Biblioteka
  Wiw.pl   Na bieżąco:  Informacje   Co nowego   Matematyka i przyroda:  Astronomia   Biologia   Fizyka   Matematyka   Modelowanie rzeczywistości   Humanistyka:  Filozofia   Historia   Kultura antyczna   Literatura   Sztuka   Czytaj:  Biblioteka   Delta   Wielcy i więksi   Przydatne:  Słowniki   Co i gdzie studiować   Wszechświat w obrazkach    
  Jesteś tutaj:   Wirtualny Wszechświat > Biblioteka > Klasycy nauki > Autobiografia




NIEKTÓRE MOJE PUBLIKACJE
Na początku 1844 r. ukazały się moje spostrzeżenia dotyczące wysp wulkanicznych, które zwiedziłem w czasie podróży na okręcie Beagle. W 1845 roku poświęciłem wiele pracy korekcie nowego wydania mojego "Dziennika podróży" ["Journal of Researches"], który początkowo ukazał się w 1839 r. jako część dzieła Fitz-Roya. Powodzenie tego mojego pierwszego literackiego dziecka zawsze łechce mą próżność więcej, niż powodzenie jakiejkolwiek innej mojej książki. Po dziś dzień ma ona chętnych nabywców w Anglii i Stanach Zjednoczonych i została przetłumaczona na niemiecki, francuski i inne języki. Takie powodzenie książki podróżniczej, zwłaszcza naukowej, w tak wiele lat po jej ogłoszeniu jest doprawdy rzeczą zaskakującą. Obecnie rozprzedano w Anglii dziesięć tysięcy egzemplarzy drugiego wydania. W 1846 r. zostały ogłoszone moje "Geological Observations on South America". W dzienniczku, który stale prowadzę, zanotowałem, że trzy moje geologiczne książki (łącznie z "Rafami koralowymi") kosztowały mnie trzy i pół roku nieustannej pracy, a właśnie minęło już dziesięć lat od chwili mego powrotu do Anglii. Jakże wiele z tego czasu zabrała mi choroba. O tych trzech książkach nie mam nic więcej do powiedzenia, oprócz tego chyba, że ostatnio zażądano nowych wydań.

W październiku 1846 r. rozpocząłem pracę nad skorupiakami wąsonogimi. Bawiąc na wybrzeżu Chile znalazłem niezwykle ciekawą formę skorupiaka, który wdrąża się w muszle Concholepas i tak znacznie różni się od innych Cirripedia, że dla niego jednego musiałem stworzyć nowy podrząd. Pokrewny rodzaj drążący muszlę znaleziono ostatnio na wybrzeżach Portugalii. Aby zrozumieć budowę mojego nowego wąsonoga, musiałem badać i preparować wiele form pospolitych, co stopniowo skłoniło mnie do zajęcia się całą grupą. Pracowałem nad tym bez przerwy przez następnych osiem lat i w końcu opublikowałem dwa grube tomy, a ponadto jeszcze dwie cienkie książki in quarto o gatunkach wymarłych. Nie ulega wątpliwości, że sir E. Lytton Bulwer z myślą o mnie wprowadził do jednej ze swych powieści profesora Longa, który napisał dwa potężne tomy o ślimakach przytwierdzonych do skał [Limpets].

Chociaż pracą tą zajmowałem się przez osiem lat, to około dwu lat, jak to odnotowałem w dzienniku, zabrała mi choroba. Z tego właśnie powodu w 1848 r. wyjechałem na kilka miesięcy do Malvern, gdzie leczyłem się hydropatią, co tak dobrze na mnie podziałało, że po powrocie do domu byłem zdolny podjąć pracę. Jednakże wciąż niedomagałem tak bardzo, że gdy 13 listopada 1847 r. umarł mój drogi ojciec, nie mogłem wziąć udziału w pogrzebie, ani też spełnić obowiązków jednego z wykonawców jego testamentu [pomyłka K. Darwina: ojciec jego zmarł w 1848 r - tłum.].

Moja praca nad skorupiakami wąsonogimi ma, jak sądzę, znaczną wartość, gdyż oprócz tego, że opisałem w niej wiele nowych i ciekawych form, wskazałem na homologię różnych ich części, odkryłem narząd cementowy - chociaż coś strasznie naplątałem z gruczołami cementowymi - a wreszcie dowiodłem, że u pewnych rodzajów występują dodatkowo karłowate samce, które pasożytują na formach obojnaczych. To ostanie odkrycie zostało ostatecznie całkowicie potwierdzone, choć w swoim czasie jeden z niemieckich autorów przypisywał je mojej bujnej wyobraźni. Wąsonogi tworzą bardzo zmienną i trudną do oznaczania grupę gatunków. Praca nad nimi przyniosła mi znaczną korzyść, gdy w "Powstawaniu gatunków" trzeba było zastanowić się nad zasadami podziału naturalnego. Mimo to wątpię, by warto było tej pracy poświęcić aż tak wiele czasu.

Począwszy od września 1854 r. cały mój czas poświęciłem porządkowaniu olbrzymiej masy zapisków, a również obserwacjom i doświadczeniom dotyczącym transmutacji gatunków. W czasie podróży na okręcie Beagle wielkie wrażenie wywarło na mnie odkrycie w formacji pampasowej wielkich kopalnych zwierząt z pancerzem podobnym do żyjących pancerników; po drugie, sposób, w jaki pewne zwierzęta zajmują miejsce innych blisko spokrewnionych zwierząt w miarę tego jak posuwamy się po kontynencie w kierunku południowym; i po trzecie, południowoamerykański charakter większości mieszkańców archipelagu Galapagos, szczególnie zaś to, że między mieszkańcami poszczególnych wysp archipelagu są pewne nieznaczne różnice, żadna zaś z tych wysp nie jest bardzo stara w sensie geologicznym.

Było rzeczą oczywistą, że można wytłumaczyć zarówno te fakty, jak też wiele innych zakładając, iż gatunki stopniowo się zmieniały; zagadnienie to nie dawało mi spokoju. Jest jednak rzeczą równie oczywistą, że ani działanie otaczających warunków, ani wola organizmów (zwłaszcza odnosi się to do roślin) nie mogą wyjaśnić tych niezliczonych przykładów doskonałego przystosowania wszelkiego rodzaju organizmów do właściwego im sposobu życia; na przykład dzięcioł lub rzekotka drzewna są przystosowane do wspinania się na drzewa, a nasiona do rozsiewania się za pomocą haczyków i puchu. Owe przystosowania zawsze bardzo mnie zadziwiały i wydawało mi się, że dopóki nie można ich wytłumaczyć, bezcelowe byłyby wszelkie próby wykazania na podstawie dowodów pośrednich, że gatunki się zmieniają.

Po powrocie do Anglii przyszło mi na myśl, że idąc za przykładem tego co uczynił Lyell w geologii i zbierając wszystkie fakty, które w jakiś sposób wiążą się ze zmiennością zwierząt i roślin w stanie udomowienia i w stanie natury, można będzie rzucić nieco światła na całe to zagadnienie. Pierwszy mój notatnik datuje się z lipca 1837 r. Pracowałem ściśle według zasad Bacona i bez żadnej teorii, na dużą skalę zbierałem fakty ze szczególnym uwzględnieniem danych dotyczących form udomowionych, posługiwałem się drukowanymi kwestionariuszami, prowadziłem rozmowy z wybitnymi hodowcami i ogrodnikami, bardzo dużo czytałem. Gdy patrzę na spis różnego rodzaju książek, które wtedy przeczytałem i z których robiłem wyciągi, włączając w to szereg czasopism i rozpraw, zdumiewa mnie własna pilność. Wkrótce dostrzegłem, że kamieniem węgielnym osiągnięć człowieka w wytwarzaniu użytecznych ras zwierząt i roślin jest selekcja. Lecz wciąż jeszcze było dla mnie zagadką, jakie zastosowanie mogła mieć selekcja u organizmów żyjących w stanie natury.

W październiku 1838 r., tj. piętnaście miesięcy po rozpoczęciu systematycznych badań, przypadkowo dla rozrywki przeczytałem pracę Malthusa "O zaludnieniu", a ponieważ przez ciągłą obserwację zwyczajów zwierząt i roślin byłem nastawiony tak, że mogłem docenić znaczenie walki o byt, która toczy się wszędzie, od razu uderzyła mnie myśl, że w tych warunkach zmiany korzystne będą wykazywać tendencję do utrzymywania się, a niekorzystne - do zanikania. W wyniku tego będą powstawać nowe gatunki. Tak więc dorobiłem się teorii, w oparciu o którą mogłem dalej pracować; ponieważ jednak starałem się unikać powziętych z góry założeń, postanowiłem na razie jej nie spisywać w najkrótszym nawet zarysie. W czerwcu 1842 r. pozwoliłem sobie skreślić ołówkiem na 35 stronicach bardzo krótkie streszczenie teorii. Szkic ten rozszerzyłem w lecie 1844 r. do 230 stronic i porządnie go przepisawszy przechowuję do dnia dzisiejszego.

Przeoczyłem wtedy wszakże jeden bardzo ważny problem; dziwi mnie bardzo, że przeoczyłem i sam problem, i jego rozwiązanie, chyba że było to tak jak z jajkiem Kolumba. Ten problem to skłonność do rozbieżności cech u istot uorganizowanych powstałych z tego samego pnia - w miarę tego jak ulegają one zmianom. O tym, że zachodzi znaczna rozbieżność świadczy wyraźnie możność zaszeregowania wszelkich gatunków do rodzajów, rodzajów do rodzin, rodzin do podrzędów itd. Dokładnie pamiętam ten odcinek drogi, na którym - ku mojej radości - w czasie jazdy powozem przyszło mi na myśl rozwiązanie; było to już długo po moim osiedleniu się w Down. Rozwiązanie to - jak sądzę - polega na tym, że zmodyfikowane potomstwo wszelkich panujących i wzrastających liczebnie form dąży do przystosowania się do licznych i wysoce zróżnicowanych miejsc w gospodarce przyrody.

Z początkiem 1856 r. Lyell poradził mi, abym szczegółowo spisał całość moich poglądów, z miejsca więc zabrałem się do tego na skalę trzy- lub czterokrotnie większą, niż to mi później wyszło w "Powstawaniu gatunków". A był to jedynie wyciąg z materiałów, które nagromadziłem, przy czym w tej skali wykonałem swą pracę tylko w połowie. Plan mój jednak zarzuciłem, gdy z początkiem lata 1858 r. p. Wallace, który przebywał wówczas na Archipelagu Malajskim, przysłał mi rozprawę "On the Tendency of Varieties to depart indefinitely from the Orginal Type". Rozprawa ta zawierała dokładnie taką samą teorię jak moja. Pan Wallace wyraził życzenie, abym przesłał jego pracę Lyellowi do przeczytania, o ile będzie mi się ona podobała.

"Journal of the Proceedings of the Linnean Society", 1858 r., s. 45, podaje okoliczności, w których zgodziłem się z życzeniem Lyella i Hookera, aby wyciąg z mojego rękopisu wraz z listem do Asy Graya, datowany z 5 września 1857 r., został ogłoszony równocześnie z rozprawą Wallace'a. Początkowo bardzo niechętnie na to przystałem, gdyż sądziłem, że pan Wallace może uważać takie postępowanie za niedopuszczalne. Wówczas bowiem jeszcze nie znałem jego wspaniałomyślności i szlachetności. Wyciąg z mojego rękopisu i list do Asy Graya nie były przeznaczone do publikacji i nie były starannie napisane. Rozprawa p. Wallace'a przeciwnie, była doskonale i zupełnie jasno opracowana. Mimo to nasze tak połączone prace nie zwróciły większej uwagi, a jedyna ogłoszona o nich wzmianka pochodziła --o ile sobie przypominam - od profesora Haughtona z Dublina, który ocenił je w ten sposób, że wszystko co jest w nich nowe, jest błędne, a co jest prawdziwe, było już od dawna znane. Wskazuje to, jak bardzo konieczną rzeczą jest szczegółowe wyjaśnienie nowego poglądu, aby mógł on wzbudzić ogólne zainteresowanie.

We wrześniu 1858 r. na skutek usilnych namów Lyella i Hookera przystąpiłem do pracy nad przygotowaniem książki o transmutacji gatunków, lecz często musiałem ją przerywać z powodu choroby i krótkich wyjazdów do doskonałego zakładu hydropatycznego dra Lane'a w Moor Park. Skróciłem rękopis rozpoczęty w 1856 r. na o wiele większą skalę i zakończyłem książkę w tak zredukowanych rozmiarach. Kosztowała mnie ona trzynaście miesięcy i dziesięć dni ciężkiej pracy. Została opublikowana w listopadzie 1859 r. pod tytułem "O powstawaniu gatunków". W następnych wydaniach wprowadzono wprawdzie poważne uzupełnienia i poprawki, mimo to dzieło w gruncie rzeczy nie zostało zmienione.

Bez wątpienia jest to główne dzieło mojego życia. Od samego początku cieszyło się wielkim powodzeniem. Pierwszy niewielki nakład 1250 egzemplarzy rozsprzedano w dniu ukazania się, a wkrótce potem drugie wydanie w 3000 egzemplarzy. Obecnie (1876 r.) sprzedano w Anglii szesnaście tysięcy egzemplarzy, co jest rzeczywiście liczbą bardzo dużą, jeżeli się zważy, że jest to trudna książka. Przetłumaczono ją prawie na wszystkie języki europejskie, nawet na hiszpański, czeski, polski i rosyjski. Jak twierdzi panna Bird [Jak się dowiaduję od prof. Mitsukuri, panna Bird była w błędzie - F. Darwin], książka została przetłumaczona na język japoński i jest w Japonii pilnie studiowana. Ukazał się nawet esej w języku hebrajskim, wykazujący, że teorię tę znajdujemy już w Starym Testamencie. Recenzji było bardzo wiele. Przez jakiś czas zbierałem wszystko, co się ukazywało o "Powstawaniu" i innych moich książkach związanych z tym tematem; doszedłem do 265 pozycji (włączając w to recenzje w czasopismach), później z desperacji rzuciłem to wszystko. Opublikowano różne rozprawy i książki na ten temat, a w Niemczech co rok lub co dwa ukazuje się katalog czy też bibliografia "darwinizmu".

Powodzenia "Powstawania" można, jak sądzę, w dużej mierze przypisać temu, że już poprzednio napisałem dwa skondensowane szkice i że ostatecznie skróciłem o wiele obszerniejszy rękopis, który z kolei był też tylko wyciągiem. Dzięki temu mogłem dokonać wyboru najbardziej uderzających faktów i wniosków. Przez wiele lat hołdowałem też następującej złotej zasadzie: jeśli mianowicie kiedykolwiek zdarzyło mi się zetknąć z jakimś ogłoszonym faktem, nowym spostrzeżeniem lub własną moją myślą przeczącą moim ogólnym wynikom, natychmiast to sobie zapisywałem; doświadczenie bowiem przekonało mnie, że takie fakty i myśli łatwiej zapomina się niż te, które przemawiają za teorią. Dzięki temu przyzwyczajeniu niewiele wysunięto takich obiekcji przeciw moim poglądom, których bym sam nie dostrzegł i na które bym nie starał się dać odpowiedzi.

Mówiono czasami, że powodzenie "Powstawania" dowodzi, że "temat wisiał w powietrzu" lub że "umysły były do tego przygotowane". Nie myślę, aby to ściśle odpowiadało prawdzie, gdyż przy każdej okazji sondowałem opinię wielu przyrodników i nie zdarzyło mi się spotkać ani jednego, który by wątpił o stałości gatunków. Nawet Lyell i Hooker, którzy wysłuchiwali mnie z zainteresowaniem, właściwie nigdy się ze mną nie zgadzali. Raz czy dwa razy próbowałem wyjaśnić pewnym zdolnym ludziom, co rozumiem przez dobór naturalny, lecz nigdy mi się to nie udało. Jest jednak, jak myślę, prawdą, że w umysłach przyrodników nagromadziła się niezliczona ilość dobrze zbadanych faktów, które mogły znaleźć właściwe miejsce z chwilą, gdy została dostatecznie jasno wyłożona jakaś teoria obejmująca te fakty. Innym powodem powodzenia książki były jej ograniczone rozmiary, co zawdzięczam rozprawie p. Wallace'a. Gdybym bowiem opublikował książkę w rozmiarach, w jakich zacząłem ją pisać w 1856 r., powstałoby dzieło cztery lub pięć razy obszerniejsze niż "Powstawanie" i niewielu ludzi miałoby cierpliwość je przeczytać.

Wiele też zyskałem zwlekając z publikacją od roku 1839, to jest od czasu, gdy teoria już jasno mi się przedstawiała, aż do roku 1859. Nic przez to nie straciłem, gdyż zawsze niewiele troszczyłem się o to, komu ludzie przypiszą więcej oryginalności - mnie czy też Wallace'owi, a jego rozprawa bez wątpienia przyczyniła się do recepcji teorii. Wyprzedzono mnie natomiast w jednym ważnym punkcie, przez co zawsze cierpiała moja próżność, a mianowicie w wyjaśnieniu wpływu okresu lodowcowego na to, że te same gatunki roślin i niektórych zwierząt występują na szczytach gór i w okolicach arktycznych, w wielkiej od siebie odległości. Wyjaśnienie to tak mi się spodobało, że napisałem je in extenso, a Hooker czytał je na kilka lat przedtem, nim została opublikowana słynna rozprawa E. Forbesa na ten sam temat. Wciąż jednak myślę, że miałem rację w tych niewielu punktach, w których poglądy nasze różniły się. Nigdy oczywiście w druku nie wspomniałem o niezależnym opracowaniu przeze mnie tego problemu.

W czasie pracy nad "Powstawaniem" nic nie sprawiło mi większej satysfakcji, jak wyjaśnienie dużych w wielu gromadach różnic między zarodkiem a postacią dojrzałą oraz ścisłego podobieństwa zarodków w obrębie tej samej gromady. W pierwszych recenzjach "Powstawania" nie było - o ile sobie przypominam - ani jednej wzmianki o tym i pamiętam, że w liście do Asy Graya wyraziłem z tego powodu zdziwienie. Później niektórzy recenzenci przypisywali tę myśl Fritzowi Müllerowi i Haecklowi, którzy bez wątpienia opracowali to zagadnienie szerzej i pod pewnymi względami lepiej niż ja. Miałem materiały do całego rozdziału o tym przedmiocie i powinienem był szerzej go opracować. Jasne jest wszakże, że nie potrafiłem zainteresować moich czytelników i cała zasługa powinna być według mego zdania przypisana temu, komu to się udało.

To skłania mnie do nadmienienia, że moi recenzenci prawie zawsze odnosili się do mnie uczciwie, o ile pominiemy tych, którym brakowało wiedzy naukowej, a więc nie warto o nich wspominać. Poglądy moje były często bardzo wypaczane, spotykały się nieraz z gwałtowną opozycją, ośmieszano je, lecz zazwyczaj robiono to - jak sądzę - w dobrej wierze. Muszę jednak z tego wyłączyć p. Mivarta, który jak to wyraził w swym liście pewien Amerykanin zachował się w stosunku do mnie jak "lichy pokątny doradca" [pettifogger] lub - jak to mawiał Huxley - jak "adwokat z Old Bailey". W sumie moje prace zbyt często były bardzo przechwalane. Rad jestem, że unikałem sporów, a to dzięki Lyellowi, który wiele lat temu po ogłoszeniu moich prac geologicznych usilnie radził mi nie dać się wciągnąć w polemikę, gdyż rzadko przynosi ona jakąś korzyść, a powoduje dodatkową stratę czasu i zdenerwowanie.

Ilekroć zdarzyło mi się, że popełniłem jakiś błąd lub że są jakieś niedokładności w mojej pracy, ilekroć mnie w sposób złośliwy krytykowano lub nawet gdy mnie tak przechwalano, iż czułem się tym wszystkim zmęczony, największą pociechę przynosiło mi stałe powtarzanie sobie, że "pracowałem tak usilnie i tak dobrze, jak tylko potrafiłem, a przecież żaden człowiek nie może zrobić nic ponadto". Pamiętam, jak w Zatoce Good Success w Ziemi Ognistej myślałem (i - zdaje się - pisałem o tym do domu),że nie potrafiłbym zrobić lepszego użytku z mego życia, jak właśnie przez dokonanie najmniejszego choćby wkładu do wiedzy przyrodniczej. Czyniłem to tak dobrze, jak na to pozwalały moje zdolności, i niech sobie krytycy mówią, co im się podoba - nic nie może obalić tego przeświadczenia.

W ciągu ostatnich dwóch miesięcy 1859 roku byłem całkowicie pochłonięty przygotowaniem drugiego wydania "Powstawania" i olbrzymią korespondencją. 7 stycznia 1860 roku zacząłem porządkować moje notatki do dzieła o "Zmienności zwierząt i roślin w stanie udomowienia", które jednak ogłosiłem dopiero na początku 1868 r. Przyczyną tego opóźnienia były częściowo częste choroby, z których jedna trwała siedem miesięcy, a częściowo pokusa ogłaszania prac na inne tematy, które w danym momencie więcej mnie interesowały.

15 maja 1862 r. ukazała się moja książeczka "Fertilisation of Orchids". Która kosztowała mnie dziesięć miesięcy pracy; większość faktów podanych w niej gromadziłem powoli w ciągu wielu poprzednich lat. W 1839 r., latem, a myślę, że również już w ciągu poprzedniego lata, musiałem zwrócić uwagę na krzyżowe zapylanie kwiatów przez owady, gdyż w moich spekulacjach nad powstawaniem gatunków doszedłem do wniosku, że krzyżowanie odgrywało ważną rolę w utrzymaniu się form gatunkowych w stanie niezmienionym. Zajmowałem się tym zagadnieniem więcej lub mniej w okresie letnim każdego następnego roku, a moje zainteresowanie znacznie wzrosło w listopadzie 1841 r., to znaczy gdy za radą Roberta Browna dostałem i przeczytałem wspaniałą książkę C. K. Sprengla - "Das entdeckte Geheimniss der Natur". Przez kilka lat - do 1862 r. - zajmowałem się specjalnie zapłodnieniem u brytyjskich storczyków. Wydawało mi się, że będzie bardziej celowe, jeśli przygotuję w miarę moich możliwości wyczerpujący traktat o tej grupie roślin, niż jeślibym miał zrobić użytek z olbrzymiej masy powoli gromadzonego materiału dotyczącego również innych roślin.

Postanowienie moje okazało się słuszne, gdyż od czasu ukazania się mojej książki ogłoszono zadziwiającą wprost liczbę prac i książek o zapłodnieniu wszelkiego rodzaju roślin kwiatowych; były one o wiele lepiej opracowane, niżbym ja mógł to zrobić. Zasługi starego, biednego Sprengla, tak długo zapoznane, teraz, w wiele lat po jego śmierci, zostały w pełni docenione.

W tym samym roku ogłosiłem w "Journal of the Linnean Society" artykuł "On the Two Forms or Dimorphic Condition of Primula", a w ciągu następnych pięciu lat pięć dalszych prac o roślinach dwu- i trójpostaciowych. Nie sądzę, aby cokolwiek w moim naukowym życiu dało mi większe zadowolenie niż wyjaśnienie budowy tych roślin. W roku 1838 i 1839 zauważyłem dimorfizm u lnu złocistego [Linum flavum] i początkowo myślałem, że jest to tylko przypadek jakiejś niezrozumiałej [unmeaning] zmienności. Badając jednakże pospolite gatunki pierwiosnki zauważyłem, że obie formy są zbyt prawidłowe i stałe, by można to było tak traktować. Doszedłem przeto do przekonania, że pospolita Primula veris i inne pierwiosnki są na drodze do osiągnięcia dwupienności i że krótki słupek u jednej oraz krótkie pręciki u drugiej formy wykazują tendencję do zanikania [abortion]. Zbadano więc te rośliny pod tym kątem widzenia, lecz gdy okazało się, że kwiaty z krótkimi słupkami zapłodnione pyłkiem z krótkich pręcików dawały więcej nasion niż jakiekolwiek inne z czterech możliwych kombinacji, hipoteza zanikania [abortion theory] wzięła w łeb. Po dodatkowych doświadczeniach stało się jasne, że obie formy, choć doskonale obupłciowe, pozostają względem siebie w takim stosunku, jak dwie płcie u jakiegokolwiek zwierzęcia. Krwawnica [Lythrum] jest jeszcze bardziej zadziwiającym przykładem występowania trzech form pozostających do siebie w podobnym stosunku. Wykazałem później, że potomstwo powstałe w wyniku połączenia dwu roślin należących do tych samych form przedstawia bliską i ciekawą analogię z mieszańcami powstającymi z połączenia dwóch odrębnych gatunków.

W jesieni 1864 r. zakończyłem obszerną pracę: "Climbing Plants" i przesłałem ją do Towarzystwa im. Linneusza. Pracę tę pisałem cztery miesiące, lecz gdy otrzymałem korektę, czułem się tak niedobrze, że nie tknąłem jej, choć było to kiepsko, a miejscami wręcz niejasno napisane. Praca ta nie zwróciła większej uwagi, lecz gdy w 1875 r. poprawiłem ją i ogłosiłem jako oddzielną książkę, rozeszła się szybko. Do podjęcia tego tematu skłoniło mnie przeczytanie krótkiej, ogłoszonej w 1858 r. pracy Asy Graya o ruchach wąsów u dyniowatych. Przysłał mi on nasiona; wyhodowawszy z nich kilka roślin byłem tak zafascynowany i zadziwiony wijącymi ruchami wąsów i pędów, w rzeczywistości bardzo prostymi, choć na pozór zdają się bardzo skomplikowane, iż postarałem się o różne rodzaje roślin pnących i przestudiowałem całość zagadnienia. Temat ten zajmował mnie tym bardziej, że zupełnie nie zgadzałem się z wyjaśnieniem, które podawał nam Henslow w swych wykładach o roślinach pnących, a mianowicie że wykazują one naturalną dążność do wzrastania po linii spiralnej. To wyjaśnienie okazało się całkowicie błędne. Pewne przystosowania, które wykazują rośliny pnące, są tak piękne, jak i przystosowania umożliwiające storczykom krzyżowe zapłodnienie.

Jak to już zaznaczyłem, moją "Zmienność zwierząt i roślin w stanie udomowienia" rozpocząłem na początku 1860 r., lecz ogłosiłem ją dopiero na początku 1868 r. Jest to ogromna książka i kosztowała mnie cztery lata i dwa miesiące ciężkiej pracy. Zawiera ona wszystkie moje spostrzeżenia oraz olbrzymią ilość faktów zebranych z rozmaitych źródeł o różnych tworach naszej hodowli. W drugim tomie rozpatrzyłem przyczyny i prawa zmienności, dziedziczności itp. w takim stopniu, w jakim pozwalał na to ówczesny stan naszej wiedzy. W zakończeniu pracy przedstawiłem tak bardzo atakowaną hipotezę pangenezy. Wartość hipotezy niesprawdzonej jest niewielka lub zgoła żadna. Jeżeli jednak kiedyś w przyszłości ktoś zajmie się badaniami, które mogłyby potwierdzić taką hipotezę, to mu oddam dobrą przysługę, gdyż dzięki niej można powiązać ze sobą i wyjaśnić olbrzymią liczbę poszczególnych faktów. W 1875 r. ukazało się drugie w znacznym stopniu poprawione wydanie, którego przygotowanie zabrało mi wiele czasu.

Moje "Pochodzenie człowieka" zostało ogłoszone w lutym 1871 r. Od chwili gdy w 1837 lub 1838 roku uświadomiłem sobie, że gatunki to twory bardzo zmienne, nie mogłem oprzeć się przekonaniu, że i człowiek musi podlegać temu samemu prawu. W związku z tym dla własnej satysfakcji zbierałem dane dotyczące tego zagadnienia i przez czas długi nie miałem żadnego zamiaru ich ogłaszać. Chociaż w "Powstawaniu gatunków" nie było rozważane pochodzenie jakiegoś poszczególnego gatunku, to, aby nikt z uczciwych ludzi nie mógł mi zarzucić, że ukrywałem swoje poglądy, uważałem, że lepiej jest dodać w tym dziele, iż "może ono rzucić pewne światło na pochodzenie człowieka i jego historię". Byłoby rzeczą zbyteczną, a dla powodzenia książki nawet szkodliwą, gdybym zachciał popisywać się moimi zapatrywaniami na pochodzenie człowieka nie przytaczając równocześnie na to żadnych dowodów.

Gdy następnie jednak przekonałem się, że wielu przyrodników bez zastrzeżeń przyjęło teorię ewolucji gatunków, wydało mi się wskazane przystąpić do opracowania tych notatek, które posiadałem , i ogłosić osobną rozprawę o pochodzeniu człowieka. Cieszyło mnie to tym bardziej, że stwarzało sposobność pełnego rozpatrzenia doboru płciowego, tematu, który mnie zawsze bardzo zajmował. Zarówno ten temat, jak i zmienność form udomowionych łącznie z przyczynami i prawami zmienności, dziedziczności itp. oraz krzyżowanie roślin są to te jedyne zagadnienia, które udało mi się opisać tak obszernie, że mogłem wykorzystać wszystkie zgromadzone przeze mnie materiały. "Pochodzenie człowieka" pisałem przez trzy lata, lecz jak zwykle część tego czasu straciłem wskutek choroby, a część poświęciłem przygotowaniu nowych wydań i innym pomniejszym pracom. Drugie wydanie "Pochodzenia", znacznie poprawione, ukazało się w 1874 r.

Książka moja "O wyrazie uczuć u człowieka i zwierząt" ukazała się w jesieni 1872 r. Zamierzałem poświęcić temu tematowi tylko jeden rozdział w "Pochodzeniu człowieka", lecz gdy zacząłem porządkować notatki, przekonałem się, że to wymaga osobnej rozprawy.

Pierwsze moje dziecko urodziło się 27 grudnia 1839 r. i od tego czasu zacząłem robić notatki o pierwszych przebłyskach różnych uczuć, jakie ono okazywało, byłem bowiem przekonany, że właśnie ten ważny okres jest naturalnym początkiem stopniowego rozwoju najbardziej nawet złożonych i subtelnych odcieni ich ekspresji. W czasie lata następnego, 1840 roku, przeczytałem doskonałe dzieło sir C. Bella o wyrażaniu uczuć [C. Bell: Anatomy and Philosophy of Expression - tłum.], w związku z czym moje zainteresowanie tym zagadnieniem bardzo wzrosło, chociaż nie mogłem zgodzić się z jego poglądem, że różne mięśnie zostały stworzone specjalnie w celu wyrażania uczuć. Od tego czasu przy różnych okazjach, poświęcałem nieco uwagi tej sprawie zarówno w odniesieniu do człowieka, jak i do naszych zwierząt udomowionych. Książka rozeszła się szybko; w dniu jej ukazania się sprzedano 5267 egzemplarzy.

W lecie 1860 r. próżnowałem i odpoczywałem w pobliżu Hartfield, gdzie obficie występują dwa gatunki rosiczki [Drosera]; zauważyłem, że liczne owady są chwytane przez liście tych roślin. Wziąłem do domu kilka roślin i podając im owady dostrzegłem ruchy włosków, co naprowadziło mnie na myśl, że owady są chwytane w jakimś określonym celu. Na szczęście przyszedł mi do głowy pomysł zrobienia rozstrzygającej próby, a mianowicie: umieszczenia wielkiej ilości liści w różnych płynach tej samej gęstości zawierających azot i pozbawionych azotu. Wkrótce zauważyłem, że tylko pierwsze wyzwalają energiczne ruchy, co otwierało nowe pole do badań.

W ciągu następnych lat, gdy tylko miałem trochę wolnego czasu, prowadziłem dalsze doświadczenia i w lipcu 1875 r., czyli w szesnaście lat od chwili moich pierwszych obserwacji, została opublikowana moja książka "Insectivorous Plants". To opóźnienie, tak jak to było ze wszystkimi moimi książkami, przyniosło wielkie korzyści, gdyż po upływie dłuższego czasu człowiek może odnieść się do swojej pracy równie krytycznie jak do cudzej. Fakt, że roślina po odpowiednim podrażnieniu wydziela płyn zawierający kwas i ferment bardzo podobny do zwierzęcych soków trawiennych, był niewątpliwie doniosłym odkryciem.

W jesieni 1876 r. ukaże się moja praca "Skutki krzyżowania i samozapładniania w świecie roślin". Książka ta będzie uzupełnieniem do "Fertilisation of Orchids", w której wykazałem, jak doskonałe są urządzenia służące do krzyżowego zapładniania; w tej zaś wykażę, jak doniosłe są skutki takiego zapładniania. Zupełnie przypadkowe spostrzeżenia skłoniły mnie do prowadzenia w ciągu jedenastu lat z rzędu licznych przytoczonych w książce doświadczeń. I rzeczywiście trzeba trafu, że taki przypadek zdarzył się powtórnie właśnie przedtem, zanim całą moją uwagę pochłonął ten znamienny fakt, iż siewki otrzymane w wyniku samozapłodnienia już w pierwszym pokoleniu ustępują pod względem wielkości i żywotności siewkom pochodzącym z zapłodnienia krzyżowego. Mam także nadzieję na nowe poprawione wydanie książki o storczykach, a później na wydanie prac o roślinach dwu- i trzypostaciowych łącznie z pewnymi dodatkowymi dotyczącymi pokrewnych zagadnień spostrzeżeniami, których nie miałem nigdy czasu uporządkować. Siły moje będą zapewne wówczas na wyczerpaniu i gotów będę zawołać nunc dimittis.

"Skutki krzyżowania i samozapładniania" [odtąd do zdania: "Książka ta pobudziła moje dawne zainteresowania geologiczne" - tekst dodany do rękopisu "Wspomnień" w 1881 r.] zostały opublikowane w jesieni 1876 r. Wyniki, do jakich doszedłem, tłumaczą moim zdaniem niezliczone i przedziwne urządzenia służące do przenoszenia pyłku z jednej rośliny na drugą w obrębie tego samego gatunku. Obecnie jednak sądzę, zwłaszcza wobec badań Hermanna Müllera, że powinienem był położyć większy nacisk na kwestię licznych przystosowań do samozapłodnienia; znałem przecież wiele takich przystosowań. W 1877 r. wyszło znacznie rozszerzone wydanie "Fertillistaion of Orchids".

W tym samym roku ukazała się moja książka "The Different Forms of Flowers" etc., a w roku 1880 jej drugie wydanie. Zawiera ona kilka prac początkowo ogłoszonych w Towarzystwie im. Linneusza o kwiatach różnosłupkowych. Do prac tych wprowadzono potem poprawki, dodano wiele nowego materiału wraz z opisem innych przypadków, w których na tej samej roślinie występują dwa rodzaje kwiatów. Jak zaznaczono poprzednio, żadne inne z moich drobnych odkryć nie sprawiło mi tyle zadowolenia, co ocena znaczenia kwiatów różnosłupkowych. Wyniki nieprawowitego [in an illegitimate manner] [Illegitimate union - nieprawowite łączenie, polega na zapyleniu długich słupków pyłkiem z krótkich pręcików lub krótkich słupków pyłkiem z długich pręcików - tłum.] krzyżowania takich kwiatów uważam za bardzo ważne, gdyż odnoszę się one do bezpłodności mieszańców; zresztą niewiele tylko osób zwróciło na to uwagę.

W roku 1879 opublikowałem przekład [z niemieckiego na angielski - tłum.] artykułu dra Ernesta Krausego - Życie Erazma Darwina" [Life of Erasmus Darwin] - dodając od siebie zarys jego charakteru i sposobu życia oparty na posiadanych przeze mnie materiałach. Wiele osób bardzo interesowało się tym niewielkim życiorysem i dziwię się, że sprzedano tylko 800-900 egzemplarzy. Ponieważ przez przypadek nie wspomniałem, że dr Krause rozszerzył i uzupełnił swój artykuł w języku niemieckim, nim został on przetłumaczony, p. Samuel Butler napadł na mnie z niepoczytalną prawie złośliwością [Po ukazaniu się książki Butlera "Evolution old a. new", 1879, Krause dodał do "Życia" kilka zdań, nawiązujących do poglądu Butlera, że faktycznym twórcą teorii był Erazm Darwin. Krause twierdzi ("Darwin u. Sein Verhältnis zu Deutschland", 1885), że napaść Butlera na Darwina miała światopoglądowe przesłanki - tłum.]. Nigdy nie umiałem zrozumieć, czym mianowicie mogłem go tak dotkliwie urazić. Sprawa była przedmiotem sporu między czasopismem "Atheneum" I "Nature". Ze swej strony przedstawiłem wszystkie odnośne dokumenty dobrym sędziom, a mianowicie: Huxleyowi, Leslie Stephenowi, Litchfieldowi i in. i wszyscy oni byli zgodni co do tego, że atak był tak nieuzasadniony, iż nie zasługuje na żadną publiczną odpowiedź. Wyraziłem już bowiem przedtem prywatnie moje ubolewanie p. Butlerowi za to przypadkowe pominięcie. Huxley pocieszał mnie cytując po niemiecku parę wierszy z Goethego, który atakowany przez kogoś powiedział: "Każdy wieloryb ma swoją wesz".

W 1880 roku przy współpracy Franka [Francisa Darwina - tłum.] ogłosiłem naszą pracę "Power of Movement in Plants". Kosztowała ona nas dużo pracy. Książka ta pozostaje w takim samym stosunku do "Climbing Plants" co "Cross-Fertilisation" do "Fertillisation of Orchids". Nie można bowiem dać zgodnego z zasadami ewolucji wyjaśnienia tego, że rośliny pnące rozwinęły się w tak licznych i tak bardzo różniących się od siebie grupach, nie zakładając, że każda roślina ma jakąś choćby nikłą zdolność do analogicznego ruchu. Dowiodłem więc, że tak jest rzeczywiście i doszedłem do dosyć szerokiego uogólnienia, a mianowicie, że wielkie i ważne rodzaje ruchów wywoływane przez światło, siłę ciężkości itd. są zmodyfikowanymi formami podstawowego ruchu cyrkumnutacji. Cieszyło mnie zawsze, że podniosłem niejako rośliny na wyższy szczebel w drabinie istot żywych i dlatego odczuwałem szczególną przyjemność wykazując, jak liczne i jak doskonale przystosowane ruchy wykazuje wierzchołek korzenia.

Obecnie (1 maja 1881 r.) podpisałem do druku rękopis książeczki "The Formation of Vegetable Mould througt the Action of Worms". Jest to temat nie mający większego znaczenia i nie wiem, czy znajdzie czytelników, lecz dla mnie jest interesujący. Jest to uzupełnienie krótkiej pracy przedstawionej Towarzystwu Geologicznemu przed ponad czterdziestu laty. Książka ta pobudziła moje dawne zainteresowania geologiczne.

Wymieniłem już wszystkie książki, jakie opublikowałem, a ponieważ były one milowymi słupami w moim życiu, niewiele pozostaje mi do dodania. W ciągu trzydziestu lat nie dostrzegłem żadnej zmiany w moim umyśle z wyjątkiem jednej, o której zaraz wspomnę. Zresztą nie należało oczekiwać żadnej zmiany poza ogólnym chyba przytępieniem. Ojciec mój jednak dożył osiemdziesięciu trzech lat zachowując świeżość umysłu i nie wskazując przytępienia jakiejkolwiek ze swych zdolności. Spodziewam się, że i ja umrę, zanim mój umysł przygaśnie w sposób widoczny. Myślę, że stałem się nieco bystrzejszy w wynajdywaniu trafnych wyjaśnień i projektowaniu doświadczalnych testów. Jest to jednak prawdopodobnie tylko wynikiem wprawy i bogatszego zasobu wiedzy. Jednakże nadal sprawia mi trudność jasne i ścisłe wyrażanie się; trudność ta zawsze powodowała wielką stratę czasu. Ma ona jednak tę dobrą stronę, że zmusza mnie do długich i usilnych rozmyślań nad każdym zdaniem. Dzięki temu dostrzegam często błędy rozumowania zarówno w moich, jak i cudzych spostrzeżeniach.

W moim umyśle tkwiło coś jakby jakaś siła fatalna sprawiająca, iż moje twierdzenia i wnioski formułowałem z początku w sposób błędny i niezręczny. Dawniej zwykłem był rozmyślać nad każdym zdaniem, zanim je napisałem, lecz już przed wielu laty doszedłem do przekonania, że tracę mniej czasu, jeśli byle jak zapisuję całe stronice, i to tak szybko jak tylko potrafię, skracając słowa do połowy, a dopiero później poprawiam je z namysłem. Zadania napisane w ten sposób są często lepsze niż napisane po namyśle.

Powiedziawszy tyle o moim sposobie pisania dodam, że przy większych książkach wiele czasu poświęcałem ogólnemu układowi treści. Najpierw sporządzałem najbardziej ogólnikowy zarys na dwóch lub trzech stronicach, później rozszerzony do kilkunastu stron, w których często parę słów lub nawet jedno słowo zastępowało całe omówienie lub szereg faktów. Każde z tych haseł następnie rozszerzałem, a często przerabiałem, zanim zaczynałem pisać in extenso. Ponieważ w wielu moich książkach posługiwałem się obficie faktami dostrzeżonymi przez innych i ponieważ opracowywałem zawsze równocześnie kilka różnych tematów, wspomnę tu, że miałem trzydzieści do czterdziestu wielkich tek w szafach z oznaczonymi szufladami, do których mogłem w każdej chwili dołączyć jakąś luźną notkę czy większą notatkę. Kupowałem wiele książek; na końcu sporządzałem skorowidz wszystkich faktów odnoszących się do mej pracy. Jeżeli książka nie była moją własnością, sporządzałem z niej osobny wyciąg i takich wyciągów pełna jest jedna duża szuflada. Nim rozpocząłem pracę nad jakimś tematem, przeglądałem wszystkie te krótkie konspekty i sporządzałem jeden ogólny systematyczny skorowidz; kiedy wyjąłem jedną lub kilka tek, miałem gotowe do użytku wszystkie dane, jakie zebrałem w ciągu całego życia.

Powiedziałem już, że pod pewnym względem umysł mój uległ zmianie w ciągu ostatnich dwudziestu czy trzydziestu lat. Do trzydziestego roku życia, a nawet nieco później, wszelkiego rodzaju poezja, jak np. utwory Miltona, Graya, Wordwortha, Coleridge'a i Shelleya, sprawiały mi wielką przyjemność, a jeszcze jako uczeń zachwycałem się Szekspirem, zwłaszcza jego dramatami historycznymi. Wspomniałem też, że dawniej delektowałem się obrazami, a jeszcze bardziej muzyką. A teraz od wielu już lat nie mogę się zmusić do przeczytania jednego wiersza poezji; ostatnio próbowałem czytać Szekspira, lecz okazało się to nudne nie do wytrzymania, wręcz przyprawiało mnie o mdłości. Straciłem wszelkie zamiłowanie do malarstwa i muzyki. Kiedy słucham muzyki, zaczynam intensywnie myśleć o tym, co mam do zrobienia, zamiast czerpać z niej przyjemność. Zachowałem jeszcze upodobanie do piękna krajobrazu, ale i to nie budzi we mnie, jak to było dawniej prawdziwego zachwytu. Natomiast powieści, które są wytworem wyobraźni, chociażby nawet pozbawione większych wartości, przez długie lata dawały mi wytchnienie i przyjemność, toteż często błogosławię wszystkich powieściopisarzy. Czytano mi ich bardzo wiele na głos i podoba mi się każda, o ile jest przeciętnie dobra, i o ile nie kończy się nieszczęśliwie, co powinno być prawnie zakazane. Powieść, moim zdaniem, nie należy do najlepszych, gdy nie występuje w niej osoba, którą byśmy mogli serdecznie pokochać. A jeżeli jest nią piękna kobieta, to tym lepiej.

Ten ciekawy i godny pożałowania zanik wyższego odczucia estetycznego jest tym dziwniejszy, że książki historyczne, biografie i książki podróżnicze (niezależnie od faktów naukowych, które mogą zawierać), jak również różnego rodzaju eseje interesują mnie obecnie tak samo jak dawniej. Umysł mój stał się czymś w rodzaju maszyny, która przerabia wielkie zbiory faktów na ogólne prawa, lecz nie rozumiem, dlaczego spowodowało to atrofię tylko tej części mózgu, od której zależą te wyższe upodobania. U człowieka, którego umysł jest o wiele wyżej uorganizowany lub lepiej zbudowany niż mój nie powinno, jak przypuszczam, nastąpić coś takiego. I jeżeli miałbym żyć jeszcze raz, trzymałbym się zasady, aby przynajmniej raz w tygodniu poczytać trochę poezji i posłuchać muzyki. Być może, że te części mózgu, które u mnie uległy atrofii, zachowałyby aktywność wskutek używania. Utrata tych zamiłowań jest utratą szczęścia i może być szkodliwa dla umysłu, a zapewne i dla moralnych właściwości, bo osłabia uczuciową stronę naszej natury.

Sprzedaż moich książek w Anglii miała szeroki zasięg, przetłumaczono je na wiele języków i doczekały się one licznych wydań w obcych krajach. Słyszałem, że powodzenie dzieła za granicą jest najlepszym probierzem jego trwałej wartości. Wątpię, czy jest to prawda, lecz jeśli przyjąć tę miarę, nazwisko moje powinno przez kilka jeszcze lat przetrwać [w pamięci ludzkiej]. Dlatego może warto byłoby spróbować poddać analizie właściwości umysłowe i warunki, na których opierało się moje powodzenie, chociaż jestem pewien, że nikt nie jest w stanie dokonać tego w sposób poprawny.

Nie odznaczam się ani wielką lotnością pojmowania, ani bystrością, co cechuje w dużym stopniu niektórych tak zdolnych ludzi, jak na przykład Huxley. Jestem przeto marnym krytykiem; praca lub książka, którą czytam po raz pierwszy, budzi zazwyczaj we mnie podziw i dopiero po dłuższym zastanowieniu dostrzegam słabe jej punkty. Moja zdolność do śledzenia długiego i abstrakcyjnego toku myślowego jest bardzo ograniczona, nigdy zresztą nie osiągnąłem niczego w metafizyce lub matematyce. Pamięć mam rozległą, lecz nieco przyćmioną; wystarcza ona jedynie, aby uprzedzać mnie mgliście, że dostrzegłem lub przeczytałem coś, co przeczy moim poglądom, albo też, przeciwnie, co za nimi przemawia, a dopiero po upływie pewnego czasu przypominam sobie zazwyczaj, gdzie należy szukać rozstrzygnięcia. Pod pewnymi względami pamięć moja jest tak słaba, że nie mogę zapamiętać dłużej niż na kilka dni jakiejś szczególnej daty lub wiersza poezji.

Niektórzy moi krytycy mówili: "O, on jest dobrym obserwatorem, lecz nie ma zdolności wyprowadzania wniosków". Nie sądzę, aby to było prawdą, gdyż "Powstawanie gatunków" jest przecież od początku do końca jednym długim dowodzeniem, które potrafiło przekonać niemało zdolnych ludzi. Nikt nie mógłby napisać tej książki nie posiadając pewnej zdolności wnioskowania. Odznaczam się dużą pomysłowością i mam sporą dozę zdrowego rozumu, czyli rozsądku, tak jak każdy prawnik lub lekarz mający przeciętne powodzenie, lecz nic więcej.

Na swoje dobro muszę, jak sądzę, zapisać, że mam większą niż przeciętny ogół ludzi zdolność dostrzegania rzeczy łatwo uchodzących uwadze oraz dokładniej je obserwuję. Moja gorliwość w obserwowaniu i gromadzeniu faktów była chyba tak wielka, jak to jest w ogóle możliwe. A co jest o wiele ważniejsze, żywiłem zawsze niezmiernie gorące zamiłowanie do nauk przyrodniczych. To czyste umiłowanie podtrzymywała ambicja pozyskania szacunku moich kolegów-przyrodników. Od wczesnej młodości moim największym pragnieniem było zrozumienie i wyjaśnienie wszystkiego, cokolwiek podpadało mojej obserwacji, czyli podporządkowanie wszystkich faktów ogólnym prawom. Te wszystkie przyczyny razem wzięte złożyły się na cierpliwość w rozważaniu i rozmyślaniu przez lata całe nad jakimś nie wyjaśnionym problemem. O ile mogę sądzić, nie mam skłonności do ślepego naśladowania bliźnich. Zawsze usiłowałem zachować taką swobodę umysłu, aby móc odrzucić każdą, najbardziej choćby ulubioną hipotezę (a nie mogę się oprzeć stawianiu hipotez we wszelkim przedmiocie), jeśli tylko stwierdziłem fakty przemawiające przeciw niej. Zresztą nie miałem innego wyjścia, jak tylko postępować w ten sposób, gdyż z wyjątkiem teorii raf koralowych nie pamiętam ani jednej takiej hipotezy, której by nie trzeba było później poniechać w jej pierwotnej postaci lub znacznie zmodyfikować. Doprowadziło mnie to do przekonania, że w naukach mieszanych [mixed sciences] nie należy polegać na rozumowaniu dedukcyjnym. Z drugiej strony, nie jestem nastawiony bardzo sceptycznie, a jestem przekonany, że taka struktura umysłu jest szkodliwa dla postępu wiedzy. Zdrowa doza sceptycyzmu jest pożyteczna, bo pozwala człowiekowi nauki unikać większej straty czasu; spotkałem się z tym, że brak tego powstrzymał, jak jestem o tym przekonany, wielu ludzi od doświadczeń i obserwacji, które by bezpośrednio lub pośrednio mogły być pożyteczne.

Dla ilustracji podam jeden z najbardziej dziwacznych znanych mi wypadków. Pewien gentleman (jak się później dowiedziałem, dobry botanik) napisał do mnie z jednego z hrabstw wschodnich, że nasiona, czyli ziarna zwyczajnego bobu polnego, w tym roku wszędzie wyrosły po niewłaściwej stronie strąka. Odpisałem, prosząc o bliższe wiadomości, ponieważ nie zrozumiałem, o co chodziło; przez długi czas jednak nie otrzymałem żadnej odpowiedzi. Później znalazłem w dwóch gazetach, jednej wydawanej w Kent, a drugiej w Yorkshire, wzmiankę o bardzo dziwnym fakcie, że "w tym roku nasiona bobu wyrosły wszędzie z niewłaściwej strony". Sądziłem, że tak ogólnie podtrzymywane twierdzenie musi mieć jakieś podstawy. Poszedłem więc do mego ogrodnika, staruszka pochodzącego z Kent, i spytałem go, czy słyszał coś o tym. Odpowiedział mi: "Ależ nie, to musi być pomyłka, ponieważ tylko w latach przestępnych ziarna rosną ze złej strony, a toż nie jest rok przestępny". Spytałem go wówczas jak rosną ziarna w zwyczajnych latach, a jak w przestępnych, lecz przekonałem się, że w ogóle nie wie on o tym nic, jak rosną. Upierał się jednak przy swym zdaniu.

Po pewnym czasie dowiedziałem się od mego pierwszego informatora, który przy tym bardzo się tłumaczył, że nigdy by do mnie o tym nie napisał, gdyby go w tym nie utwierdzało wielu inteligentnych farmerów; kiedy wszakże później znów z nimi rozmawiał, żaden z nich nie umiał wyjaśnić, co miał właściwie na myśli. Tak więc w całej prawie Anglii rozpowszechniło się przekonanie - o ile przekonaniem można nazwać stwierdzenie nie związane z jakimkolwiek określonym przedstawieniem - którego w żaden sposób nie można udowodnić. Przez całe moje życie tylko trzy razy zetknąłem się ze świadomie sfałszowanymi twierdzeniami, z których jedno było może po prostu mistyfikacją (a wiele jest w nauce mistyfikacji), w co wszakże została wciągnięta pewna amerykańska gazeta rolnicza. Wiadomość głosiła, że w Holandii otrzymano nową rasę bydła przez skrzyżowanie dwóch różnych gatunków Bos (co do niektórych z nich dowiedziałem się, że połączenia ich pozostają niepłodne) i autor miał czelność twierdzić, że korespondował ze mną i że ja byłem głęboko poruszony znaczeniem jego wyników. Artykuł przesłał mi wydawca "English Argicult. Journal" z prośbą o wydanie opinii przed przedrukiem.

Drugi wypadek dotyczył opisu wielu wyhodowanych przez autora odmian licznych gatunków pierwiosnki [Primula], które wydały samorzutnie pełną ilość nasion, pomimo tego że rośliny rodzicielskie były dokładnie zabezpieczone przed dostępem owadów. Opis ten został wydrukowany, zanim odkryłem znaczenie heterostylii i całe doniesienie musiało być oszustwem lub tak karygodnym zaniedbaniem ochrony przed owadami, że graniczy to z nieprawdopodobieństwem.

Trzeci wypadek był jeszcze dziwniejszy. Pan Huth ogłosił w swojej książce o małżeństwach między krewnymi obszerne wyciągi z pracy pewnego belgijskiego autora, który wykazywał, że stosując przez wiele pokoleń najściślejszy chów wsobny królików nie zauważył najmniejszych nawet szkodliwych następstw. Doniesienie to było ogłoszone w bardzo poważnym czasopiśmie Królewskiego Medycznego Towarzystwa Belgijskiego, lecz mimo to nie mogłem pozbyć się pewnych wątpliwości, sam nie wiem dlaczego, chyba dlatego że nie znałem takich przypadków, a na podstawie mojego doświadczenia w hodowli zwierząt należało uważać to za nieprawdopodobne.

Tak więc po wielkich wahaniach napisałem do profesora Van Bendena zapytując go, czy autor jest człowiekiem zasługującym na zaufanie. Wkrótce dowiedziałem się, że Towarzystwo było ogromnie oburzone, okazało się bowiem, że całe doniesienie było oszustwem. Autora zapytano publicznie w czasopiśmie, gdzie mieszka i gdzie hoduje tę olbrzymią liczbę królików potrzebnych do doświadczeń, które musiały trwać wiele lat. Nie otrzymano jednak żadnej odpowiedzi. Zawiadomiłem biednego p. Hutha, że doniesienie które było kamieniem węgielnym jego argumentacji, okazało się fałszerstwem, na co z całą godnością kazał zamieścić we wszystkich nie rozsprzedanych egzemplarzach swej książki drukowane sprostowanie.

Byłem przyzwyczajony do metodyczności, co przyniosło mi niemały pożytek w mojej osobliwej pracy. Poza tym miałem dużo wolnego czasu, bo nie musiałem zarabiać na życie. Nawet choroba, choć zabrała mi wiele lat, uchroniła mnie od rozrywek i przyjemności towarzyskich.

Nie wchodząc w ocenę moich osiągnięć jako człowieka nauki, sądzę, że są one wynikiem złożonych i różnorodnych właściwości umysłowych i warunków. Z tych najważniejsze to - umiłowanie nauki, nieograniczona cierpliwość do długich rozmyślań nad jakimkolwiek tematem, umiejętność obserwowania i gromadzenia faktów, a także znaczna doza pomysłowości, jak również zdrowego rozsądku. Jest rzeczą doprawdy zadziwiającą, iż przy tak przeciętnych zdolnościach, jakie posiadam, mogłem wywrzeć poważny w swym zakresie wpływ na poglądy uczonych w niektórych ważnych kwestiach.

3 sierpnia 1876 [Rękopis był uzupełniany przez K. Darwina w latach późniejszych - tłum].

Ten szkic mojego życiorysu rozpocząłem około 28 maja [niezgodność dat na początku "Wspomnień" (31 maja 1876) i w powyższym zakończeniu nie jest wyjaśniona - tłum.] w Hopedene i od tej chwili pisałem go prawie codziennie po południu przez około godzinę.


[  góra strony  ]

Wiw.pl  |  Na bieżąco  |  Informacje  |  Co nowego  |  Matematyka i przyroda  |  Astronomia  |  Biologia  |  Fizyka  |  Matematyka  |  Modelowanie rzeczywistości  |  Humanistyka  |  Filozofia  |  Historia  |  Kultura antyczna  |  Literatura  |  Sztuka  |  Czytaj  |  Biblioteka  |  Delta  |  Wielcy i więksi  |  Przydatne  |  Słowniki  |  Co i gdzie studiować  |  Wszechświat w obrazkach