Biblioteka
  Wiw.pl   Na bieżąco:  Informacje   Co nowego   Matematyka i przyroda:  Astronomia   Biologia   Fizyka   Matematyka   Modelowanie rzeczywistości   Humanistyka:  Filozofia   Historia   Kultura antyczna   Literatura   Sztuka   Czytaj:  Biblioteka   Delta   Wielcy i więksi   Przydatne:  Słowniki   Co i gdzie studiować   Wszechświat w obrazkach    
  Jesteś tutaj:   Wirtualny Wszechświat > Biblioteka > Biologia > ROZPLATANIE TĘCZY  



[1]  [2]  [3]  [4]  [5]  [6]  [7]  [8]  [9] 
13 października 1917 roku, na Cova da Iria niedaleko portugalskiej miejscowości Fatima zgromadziło się ponad 70 tysięcy ludzi. Przyszli, aby zobaczyć cud, który Najświętsza Dziewica zapowiedziała Lucii dos Santos i jej małym krewnym: Jacincie i Francisco Marto [...] Wkrótce po południu Nasza Pani w istocie się objawiła. Pod koniec spotkania wskazała na słońce. Podekscytowana Lucia powtórzyła jej ruch i wszyscy spojrzeli w niebo [...] Wtedy tłum wstrzymał oddech z przerażenia [...] Wyglądało na to, że słońce rozdarło niebiosa i spada w dół, wprost na zatrwożone tłumy [...] Kiedy już wydawało się, że rozżarzona kula uderzy w ludzi i wszystkich unicestwi, cud się skończył. Słońce powróciło na swoje miejsce na niebie, świecąc teraz równie zwyczajnie, jak zwykle.

Gdyby cud w postaci spadającego słońca widziała tylko Lucia, młoda dziewczyna szczególnie odpowiedzialna za kult fatimski, niewiele osób potraktowałoby całą rzecz z powagą. Mogłaby to być bowiem jakaś halucynacja czy kłamstwo o dość łatwym do wyjaśnienia podłożu. Respekt budzi jednak aż 70 tysięcy świadków owego wydarzenia. Czy 70 tysięcy ludzi może zbiorowo ulec halucynacji? Albo czy ktoś relacjonujący to wydarzenie może aż tyle zmyślić?

Spróbujmy zastosować kryterium Hume'a. Z jednej strony mielibyśmy uwierzyć w masową halucynację, jakąś sztuczkę świetlną lub zbiorowe kłamstwo 70 tysięcy ludzi. Trzeba przyznać, że brzmi to nieprawdopodobnie. Jest jednak mniej nieprawdopodobne niż wytłumaczenie alternatywne, że Słońce rzeczywiście zmieniło tor swej wędrówki. Słońce nad Fatimą nie było wszak niczyim prywatnym słońcem; ta sama gwiazda ogrzewała wówczas pozostałą wielomilionową rzeszę ludzi po oświetlonej stronie Ziemi. Jeżeli zatem założymy, że rzeczywiście zmieniła ona na moment swą trasę, ale było to widoczne wyłącznie na Cova da Iria, musielibyśmy uznać zaistnienie jeszcze większego cudu: złudzenia niewystąpienia zmiany toru naszej gwiazdy, którego doświadczyły miliony osób nieobecnych w Fatimie. Nie wspominając już nawet o tym, że gdyby Słońce naprawdę ruszyło z tak wielką prędkością, Układ Słoneczny po prostu by się rozpadł. Cóż, nie mamy wyjścia. Musimy zgodzić się z Hume'em i wybrać z dwóch możliwości mniej cudowną - uznać, że wbrew oficjalnej nauce Watykanu żadnego cudu w Fatimie nie było. Co więcej, wcale nie jest oczywiste, iż to na nas spoczywa ciężar wyjaśnienia, co sprawiło, że 70 tysięcy osób zostało wprowadzonych w błąd.

Wciąż jeszcze do Hume'a należy ostatnie słowo na temat bilansu prawdopodobieństw. Sięgając do drugiego krańca naszego spektrum domniemanych cudów, czy są tam jakieś tezy i twierdzenia, które możemy zdecydowanie i definitywnie odrzucić? Fizycy zgadzają się, że jeśli jakiś wynalazca składa wniosek patentowy dotyczący perpetuum mobile, całkiem spokojnie można go zdyskwalifikować nawet bez zaglądania do projektu maszyny. A to dlatego, że każde perpetuum mobile pozostaje w sprzeczności z prawami termodynamiki. Sir Arthur Eddington pisał:

Jeśli ktoś ci wytknie, że twoja ulubiona teoria Wszechświata jest sprzeczna z równaniami Maxwella, to tym gorzej dla równań. Jeśli okaże się, że przeczy jej doświadczenie, to powiesz: "Ach, ci eksperymentatorzy, jak oni czasem strasznie knocą". Ale jeżeli Twoja teoria przeczy drugiemu prawu termodynamiki, to nie ma dla Ciebie nadziei: nie pozostaje ci nic, oprócz ostatecznego upokorzenia.
Nowe oblicze natury. Światopogląd fizyki współczesnej (1928) [Przełożył Aleksander Wundheiler, Warszawa 1934]

W pierwszej części akapitu Eddington wyraźnie stara się, jak może, aby pójść na możliwie największe ustępstwa, wskutek czego jego pewność siebie w końcowym fragmencie cytatu robi jeszcze większe wrażenie. Jeśli ktoś mimo wszystko uważa to za zbytnie zadufanie uczonego, bo być może lada chwila pojawi się jakaś nowa, dziś jeszcze niewyobrażalna technika - to trudno. Nie będę się upierał, ale powrócę do swojego słabszego argumentu, podawanego za Hume'em, dotyczącego porównywania prawdopodobieństw. Oszustwo, iluzja, podstęp, halucynacja, niezamierzona pomyłka czy umyślne kłamstwo - jest tego tyle, że zawsze będę wątpił w różne przypadkowe obserwacje czy zasłyszane opowieści, dla których wyjaśnienia trzeba całkowicie odrzucić współczesną naukę. Oczywiście nasza współczesna wiedza zostanie kiedyś poprawiona; stanie się to jednak nie na podstawie anegdotycznych opowieści czy pokazów telewizyjnych, lecz dokładnych badań oraz drobiazgowo analizowanych i wielokrotnie powtarzanych doświadczeń.

Wracając do naszego spektrum nieprawdopodobieństwa, myślę, że elfy mieszczą się gdzieś między ciotką Apthorpe'a a perpetuum mobile. Gdyby jutro odkryto, że rzeczywiście istnieją maleńkie ludziki ze skrzydłami, odziane w śliczne, miniaturowe ubranka, nie zachwiałoby to żadnym podstawowym prawem fizyki. Odkrycie takie byłoby nieporównywalnie mniej rewolucyjne niż skonstruowanie perpetuum mobile. Biologów czekałaby jednak mozolna praca z wpasowaniem elfów we współczesną systematykę. Zastanawialiby się, w którym miejscu łańcucha ewolucyjnego one się pojawiły. Ani wykopaliska, ani współczesna zoologia nie mówią przecież nic o naczelnych ze skrzydłami. Byłoby w tym też coś niezwykłego, gdyby istoty te wyewoluowały w gatunek na tyle bliski naszemu, że w swoich strojach hołdowałyby - jak widać wyraźnie na sławnych, zręcznie zmontowanych zdjęciach, które tak poruszyły chorobliwie łatwowiernego Arthura Conan Doyle'a - modzie lat dwudziestych.

Także domniemane stwory typu potwora z Loch Ness, yeti, czyli "odrażającego człowieka śniegu" z Himalajów, oraz dinozaura z Kongo - wypada umieścić gdzieś między elfami Conan Doyle'a a nieco bliższym prawdy biegunem naszego spektrum. Właściwie nie ma żadnego szczególnego powodu, dla którego nie mogłaby przetrwać w jeziorze Loch Ness jakaś forma plezjozaurów. Trudno mi wyrazić, jak bardzo cieszyłbym się wraz z mymi kolegami zoologami, gdyby rzeczywiście tak było. Nie mielibyśmy też chyba nic przeciwko współczesnemu dinozaurowi z Konga. Odkrycie takiego gada nie przeczyłoby ani prawom biologii, ani fizyki. Jedyną przyczynę, która sprawia, iż jest to mało prawdopodobne, stanowi fakt, że ostatnie dinozaury żyły 65 mln lat temu, a 65 mln lat to bardzo długi okres dla żywej populacji, szansa na jej przetrwanie w ukryciu oraz w stanie niesfosylizowanym jest zatem znikoma. Co do yeti, to wizja zachowanej populacji gatunku Homo erectus czy rodzaju Gigantopithecus wprawiłaby mnie w euforię, gdybym tylko mógł w to uwierzyć. Naprawdę bardzo chciałbym uznać istnienie yeti za bardziej prawdopodobne niż prostsze (w myśl założeń Hume'a) rozwiązania, a mianowicie, że wszystkie na to dowody to tylko halucynacje, zmyślenia podróżników czy wreszcie niezamierzenie błędne odczytanie zwykłych zwierzęcych tropów, tyle że powiększonych w trakcie wysychania.

30 sierpnia 1938 roku nadano do dziś sławną radiową adaptację powieści H. G. Wellsa Wojna światów. Słuchowisko wyreżyserowane przez Orsona Wellesa wywołało w Stanach Zjednoczonych powszechną panikę, a nawet podobno serię samobójstw. Wielu słuchaczy sądziło, że początkowe sceny sztuki (zgodnie z zamierzeniem jej twórców) są prawdziwą relacją z inwazji Marsjan na Ziemię. Historię tę przytacza się często jako ewidentny przykład amerykańskiej naiwności; sądzę, że niesprawiedliwie, jako że inwazja z kosmosu nie jest niemożliwa i gdyby się zdarzyła, to prawdopodobnie po raz pierwszy usłyszelibyśmy o niej właśnie w jakimś nadzwyczajnym serwisie radiowo-telewizyjnym.

Nieśmiertelnie popularne są, jak wiemy, historie o latających talerzach. Oczywiście społeczność naukowa zwykle w to nie wierzy. Dlaczego? Otóż bynajmniej nie dlatego, że wizyta z kosmosu jest niemożliwa czy choćby wysoce nieprawdopodobna, ale znowu dlatego, że inne wytłumaczenia, w rodzaju oszustwa czy zbiorowego złudzenia, są dużo bardziej prawdopodobne. Rozliczne opowieści o latających spodkach były w istocie szczegółowo badane zarówno przez liczne zespoły skrupulatnych amatorów, jak i prawdziwych naukowców. Okazywały się one najczęściej zwykłymi mistyfikacjami (przynoszącymi korzyść materialną ich twórcom - wydawcy płacą duże pieniądze za takie opowieści, nawet gdy są marnie udokumentowane; korzysta z nich też cały przemysł podkoszulkowo-pamiątkarski). Bywa również, iż za UFO brane są rozmaite samoloty czy balony, tyle że widziane pod szczególnym kątem lub dziwnie oświetlone. Czasem są to optyczne miraże lub inne psikusy światła, niekiedy wreszcie winą za takie widowiska można obarczyć tajne militarne zdobycze techniki.

[1]  [2]  [3]  [4]  [5]  [6]  [7]  [8]  [9] 
[  góra strony  ]

Wiw.pl  |  Na bieżąco  |  Informacje  |  Co nowego  |  Matematyka i przyroda  |  Astronomia  |  Biologia  |  Fizyka  |  Matematyka  |  Modelowanie rzeczywistości  |  Humanistyka  |  Filozofia  |  Historia  |  Kultura antyczna  |  Literatura  |  Sztuka  |  Czytaj  |  Biblioteka  |  Delta  |  Wielcy i więksi  |  Przydatne  |  Słowniki  |  Co i gdzie studiować  |  Wszechświat w obrazkach