Biblioteka
  Wiw.pl   Na bieżąco:  Informacje   Co nowego   Matematyka i przyroda:  Astronomia   Biologia   Fizyka   Matematyka   Modelowanie rzeczywistości   Humanistyka:  Filozofia   Historia   Kultura antyczna   Literatura   Sztuka   Czytaj:  Biblioteka   Delta   Wielcy i więksi   Przydatne:  Słowniki   Co i gdzie studiować   Wszechświat w obrazkach    
  Jesteś tutaj:   Wirtualny Wszechświat > Biblioteka > Biologia > ROZPLATANIE TĘCZY  



[1]  [2]  [3]  [4]  [5]  [6]  [7]  [8]  [9] 
Być może nadejdzie taki dzień, kiedy na Ziemi wylądują pozaziemskie statki kosmiczne. Jednakże szansa na to, by każdy raport na temat latających spodków był prawdziwy, jest niewielka, zwłaszcza gdy, w myśl nauk Hume'a, zestawi się ją z prawdopodobieństwem oszustwa czy złudzenia. W moich oczach rzeczą, która najbardziej pozbawia wszystkie historie o UFO cech prawdopodobieństwa, jest niemal komiczne podobieństwo owych gości z kosmosu do zwykłych ludzi lub do postaci fantastycznych wykreowanych przez telewizję. Wielu kosmitów wystarczająco przypomina ziemskich mężczyzn, aby nieobca im była chęć kopulacji z Ziemiankami, ba, dochodzi nawet do wydania na świat płodnego potomstwa. Carl Sagan i inni badacze podkreślają, że kosmiczne humanoidy, owładnięte rządzą porywania ludzi, są współczesnym odpowiednikiem siedemnastowiecznych demonów czy wiedźm.

Astrologia, parapsychologia, opowieści o kosmitach - wszystko to, ośmielone zainteresowaniem telewizji i różnych czasopism, znalazło się na uprzywilejowanej pozycji w zdobywaniu dostępu do świadomości popularnej. Jeśli mam rację, sądząc, że zjawisko to wykorzystuje nasz naturalny i chwalebny apetyt na cuda, to mamy tu do czynienia z pewnym paradoksem. Powinna nas podnieść na duchu myśl, że skoro apetyt na cuda może być o tyle lepiej zaspokajany przez prawdziwą naukę, to cała sprawa sprowadza się do właściwej edukacji umożliwiającej zwalczanie przesądów. Podejrzewam jednak, że działa tu także inny mechanizm, który komplikuje całą sprawę. Mam na myśli dość ciekawy, niezależny mechanizm psychologiczny, którego wyjaśnieniu pragnę poświęcić resztę tego rozdziału, gdyż dzięki jego zrozumieniu będziemy mogli ograniczyć szkody, jakich jest przyczyną. Mechanizm ów to całkiem naturalna i zwłaszcza dzieciom potrzebna ufność lub wręcz łatwowierność, które jednak - przy braku ostrożności - mogą zachować się u osób dorosłych, wywołując wielce niepożądane skutki. Ale zacznijmy od rodzinnej anegdoty.

Któregoś roku, w prima aprilis, kiedy ja i moje siostry byliśmy jeszcze dziećmi, rodzice oraz wujek z ciotką w prosty sposób wywiedli nas w pole. Zawiadomili nas mianowicie, że odkryli na poddaszu mały samolot, który należał do nich, gdy byli młodzi, i teraz właśnie postanowili nas zabrać na małą wycieczkę. Wtedy jeszcze latanie nie było tak popularne jak dzisiaj, byliśmy więc dość przerażeni. Jedynym warunkiem było to, że musimy mieć zasłonięte oczy. Chichoczących i potykających się na trawniku, zaprowadzili nas za ręce na miejsca. Usłyszeliśmy warkot ruszającego silnika, maszyna zachwiała się i ruszyliśmy w pełną podskoków, przechyłów i zawrotów drogę. Od czasu do czasu najwyraźniej zahaczaliśmy o czubki drzew, ponieważ czuliśmy na twarzach łagodne muśnięcia gałęzi, a przyjemny, choć dość silny wiatr owiewał nasze twarze. W końcu "wylądowaliśmy"; nasz chybotliwy środek lokomocji stanął na terra firma, zdjęto nam z oczu opaski i pośród ogólnej wesołości cała sprawa się wydała. Nie było żadnego samolotu. Byliśmy nadal w tym samym miejscu trawnika, w którym zaczęła się nasza powietrzna podróż. Po prostu siedzieliśmy na ogrodowej ławce, którą ojciec i wuj podnosili i obracali, aby wywołać wrażenie lotu. Nie było żadnego silnika, poza hałaśliwym odkurzaczem i wiatraczkiem, który wiał nam prosto w twarze. Nimi, a także gałęziami drzew, operowały matka i ciotka stojące obok ławki. No cóż, "lot" sprawił nam jednak sporą frajdę.

Łatwowierne, pełne ufności dzieci, jakimi byliśmy, liczyły na obiecany lot na wiele dni przed tym, nim doszedł on do skutku. Nawet nie przyszło nam do głowy, aby się zdziwić, że musimy mieć zasłonięte oczy. Oczywiście można było zapytać, jaki jest sens udawania się na przejażdżkę, podczas której nic się nie będzie widziało. Skoro jednak rodzice zapowiedzieli nam, że dla jakiejś bliżej nieokreślonej przyczyny musimy mieć zasłonięte oczy - to trudno. Przyjęliśmy to po prostu do wiadomości. Nie wzbudziło też naszego zdziwienia, że żadne z rodziców nie zdradziło się dotąd z tym, że było wykwalifikowanym pilotem. Jako dzieci we wszystko wierzyliśmy. Po prostu nie było w nas ani krzty sceptycyzmu. Tak ufaliśmy rodzicom, że nie baliśmy się żadnej katastrofy. Kiedy zdjęto nam opaski i wszyscy zaczęli z nas żartować, wcale nie straciliśmy swojej ufności i nadal wierzyliśmy w Świętego Mikołaja, wróżki, anioły, niebo, Krainę Wiecznych Łowów i pozostałe historyjki, które nam kiedyś opowiadano. Nota bene moja mama nie pamięta w ogóle tego wydarzenia, ale przypomina sobie podobne ze swego dzieciństwa, kiedy to jej ojciec odegrał zbliżoną komedię z nią i jej małą siostrą w rolach głównych. Scenariusz tamtego przedstawienia był nawet jeszcze bardziej wyszukany, ponieważ "samolot" wyleciał na zewnątrz, a dziewczynkom kazano się pochylić, "by nie uderzyły głowami o futrynę okna". Dały się nabrać bez słowa sprzeciwu.

Dzieci cechuje więc wrodzona ufność. To oczywiste - jakże miałoby być inaczej? Przychodzą na świat, nie wiedząc nic, otoczone przez dorosłych, którzy - w porównaniu z nimi - wiedzą wszystko. Jest szczerą prawdą, że ogień parzy, węże gryzą, a spacerując w południe bez żadnej ochrony w pełnym słońcu, należy spodziewać się bolesnych oparzeń, a nawet - jak teraz wiemy - raka skóry. Co więcej, często okazuje się, że inny, bardziej naukowy sposób zdobywania pożytecznej wiedzy - metodą prób i błędów - nie jest dobrym pomysłem, ponieważ cena popełnienia błędu może być zbyt wysoka. Jeśli mama powie, żeby się nigdy nie taplać w jakimś jeziorze, bo roi się w nim od krokodyli, to po prostu nie należy przyjmować pozy sceptycznego naukowca i tonem osoby dorosłej mówić: "Dziękuję, mamusiu, ale wolałbym sprawdzić to doświadczalnie". Zbyt duże jest ryzyko, że taki eksperyment naukowy skończy się tragicznie. Nietrudno dostrzec, w jaki sposób dobór naturalny, nagradzający osobniki najlepiej dostosowane, może ukarać naukowe lub sceptyczne podejście do życia i faworyzować prostolinijną łatwowierność dzieci.

Łatwowierność ta wiąże się jednak z niepożądanym produktem ubocznym, którego się nie da uniknąć. Jeżeli bowiem rodzice powiedzą coś, co nie jest prawdą, to również w to musimy uwierzyć. Jakże może być inaczej? Dzieci nie mają zmysłu, który pozwoliłby im odróżnić prawdziwe ostrzeżenia od fałszywych, mówiących na przykład o tym, że oślepnie się lub pójdzie do piekła, jeśli człowiek "zgrzeszy". Gdyby taki zmysł miały, nie potrzebowałyby w ogóle żadnych ostrzeżeń. Naiwność jako sposób na przetrwanie stanowi pewnego rodzaju pakiet. Wierzymy w to, co ktoś nam powie, bez względu na to, czy to prawda czy kłamstwo. Dorośli, a rodzice w szczególności, wiedzą tak dużo, że niemal naturalną rzeczą jest przyjmować, iż wiedzą po prostu wszystko, i wierzyć im bez zastrzeżeń. Kiedy opowiadają o Świętym Mikołaju wchodzącym do domu przez komin czy o "wierze, która góry przenosi" - oczywiście wierzymy temu także.

Dzieci są łatwowierne, ponieważ muszą takie być, by właściwie odegrać swoją rolę "gąsienicy". Motyle mają skrzydła, gdyż celem ich życia jest znalezienie przedstawicieli płci przeciwnej i rozsianie swojego potomstwa na nowe rośliny, będące dla nich źródłem pożywienia. Swój skromny apetyt motyle zaspokajają niewielkimi łykami nektaru. Potrzebują niewiele białka w porównaniu z gąsienicami, stanowiącymi to stadium cyklu życiowego motyli, w którym dokonuje się ich rozwój. Zadaniem osobników młodocianych jest, ogólnie rzecz biorąc, przygotowanie się do tego, by stać się pomyślnie rozmnażającymi się osobnikami dorosłymi. Gąsienice istnieją po to, by jeść najszybciej jak to możliwe, a potem przepoczwarzyć się w latające, rozmnażające i rozpraszające się po świecie osobniki dorosłe. Aż do tego momentu stworzenia te nie mają skrzydeł, za to charakteryzują się mocnymi żuwaczkami, a także prostolinijną naturą, w której główną rolę odgrywa żarłoczność.

Z podobnych powodów naiwność jest potrzebna dzieciom. Są one gąsienicami informacyjnymi. Ich zadaniem jest przeistoczyć się w dorosłych ludzi żyjących w skomplikowanym społeczeństwie, którego podstawę stanowi wiedza. Jak dotychczas najbogatszym źródłem pożywienia w ich informatycznej diecie są dorośli, a zwłaszcza rodzice. Tam gdzie owadzim gąsienicom potrzebny jest silny aparat gębowy, służący pochłanianiu mięsistych liści kapusty, dzieci ludzkie mają szeroko otwarte oczy i uszy, a także ciekawe, ufne umysły, dzięki którym przyswajają język i resztę wiedzy. Są jak pijawki czerpiące z zasobów wiedzy świata dorosłych. Wielkie ilości danych, gigabajty mądrości przepływają pod sklepieniem dziecięcej czaszki, a duża część takich informacji bierze swój początek w kulturze stworzonej przez rodziców dziecka i całe pokolenia jego przodków. Pamiętajmy wszakże, aby nie posuwać się w naszej owadziej analogii za daleko: dzieci zmieniają się w dorosłych stopniowo, a nie gwałtownie, jak robią to gąsienice.

[1]  [2]  [3]  [4]  [5]  [6]  [7]  [8]  [9] 
[  góra strony  ]

Wiw.pl  |  Na bieżąco  |  Informacje  |  Co nowego  |  Matematyka i przyroda  |  Astronomia  |  Biologia  |  Fizyka  |  Matematyka  |  Modelowanie rzeczywistości  |  Humanistyka  |  Filozofia  |  Historia  |  Kultura antyczna  |  Literatura  |  Sztuka  |  Czytaj  |  Biblioteka  |  Delta  |  Wielcy i więksi  |  Przydatne  |  Słowniki  |  Co i gdzie studiować  |  Wszechświat w obrazkach