Biblioteka
  Wiw.pl   Na bieżąco:  Informacje   Co nowego   Matematyka i przyroda:  Astronomia   Biologia   Fizyka   Matematyka   Modelowanie rzeczywistości   Humanistyka:  Filozofia   Historia   Kultura antyczna   Literatura   Sztuka   Czytaj:  Biblioteka   Delta   Wielcy i więksi   Przydatne:  Słowniki   Co i gdzie studiować   Wszechświat w obrazkach    
  Jesteś tutaj:   Wirtualny Wszechświat > Biblioteka > Klasycy nauki > Autobiografia




OD MOJEGO ŚLUBU, 29 STYCZNIA 1839, I ZAMIESZKANIA NA ULICY UPPER GOWER, DO WYJAZDU Z LONDYNU I OSIEDLENIA SIĘ W DOWN, 14 WRZEŚNIA 1842 r.

Wszyscy znacie dobrze waszą Matkę i wiecie, jak dobrą była Matką dla was wszystkich. Dla mnie była ona największym błogosławieństwem i mogę zaręczyć, że w ciągu całego mego życia nie słyszałem od niej ani jednego słowa, które by nie powinno być powiedziane. Nigdy nie zbrakło jej w stosunku do mnie dobroci i zrozumienia i z największą cierpliwością znosiła moje częste narzekania na stan zdrowia oraz złe samopoczucie. Jestem przekonany, że nigdy nie pominęła sposobności świadczenia dobra. Dziwię się własnemu szczęściu, że ona, nieskończenie wyżej ode mnie stojąca pod każdym względem, jeżeli chodzi o wartości moralne, zgodziła się zostać moją żoną. Była mi mądrym doradcą i pogodnym pocieszycielem w ciągu całego życia, które bez niej byłoby przez długi czas prawdziwie żałosne wskutek złego stanu mojego zdrowia. Budziła miłość i uwielbienie w każdym, kto ją poznał. (Mem: zachowałem jej piękny list pisany do mnie wkrótce po ślubie).

Byłem naprawdę bardzo szczęśliwy w mojej rodzinie i muszę wam wyznać, moje dzieci, że żadne z was nigdy nie przyczyniło mi niepokoju, z wyjątkiem troski o wasze zdrowie. Podejrzewam, że niewielu chyba jest ojców, którzy mając pięciu synów mogliby to powiedzieć tak zupełnie zgodnie z prawdą. Gdy byliście małymi dziećmi, lubiłem bawić się z wami i muszę westchnąć na myśl o tym, że te czasy nigdy już nie wrócą. Od najwcześniejszych dni waszego życia aż po dzień dzisiejszy, gdy już jesteście dorośli, zawsze wszyscy - synowie moi i córki - byliście dla nas i nawzajem dla siebie bardzo dobrzy, bardzo mili i oddani. Kiedy wszyscy lub większość z was jest w domu (co dzięki Niebu zdarza się dość często), żadne towarzystwo nie może być dla mnie milsze i nie marzę o żadnym innym. Tylko raz cierpieliśmy bardzo, opłakując śmierć Annie w Malvern 24 kwietnia 1851 r. - miała już ponad 10 lat. Było to najsłodsze i najczulsze dziecko; jestem pewien, że wyrosłaby z niej przemiła kobieta. Lecz nie będę mówić o jej charakterze, gdyż napisałem krótką o tym notatkę wkrótce po jej śmierci. I teraz jeszcze mam łzy w oczach, gdy myślę o jej dobroci.

Podczas tych trzech lat i ośmiu miesięcy naszego pobytu w Londynie wykonałem o wiele mniej pracy naukowej niż w ciągu jakiegokolwiek innego równie długiego okresu mojego życia; chociaż pracowałem tak intensywnie, jak tylko mogłem. Przyczyną tego były często powtarzające się niedomagania oraz jedna długotrwała poważna choroba. Ilekroć mogłem pracować, większość czasu poświęcałem mojej pracy o "Rafach koralowych", którą rozpocząłem jeszcze przed ślubem, a której ostatni arkusz korekty podpisałem 6 maja 1842 r. Chociaż jest to niewielka książka, kosztowała mnie ona dwadzieścia miesięcy ciężkiej roboty, ponieważ musiałem przeczytać wszystkie prace o wyspach Oceanu Spokojnego i zaglądać do wielu map morskich. Uczeni wyrażali się o niej z uznaniem, a wyłożona tam teoria jest - jak sądzę - dobrze ugruntowana.

Żadna inna moja praca nie miała tak dedukcyjnego charakteru, jako że cała teoria powstała na zachodnim wybrzeżu Ameryki Południowej, zanim w ogóle zobaczyłem prawdziwą rafę koralową. Musiałem więc później tylko sprawdzić i rozszerzyć moje poglądy przez dokładne zbadanie żywych raf. Trzeba tu co prawda zaznaczyć, że już w ciągu dwóch poprzednich lat stale miałem możność obserwowania skutków okresowego podnoszenia się lądu na wybrzeżach południowej Ameryki połączonego z denudacją i odkładaniem się osadów To z konieczności doprowadziło mnie do usilnych rozmyślań nad wpływem obniżania się lądu, ciągłe zaś tworzenie się osadów łatwo mi było następnie zastąpić w wyobraźni wzrostem korali ku górze. W ten sposób powstała teoria tworzenia się raf barierowych i atoli.

W czasie mego pobytu w Londynie poza pracą nad rafami koralowymi miałem w Towarzystwie Geologicznym referaty o głazach narzutowych w Ameryce z Południowej, o trzęsieniach ziemi i o tworzeniu się gleby wskutek działania dżdżownic. Doglądałem też w dalszym ciągu spraw związanych z publikacją "Zoology of the Voyage of the Beagle". Nigdy też nie zaprzestałem gromadzenia faktów dotyczących powstawania gatunków i mogłem się tym zajmować nawet wówczas, gdy choroba nie pozwalała mi na nic innego.

Latem 1842 czułem się nieco lepiej niż poprzednio i wybrałem się na małą wycieczkę do północnej Walii, by dokonać obserwacji skutków działania dawnych lodowców, które niegdyś wypełniały wszystkie większe doliny. Ogłosiłem w "Philosophical Magazine" krótką notatkę o tym, co tam zobaczyłem. Wycieczka niezwykle mnie zainteresowała i wtedy po raz ostatni starczyło mi jeszcze sił do górskiej wspinaczki i długich marszów nieodzownych w pracy geologa.

W pierwszym okresie naszego pobytu w Londynie byłem dostatecznie jeszcze silny, aby bywać w towarzystwie. Zetknąłem się wówczas z wieloma uczonymi oraz innymi mniej lub bardziej wybitnymi ludźmi. Przytoczę nieco wrażeń dotyczących niektórych z tych ludzi, aczkolwiek niewiele jest rzeczy wartych opowiadania.

Zarówno przed ślubem, jak i później częściej widywałem się z Lyellem niż z kim innym. Charakterystyczne cechy jego umysłowości to - moim zdaniem - bystrość umysłu, ostrożność, zdrowy sąd i duża oryginalność. Jeśli zwracałem się doń z jakąś uwagą dotyczącą zagadnień geologicznych, dopóty nie odstąpił od tematu, aż cała sprawa zaczęła mu się jasno przedstawiać, a często i ja widziałem ją jaśniej niż poprzednio. Wobec moich sugestii wysuwał zazwyczaj różne zastrzeżenia i nawet po wyczerpaniu tematu przez dłuższy jeszcze czas miał wątpliwości. Drugą charakterystyczną dlań cechą była serdeczna życzliwość dla pracy innych uczonych.

Po moim powrocie z podróży na okręcie Beagle przedstawiłem mu moje poglądy na powstawanie raf koralowych, które różniły się od jego własnych; bardzo mnie zaskoczyło i ośmieliło żywe zainteresowanie, jakie mi okazał. Przy takich okazjach pogrążony w myślach przyjmował najdziwaczniejsze pozy, często opierał głowę o krzesło i w tejże chwili wstawał. Był gorąco rozmiłowany w nauce i ogromnie go interesował przyszły postęp ludzkości. Miał dobre serce i był wielkim liberałem, jeżeli chodzi o wierzenia religijne, czy raczej brak tych wierzeń. Mimo to był zagorzałym teistą. Uderzająca była jego prostota. Wykazał ją stając się w późniejszych latach swego życia zwolennikiem teorii descendencji, chociaż przedtem zyskał wielki rozgłos jako przeciwnik poglądów Lamarcka. Przypomniał mi wtedy, jak wiele lat przedtem rozmawiając o opozycji starej szkoły geologów wobec jego poglądów rzekłem doń: "Jakby to było dobrze, gdyby każdy uczony umierał przed osiągnięciem sześćdziesiątego roku życia, gdyż później będzie on na pewno przeciwnikiem wszelkich nowych poglądów". Lecz ma on nadzieję - powiedział - że teraz wolno mu będzie jeszcze żyć czas jakiś. Miał duże poczucie humoru i często opowiadał zabawne anegdoty. Bardzo lubił towarzystwo, zwłaszcza ludzi wybitnych i zajmujących wysokie stanowiska; to jego przesadne poszanowanie światowej pozycji człowieka było, jak mi się zdaje, główną jego słabostką. Zwykł był najpoważniej w świecie dyskutować z lady Lyell o tym, czy przyjąć, czy też nie przyjąć jakiegoś tam zaproszenia. Ponieważ jednak nie chciał częściej niż trzy razy w tygodniu jadać poza domem, by nie tracić czasu, przeto staranne rozważanie poszczególnych zaproszeń było zupełnie usprawiedliwione. Spodziewał się w zamian, że z biegiem lat będzie mógł częściej wychodzić wieczorami, lecz te dobre czasy nigdy nie nadeszły, gdyż tracił siły.

Wiedza geologiczna niesłychanie wiele zawdzięcza Lyellowi, więcej - jak sądzę - niż komukolwiek innemu. Gdy wyruszałem w podróż na okręcie Beagle , Henslow, który jak wszyscy inni geologowie tych czasów wierzył w kolejne katastrofy, przemyślnie mi poradził wziąć ze sobą i przestudiować pierwszy tom "Zasad" [Ch. Lyell: Principles of Geology, 1831 - t. I, 1832 - t. II, 1833 - t. III - tłum.], który wtedy właśnie wyszedł z druku, lecz w żadnym wypadku nie przyjmować głoszonych tam poglądów. Jakże inaczej obecnie mówi się o "Zasadach". Jestem dumny, że już pierwsze miejsce, w którym rozpocząłem badania geologiczne, a mianowicie St. Jago na Archipelagu Zielonego Przylądka przekonało mnie o nieskończoności wyższości poglądów Lyella nad innymi, przedstawionymi w pozostałych znanych mi dziełach.

Jak potężny był wpływ prac Lyella, świadczą wyraźne różnice w postępie nauki we Francji i w Anglii. Głównie Lyellowi należy przypisać, że obecnie zupełnie poszły w zapomnienie dziwaczne hipotezy Elie de Beaumomonta, np. jego "Kratery elewacyjne" lub "Linie elewacji" [Pojęcia wprowadzone przez zarzuconą już za czasów Darwina teorię elewacji. Twórcami jej byli L. von Buch, A. Humboldt i E. de Beaumont. Twierdzili oni, że początkowo horyzontalnie zalegające warstwy skał ulegają podniesieniu przez wynoszenie się od wewnątrz stożków wulkanicznych (kratery elewacyjne) - tłum.] (słyszałem jak Sedgwick w Towarzystwie Geologicznym wynosił pod niebiosa tę ostatnią hipotezę).

W tym okresie kiedy to właśnie geologia czyniła swe tryumfalne postępy, znałem mniej więcej wszystkich wybitnych geologów. Większość z nich lubiłem z wyjątkiem Bucklanda, który choć pełen dobrego humoru i dobroduszny wydawał mi się wulgarny i prawie ordynarny. Kierował się raczej dążeniem do rozgłosu niż umiłowaniem nauki, co sprawiało, że zachowywał się czasem jak bufon. W swym dążeniu do popularności nie był on jednak samolubny - gdy Lyell jako młody człowiek radził się go w sprawie zgłoszenia w Towarzystwie Geologicznym kiepskiego komunikatu, który został mu przesłany przez jakiegoś cudzoziemca, Buckland odpowiedział: "Lepiej zgłosić, bo w tytule będzie widniało - przedstawione przez Karola Lyella - i w ten sposób publiczność pozna pańskie nazwisko".

Nie sposób wprost przecenić zasług Murchisona dla geologii; opracował on podział starszych formacji geologicznych, jednak daleki był od posiadania umysłu filozoficznego. Był bardzo przyjacielski i ze wszech miar starał się świadczyć wszystkim usługi. Rozmiary, do których urastało jego poszanowanie rangi społecznej, budziły śmiech; z prostotą dziecka zdradzał się z tymi uczuciami i ze swoją próżnością. Z wielkim zachwytem opowiadał w salach Towarzystwa Geologicznego, w licznym towarzystwie, między innymi wielu ledwie mu znanych osób, jak to car Mikołaj w czasie pobytu w Londynie poklepał go po ramieniu i powiedział nawiązując do jego prac geologicznych: "Mon ami, Rosja jest ci wdzięczna". Następnie Murchison zacierając ręce rzekł: "A najlepsze z tego, że słyszał to książę Albert". Pewnego razu zawiadomił on radcę Towarzystwa Geologicznego, że jego wielkie dzieło w okresie sylurskim zostało w końcu opublikowane, i dodał: "Każdy z panów znajdzie swoje nazwisko w skorowidzu", jak gdyby był to szczyt sławy.

Widywałem się często z Robertem Brownem, tym facile princeps botanicorum - jak go nazywał Humboldt; zanim ożeniłem się zwykłem przesiadywać u niego prawie każdej niedzieli rano. Według mnie cechowała go głównie nadzwyczajna dokładność obserwacji i doskonała wprost sumienność. Nigdy mi nie przedstawił jakichś szerszych poglądów biologicznych. Jego wiedza była niezwykle rozległa, toteż wiele przepadło z jego śmiercią, gdyż przesadnie obawiał się popełnienia jakiegoś błędu. Bardzo szczodrze roztaczał przede mną swe wiadomości, był jednak o wiele rzeczy zazdrosny. Odwiedziłem go na dwa lub trzy dni przed podróżą na okręcie Beagle i przy tej sposobności prosił mnie, abym zajrzał do mikroskopu i opisał, co widzę. Uczyniłem to i myślę teraz, że były to jakieś przedziwne ruchy protoplazmy w komórce roślinnej. Spytałem go, co to było i wówczas odpowiedział mi - chłopcu jeszcze prawie, i to porzucającemu Anglię na pięć lat: "A to jest mój mały sekret". Obawiał się, jak sądzę, że mogę mu ukraść jego odkrycie. Hooker mówił mi, że był on sknerą i sam wiedział o tym, że nim jest, jeśli chodziło o jego zielniki. Nie pożyczał on nigdy okazów Hookerowi, który zajmował się opisywaniem roślin Ziemi Ognistej, chociaż dobrze wiedział, że sam nigdy nie zrobi użytku ze zbiorów tego kraju. W innych przypadkach był zdolny do bardzo szlachetnych postępków. Na starość, kiedy już stracił zdrowie i zupełnie nie wytrzymywał większego wysiłku, codziennie odwiedzał (jak mi mówił Hooker) swego starego służącego, który mieszkał dość daleko, pomagał mu i czytywał na głos. To jedno wystarcza, aby wyrównać wszelkie przejawy naukowego skąpstwa i zazdrości. Lubił pokpiwać z tych wszystkich, którzy pisali o tym, czego on sam dokładnie nie rozumiał. Przypominam sobie, że gdy chwaliłem przed nim Whewella "History of the Inductive Sciences", odpowiedział: "Tak, przypuszczam, że przeczytał on przedmowy do bardzo wielu książek".

Mieszkając w Londynie, często widywałem Owena, lecz chociaż bardzo go podziwiałem, nigdy nie mogłem zrozumieć jego charakteru i nigdy nie byłem z nim w zażyłych stosunkach. Po ogłoszeniu "Powstawania gatunków" stał się moim zawziętym wrogiem nie dlatego, żeby doszło między nami do jakiejś kłótni, lecz, o ile mogę sądzić, z zazdrości wobec powodzenia tej książki. Kochany, biedny Falconer - ten czarujący człowiek - był o nim bardzo złego zdania; uważał, że był on nie tylko bardzo ambitny, bardzo zazdrosny i arogancki, lecz ponadto jeszcze nieszczery i nieuczciwy. Siła jego nienawiści była rzeczywiście bezgraniczna. Kiedy dawniej usiłowałem wobec Falconera bronić Owena, mówił mi często: "Sam go pan kiedyś pozna". I tak się też stało.

Nieco później bardzo się zbliżyłem do Hookera, który przez całe życie był jednym z moich najlepszych przyjaciół. Był on niezwykle miłym kolegą i odznaczał się wyjątkowo dobrym sercem. Widać było od razu, że to człowiek szlachetny do szpiku kości. Umysł miał bardzo bystry i posiadał dużą zdolność do uogólnień. Nigdy nie widziałem tak niestrudzonego badacza; potrafił on siedzieć cały dzień nad mikroskopem, a wieczorem był wypoczęty i miły jak zawsze. Był zawsze impulsywny, a nieraz nieco zgryźliwy, lecz zwykle chmury rozpraszały się natychmiast. Pewnego razu napisał do mnie dziki niemal list z powodu, który komuś obcemu wydałby się śmiesznie drobny: chodziło mianowicie o to, że przez pewien czas trzymałem się niedorzecznej myśli, jakoby nasze rośliny okresu węglowego żyły ongiś w płytkich wodach mórz. Oburzenie jego było tym większe, że nie sposób nawet przypuszczać, by on sam mógł dojść do tego, że mangrowe (i kilka innych wymienionych przeze mnie roślin morskich) żyły w morzu, gdyby znał je tylko jako skamieniałości. Innym razem oburzył się podobnie, ponieważ pogardliwie odrzuciłem pogląd, że między Australią a Ameryką Południową rozciągał się niegdyś kontynent. Nie znałem chyba człowieka bardziej godnego kochania niż Hooker.

Nieco później zaprzyjaźniłem się z Huxleyem. Jego umysł działa szybko jak błyskawica i jest ostry jak brzytwa. Nie znałem lepszego mówcy. Nigdy nie pisze i nie mówi czegoś płytkiego. W czasie rozmowy z nim nikomu nie przyszło na myśl, że potrafi on tak ostro rozprawiać się ze swymi przeciwnikami, jak to tylko on umie. Jest on najserdeczniejszym mym przyjacielem i zawsze jest gotów podjąć się dla mnie każdego trudu. W Anglii był główną ostoją zasady stopniowej ewolucji istot żywych. Jakkolwiek wspaniałe jest dzieło, którego dokonał w dziedzinie zoologii, to mógłby dać z siebie daleko więcej, gdyby jego czasu nie pochłaniały w tak znacznym stopniu oficjalne zajęcia, praca literacka, i dążenie do poprawy edukacji w naszym kraju. Mogłem mu wszystko powiedzieć. Przed wielu laty myślałem, że to wielka szkoda, iż atakował tak wielu uczonych, choć byłem przekonany, że w każdym poszczególnym przypadku miał rację; powiedziałem mu to. Z oburzeniem odrzucił ten zarzut, na co odpowiedziałem, iż cieszę się z mojej pomyłki. Mówiliśmy potem o jego słusznych atakach na Owena, a po jakimś czasie powiedziałem: "Jak doskonale ujawnił pan błędy Ehrenberga". Przyznał mi rację i dodał, że dla nauki konieczne jest ujawnianie takich błędów. Znów po jakimś czasie rzuciłem: "Jakże się biedny Agassiz musiał czuć w pańskich rękach". I znów dodałem jakieś inne nazwisko, na co przeszył mnie spojrzeniem swych błyszczących oczu, wybuchł śmiechem i rzucił jakieś osobliwe przekleństwo. Był to wspaniały człowiek, który wiele dobrego zdziałał dla ludzkości.

Mógłbym tu wspomnieć jeszcze o kilku innych wybitnych ludziach, których zdarzyło mi się przypadkowo spotykać, ale niewiele ciekawego jest do nadmienienia. Czułem wielki szacunek dla sir Herschla i wiele przyjemności zaznałem podczas obiadów w jego uroczym domu na Przylądku Dobrej Nadziei, a potem w mieszkaniu londyńskim. Widywałem go także i przy innych okazjach. Nigdy nie mówił wiele, lecz warto było usłyszeć, każde słowo, które powiedział. Był bardzo nieśmiały i często miał strapiony wyraz twarzy. Lady Karolina Bell, u której byłem na obiedzie w jej domu na Przylądku Dobrej Nadziei, podziwiała Herschla, lecz mówiła o nim, że zawsze wchodzi do pokoju jakby świadom tego, że ma brudne ręce i że jego żona wie o tym.

Pewnego razu na śniadaniu w domu sir R. Murchisona spotkałem słynnego Humboldta, który wyświadczył mi ten zaszczyt, że wyraził chęć poznania mnie. Ten wielki człowiek sprawił mi nieco rozczarowania, widocznie zbyt wiele spodziewałem się po nim. Nie pamiętam dokładnie, o czym była mowa, wiem tylko, że Humboldt był bardzo wesoły i dużo mówił.

Zachodziłem dość często do Babbage'a i regularnie brałem udział w jego sławnych wieczornych przyjęciach. Zawsze warto było słuchać tego, co mówił; był on jednak człowiekiem zgorzkniałym i niezadowolonym, a wygląd miał zazwyczaj ponury. Nie przypuszczam, aby choć w połowie był tak złośliwy, za jakiego chciał uchodzić. Pewnego dnia powiedział mi, że wynalazł skuteczny sposób gaszenia pożaru, lecz dodał: "Nie ogłoszę tego, niech ich wszystkich licho weźmie, niech się wszystkie ich domy spalą". Ci wszyscy - to mieszkańcy Londynu. Innego dnia opowiadał mi, że we Włoszech widział przy drodze pompę z pobożnym napisem, głoszącym, że właściciel zbudował ją z miłości do Boga i swego kraju, aby każdy strudzony wędrowiec mógł się napić wody. Babbage dokładnie zbadał pompę i przekonał się, że gdy podróżny pompuje trochę wody dla siebie, to równocześnie pompuje daleko więcej dla właściciela domu. Następnie Babbage dodał: "Tylko jednej rzeczy nienawidzę więcej niż pobożności, a tą jest patriotyzm". Przypuszczam jednak, że jego szczekanie było groźniejsze niż ukąszenia.

Rozmowa z Herbertem Spencerem była dla mnie bardzo ciekawa, lecz nie lubiłem go zbytnio i nie wierzyłem, aby łatwo mi było zaprzyjaźnić się z nim. Sądzę, że był on wielkim egoistą. Po przeczytaniu jakiejkolwiek jego książki zawsze odczuwałem entuzjastyczny podziw dla jego wielkiego talentu i często zastanawiałem się, czy w dalekiej przyszłości nie będzie on uznany za równego tak wielkim ludziom, jak Descartes, Leibnitz etc., o których wszakże wiem niewiele. Mimo to jednak nie uważam, bym w mojej własnej pracy wiele skorzystał z pism Spencera. Jego dedukcyjny sposób traktowania każdego przedmiotu jest czymś krańcowo obcym strukturze mojej umysłowości. Jego wnioski nigdy nie były dla mnie przekonujące i czytając jego rozprawy stale sobie powtarzałem: "To może być pięknym przedmiotem pracy na dobrych kilka lat". Wydaje mi się, że jego podstawowe uogólnienia (niektórzy porównują je pod względem ich znaczenia do praw Newtona!) - bardzo cenne, rzec można, z filozoficznego punktu widzenia - mają taki w gruncie rzeczy charakter, że nie mogą znaleźć ściśle naukowego zastosowania. Dotyczą one raczej istoty definicji niż praw przyrody. Nie pomagają one w przewidywaniu tego, co się stanie w jakimś poszczególnym przypadku. W każdym razie mnie nie przyniosły one żadnego pożytku.

Gdy mówię o H. Spencerze, przypomina mi się Buckle, którego spotkałem raz u Hensleigha Wedgwooda. Byłem zadowolony z poznania jego systemu gromadzenia faktów. Mówił mi, że kupuje wszystkie książki, które ma zamiar przeczytać, i z każdej z nich sporządza dokładny skorowidz zawierający fakty, które - jak sądzi - mogą mu okazać się użyteczne. A ponieważ ma wspaniałą pamięć, w każdej chwili może przypomnieć sobie, co w jakiej książce przeczytał. Spytałem go wtedy, w jaki sposób może przewidzieć z góry, które fakty mogą mu być przydatne, na co odpowiedział, że dobrze tego nie wie, ale kieruje się czymś w rodzaju instynktu. Dzięki zwyczajowi sporządzania skorowidzów mógł on podać zadziwiającą liczbę informacji o tych wszystkich najważniejszych sprawach, które znajdujemy w jego "Historii cywilizacji". Uważałem, że to bardzo ciekawa książka i przeczytałem ją dwa razy, wątpię jednak, aby jego uogólnienia miały jakąkolwiek wartość. H. Spencer mówił mi, że nigdy nie przeczytał z niej ani jednego wiersza. Buckle był mistrzem w rozmowie i słuchałem go nie wtrącając ani słowa, a trudno nawet byłoby coś powiedzieć, gdyż mówił on bez chwili przerwy. Gdy Effie [Eufenia Wedgwood, później poślubiła T. H. Farrera (wg Nory Barlow)] zaczęła śpiewać zerwałem się i powiedziałem, że muszę jej posłuchać. Sądzę, że obraził się, skoro bowiem odszedłem, zwrócił się do swego przyjaciela i powiedział (jak usłyszał mój brat): "Książki p. Darwina są o wiele lepsze niż rozmowa z nim". W rzeczywistości chodziło mu o to, że jego przemówienie nie zostało należycie przeze mnie ocenione.

Z innych wybitnych literatów spotkałem kiedyś Sydneya Smitha w domu dziekana Milmana. W każdym jego słowie było coś niewypowiedzianie zabawnego. Pochodziło to zapewne częściowo stąd, iż z góry oczekiwano po nim rzeczy zabawnych. Opowiadając o sędziwej lady Cork, która kiedyś do tego stopnia wzruszyła się jego kazaniem o miłosierdziu, iż pożyczywszy od znajomego gwineę położyła ją na tacy, tak się wyraził: "Jest rzeczą ogólnie wiadomą, iż moja droga, stara przyjaciółka lady Cork została przeoczona"; a powiedział to w ten sposób, że nikt ani na chwilę nie wątpił, że jego stara przyjaciółka została przeoczona przez diabła. W jaki sposób zdołał on to wyrazić, tego nie wiem.

Kiedyś spotkałem też Macaulaya w domu lorda Stanhope'a (historyka), a ponieważ poza nami była jedna jeszcze tylko osoba na obiedzie, miałem doskonałą sposobność, by z nim porozmawiać, a był to bardzo przyjemny człowiek. Przy tym wcale nie mówił za dużo, nie można bowiem tak powiedzieć o kimś, kto pozostawia również innym możność kierowania tokiem konwersacji, a on tak właśnie się zachowywał.

Lord Stanhope przytoczył mi raz ciekawy szczegół świadczący o dokładności i ogromie pamięci Macaulaya. W domu lorda Stanhope'a schodziło się zazwyczaj wielu historyków; rozmawiali oni o różnych sprawach i nieraz wyrażali poglądy odmienne od zapatrywań Macaulaya. Początkowo w takich wypadkach zaglądano do jakiejś książki, aby sprawdzić, kto ma rację, lecz później lord Stanhope zauważył, że żaden historyk nie zadawał sobie tyle trudu i zdanie Macaulaya uważano za ostateczne.

Kiedy indziej znów spotkałem podczas zebrania historyków w domu Stanhopea innych ludzi pióra, a między nimi Motleya i Grote'a. Po drugim śniadaniu spacerowałem prawie przez godzinę z Grotem po Chevening Park; rozmowa z nim była bardzo interesująca, .przy czym mile mnie uderzyła prostota i bezpretensjonalność jego sposobu bycia.

Z innym znów gronem znanych ludzi zetknąłem się na śniadaniu w domu lorda Stanhope'a w Londynie. Po śniadaniu wszedł Monckton Milnes (obecny lord Houghton) i rozejrzawszy się dokoła wykrzyknął (jakby na potwierdzenie swego przezwiska "wieczorny chłód", danego mu przez Sidney Smitha): "No cóż, stwierdzam, że wszyscy jesteście strasznie niedojrzali".

Wiele lat przedtem jadałem od czasu do czasu obiady ze starym hrabią Stanhope, ojcem historyka. Słyszałem, że jego znów ojciec, bardzo znany w czasach rewolucji francuskiej demokratyczny hrabia, polecił wykształcić swego syna na kowala, gdyż jego zdaniem każdy człowiek powinien znać jakieś rękodzieło. Stary hrabia, którego również znałem, był wielkim oryginałem. Podobał mi się bardzo, choć niewiele o nim wiedziałem. Miał bardzo wyraziste rysy, śniadą cerę, a ilekroć go widziałem, miał na sobie zawsze brązowe ubranie. Wierzył, jak się zdaje, we wszystko, co dla innych było całkowicie niewiarygodne. Powiedział mi kiedyś: "Dlaczego nie porzuci pan tych geologicznych i zoologicznych hocków-klocków i nie zwróci się pan do wiedzy tajemnej?". Historyka (wtedy jeszcze lorda Mahon), zdaje się, zaszokowała ta uwaga skierowana do mnie, a jego urocza małżonka była bardzo ubawiona.

Na ostatku chciałbym wspomnieć Carlyle'a, którego widywałem w domu mego brata, a dwa czy trzy razy w moim własnym. Mówił on w sposób barwny i interesujący, tak właśnie jak pisał, lecz czasami zbyt długo zatrzymywał się na tym samym przedmiocie. Przypominam sobie zabawny obiad u mego brata, na którym między innymi byli Babbage i Lyell, obaj bardzo rozmowni. Carlyle jednak nie dopuścił do głosu nikogo rozprawiając przez cały czas trwania obiadu o zaletach milczenia. Po obiedzie Babbage z najbardziej ponurą ze swych min podziękował Carlyle'owi za bardzo ciekawy Wykład o Milczeniu.

Carlyle drwił sobie ze wszystkich. Pewnego razu w moim domu nazwał on "Historię" Grote'a "zupełnie bezdusznym, cuchnącym bagnem". Dopóki nie ukazały się jego "Wspomnienia", myślałem zawsze, że w jego drwinach jest coś z żartów, lecz teraz raczej w to wątpię. Miał wygląd przygnębionego, prawie zniechęconego, a jednak życzliwego człowieka, a jego serdeczny śmiech był wszystkim znany. Sądzę, że ta jego życzliwość była prawdziwa, choć nieco zabarwiona zazdrością. Miał niewątpliwie zdolność tworzenia żywych obrazów rzeczy i ludzi, o wiele większą, jak mi się zdaje, niż Macaulay. Inna to sprawa, czy sylwetki ludzi były prawdziwe.

Miał nieodparty dar narzucania umysłom ludzkim pewnych wielkich prawd moralnych. Z drugiej zaś strony oburzające były jego poglądy na niewolnictwo. W jego oczach siła równała się prawu. Moim zdaniem był to umysł ograniczony, nawet jeśli nie brać pod uwagę pogardy, jaką żywił dla wszystkich gałęzi wiedzy przyrodniczej. Dziwi mnie, że Kingsley mógł mówić o nim jako o człowieku zdolnym pchnąć wiedzę na drogę postępu. Pogardliwie wyśmiał myśl, którą podtrzymywałem, by matematyk, taki jak Whewell, mógł rozpatrywać poglądy Goethego na światło. Uważał za rzecz zupełnie śmieszną, że ktoś w ogóle może zastanawiać się nad tym, czy lodowiec porusza się nieco szybciej, czy nieco wolniej, czy też w ogóle nie wykazuje ruchu. O ile mogę sądzić, nie spotkałem nigdy człowieka mniej zdolnego do badań naukowych niż Carlyle.

Podczas mego pobytu w Londynie regularnie brałem udział w zebraniach wielu towarzystw naukowych i byłem aktywnym sekretarzem Towarzystwa Geologicznego. Lecz zarówno udział w posiedzeniach, jak zwyczajne życie towarzyskie tak źle wpływało na moje zdrowie, że postanowiliśmy osiąść na wsi, co też uczyniliśmy i czego nigdy nie żałowaliśmy.


[  góra strony  ]

Wiw.pl  |  Na bieżąco  |  Informacje  |  Co nowego  |  Matematyka i przyroda  |  Astronomia  |  Biologia  |  Fizyka  |  Matematyka  |  Modelowanie rzeczywistości  |  Humanistyka  |  Filozofia  |  Historia  |  Kultura antyczna  |  Literatura  |  Sztuka  |  Czytaj  |  Biblioteka  |  Delta  |  Wielcy i więksi  |  Przydatne  |  Słowniki  |  Co i gdzie studiować  |  Wszechświat w obrazkach