zresztą zastanawiałem się nad tym zagadnieniem w zakończeniu mojej książki o "Zmienności zwierząt i roślin w stanie udomowienia"; podane tam argumenty, o ile wiem, nigdy nie zostały odparte.

Lecz jeśli nawet pominiemy niezliczone piękne przystosowania, z którymi się wszędzie spotykamy, pozostaje pytanie - w jaki sposób można wytłumaczyć dobroczynny na ogół porządek świata? Niektórzy pisarze są co prawda pod takim wrażeniem bezmiaru cierpienia na tym świecie, iż wątpią, czy jeśli wziąć pod uwagę wszystkie istoty czujące, więcej jest nieszczęść czy też szczęśliwości i czy świat jako całość jest dobry, czy zły. Według mego zdania szczęście zdecydowanie przeważa, chociaż trudno byłoby to udowodnić. Jeśli założymy, że to stwierdzenie jest prawdziwe, to byłoby ono w harmonii z tymi skutkami działania doboru naturalnego, jakich możemy się spodziewać. Jeśliby wszystkie osobniki jakiegokolwiek gatunku [species] ustawicznie doznawały cierpień najwyższego stopnia, to ustałoby rozmnażanie danego gatunku [kind]; nie ma wszakże podstaw do przypuszczenia, by to się kiedykolwiek lub przynajmniej bardzo często zdarzało. Co więcej, niektóre inne przesłanki prowadzą do przekonania, że wszystkie istoty czujące są tak ukształtowane, iż na ogół z reguły cieszą się szczęściem.

Każdy kto tak jak ja uważa, że wszystkie narządy ciała i właściwości umysłowe [all the corporeal and mental organs] (wyjątkiem tych, które nie są ani korzystne, ani niekorzystne dla posiadacza) wszystkich istot rozwinęły się drogą doboru naturalnego, czyli przeżycia najstosowniejszego, a zarazem przez używanie (narządów) oraz przyzwyczajenie, ten przyzna, iż owe narządy zostały tak ukształtowane, że ich posiadacze mogą pomyślnie współzawodniczyć z innymi istotami i wzrastać w liczbę. Tak więc zwierzę ma możność obierać działanie najbardziej korzystne dla swego gatunku, powodując się bądź cierpieniem, jak ból, głód, pragnienie i strach, bądź przyjemnością, jak jedzenie, picie, rozmnażanie się itp., bądź jeszcze połączeniem pierwszego i drugiego, jak na przykład wyszukiwanie pokarmu. Wszakże jeśli ból lub jakieś inne cierpienie trwa długo, wywołuje przygnębienie i osłabia moc działania, choć skądinąd dobrze przystosowuje żywą istotę do obrony przed wielkim i nagłym niebezpieczeństwem. Z drugiej zaś strony przyjemne wrażenia mogą trwać długo bez żadnego deprymującego wpływu; przeciwnie, pobudzają one cały układ do wzmożonego działania. Z tego by wynikało, że większość lub wszystkie istoty czujące musiały się rozwinąć drogą doboru naturalnego w ten sposób, iż ich normalnym przewodnikiem były wrażenia przyjemne. Przejawia się to w zadowoleniu, jakie sprawia nam wysiłek, czasami nawet wielki wysiłek fizyczny lub umysłowy, w przyjemności, jaką daje spożywanie codziennych posiłków, zwłaszcza zaś w zadowoleniu, jakie sprawia współżycie z ludźmi [sociability] i miłość własnej rodziny. Suma takich przyjemności, które stają się przyzwyczajeniem lub też często powtarzają się - stanowi ponad wszelką wątpliwość o przewadze szczęścia nad cierpieniem u większości istot czujących, chociaż wiele z nich doznaje czasami znacznych cierpień. Istnienie tych cierpień można całkowicie pogodzić z wiarą w Dobór Naturalny, który nie jest przecież doskonały w swoim działaniu, a tylko prowadzi do tego, by każdy gatunek miał możliwość zwycięstwa w walce o byt z innymi gatunkami w niezwykle złożonych i zmieniających się warunkach.

Nikt nie przeczy, że na świecie jest wiele cierpień. W odniesieniu do człowieka niektórzy usiłowali to wytłumaczyć zakładając, że mają one służyć moralnemu doskonaleniu. Lecz liczba ludzi na świecie jest znikoma w porównaniu z liczbą wszystkich innych istot czujących, a te bardzo często cierpią bez żadnego związku z moralnym doskonaleniem się. Istota tak potężna i tak pełna wiedzy, jak Bóg, który zdołał stworzyć wszechświat, jest dla naszych ograniczonych umysłów wszechmocna i wszechwiedząca. Toteż nasz rozum wzdraga się przed podejrzeniem, że jego dobroć nie jest nieograniczona; jakąż bowiem korzyść może przynieść cierpienie milionów niższych zwierząt w ciągu nieskończonego niemal czasu? Ten bardzo stary argument przeciw istnieniu rozumnej pierwszej przyczyny, oparty na istnieniu cierpień, wydaje mi się bardzo poważny. Tymczasem, jak to już wyżej zaznaczono, istnienie wielu cierpień doskonale daje się pogodzić z poglądem, iż wszystkie istoty organiczne rozwinęły się przez zmienność i dobór naturalny.

Najczęściej obecnie przytaczane argumenty ze istnieniem rozumnego Boga opierają się na istnieniu głębokiego wewnętrznego przekonania i uczuć doświadczanych przez wiele osób. Lecz nie można wątpić, że Hindusi, Mahometanie i inni mogą argumentować w podobny sposób i z równą siłą za istnieniem jednego albo wielu Bogów - lub jak Buddyści - za nieistnieniem Boga. O wielu zaś barbarzyńskich plemionach możemy też twierdzić, że w ogóle nie wierzą w to, co nazywamy Bogiem. Wierzą oni w gruncie rzeczy w duchy lub upiory; jak to wykazali Tylor i Herbert Spencer, wyjaśnienie tego, w jaki sposób powstają prawdopodobnie takie wierzenia, jest zupełnie możliwe.

Kiedyś uczucia, o których mówiłem (chociaż nie sądzę zresztą by uczucia religijne były kiedykolwiek silnie we mnie rozwinięte), doprowadziły mnie do głębokiego przeświadczenia o istnieniu Boga i o nieśmiertelności duszy. Pisałem w moim Dzienniku, że gdy człowiek znajdzie się w samym środku wspaniałej puszczy brazylijskiej, "nie może znaleźć właściwego wyrazu dla tych podniosłych uczuć podziwu, uwielbienia i nabożeństwa przepełniających i uszlachetniających nasz umysł". Dobrze pamiętam moje przekonanie, że w człowieku tkwi coś więcej niż tylko oddech jego ciała. Lecz obecnie najwspanialsza nawet sceneria nie wywoła w moim umyśle takich przeświadczeń i uczuć. Można o mnie z całą słusznością powiedzieć, że jestem jak człowiek, który stał się ślepy na kolory i że wobec powszechnej wiary ludzi w istnienie czerwieni mój obecny brak percepcji nie ma żadnej wartości dowodowej. Ten argument miałby walor, gdyby wszyscy ludzie wszystkich ras żywili to samo wewnętrzne przekonanie o istnieniu jedynego Boga. Wiemy jednak, że jest to w istocie rzeczy bardzo dalekie od prawdy. Nie sądzę przeto, by owe wewnętrzne przekonania i uczucia miały wartość jako dowód jakiegoś rzeczywistego bytu. Stan umysłu, w który dawniej wprawiały mnie wspaniałe widoki i który ściśle łączył się z wiarą w Boga, nie różni się w swej istocie od tego, co często nazywamy poczuciem sublimacji. I chociaż trudno jest wyjaśnić sobie genezę tego poczucia, nie można wysuwać go jako argumentu za istnieniem Boga, podobnie jak i równie mocnych, chociaż nieuchwytnych uczuć wywoływanych przez muzykę.

Co się tyczy wiary w nieśmiertelność, to nic nie może lepiej wykazać jej siły i instynktownego niemal charakteru niż zastanowienie się nad poglądem przyjętym obecnie przez większość fizyków, mianowicie, że słońce wraz ze wszystkimi planetami będzie z czasem zbyt zimne dla życia, chyba że rzeczywiście jakieś wielkie ciało zderzy się ze słońcem i w ten sposób wleje weń nowe życie. Jeśli się wierzy, tak jak ja wierzę, iż w dalekiej przyszłości człowiek będzie istotą o wiele bardziej doskonałą niż obecnie, to myśl, że zarówno on, jak i wszystkie inne istoty czujące są skazane na zupełne unicestwienie, po tak długim i powolnym postępie - jest nie do zniesienia. Dla tych, którzy w pełni przyjmują nieśmiertelność duszy ludzkiej, zniszczenie naszego świata nie wydaje się tak przerażające.

Odnoszę wrażenie, że o wiele większą uwagę ma inne źródło przekonania o istnieniu Boga, związane z rozumem, a nie z uczuciami. Źródłem takiego przekonania jest nadzwyczajna trudność czy wręcz niemożliwość wyobrażenia sobie, iż niezmierzony i cudowny wszechświat wraz z człowiekiem zdolnym do spoglądania zarówno wstecz, jak i w daleką przyszłość, jest dziełem ślepego przypadku lub konieczności. Gdy zastanawiam się nad tym, czuję się zmuszony zwrócić się ku Pierwszej Przyczynie władającej rozumem w jakimś stopniu analogicznym do rozumu człowieka; a więc należy mi się miano Teisty.

Przekonanie to głęboko tkwiło w moim umyśle jeszcze w okresie pisania "Powstawania gatunków", lecz od tego czasu stopniowo i z różnymi wahaniami coraz bardziej słabło [Całe to zdanie zostało dopisane w późniejszym czasie ręką Karola Darwina w manuskrypcie należącym do Franciszka Darwina. Rosyjski tłumacz pełnego tekstu "Wspomnień" ("Autobiografii") opublikowanego w 1957 r. - Sobol - zamieszcza to zdanie w formie odsyłacza od poprzedniego zdania, ściśle od słowa "Teisty". Sobol zwraca uwagę, że zmiana miejsca tego zdania w stosunku do manuskryptu, to znaczy ustawienie go w tekście tak jak to jest w angielskim wydaniu z 1958 r. oraz w niniejszym przekładzie, pociąga za sobą istotną zmianę toku rozumowania. Następne bowiem zdanie, kwestionujące wartość ogólnych wniosków, nawiązuje w tym układzie do zdania dopisanego przez Darwina później. Przy traktowaniu zaś tego zdania jako odsyłacza wątpliwości te dotyczyłyby wniosku o istnieniu rozumnej Pierwszej Przyczyny - tłum.]. Powstaje wszakże wątpliwość, czy można zaufać umysłowi człowieka, gdy dochodzi on do tak doniosłych wniosków? Wszak rozwinął się on, jak jestem o tym przekonany, z umysłu tak niskiego [stopnia rozwoju], jaki posiadają niższe zwierzęta. Czy nie może to być działanie związku między przyczyną i skutkiem, który przedstawia się nam jako konieczny, lecz prawdopodobnie zależy tylko od dziedziczącego się doświadczenia? Nie możemy też przeoczyć możliwości ciągłego wszczepiania wiary w Boga w umysły dzieci, co wywiera tak silny i prawdopodobnie dziedziczny wpływ na ich mózg niezupełnie jeszcze rozwinięty, że tak samo trudno im odrzucić wiarę w Boga, jak małpie trudno jest pozbyć się instynktowego strachu i nienawiści do węża.

Nie roszczę pretensji, bym miał rzucić najmniejsze bodaj światło na tak zawiły problem. Tajemnica początku wszechrzeczy jest dla nas nierozwiązalna i dlatego muszę zadowolić się tym, że pozostaję Agnostykiem.

Człowiek pozbawiony pewnej i zawsze mu przyświecającej wiary w istnienie Boga osobowego lub w życie przyszłe z karą lub nagrodą może przyjąć jako zasadę życiową - o ile mogę to wiedzieć - jedynie podążanie za tymi popędami i instynktami, które są najsilniejsze lub wydają się mu najlepsze. W ten sposób postępuje pies, lecz czyni to na ślepo. Człowiek natomiast spogląda w przeszłość i przyszłość, porównuje różne uczucia, pragnienia i wspomnienia. Odkrywa on tedy, zgodnie ze zdaniem najmędrszych ludzi, że największe zadowolenie daje podporządkowanie się pewnym impulsom, a mianowicie instynktom społecznym. Jeżeli działa dla dobra innych, zyska aprobatę bliźnich i zdobędzie miłość tych, z którymi współżyje, a to jest niewątpliwe największą przyjemnością na tej ziemi. Stopniowo stanie się dlań rzeczą nie do przyjęcia pójść za głosem raczej zmysłowych namiętności niż wyższych impulsów, które jeśli staną się przyzwyczajeniem, mogą być prawie nazwane instynktami. Czasami rozum może dyktować mu, by działał wbrew opinii innych i choć nie uzyska wtedy aprobaty, mimo to dozna jednak rzetelnego zadowolenia, że postępował zgodnie z najbardziej wewnętrznym swym przewodnikiem, sumieniem. Jeżeli chodzi o mnie, jestem przekonany, że postępowałem słusznie zajmując się nauką i poświęcając jej całe życie. Nie odczuwam wyrzutów sumienia, gdyż nie popełniłem żadnego większego grzechu, choć często, bardzo często żałowałem, żem bezpośrednio nie świadczył więcej dobrego moim bliźnim. Jedynym, choć słabym usprawiedliwieniem jest zły stan zdrowia i moja umysłowa konstytucja, które sprawiały, że z największą tylko trudnością mogłem zwracać się od jednego przedmiotu lub zajęcia do drugiego. Mogę sobie doskonale wyobrazić, jak wielkie zadowolenie mogłoby mi przynieść poświęcenie filantropii całego czasu, a nie jego części, chociaż i to byłoby daleko lepszą linia postępowania.

W drugiej połowie mego życia najbardziej znamienną rzeczą było rozpowszechnienie się sceptycyzmu i racjonalizmu. Zanim wstąpiłem w związek małżeński, ojciec radził mi ukrywać starannie moje wątpliwości, gdyż, jak mówił, znane mu były wielkie niedole, jakie z tego powodu wynikały u ludzi żyjących w małżeństwie. Wszystko było zupełnie dobrze, dopóki któreś - żona lub mąż - nie utraciło zdrowia. Wtedy niektóre kobiety czuły się bardzo nieszczęśliwe, ponieważ wątpiły w zbawienie męża, co mu z kolei przysparzało wielu trosk. Ojciec dodał, że w całym swym życiu znał tylko trzy kobiety o sceptycznych poglądach. A trzeba pamiętać, że znał on bardzo wielu ludzi i miał niezwykłą zdolność budzenia zaufania. Gdy go pytałem, co to za trzy kobiety, wyznał z szacunkiem odzywając się o jednej z nich, a mianowicie o swej szwagierce Kitty Wedgwood, że nie ma co do tego zupełnej pewności, a tylko niejasne przypuszczenie, poparte przekonaniem, że kobieta o tak światłych poglądach nie może być wierząca. Obecnie, chociaż tak mało mam znajomych, znam (lub znałem) wiele zamężnych pań, które nie są bardziej wierzące niż ich mężowie. Ojciec często przytaczał nieodparty argument, którym posługiwała się pewna starsza dama, pani Barlow, posądzająca go o niedowiarstwo i pragnąca go nawrócić. "Doktorze, tak jak wiem, że cukier w moich ustach jest słodki, tak samo wiem, że istnieje mój Odkupiciel".


[  góra strony  ]

Wiw.pl  |  Na bieżąco  |  Informacje  |  Co nowego  |  Matematyka i przyroda  |  Astronomia  |  Biologia  |  Fizyka  |  Matematyka  |  Modelowanie rzeczywistości  |  Humanistyka  |  Filozofia  |  Historia  |  Kultura antyczna  |  Literatura  |  Sztuka  |  Czytaj  |  Biblioteka  |  Delta  |  Wielcy i więksi  |  Przydatne  |  Słowniki  |  Co i gdzie studiować  |  Wszechświat w obrazkach