Biblioteka
  Wiw.pl   Na bieżąco:  Informacje   Co nowego   Matematyka i przyroda:  Astronomia   Biologia   Fizyka   Matematyka   Modelowanie rzeczywistości   Humanistyka:  Filozofia   Historia   Kultura antyczna   Literatura   Sztuka   Czytaj:  Biblioteka   Delta   Wielcy i więksi   Przydatne:  Słowniki   Co i gdzie studiować   Wszechświat w obrazkach    
  Jesteś tutaj:   Wirtualny Wszechświat > Biblioteka > Astronomia, Astronautyka > Mój dom kędy wieją wiatry. Stronice z życia kosmologa  



[1]  [2]  [3]  [4]  [5]  [6] 
Ileż radości daje to, czego się jest pozbawionym! Od pięciu lat żyliśmy w nieoświetlonych miastach. Listopadowe dni są krótkie. Gdy przybiliśmy do nabrzeża od strony rzeki Hudson, chyba na wysokości 42 Ulicy, dochodziła szósta wieczór. Rozświetlone miasto wydało nam się zaczarowaną krainą. Pojechaliśmy taksówką do hotelu, gdzie mieliśmy się zameldować. Jeśli istniał już wtedy luksusowy hotel Barbizon Plaza, to musiało być właśnie tam. O ile pamiętam, ani Westwater, ani ja nie mieliśmy przy sobie żadnych pieniędzy, zatem przed dotarciem do Waszyngtonu musieliśmy pożyczyć dolary od dobrze zaopatrzonego Megawa, który przez cały rejs pilnie przygotowywał swoje wystąpienie na waszyngtońską konferencję.

Odebraliśmy bilety kolejowe do Waszyngtonu z recepcji i nazajutrz rano pojechaliśmy taksówką na dworzec Pennsylvania Station przy 33 Ulicy, znów zapożyczając się u nieszczęsnego Megawa. Jeżeli wierzycie w postęp techniki, jesteście w błędzie. Ówczesna Penn Station była chyba trzy razy większa od dworca Waterloo. Pociągi zapowiadał nieopisanie fascynujący kobiecy głos, który docierał z głośników do wszystkich zakamarków rozległego gmachu. Przez pół godziny słuchaliśmy jak zauroczeni zapowiedzi odjazdów do miejsc o legendarnych nazwach, znanych nam dotąd jedynie ze szkolnych lekcji geografii. W przeciwieństwie do tego zapowiedzi na stacji w Southampton, która aktualnie zdobyła nagrodę Kolei Brytyjskich za najszersze zastosowanie urządzeń elektronicznych, są równie głośne, co niezrozumiałe. Może trochę przesadzam, bo daje się poznać, że jest to głos ludzki, a nie mieszanina krzyku mew i ryku bawołu, ale to wszystko.

Konduktor wskazał nam miejsca w wagonie pulmanowskim. Były to wygodne fotele zamontowane obrotowo, tak że można się zawsze było obrócić przodem do rozmówcy. Ponieważ Westwater miał na sobie mundur Królewskiej Marynarki Wojennej, chętnych do rozmowy nie brakowało. Podczas podróży piliśmy sporo koktajli, ale dopiero gdy wyjechaliśmy poza granice stanu New Jersey, gdzie wciąż obowiązywała prohibicja. To dziwne, że pamiętam całą podróż tak wyraźnie, z wyjątkiem czasu spędzonego w Waszyngtonie, który był naszym celem. Zapamiętałem hotel w Bostonie ze strasznie gorącą, wykładaną kafelkami podłogą w łazience, na której Westwater odprawiał coś w rodzaju tańca, krzycząc: "Ten pokład jest zbyt gorący, by na nim ustać". Nie pamiętam natomiast hotelu w Waszyngtonie ani sali, w której odbywała się konferencja, ani też co na niej mówiono. Niewykluczone, że źródłem tej anomalii było pierwsze wrażenie, jakie wywarł na mnie Waszyngton, tak bardzo różne od późniejszych wspomnień - wydawało mi się bowiem, że jestem w niewielkim sennym miasteczku, żyjącym głównie przeszłością. Być może wzięło się to z prawie całkowitego braku samochodów na ulicach.

Po przyjeździe do Waszyngtonu odwiedziliśmy ambasadę Wielkiej Brytanii, gdzie przygotowano dla nas program pobytu w Ameryce. Obejmował on zaproszenia do ośrodków badań propagacji fal w MIT i w bazie Marynarki Wojennej w San Diego. Dyrektor ośrodka w MIT nazywał się Alvarez (co mogłoby sugerować fizyka Luisa Alvareza, ale to nie był on), a ośrodkiem w San Diego kierował niejaki Smyth (co z kolei mogłoby sugerować autora późniejszego Raportu Smytha, ale i w tym przypadku chodziło o kogoś innego). Pobrawszy sute diety na cały okres pobytu, spłaciliśmy Megawa i staliśmy się nareszcie wolnymi ludźmi. Zastanawialiśmy się nad najlepszym wykorzystaniem trzech dni, jakie pozostawały do planowanego rozpoczęcia konferencji. Ogółem otrzymaliśmy po czterysta dolarów na osobę, czy coś koło tego, co w tamtych czasach stanowiło sumę ogromną. Oprócz tego pokrywano nam koszty przejazdów i hoteli. Przy takim nieliczeniu się z pieniędzmi w kręgach dyplomatycznych nic dziwnego, że drugi sekretarz ambasady był w stanie ugościć nas lunchem w Mayflower Restaurant.

Postanowiłem, by w ciągu tych trzech dni wrócić koleją na północ i odwiedzić w Princeton Henry'ego Norrisa Russella. Frank Westwater zdecydował się mi towarzyszyć, ponieważ na egzaminach końcowych z matematyki w 1935 roku w Cambridge został wyróżniony Medalem Tysona z astronomii. W Princeton zatrzymaliśmy się w Nassau Tavern, kupiliśmy galon wina za dolara i pijąc je kubkami, raczyliśmy się olbrzymimi kiśćmi winogron, żałując, że nie ma z nami naszych rodzin. Następnego ranka złożyliśmy wizytę Russellowi. Po dwóch godzinach niezwykle ożywionej przemowy, z czego był znany, Russell zaprosił nas do domu na lunch, gdzie mieliśmy okazję się przekonać, iż jego żona (zapamiętałem ją jako drobną kobietkę) nie ustępuje mu pod względem gadatliwości. Gdy Russell usłyszał, że wybieramy się na zachód, oddał się długim rozważaniom o językach, prehistorii i typach fizycznych północnoamerykańskich Indian. Rozważania te można by bez większych zmian zamieścić w Encyclopaedia Britannica. Jeśli chodzi o wizytę w San Diego, Russell nalegał, abym, jeśli to będzie możliwe, odwiedził zarząd Obserwatorium Mount Wilson na Santa Barbara Street w Pasadenie. Nasz pobyt na Wybrzeżu Zachodnim wypadał akurat w weekend, który można by poświęcić na taką wizytę. Russell z miejsca zaoferował się, że napisze w naszej sprawie list do Waltera Adamsa, dyrektora obserwatorium. Stanowiło to kolejne ogniwo w łańcuchu przypadków.

Z konferencji, która była głównym powodem naszej podróży, nie mam praktycznie żadnych wspomnień - była i minęła. Pamiętam za to doskonale, jak przybyliśmy na lotnisko Washington National Airport, by odlecieć wieczorem do San Diego. Oczywiście, bilety mieliśmy opłacone, ale gdybyśmy kupowali je sami, kosztowałyby nas sto dziesięć dolarów w jedną stronę, czyli, jak sądzę, dwukrotnie mniej niż dzisiaj (koszt biletu kolejowego z Cambridge do Londynu wzrósł trzykrotnie). Lecieliśmy samolotem DC-3 z międzylądowaniami w Knoxville w stanie Tennessee, Little Rock w stanie Arkansas, Amarillo, bodajże w Teksasie, Albuquerque w Nowym Meksyku i Phoenix w Arizonie. Do San Diego dotarliśmy o jedenastej rano następnego dnia. Przez większość czasu samolot leciał na wysokości trzech kilometrów, wznosząc się o półtora kilometra podczas przelotu nad Górami Skalistymi. Każdy pasażer siedział przy dużym oknie; szczególnie wspaniały był widok o wschodzie słońca. Podczas lotu nie podawano nic do jedzenia; pasażerowie zamawiali hamburgery lub szarlotki z kawą w czasie postojów przy międzylądowaniach, co też każdorazowo czyniliśmy. Smyth czekał na nas na lotnisku w San Diego i zabrał nas do swego domu, gdzie poznaliśmy jego żonę, bardzo ładną kobietę o irlandzkim wyglądzie, ciemnych włosach i ciemnobłękitnych oczach. Powitała nas z rękoma ubrudzonymi ziemią, za co przeprosiła, mówiąc, że właśnie wykopywała nory susłów, co było dla mnie zupełną nowością. Umywszy ręce, pani Smyth podała nam kawę z ciastem orzechowym, które nam bardzo smakowało, mimo iż od wylotu z Waszyngtonu pochłonęliśmy mnóstwo ciasta rozmaitych rodzajów. Wieczór zastał nas w hotelu Valencia w La Jolla. Po kolacji wyszliśmy na spacer przy księżycu po całkiem wyludnionej plaży w La Jolla. Szybując na skrzydłach pamięci, pamiętam, jak następnego ranka, chodząc w La Jolla po malowniczych uliczkach starego miasta, natrafiliśmy na zakład fryzjerski i wstąpiliśmy, aby się ostrzyc. Tak, tak, Geoffreyu i Margaret Burbidge, znalazłem się tam przed wami, w czasach kiedy jeszcze nie było prawie samochodów na ulicach. Wiele lat później natknąłem się na schodach poczty w La Jolla na Jacoba Bronowskiego, a więc byłem tam i przed nim, i przed Francisem Crickiem, i przed Leslie Orgelem. Jonas Salk złożył mi wizytę w Cambridge w latach sześćdziesiątych, gdy zbierał fundusze na budowę swego instytutu w La Jolla, zanim wzniesiono jego budynek. Sądzę, że bardzo chciał mnie tam ściągnąć, i gdyby mu się to udało, dalsze rozdziały tej książki wyglądałyby inaczej. La Jolla oferowała wiele atrakcji nawet w latach sześćdziesiątych. Był tam na przykład Chuck's Steak House, nieopodal hotelu Valencia. Można w nim było zamówić tak zwany zestaw: pół steku i pół homara. Zapytałem ostatnio francuską astronomkę Marie Héle`ne Arp, która pracowała w La Jolla w latach sześćdziesiątych: "Pamiętasz zestaw u Chucka?". Odpowiedziała z tęsknym westchnieniem: "Ależ tak! To była najlepsza rzecz, jaką jadłam w Ameryce".

[1]  [2]  [3]  [4]  [5]  [6] 
[  góra strony  ]

Wiw.pl  |  Na bieżąco  |  Informacje  |  Co nowego  |  Matematyka i przyroda  |  Astronomia  |  Biologia  |  Fizyka  |  Matematyka  |  Modelowanie rzeczywistości  |  Humanistyka  |  Filozofia  |  Historia  |  Kultura antyczna  |  Literatura  |  Sztuka  |  Czytaj  |  Biblioteka  |  Delta  |  Wielcy i więksi  |  Przydatne  |  Słowniki  |  Co i gdzie studiować  |  Wszechświat w obrazkach