Biblioteka
  Wiw.pl   Na bieżąco:  Informacje   Co nowego   Matematyka i przyroda:  Astronomia   Biologia   Fizyka   Matematyka   Modelowanie rzeczywistości   Humanistyka:  Filozofia   Historia   Kultura antyczna   Literatura   Sztuka   Czytaj:  Biblioteka   Delta   Wielcy i więksi   Przydatne:  Słowniki   Co i gdzie studiować   Wszechświat w obrazkach    
  Jesteś tutaj:   Wirtualny Wszechświat > Biblioteka > Medycyna, psychologia > Wirusy, plagi i dzieje ludzkości  



[1]  [2]  [3]  [4]  [5]  [6]  [7]  [8]  [9] 
Teraz dowody były wystarczające. Żółta febra jest przenoszona przez komary. Aby po ukąszeniu chorego komar stał się zakaźny, musi upłynąć kilkanaście dni. W tym czasie wirus z jelita komara trafia do jego ślinianek, skąd może się przedostać do krwiobiegu wrażliwego osobnika. To, że komar nie przenosi zakażenia natychmiast po wniknięciu wirusa do krwi chorego, tłumaczy niepowodzenie doświadczeń Finleya i pierwszej próby Agramontego. Fakt ten tłumaczy również wyniki obserwacji Henry'ego Cartera - lekarza służby zdrowia Stanów Zjednoczonych, który w 1898 roku prowadził badania epidemiologiczne żółtej febry na terenie dwóch wiosek nad rzeką Missisipi. Carter stwierdził, że nowe przypadki febry pojawiają się po mniej więcej dwóch tygodniach od przywleczenia choroby z zewnątrz.

A zatem, z czterech członków komisji badającej żółtą febrę na Kubie, jeden zmarł na żółtą febrę, a drugi bardzo ciężko ją przechorował. Mimo to wnioski komisji, że komar jest pośrednim gospodarzem wirusa, a zaraza przenosi się przez ukąszenia komara, nie zostały od razu przyjęte. Na przykład gazeta "Washington Post" z dnia 2 listopada 1900 roku pisała o tej hipotezie: "Ze wszystkich niemądrych i nonsensownych bajdurzeń o żółtej febrze, które dostały się do druku - a tworzą one sporą bibliotekę - najgłupsze ze wszystkich są dowody i teorie związane z tak zwaną hipotezą komarową".

Wkrótce potem, 20 listopada, komisja utworzyła jeszcze jeden doświadczalny obóz na Kubie. Przestrzegano w nim ścisłej kwarantanny, a doświadczenia przeprowadzano wyłącznie na osobach, które nigdy wcześniej nie zetknęły się z żółtą febrą. Na pięciu ochotników czterech zachorowało, ale wszyscy wyzdrowieli. Piąty nie zachorował. Był ukąszony przez komara, który - jak później stwierdzono - nie przenosił zakażenia. Ostateczny wniosek brzmiał: "Precyzja, z jaką zakażenie występowało u poszczególnych osób po ukąszeniu przez komara, sprawia, że hipoteza ta nie wymaga żadnych dalszych potwierdzeń".

Aby uzyskać niezbite dowody, przeprowadzono uzupełniające doświadczenia, które wykazały, że żółta febra nie przenosi się ani przez bezpośredni kontakt z chorym, ani przez jego rzeczy i odzież. Stwierdzono natomiast, że można ją przenieść, wstrzykując krew chorego osobie wrażliwej. Stwierdzono również, że krew pozostaje zakaźna po przepuszczeniu jej przez filtr zatrzymujący bakterie, a więc - że czynnik etiologiczny żółtej febry nie jest bakterią.

Jednym z następstw pracy komisji była kampania przeciw komarom, którą zapoczątkował William Gorgas, główny inspektor sanitarny w Hawanie. W jej wyniku liczba zachorowań spadła z 1400 w roku 1900 do zera w 1902. Dzięki pracy komisji stała się również możliwa budowa Kanału Panamskiego. Poznanie przyczyn żółtej febry pozwoliło ochronić przed tą chorobą olbrzymią rzeszę robotników budujących kanał w poprzek tropikalnego Przesmyku Panamskiego, mający połączyć oceany Atlantycki ze Spokojnym. Wreszcie ostatnią zasługą komisji jest to, że raz na zawsze obaliła wszystkie mity i zabobony związane z żółtą febrą i sposobem jej przenoszenia.

Budowę Kanału Panamskiego rozpoczęto z inicjatywy Ferdinanda de Lesseps. Urodził się on w 1805 roku w bogatej, zasłużonej dla państwa rodzinie. Jego zainteresowania budową kanałów rozpoczęły się od pobytu w Egipcie w 1830 roku. W budowę kanałów Sueskiego i Panamskiego zaangażował się nie z chęci osiągnięcia zysków finansowych, lecz z powodu fanatycznego niemal pragnienia rozsławienia imienia Francji i oddania przysługi ludzkości.

Aby zrealizować budowę Kanału Panamskiego, utworzono Compagnie Universelle du Canal Interoceanique, która gromadziła fundusze na to największe dotychczas przedsięwzięcie inżynieryjne i finansowe znane pod nazwą La Grande Enterprise. Inżynierowie francuscy należeli w XIX wieku do czołówki światowej i podjęli się zadania budowy kanału w przekonaniu, że jest to misja dziejowa Francji, która rozsławi jej imię. Z początkiem 1881 roku około 200 inżynierów z Francji oraz innych krajów Europy wraz z 800 robotnikami rozpoczęło wstępne pomiary i wiercenia w przesmyku, a także budowę baraków, szpitali i dróg. Następnie przystąpiono do wyrębu dżungli na trasie przyszłego kanału. Pracujący w Panamie robotnicy - nie wiedząc nic o przyczynach i sposobach szerzenia się żółtej febry i cyklu życiowym komarów - umieszczali filary baraków i nogi łóżek szpitalnych w naczyniach z wodą, chcąc się ustrzec w ten sposób przed inwazją mrówek; również w ogrodach ustawiano ogromne zbiorniki z wodą. Wszystko to sprzyjało wylęganiu się komarów. Pod koniec 1881 roku rozpoczęto prace nad samym wykopem. Zatrudniano już wtedy ponad 2000 osób. W 1882 roku zmarło około 400 z nich, a w następnym zanotowano już 1300 zgonów na żółtą febrę i malarię. Potem co miesiąc umierało około 200 robotników. Wiadomości o zarazie w Panamie nie podawano do publicznej wiadomości, ponieważ były tak przerażające, że mogły zagrozić stabilności finansowej Francji i utrudnić gromadzenie funduszy na budowę kanału uzyskiwanych dzięki sprzedaży akcji. Wkrótce jednak wieści o śmierci zaczęły docierać do rodzin we Francji i przenikać do prasy. Francuskie politechniki odradzały swym absolwentom podejmowanie pracy w Panamie. Mimo to wielu z nich pragnęło uczestniczyć w tej wielkiej przygodzie, tak jak "oficerowie spieszący na pole walki, a nie jak tchórze, którzy uciekają przed trudnościami". Tymczasem budowa kanału natrafiała na coraz to nowe trudności: do niebezpieczeństwa zarazy dołączyły się trzęsienia ziemi i lawiny ziemne. Na przykład w 1885 roku z 17 nowych absolwentów francuskich uczelni inżynieryjnych tylko jeden przeżył pierwszy miesiąc na budowie.

Aby zadać kłam pogłoskom o szalejącej epidemii żółtej febry, Jules Dingler, kierownik budowy, sprowadził do Panamy całą swoją rodzinę. Miało to być najlepszym dowodem zaufania Dinglera do warunków zdrowotnych w Panamie. Po kilku miesiącach jednak jego jedyna córka zachorowała na żółtą febrę i w krótkim czasie zmarła. Pani Dingler pisała do Lessepsa:

Mój nieszczęsny mąż jest w rozpaczy - aż przykro na niego patrzeć. W pierwszym odruchu chciałam wyjechać jak najszybciej i jak najdalej z tej morderczej krainy i wywieźć tych bliskich, którzy zostali przy życiu. Lecz mąż jest człowiekiem obowiązku i usiłuje mnie przekonać, że nie może zawieść zaufania, jakie Pan w nim pokłada. Jest to dla niego sprawą honoru. Nasza kochana córeczka była naszą dumą i radością.

W miesiąc później u jedynego pozostałego przy życiu dziecka Dinglerów, 21-letniego syna, wystąpiły objawy żółtej febry. Po trzech dniach już nie żył. Dingler pisał do Lessepsa:

Nie wiem, jak Panu dziękować za zrozumienie i wyrazy współczucia. Madame Dingler, świadoma tego, że jest teraz jedyną bliską mi osobą na świecie, wykazuje wielką odwagę, lecz jest głęboko wstrząśnięta [...]. Aby nie załamać się psychicznie, rzuciliśmy się w wir pracy, poświęcając cały nasz czas budowie kanału. Mówię "my", ponieważ Madame Dingler towarzyszy mi we wszystkich wyprawach w teren i z wielkim zainteresowaniem śledzi postęp robót.

Wkrótce potem również narzeczony córki państwa Dinglerów padł ofiarą choroby, a z nadejściem lata zmarło na nią 48 urzędników przedsiębiorstwa budowy. W Paryżu okropne żniwo śmierci nie było już tajemnicą. Wszyscy pracujący przy budowie - inżynierowie, lekarze, siostry zakonne i robotnicy - chorowali i padali jak muchy. Przypadki żółtej febry były tak liczne, że w szpitalach brakowało łóżek. Często umierający pacjent był świadkiem, jak do szpitalnej sali wnoszono przeznaczoną dla niego trumnę. Niektórzy w ogóle nie trafiali do szpitala. Ich koniec był jeszcze bardziej makabryczny:

Często siedząc późno w nocy na werandzie, można było zobaczyć, jak kobieta mieszkająca opodal w domu z niewypalanej cegły, wynajmująca pokoje dwom lub trzem pracownikom zatrudnionym przy budowie kanału, wychodzi z domu i rozgląda się ostrożnie. Potem wraca do domu i wychodzi jeszcze raz, ciągnąc coś za sobą przez próg, przez wąski chodnik i porzuca to na zakurzonej ulicy. Kobieta wraca do domu i już nic, poza falami przypływu, nie zakłóca ciszy nocnej [...]. Robi się nieco jaśniej. Sęp siedzący na dachu katedry leniwie zlatuje i siada na kształcie leżącym na ulicy. Zarysy stają się lepiej widoczne. Podchodzimy, płosząc ptaka, który wraca na swój posterunek na wieży. W półmroku szybko rodzącego się tropikalnego dnia stoimy nad kimś, kto jeszcze wczoraj był człowiekiem, a miesiąc temu pełen optymizmu i nadziei wypływał z portu Le Havre. Dziś jest już tylko martwą ofiarą żółtej febry.

Tak pisał reporter "Herald Tribune" S. W. Plume. Dalej dodawał: "Ciągle to samo - grzebać, grzebać, grzebać, dwa, trzy lub cztery pociągi dziennie pełne zwłok. Jeszcze nigdy czegoś takiego nie widziałem. Umierali wszyscy - biali, czarni, bez różnicy". Nie prowadzono dokładnych statystyk zachorowalności, ale ostrożnie szacując, można przyjąć, że około jednej trzeciej ogółu pracowników było chorych. Tak więc w 1884 roku, w którym zatrudnienie wynosiło 19 000 ludzi, 7000 chorowało.

[1]  [2]  [3]  [4]  [5]  [6]  [7]  [8]  [9] 
[  góra strony  ]

Wiw.pl  |  Na bieżąco  |  Informacje  |  Co nowego  |  Matematyka i przyroda  |  Astronomia  |  Biologia  |  Fizyka  |  Matematyka  |  Modelowanie rzeczywistości  |  Humanistyka  |  Filozofia  |  Historia  |  Kultura antyczna  |  Literatura  |  Sztuka  |  Czytaj  |  Biblioteka  |  Delta  |  Wielcy i więksi  |  Przydatne  |  Słowniki  |  Co i gdzie studiować  |  Wszechświat w obrazkach