Biblioteka
  Wiw.pl   Na bieżąco:  Informacje   Co nowego   Matematyka i przyroda:  Astronomia   Biologia   Fizyka   Matematyka   Modelowanie rzeczywistości   Humanistyka:  Filozofia   Historia   Kultura antyczna   Literatura   Sztuka   Czytaj:  Biblioteka   Delta   Wielcy i więksi   Przydatne:  Słowniki   Co i gdzie studiować   Wszechświat w obrazkach    
  Jesteś tutaj:   Wirtualny Wszechświat > Biblioteka > Medycyna, psychologia > KOBIETA. Geografia intymna  



[1]  [2]  [3]  [4]  [5]  [6]  [7]  [8]  [9] 
Analizując kwestię łechtaczki i kobiecego szczytowania, należy pamiętać o trzech podstawowych pewnikach. Po pierwsze, przyznajmy się od razu: żeński orgazm jest zbędny. Samiec, aby się rozmnażać, musi szczytować, podczas gdy samica może począć potomstwo, nie odczuwając niczego albo - jak w przypadku gwałtu - czując tylko lęk i obrzydzenie. Po drugie, żeński orgazm ma naturę kapryśną, a jego niezawodność i częstotliwość są rozmaite u różnych kobiet. Po trzecie, należy rozważyć kwestię homologii płciowej, czyli powstawania łechtaczki i penisa z tego samego guzka płciowego płodu.

Potrójne problemy na tym się nie kończą. Pewniki fizjologiczne każą nam zastanowić się nad trzema kategoriami ewolucyjnymi, do których dałoby się zaklasyfikować nasz sztandarowy narząd, i poznać trzy dalekosiężne wyjaśnienia, dlaczego łechtaczka istnieje i działa na swój sposób (albo i nie działa). I choć nienawidzę w sobie antropocentryzmu, zwracam uwagę, że poniższe scenariusze dotyczą konkretnie kobiet, a nie ogólnie samic ssaków.

1. Łechtaczka jest szczątkowym prąciem. Dziewczynka ją ma, gdyż nasze ciało jest zasadniczo biseksualne, doskonale przygotowane, by w okresie płodowym rozwinąć żeńskie lub męskie narządy płciowe. Gdyby przeznaczeniem dziewczynki było przybrać postać chłopca, otrzymałaby działające, tryskające nasieniem, unerwione prącie. Zamiast tego dostaje się jej prąciopodobny ogryzek, maleńki guziczek tkanki czuciowej, o takiej samej budowie nerwowej jak autentyczny fallus. Łechtaczka zatem, podobnie jak sutki u mężczyzny, to atawizm, blady ślad tego, co mogłoby istnieć, ale teraz już być nie musi.

Zgodnie z tym scenariuszem, łechtaczka i żeński orgazm nie mają rangi adaptacyjnej. Wynikiem adaptacji i celem wszystkich zabiegów doboru naturalnego jest prącie i jego wytrysk, znany także jako dostawca DNA, a łechtaczka to zaledwie nagroda pocieszenia.

Co nie oznacza, że ten stan rzeczy wyklucza wszelkie przyjemności. Zdaniem Stephena Jaya Goulda, jednego z największych orędowników teorii szczątkowego penisa, żeński orgazm stanowi pierwszorzędny przykład pachwiny łuku w bazylice Świętego Marka. Ta sławna, ukuta przezeń metafora oznacza część ciała lub cechę, która wygląda jak rezultat adaptacji, lecz w rzeczywistości jest skutkiem ubocznym całkiem innego procesu. Ten, kto po raz pierwszy ujrzy bogato zdobione pachwiny łuków w bazylice weneckiej, gotów pomyśleć, że powstały one jako skutek celowej decyzji budowniczego: chcę mieć takie tu oraz tu i tu. Okazuje się wszakże, iż nie można zbudować łuku ani kopuły, nie tworząc przy okazji małych trójkątnych kawałków muru - czyli pachwin. To nie cel, a zaledwie środek do celu, którym jest konstrukcja łuku. Ale kiedy pachwina już istnieje, można ją dowolnie dekorować, uświetniać, upiększać. Czyli - używać seksu do woli lub wedle możności. A jeśli czasem się zdaje, że wspinaczka na szczyty ekstazy to ciężka praca - cóż, mogło być gorzej. Widziałyście kiedy mężczyznę karmiącego piersią?

2. Łechtaczka jest szczątkową łechtaczką. Poprzedni scenariusz zakładał, iż łechtaczka powstała nie na skutek adaptacji, lecz jako pozostałość prącia. Istnieje wszakże pogląd, wedle którego łechtaczka, choć dziś niezbyt użyteczna, była wynikiem adaptacji w przeszłości, kiedy to promieniała blaskiem niczym kopuła bizantyjskiej świątyni. Według tego scenariusza, nasze przodkinie zachowywały się niczym samiczki bonobo traktujące seks jako klucz do wszystkiego - do zdobywania przyjaźni, łagodzenia nastrojów, do wyłudzania mięsa lub przysług od dowolnej liczby partnerów oraz do skutecznego zaciemniania kwestii ewentualnego ojcostwa. Łechtaczka pobudzała samice do eksperymentów, do rozlicznych prób, do przedsiębiorczości erotycznej. Pogląd ten tłumaczyłby, dlaczego kobiety podobno tak wolno się rozpalają - ich seksualność jest nastawiona na całe serie spotkań z łatwo palnymi mężczyznami. No cóż, to się nie całkiem udało; może powinnam wyjść, obejść okolicę i skończyć, co zaczęłam.

Jedną ze zwolenniczek teorii kiedyś-dawno-temu jest Sarah Blaffer Hrdy, moja ulubiona biolożka ewolucyjna. Sądzi ona, iż kapryśne zachowanie łechtaczki i ciągła, wręcz kolektywna uwaga, jaką trzeba jej poświęcać, aby funkcjonowała optymalnie, stanowią dowód, iż status tego narządu jest przejściowy między adaptacyjnym a nieadaptacyjnym. Gdyby, zgodnie ze starym truizmem, kobiecy orgazm był zasadniczym warunkiem monogamii i łączenia się w pary, gdyby powstał po to, aby sprzyjać intymności między kochającymi się partnerami, wówczas, zdaniem Hrdy, ludzka łechtaczka działałaby znacznie sprawniej. Reagowałaby natychmiast na ruchy kopulacyjne i wracała do stanu spoczynku w momencie, kiedy mężczyzna skończy. Tak się jednak nie dzieje. Tylko niewiele kobiet potrafi szczytować podczas "szybkich numerków", ogromna zaś większość potrzebuje odrobiny przygotowania. A poza tym jest jeszcze problem asymetrii między ograniczoną liczbą męskich wytrysków a kobiecą "wieczną świeczką", która wciąż płonie niezależnie od tego, ile razy się na nią dmucha. Wszystko wskazuje na to, że kobiety, podobnie jak wiele samic naczelnych, były niegdyś rozwiązłymi wędrowcami o wielkim apetycie i talentach dyplomatycznych. Zmieniały partnerów tak często, jak uważały za stosowne, i brały na siebie ryzyko związane z liczbą kopulacji, aby w ten sposób zmniejszyć wszechobecną i znacznie bardziej złowrogą groźbę dzieciobójstwa - skutek skłonności samców do uśmiercania potomstwa, którego nie uważają za własne. Nasze przodkinie miałyby zaiste prawo częściowo odwrócić łacińskie powiedzenie i zakrzyknąć: Vidi, veni, vici!

W dzisiejszym świecie zachowanie kobiety, która śpi z każdym niczym makak magot, nie ma bynajmniej cech adaptacyjnych; w pewnych kulturach swobodę seksualną kobiet wręcz karze się śmiercią. Być może więc łechtaczka nie jest już najlepszym przyjacielem kobiety. W rzeczy samej, Hrdy i inni badacze twierdzą, że skoro narząd ów nie przynosi korzyści osobistych ani rozrodczych, to od kilku tysiącleci powoli się kurczy, wchodząc coraz głębiej za zasłonę Wenus. Gdyby tendencja ta miała trwać... Nie, nie mogę dalej o tym pisać. Po prostu wstanę i zacznę wrzeszczeć.

3. Łechtaczka jest muzyką Jana Sebastiana Bacha. Słuchałam muzyki Bacha i myślałam: oprócz tego nie ma nic. To musiało się stać. Ewolucja nie ma celu - chyba że jest nim stworzenie dla świata II i V Koncertu brandenburskiego, Wariacji Goldbergowskich i Das wohltemperierte Klavier (Klawikordu równomiernie temperowanego). Dinozaury wymarły, aby mógł żyć Bach.

Innymi słowy, łechtaczka to wynik adaptacji. Coś koniecznego, a przynajmniej zalecanego. Jest wszechstronna, szczodra, wymagająca, ważna, beztroska i wytrwała. Niczym kameleon potrafi się zmieniać stosownie do okoliczności. Podobnie jak muzykę Bacha, można ją wciąż aktualizować i interpretować na nowo. Zacznijmy więc drążyć tę hipotezę od prostego pytania: Czy nasza planeta liczyłaby dziś sześć miliardów ludzi, gdyby kobiety nie pragnęły seksu? Czy możesz zagrać fugę, gdy twoje organy nie mają piszczałek?

[1]  [2]  [3]  [4]  [5]  [6]  [7]  [8]  [9] 
[  góra strony  ]

Wiw.pl  |  Na bieżąco  |  Informacje  |  Co nowego  |  Matematyka i przyroda  |  Astronomia  |  Biologia  |  Fizyka  |  Matematyka  |  Modelowanie rzeczywistości  |  Humanistyka  |  Filozofia  |  Historia  |  Kultura antyczna  |  Literatura  |  Sztuka  |  Czytaj  |  Biblioteka  |  Delta  |  Wielcy i więksi  |  Przydatne  |  Słowniki  |  Co i gdzie studiować  |  Wszechświat w obrazkach