Biblioteka
  Wiw.pl   Na bieżąco:  Informacje   Co nowego   Matematyka i przyroda:  Astronomia   Biologia   Fizyka   Matematyka   Modelowanie rzeczywistości   Humanistyka:  Filozofia   Historia   Kultura antyczna   Literatura   Sztuka   Czytaj:  Biblioteka   Delta   Wielcy i więksi   Przydatne:  Słowniki   Co i gdzie studiować   Wszechświat w obrazkach    
  Jesteś tutaj:   Wirtualny Wszechświat > Biblioteka > Medycyna, psychologia > Wirusy, plagi i dzieje ludzkości  



[1]  [2]  [3]  [4]  [5]  [6]  [7]  [8]  [9] 
Historia epidemii z 1878 roku rozpoczęła się na przełomie wiosny i lata, kiedy to zaobserwowano pierwsze przypadki zachorowań w Indiach Zachodnich - obszarze, z którym miasta położone wzdłuż Missisipi prowadziły ożywiony handel. Niektórzy z mieszkańców Memphis, przede wszystkim lekarze i członkowie rady zdrowia, mając w pamięci epidemię z 1873 roku, energicznie domagali się od rady miejskiej wprowadzenia kwarantanny. Lecz rada ta, obawiając się, że kwarantanna wpłynie ujemnie na handel, odrzuciła ten postulat. W konsekwencji przewodniczący rady, doktor R. W. Mitchell, na znak protestu zrezygnował ze stanowiska. Podczas gdy trwała dyskusja nad kwarantanną, epidemia żółtej febry zbliżała się do Memphis. Z Indii Zachodnich dotarła do Nowego Orleanu (oddalonego o 800 km od Memphis) 26 lipca, a już 27 pojawiła się w Vicksburgu (odległym od Memphis tylko o 400 km). Wtedy zdecydowano się stworzyć stacje prowadzące kwarantannę dla ludzi i towarów pochodzących z miast objętych epidemią. Ale czy kwarantanna i inne przepisy administracyjne mogły być skuteczne? Pojawiły się plotki i panika ogarnęła Memphis, gdy 5 sierpnia przyjęto do szpitala marynarza z rozpoznaniem żółtej febry. Dziewiątego sierpnia zaraza dotarła do Grenady, odległej już tylko o 145 km od Memphis. Wiadomość o tym szybko rozeszła się po mieście. Gazety próbowały uspokoić nastroje:

Mieszkańcy mogą być spokojni - jeśli tylko żółta febra pokaże się w mieście (co jest mało prawdopodobne), rada zdrowia natychmiast zawiadomi o tym wszystkich za pośrednictwem prasy. Nie wzniecajcie paniki! Unikajcie nieopatentowanych lekarstw i whisky podejrzanego pochodzenia! Zajmujcie się swoimi sprawami jak zwykle, bądźcie dobrej myśli i śmiejcie się jak najczęściej.

Łatwo było udzielać dobrych rad, ale stosować się do nich - to już inna sprawa. Wprawdzie nastroje uspokoiły się trochę, ale niektórzy mieszkańcy opuszczali miasto, a wielu innych zaczynało się do tego przygotowywać. W tym czasie Kate Bionda umierała na żółtą febrę. Na drugi dzień po jej śmierci, 14 sierpnia, zanotowano 55 nowych przypadków choroby. Memphis ogarnęła panika - 15 i 16 sierpnia tysiące ludzi na piechotę, wierzchem, wozami i koleją zaczęło uciekać z miasta. "Każda trasa wylotowa z miasta zapchana była wozami wypełnionymi meblami, łóżkami, kuframi i innym dobytkiem. Na wierzchu każdej takiej sterty siedziały kobiety i dzieci. Obok szli mężczyźni. Jedni podnieceni i w wojowniczym nastroju, inni milczący, zrezygnowani, wystraszeni".

Przedsiębiorstwa kolejowe doczepiały dodatkowe wagony do pociągów wychodzących z Memphis, ale i to nie wystarczało dla wszystkich chcących wydostać się z miasta. Miejskie instytucje przestały działać. Na posiedzeniu rady miejskiej nie zdołano uzyskać kworum, ponieważ większość radców opuściła miasto. Uciekła także jedna trzecia policjantów. Sceny te przypominały masową ucieczkę ludności różnych europejskich krajów przed posuwającymi się wojskami Trzeciej Rzeszy podczas drugiej wojny światowej. Ludzie uciekali w popłochu. W ciągu czterech dni po śmierci Kate Bionda 25 tysięcy osób, czyli ponad połowa mieszkańców Memphis, znalazło się w położonych nad rzeką małych miasteczkach oraz w bardziej odległych St. Louis, Cincinnati, Louisville, a nawet w stanie Wirginia i wschodniej części stanu Tennessee.

Uchodźcy nie spotykali się z gościnnym przyjęciem. W wielu miastach wymagano kwarantanny, do innych wstępu bronili mężczyźni uzbrojeni w broń palną. Władze miasta Little Rock w stanie Arkansas zabraniały wjazdu pociągom z Memphis. Uciekinierzy podróżujący parowcem John D. Porter nie mogli zejść z pokładu przez dwa miesiące, ponieważ w każdym kolejnym porcie, do którego zawijali, władze nie zgadzały się na zejście ludzi na ląd. John D. Porter żeglował więc po Missisipi na podobieństwo legendarnego Latającego Holendra skazanego na wieczną tułaczkę po morzach świata.

Wielu uciekinierów, będąc w fazie zakaźnej, rzeczywiście przenosiło wirusa. Osoby te, przybywając do rejonów nawiedzonych przez komary Aedes aegypti, przyczyniały sią do dalszego szerzenia się epidemii wzdłuż Missisipi. Ponad 100 uciekinierów zmarło poza Memphis. A jaki los spotkał tych spośród około 20 000 mieszkańców, którzy pozostali w mieście? Niemal 14 000 z nich to Murzyni. Żyli w śmiertelnym strachu, nie wiedząc, co ich czeka. Wiedzieli tylko, że z nastaniem mrozów, pod koniec października, tajemnicza epidemia prawdopodobnie wygaśnie. Ale komu uda się przeżyć te pozostające do zimy 45 dni?

Zaraza spadła na miasto nagle i atakowała z wyjątkową zaciekłością. Zaledwie tydzień upłynął od śmierci Kate Bionda, a chorowało już tysiące ludzi. Jeden z duchownych zanotował: "Przed nami całe tygodnie cierpień [...] ludzie giną z braku opieki, której nie możemy zapewnić [...] niech nas Bóg wspiera". W pierwszej połowie września umierało około 200 osób dziennie. Po upływie 11 tygodni od pierwszego przypadku naliczono 17 000 zachorowań, w tym 5000 śmiertelnych.

W tym straszliwym czasie miasto wyglądało na wymarłe. Mało kto wychodził na ulice, stanął wszelki przemysł i handel. Robert Blakeslee, który przybył pociągiem z Nowego Jorku, aby pomagać w walce z epidemią, tak opisuje w "New York Herald" swoje pierwsze chwile po przyjeździe do Memphis:

Miasto było jak wyludnione [...]. Już na samym wstępie natknąłem się na ponure świadectwa stanu, w jakim się znajdowało. Pierwszym pojazdem, który ujrzałem, był wóz ciężarowy załadowany trumnami, który objeżdżał okoliczne ulice, zbierając zwłoki. Ponieważ dostrzegłem go niemal tuż po wyjściu ze stacji, łatwo zrozumieć, jak szybko zdałem sobie sprawę z rozmiarów spustoszeń, jakie się dokonały. Dwie przecznice dalej napotkałem stosy trumien ułożonych w rzędy na chodniku przed budynkiem zakładu pogrzebowego. Musiałem przeciskać się między nimi [...]. Każdy, kogo napotkałem, był śmiertelnie przerażony. Pewien młody lekarz wyznał: "Trzeba mieć wielką siłę moralną, aby tu wytrwać. Dziś może Pan z kimś rozmawiać, a jutro dowiedzieć się, że wczorajszy rozmówca już nie żyje".

[1]  [2]  [3]  [4]  [5]  [6]  [7]  [8]  [9] 
[  góra strony  ]

Wiw.pl  |  Na bieżąco  |  Informacje  |  Co nowego  |  Matematyka i przyroda  |  Astronomia  |  Biologia  |  Fizyka  |  Matematyka  |  Modelowanie rzeczywistości  |  Humanistyka  |  Filozofia  |  Historia  |  Kultura antyczna  |  Literatura  |  Sztuka  |  Czytaj  |  Biblioteka  |  Delta  |  Wielcy i więksi  |  Przydatne  |  Słowniki  |  Co i gdzie studiować  |  Wszechświat w obrazkach