Biblioteka
  Wiw.pl   Na bieżąco:  Informacje   Co nowego   Matematyka i przyroda:  Astronomia   Biologia   Fizyka   Matematyka   Modelowanie rzeczywistości   Humanistyka:  Filozofia   Historia   Kultura antyczna   Literatura   Sztuka   Czytaj:  Biblioteka   Delta   Wielcy i więksi   Przydatne:  Słowniki   Co i gdzie studiować   Wszechświat w obrazkach    
  Jesteś tutaj:   Wirtualny Wszechświat > Biblioteka > Różne > KTO ODZIEDZICZYŁ GABINET EINSTEINA?  



[1]  [2]  [3]  [4]  [5]  [6]  [7]  [8]  [9]  [10]  [11] 
Członkowie Instytutu reprezentujący inne dyscypliny, zwłaszcza grono profesorów ze Szkoły Nauk Społecznych, byli jeszcze mniej skłonni wyrazić zgodę. Nawet dziś niektórzy z nich są zgorszeni samym pomysłem budowania czegokolwiek w Instytucie. Harold Cherniss, specjalista od starożytnej filozofii greckiej, został profesorem w 1948 roku, już po rozpoczęciu budowy komputera. "Patrząc na to z dzisiejszej perspektywy - mówi - można podać bardzo silne argumenty na rzecz podjęcia budowy tej maszyny. Mimo to byłbym nadal temu przeciwny. Komputer nie miał nic wspólnego z celem działania Instytutu. Stanowił przedsięwzięcie praktyczne, a Instytut miał się nie zajmować sprawami praktycznymi".

Z drugiej strony Frank Aydelotte, który przejął berło od Abrahama Flexnera, gotów był poprowadzić Instytut w bardziej praktycznym kierunku. Taka sytuacja powtarzała się wielokrotnie w historii Instytutu. Można odnieść wrażenie, że kolejni dyrektorzy zasiadający na tronie Platońskiego Nieba nie byli przekonani, iż jest rzeczą zdrową i normalną, by duża grupa ludzi nie miała nic do roboty poza siedzeniem i myśleniem.

W każdym razie Aydelotte oświadczył Radzie Nadzorczej, że niezależnie od tego, jak kłopotliwy może się okazać projekt budowy komputera, Instytut nie powinien lekceważyć tej sprawy. "Moim zdaniem należy spokojnie uznać prawdę - powiedział na posiedzeniu - że istnienie takiego komputera otworzyłoby przed matematykami, fizykami i innymi uczonymi nowe dziedziny wiedzy, podobnie jak dwustucalowy teleskop [właśnie budowany na Mount Palomar] pozwoli obserwować obszary Wszechświata, leżące dziś poza zasięgiem istniejących instrumentów". Komputer byłby urządzeniem praktycznym, to prawda, ale zdaniem Aydelotte'a należało go zbudować w Instytucie, ponieważ ma to teoretyczne uzasadnienie. "Wydaje mi się - powiedział - że jest rzeczą bardzo ważną, by pierwszy instrument tej klasy został skonstruowany w ośrodku mającym prowadzić czyste badania naukowe".

Czy można się było temu oprzeć? Oto najsprawniejszy umysł zachodniej cywilizacji, człowiek zaprzyjaźniony z diodami i neuronami, prosił tylko o sto tysięcy dolarów, by mógł kontynuować realizację swojej koncepcji. Von Neumann już wówczas myślał o związkach między mózgiem elektronicznym i biologicznym. Któż mógł przewidzieć, do czego to doprowadzi? No i oczywiście należało jeszcze wziąć pod uwagę, że projektem tym miał kierować nie kto inny, jak tylko nasz wesoły Johnny.

Rada Nadzorcza przyznała von Neumannowi sto tysięcy dolarów. Nie było to zresztą jedyne źródło pieniędzy. Amerykańska Korporacja Radiowa dała mu znacznie więcej, podobnie jak Departament Uzbrojenia Armii, Biuro Badań i Wdrożeń Marynarki Wojennej oraz Komisja Energii Atomowej. Pieniądze nie stanowiły problemu; w istocie ich zdobycie było dziecinną igraszką w porównaniu z uzyskaniem poparcia profesorów Instytutu.

Półtora roku po tym, jak von Neumann i Goldstine spotkali się na dworcu kolejowym, Johnny zbierał już personel do pracy nad ECP (Electronic Computer Project), programem realizowanym w Instytucie. Już wcześniej namówił Goldstine'a do porzucenia ENIAC-a i przejścia do Instytutu. Później wynalazł Arthura Burksa, który był kimś niezwykłym - doktorem filozofii, znającym się na układach elektrycznych. Von Neumann potrzebował również ludzi, którzy zajęliby się budową maszyny. On miał dostarczać koncepcji, określać cele i ogólne zasady działania maszyny, ale bieganie z lutownicą z pewnością nie należało do jego repertuaru. Potrzebował głównego inżyniera.

Norbert Wiener, matematyk z MIT, zarekomendował na to stanowisko Juliana Bigelowa. Bigelow miał dyplom inżyniera elektryka. Kiedyś pracował w IBM; podczas wojny przeszedł do MIT, gdzie został asystentem Wienera. Razem zaprojektowali system automatycznego kierowania ogniem dział przeciwlotniczych. Zasadniczym elementem tego systemu był procesor do przetwarzania danych, który zbierał informacje o trajektorii samolotu i obliczał, gdzie należy celować. Gdy wszystko szło według planu, pocisk z działa i samolot spotykały się w pewnym punkcie w przestrzeni, co prowadziło do widowiskowego auto da fé.

W styczniu 1946 roku Bigelow przyjechał do Princeton, by porozmawiać z von Neumannem na temat pracy. Spóźnił się o kilka godzin. Podróżował z Massachusetts swoim małym willysem z 1937 roku, który nie był w najlepszym stanie i po drodze wymagał wielu drobnych napraw. Gdy von Neumann już niemal stracił nadzieję, przed jego domem zatrzymał się rozklekotany samochód. Po serii strzałów z rury wydechowej silnik ucichł. Julian Bigelow wysiadł i udał się w stronę budynku.

"Von Neumann mieszkał w eleganckim domu przy Westcott Road w Princeton - wspomina Bigelow. - Gdy zaparkowałem i wszedłem do ogrodu, zobaczyłem na trawniku kręcącego się wielkiego doga niemieckiego. Otworzył mi von Neumann, który był niskim, spokojnym, skromnym człowiekiem. Ukłonił się i powiedział: ťproszę, niech pan wejdzieŤ, i tak dalej, a w tym momencie między nami przecisnął się ten pies i wszedł do salonu. Położył się na dywanie i leżał tam, podczas gdy ja rozmawiałem z von Neumannem. Mówiliśmy o tym, czy przeniosę się do Princeton, na czym się znam, na czym miałoby polegać moje zadanie. To wszystko zajęło jakieś czterdzieści minut, a w tym czasie pies wałęsał się po domu. Pod koniec von Neumann spytał, czy zawsze podróżuję z psem. Oczywiście to nie był mój pies, ani też von Neumannów, ale Johnny, w sposób dyplomatyczny, jak przystało na człowieka ze środkowej Europy, uprzejmie unikał tego tematu aż do końca rozmowy".

Von Neumann powiedział Bigelowowi, że zamierza zbudować całkowicie nowy, bardzo szybki, naprawdę uniwersalny komputer z zapamiętywanym programem. "Na początek - opowiada Bigelow - miała to być maszyna równoległa, z zapamiętywanym programem, służąca do szybkiego wykonywania dwóch operacji arytmetycznych - dodawania i odejmowania. Von Neumann uważał, że to wystarczy, ponieważ można zaprogramować mnożenie i dzielenie, posługując się warunkowym dodawaniem i odejmowaniem. Chodziło mu o maksymalizację prędkości działania, a całą resztę miało załatwić oprogramowanie. Von Neumann mówił, o jakiej prędkości myśli: o zmianie jednego bitu w ciągu mikrosekundy lub coś koło tego. Ostatecznie doszedł jednak do wniosku, że lepiej będzie uwzględnić również mnożenie".

[1]  [2]  [3]  [4]  [5]  [6]  [7]  [8]  [9]  [10]  [11] 
[  góra strony  ]

Wiw.pl  |  Na bieżąco  |  Informacje  |  Co nowego  |  Matematyka i przyroda  |  Astronomia  |  Biologia  |  Fizyka  |  Matematyka  |  Modelowanie rzeczywistości  |  Humanistyka  |  Filozofia  |  Historia  |  Kultura antyczna  |  Literatura  |  Sztuka  |  Czytaj  |  Biblioteka  |  Delta  |  Wielcy i więksi  |  Przydatne  |  Słowniki  |  Co i gdzie studiować  |  Wszechświat w obrazkach