Biblioteka
  Wiw.pl   Na bieżąco:  Informacje   Co nowego   Matematyka i przyroda:  Astronomia   Biologia   Fizyka   Matematyka   Modelowanie rzeczywistości   Humanistyka:  Filozofia   Historia   Kultura antyczna   Literatura   Sztuka   Czytaj:  Biblioteka   Delta   Wielcy i więksi   Przydatne:  Słowniki   Co i gdzie studiować   Wszechświat w obrazkach    
  Jesteś tutaj:   Wirtualny Wszechświat > Biblioteka > Astronomia, Astronautyka > Mój dom kędy wieją wiatry. Stronice z życia kosmologa  



[1]  [2]  [3]  [4]  [5]  [6] 
Dwa wydarzenia podczas owej wizyty w San Diego utrwaliły się w mojej kapsule pamięci. Pierwszy raz zobaczyliśmy ogromną flotyllę wojenną, stacjonującą w porcie San Diego, i sięgającą po horyzont linię montażową samolotów na świeżym powietrzu w zakładach Convair Corporation. Westwater, który widział w życiu znacznie więcej okrętów wojennych ode mnie, był równie oszołomiony tak wielką siłą rażenia zgromadzoną w jednym miejscu. W szkole dowiedziałem się wiele na temat przyczyn przewagi gospodarczej Stanów Zjednoczonych - o półtorametrowej warstwie żyznej gleby w Iowa, ogromnym terytorium, obfitości lasów i bogactw mineralnych - teraz się przekonałem, jaką rolę może odgrywać rodzaj oświetlenia. Wszystkie samoloty, których produkcję widziałem w Wielkiej Brytanii, montowane były przy świetle sztucznym, po to, by można było pracę kontynuować w nocy. Tutaj, przy świetle naturalnym, praktycznie nieograniczona długość linii umożliwiała o wiele szybsze tempo montażu.

Smyth załatwił samochód z zakładów Convaira, żeby zawieźć nas do Los Angeles. Wysławiał się z południową manierą, zbliżoną do sposobu mówienia na Zachodnim Wybrzeżu. Nigdy nie mówił na przykład o przyjeździe czy wyjeździe, lecz o przybywaniu i wybywaniu. Około szóstej po południu "wybyliśmy" samochodem Convaira. Nie było jeszcze wtedy autostrady do Los Angeles ani nawet szerokiej drogi. Przedzieraliśmy się wzdłuż wybrzeża przez ciąg małych miejscowości, który zdawał się nie mieć końca. W połowie drogi zatrzymaliśmy się na obowiązkową szarlotkę i kawę, i ostatecznie dojechaliśmy do hotelu Biltmore kilka minut po dziewiątej wieczorem. Powiedziano nam, że tramwajem jadącym po Huntington Drive dostaniemy się do Pasadeny. Bilet tramwajowy kosztował 25 centów, prawdziwą srebrną dwudziestopięciocentówkę, najpiękniejszą monetę świata. Za tę cenę dostaliśmy się do hotelu Huntington gdzieś koło pół do jedenastej, jadąc przez prawie całą drogę wśród gajów pomarańczowych. Ku naszemu zaskoczeniu pomimo późnej pory wciąż jeszcze podawano jedzenie. Za trzypiętrowy sandwicz zapłaciliśmy dwa dolary. Była to równowartość dziesięciu szylingów i omal nie zadławiliśmy się na myśl o zapłaceniu tak horrendalnej ceny. Jednak po całej tej szarlotce, którą jedliśmy po drodze, mieliśmy olbrzymi apetyt na coś innego.

Drogę z hotelu Huntington na północ, po Lake Avenue aż do Santa Barbara Street, przeszliśmy piechotą, mając cały czas przed sobą kryształowo czysty widok gór skąpanych w promieniach porannego słońca. Waltera Adamsa zastaliśmy w gabinecie. Adams zbył moje astronomiczne pytania, mówiąc, że za godzinę będzie samochód do właściwego obserwatorium na szczycie Mount Wilson, i jeżeli chcemy tam spędzić weekend, możemy czuć się zaproszeni. Okazało się, że samochód prowadził Roscoe Sanford, który zadał decydujący cios przedkopernikańskiej wizji świata Harlowa Shapleya, wizji, którą popierało środowisko holenderskich astronomów. A było to tak:

Obiekty nazywane obecnie galaktykami spiralnymi zostały zauważone już pod koniec XVIII wieku w przeglądach nieba Williama Herschela, lecz dopiero wtedy, gdy takie twory jak galaktyka M51 (Whirlpool) zostały zaobserwowane Leviathanem z Parsonstown (był to duży, nieporęczny teleskop, zbudowany w połowie XIX wieku przez hrabiego Rosse'a), niektórzy astronomowie zaczęli poważnie rozważać możliwość, iż galaktyki spiralne są niezależnymi obiektami położonymi poza obrębem naszej Galaktyki. Większość pozostała jednak nieprzekonana, preferując pogląd, że nasza Droga Mleczna stanowi całość Wszechświata, sprzeczny z zasadą kopernikańską. Do utrwalenia tego przekonania przyczynił się Jacobus Cornelius Kapteyn, niepisany przywódca środowiska holenderskich astronomów, twierdząc, że Słońce i Układ Słoneczny położone są w pobliżu środka naszej Galaktyki. Jeśli uznało się ten pogląd, tym samym Ziemia i my, zamieszkujący ją ludzie, znajdowaliśmy się zasadniczo w środku Wszechświata. Harlow Shapley nie posunął się tak daleko jak Kapteyn, niemniej stał się zagorzałym orędownikiem idei, którą nazwano teorią wszechświatów-wysp. Heber D. Curtis wziął na siebie reprezentowanie argumentów dysydentów i cała dyskusja ostatecznie sprowadziła się do kwestii istnienia obłoków międzygwiazdowych złożonych z małych absorbujących cząsteczek. Spór rozstrzygnęło zdjęcie wykonane przez Roscoe Sanforda, przedstawiające płaską galaktykę spiralną, widzianą prawie dokładnie z boku, z ciemnymi pasmami pochłaniających obłoków. Tak wyglądałaby nasza Galaktyka, gdybyśmy mogli ją zobaczyć z zewnątrz z boku.

Historia ta ma dwa interesujące aspekty. Jednym jest wykazanie, że prawie całe środowisko naukowe może pójść w kierunku, który później uznawany jest za nonsensowny. Gdy słucha się obecnie naukowców, można pomyśleć, iż nadszedł wreszcie czas w dziejach ludzkości, w którym poglądy nonsensowne nie zyskują szerszego poparcia. Gdy jednak widzę, jak powszechne jest silne przekonanie, że wszystko, co naprawdę ważne we Wszechświecie Wielkiego Wybuchu, wydarzyło się w ciągu pierwszej 10-43 sekundy jego istnienia, zaczynam mieć poważne wątpliwości, czy aby na pewno.

Roscoe Sanford zawiózł nas na szczyt Mount Wilson tylnym wjazdem obok budki wartowniczej i przedstawił człowiekowi, który zarządzał "klasztorem", oraz G. Strombergowi i A. H. Joyowi. Potem odjechał, radząc nam, abyśmy pod koniec weekendu zeszli piechotą do Pasadeny. Mieszkańcom obecnego pogrążonego w smogu Los Angeles trudno zapewne uwierzyć, że wtedy powietrze było tam tak czyste, iż można było zobaczyć ośnieżone szczyty Mount San Gorgonio i Mount San Jacinto. Wieczorem podczas kolacji Westwater popełnił poważne faux pas, wyjmując dwie butelki wina, by ożywić posiedzenie. Zostały one natychmiast wyniesione przez kucharza w grobowej ciszy. Dwiema najbardziej zakazanymi rzeczami na Mount Wilson były alkohol i kobiety - nie udało mi się ustalić, w jakiej kolejności. Trzecią ważną regułą, choć niższą w hierarchii ważności, było to, że wszyscy musieli jeść z cynowych talerzy.

W rok czy dwa później popełniłem gafę, która dorównywała gafie Westwatera lub nawet ją przewyższała. Było to także podczas kolacji i miało związek z ową wizytą w Stanach Zjednoczonych w 1944 roku. Przyjęcie odbywało się w londyńskim klubie. Dopiero przy stole dowiedziałem się, że oczekuje się ode mnie powiedzenia "kilku słów" po zakończeniu posiłku, okraszonych, zgodnie z klubową regułą, jakimś dowcipem. W trakcie kolacji nerwowo przeszukiwałem pamięć w poszukiwaniu dowcipu i nagle przypomniałem sobie zdarzenie, które miało miejsce na zachodzie Stanów Zjednoczonych w 1944 roku, a które rozbawiło najpoważniejsze dzienniki Wschodniego Wybrzeża. Opowiedziałem je Diracowi, który wybuchnął tubalnym śmiechem, wiedziałem więc, że to dobry dowcip, który powinien zostać przychylnie przyjęty w tym ekskluzywnym towarzystwie. Podczas spisu powszechnego urzędnik z pewnego miasteczka w Wyoming miał kłopot z jednym pytaniem, a mianowicie:"Jaka jest w mieście śmiertelność?". Kiedy wypowiedziałem słowo "śmiertelność", zapanowała absolutna cisza, tak jak wtedy, gdy Frank Westwater wyjął dwie butelki wina; dopiero wówczas ku swojemu przerażeniu uświadomiłem sobie, że wszyscy członkowie klubu są bardzo starzy. Ale, oczywiście, nie mogłem się już zatrzymać. Nie można przerwać dowcipu w połowie, zwłaszcza gdy padło słowo "śmiertelność". Wśród całkowitej ciszy brnąłem więc dalej. Odpowiedź, jakiej w końcu udzielił ów urzędnik z miasteczka w Wyoming, brzmiała: "Śmiertelność u nas jest taka sama jak wszędzie. Jedna śmierć na jednego mieszkańca".

Gdy w poniedziałek rano zeszliśmy do podnóża Mount Wilson, moje buty były bliskie rozpadnięcia się, toteż ucieszyłem się, zobaczywszy, że w Altadenie czeka na nas samochód. Kierowcą był tym razem Walter Baade. Baade dołączył do personelu naukowego na Mount Wilson około dziesięciu lat wcześniej, przyjechawszy z obserwatorium w Hamburgu, rzekomo po to, aby rozwiązać zażarty konflikt między Edwinem Hubble'em i Adriaanem van Maanenem. Najwyraźniej van Maanen okazał się zbyt sprytny, aby Hubble był w stanie go przygwoździć, a jak opowiadał Baade, także zbyt sprytny dla niego. "Raz już myślałem, że go mam, ale mi się wymknął". W domu z żoną Baade zawsze mówił po niemiecku. Jego niemiecki akcent w nienagannych angielskich zdaniach brzmiał komicznie. Kiedy przybywał na któreś z licznych przyjęć wydawanych w późniejszych latach przez astronomów z Mount Wilson i Caltech, wyglądało to jak gdyby nagle przez salę przeszedł wicher. Od czasu kiedy go po raz pierwszy spotkałem w Altadenie, do jego śmierci szesnaście lat później, Baade uchodził za najlepszego na świecie specjalistę od bezpośrednich obserwacji z zastosowaniem klisz fotograficznych. Nie słyszałem, aby kiedykolwiek kwestionował to ktoś z jego czy też z następnego pokolenia astronomów. Było dla mnie tajemnicą, jak to robił, ponieważ miał poważne problemy we władaniu rękami. Jedynym wyjaśnieniem jest to, że nigdy czy to przy teleskopie, czy w ciemni, nie wykonał ruchu bez wcześniejszego dokładnego przemyślenia, co ma zrobić. Gdy samochód zjeżdżał z drogi, skręcał kierownicę dopiero w ostatnim momencie przed zderzeniem. Taki sposób prowadzenia sprawiał, że miał kłopoty z policją w Pasadenie, z którą toczył nieustającą wojnę. Przez ostatnie pięć lat pobytu w Pasadenie po prostu jeździł bez prawa jazdy. Ale jeśli myślicie, że był łatwym celem do upolowania, jesteście w błędzie. Walter wiedział, że policjanci zawsze działają w sposób rutynowy. Sporządził zatem grafik przemieszczania się samochodów patrolowych po mieście i wybierał trasę tymi ulicami, gdzie wiedział, że ich nie będzie.

Po przyjeździe z Altadeny spędziłem z Baadem popołudnie, dyskutując o astronomii. Dał mi odbitki swoich prac, których nie znałem; w Nutbourne i Witley nie było biblioteki. Stanowiło to przedostatnie ogniwo łańcucha przypadków. Wieczorem Baade zabrał nas do gwarnej restauracji w Pasadenie o nazwie Stuffed Shirt. W przystępie eksploratorskiego szaleństwa zamówiłem z karty danie pod nazwą abalone, stwierdzając ze zdumieniem, że ta przypominająca wyglądem flaki potrawa ze ślimaków jest wyjątkowo smaczna.

[1]  [2]  [3]  [4]  [5]  [6] 
[  góra strony  ]

Wiw.pl  |  Na bieżąco  |  Informacje  |  Co nowego  |  Matematyka i przyroda  |  Astronomia  |  Biologia  |  Fizyka  |  Matematyka  |  Modelowanie rzeczywistości  |  Humanistyka  |  Filozofia  |  Historia  |  Kultura antyczna  |  Literatura  |  Sztuka  |  Czytaj  |  Biblioteka  |  Delta  |  Wielcy i więksi  |  Przydatne  |  Słowniki  |  Co i gdzie studiować  |  Wszechświat w obrazkach