Biologia
  Wiw.pl   Na bieżąco:  Informacje   Co nowego   Matematyka i przyroda:  Astronomia   Biologia   Fizyka   Matematyka   Modelowanie rzeczywistości   Humanistyka:  Filozofia   Historia   Kultura antyczna   Literatura   Sztuka   Czytaj:  Biblioteka   Delta   Wielcy i więksi   Przydatne:  Słowniki   Co i gdzie studiować   Wszechświat w obrazkach    
 Jesteś tutaj:  Wirtualny Wszechświat > Biologia > Ekologia > Zbiór esejów 
  Indeks
Ekologia
Ekosystemy
Ekosystemy niezwykłe
Głębie oceaniczne
Ekosystemy trawiaste
Zmiany w środowisku
Efekt cieplarniany
Wstęp
Krótka historia klimatu
Rola Słońca
Niezwykłe położenie . .
Rola organizmów . . .
CO2
Zagrożenia
Katastrofy ekologiczne
Katastrofy a ewolucja
organizmów żywych

  Źródło
Wybrane fragmenty pochodzą z książki
Ziemia i życie autorstwa Marcina Ryszkiewicza


  Głębie oceaniczne, cd.
 
Podwodna pustynia i podwodne muzeum
 
Pojęcie pustyni na dnie oceanu do niedawna wydawało się oczywiste. Jeszcze niewiele ponad 100 lat temu uważano nawet, że głębie oceanu pozbawione są życia zupełnie. Do końca XVIII wieku znano tylko przybrzeżne, pełne życia partie oceanu. Pierwsi hydrografowie pod koniec tego stulecia zaczęli opuszczać swe sondy na głębokość kilku dziesiątków metrów i wtedy po raz pierwszy zrodziło się ważne pytanie naukowe o granice ziemskiej biosfery. Na początku XIX wieku angielski geolog Edward Forbes prowadził badania na wodach wokół Anglii i na Morzu Egejskim. Stwierdził, że obfitość życia zależy wprost od głębokości: im większa głębia, tym mniej żywych organizmów. Forbes zaobserwował, że już na głębokości około 400 m, dokąd nie sięga nawet najsłabsze promieniowanie, życie zanika prawie zupełnie. Ekstrapolując swe obserwacje wyliczył, że głębokość 550 m stanowi ostateczną granicę życia – niżej panuje już całkowita martwota.
       Forbes się mylił. Choć jego obserwacje zmniejszania się „gęstości życia” z głębokością były słuszne, to przyjęta przez niego zasada ekstrapolacji wyników zawiodła zupełnie, gdyż opierała się na przekonaniu, że świat jest w miarę jednorodny i w miarę przewidywalny, podczas gdy jest, jak się zdaje, właśnie odwrotnie.
       Rok 1859, rok publikacji O powstawaniu gatunków Karola Darwina, przyniósł decydujący cios biologicznym generalizacjom Forbesa: z głębokości 1800 metrów wyciągnięto na powierzchnię ułożony dwa lata wcześniej w poprzek Morza Śródziemnego jeden z pierwszych kabli telegraficznych łączący Sardynię z Algierem. Ku wielkiemu zdziwieniu stwierdzono, że kabel obrośnięty był różnymi naskorupiającymi zwierzętami, zwłaszcza mięczakami i koralami. Musiały tam, na tej niebywałej głębokości, znaleźć odpowiednie dla siebie warunki, a to nie mieściło się raczej w ówczesnych pojęciach na temat granic przeżywalności organizmów.
       Kilka lat później doszło do następnej sensacji: w jednym z fiordów norweskich, z głębokości około 600 metrów (a więc też poniżej Forbesowskiej „granicy życia”), wydobyto przyrośniętego do podłoża łodyżkowego liliowca – zwierzę, które żyło na świecie w dawnych epokach geologicznych i które uważano od dawna za wymarłe. Takie „żywe skamieniałości” z głębin oceanu zaczęto wkrótce potem znajdywać i w innych miejscach na kuli ziemskiej, a i ich biologiczny repertuar znacznie się rozszerzył. Rychło zrodziło się kolejne wielkie i działające na wyobraźnię uogólnienie – uznano, że w historii Ziemi głębie oceanu służyły za swego rodzaju przechowalnię dla prymitywnych i tracących rację bytu na płyciznach faun; idea strefy abysalnej (głębokomorskiej) jako muzeum przegranych gatunków na długo zawładnęła umysłami przyrodników. Gdy w drugiej połowie XIX wieku statek badawczy Challenger wyruszał na podbój oceanów świata, wielu biorących udział w wyprawie naturalistów wierzyło, że z głębokiej toni wodnej uda się wyłowić żywych przedstawicieli dawno „wymarłych” zwierząt – amonitów i belemnitów na przykład.1
       Na przełomie wieków ekspedycje organizowane przez księcia Monako Alberta I odkryły na głębokości ponad kilometra ogromne kaszaloty i stwierdziły, że żywią się one gigantycznymi kalmarami, z którymi staczać muszą prawdziwe boje. Była to zupełna sensacja, która dała asumpt do opowieści o przerażających potworach żyjących w wielkich głębinach morskich. A w roku 1910 ustanowiono nowy, przez całe dziesięciolecia przez nikogo nie pobity rekord – z głębokości 6 km wyłowiono rybę, jakiej nigdy przedtem świat nie widział (ryby głębinowe stanowią zupełną osobliwość biologiczną i prowadzą tryb życia niepodobny do niczego, co znamy z bardziej dostępnych obszarów wszechoceanu).
       W lipcu 1951 przyszła ostateczna, jak się zdawało, odpowiedź na osiemnastowieczne pytanie o granice biosfery. Duński statek badawczy Galathea wyłowił żywe organizmy (strzykwy i ukwiały) z największych głębi, jakie są na Ziemi – ze schodzącego na ponad 10 km głębokości Rowu Mariańskiego na zachodnim Pacyfiku (panuje tam ciśnienie 1100 atmosfer, czyli ponad tonę na każdy cm2 ciała zwierzęcia).
       Ale jakkolwiek fantastycznie brzmiały te doniesienia o obecności życia na największych głębiach oceanu, nie one stanowić miały największą sensację badań oceanograficznych. Znalezienie życia na głębokościach ponad 10 km poszerzało wprawdzie w sposób nieoczekiwany granice ziemskiej biosfery, nie przeczyło jednak przecież Forbesowskiemu przekonaniu, że „gęstość” życia maleje wraz z głębokością – wydawało się, że bezdenne głębie oceanu to istotnie niemal zupełna pustynia z bardzo rzadkimi przejawami życia.
       Tymczasem okazać się miało, że pustynia ta zawiera tysiące gatunków drobnych zwierząt, że stanowi w rzeczywistości cały nie znany dotąd świat, niczym zatopiony kontynent, zamieszkany przez nieznane formy życia. I że na tej pustyni – podobnie jak na Saharze – istnieją prawdziwe oazy, kipiące życiem, bogate i żyzne. Forbes mylił się więc zupełnie, nie zaś tylko trochę. Ponieważ tematem tego rozdziału są owe podwodne oazy – najbardziej niezwykłe ekosystemy świata – a nie cała podmorska Atlantyda, o której wiadomo zresztą jeszcze zbyt mało, by ją tu bliżej omawiać, dlatego poświęcę jej tylko kilka zdań.
       Badania głębi oceanicznej nie są łatwe – to oczywiste. Można, po pokonaniu wielu problemów, sfilmować wybrany fragment powierzchni dna, można specjalnym wysięgnikiem pobierać osad, zaburzając przy okazji jego strukturę. W obu przypadkach werdykt jest taki sam – pustynia. Ale można też, stosując nową technikę, wprowadzoną pod koniec lat sześćdziesiątych, zdejmować nienaruszone plasterki najwyższego osadu i badać je na zawartość mikroskopijnych organizmów żyjących w przestrzeniach między ziarnami piasku. I to właśnie te badania przyniosły sensację. Znaleziono tam całe roje lilipucich zwierząt należących do skorupiaków, wrotków, wieloszczetów i mięczaków, ale tak osobliwych, że nie dających się przypisać do żadnego ze znanych gatunków czy rodzajów. W co najmniej dwóch przypadkach jedynym możliwym przypisaniem było „królestwo zwierząt”, żadna mniej ogólna klasyfikacja nie pasowała do badanych stworzeń.
       Osobliwość i nietypowość abysalnej fauny jest tak wielka, że praktycznie każdy z żyjących tam gatunków jest nowy i nieznany. W dodatku jest ich tam dużo, zapewne – bardzo dużo. J. Frederick Grassle, który przejrzał próbki i opublikowane dotychczas dane (do roku 1991), zasugerował ostatnio, że chodzić tu może o dziesiątki milionów nowych gatunków! Zważywszy, że podawana do niedawna liczba wszystkich zamieszkujących Ziemię gatunków wynosić miała niewiele ponad milion, łatwo zrozumieć, co to oznacza dla obrazu życia na Ziemi, jaki dotąd sobie stworzyliśmy. I jak bardzo nietypowe są te „pustynne” głębie oceanu.
       Dużo gatunków nie oznacza koniecznie dużej biomasy. Te mikroskopijne zwierzątka, żyjące w cienkiej warstewce powierzchniowej osadu dna, z pewnością niewiele ważą, choć jest ich tak wiele. Z tego przynajmniej punktu widzenia pojęcie pustyni może dałoby się utrzymać. Ale wkrótce przyszły nowe doniesienia, mówiące nie tylko o dużej różnorodności gatunkowej, ale i o gigantycznej wręcz biomasie podmorskich zwierząt. Tyle, że na ograniczonych tym razem obszarach.

1 Był to skądiąd powrót, nie jedyny w tym czasie, do dawnych poglądów J.–B. Lamarcka. Ten zyjący na przełomie XVIII i XIX wieku „ojciec” ewolucjonizmu francuskiego w ogóle nie wierzył w możliwość wymierania gatunków, lecz tylko w ich ewolucję. Lamarck sądził, że „wymarłe” gatunki żyć muszą gdzieś na dnie oceanu, dokąd schroniły się przed zwycięskimi formami płycizn. Znaleziona w 1802 roku u wybrzeży Australii Trigonia, żywy małż znany wcześniej tylko ze skał mezozoicznych, traktowana była jako potwierdzenie jego poglądów.
góra strony
                   
  
[1]
  
[2]
  
[3]
  
[4]
  
następny esej
Wiw.pl  |  Na bieżąco  |  Informacje  |  Co nowego  |  Matematyka i przyroda  |  Astronomia  |  Biologia  |  Fizyka  |  Matematyka  |  Modelowanie rzeczywistości  |  Humanistyka  |  Filozofia  |  Historia  |  Kultura antyczna  |  Literatura  |  Sztuka  |  Czytaj  |  Biblioteka  |  Delta  |  Wielcy i więksi  |  Przydatne  |  Słowniki  |  Co i gdzie studiować  |  Wszechświat w obrazkach