Biologia
  Wiw.pl   Na bieżąco:  Informacje   Co nowego   Matematyka i przyroda:  Astronomia   Biologia   Fizyka   Matematyka   Modelowanie rzeczywistości   Humanistyka:  Filozofia   Historia   Kultura antyczna   Literatura   Sztuka   Czytaj:  Biblioteka   Delta   Wielcy i więksi   Przydatne:  Słowniki   Co i gdzie studiować   Wszechświat w obrazkach    
 Jesteś tutaj:  Wirtualny Wszechświat > Biologia > Ekologia > Zbiór esejów 
  Indeks
Ekologia
Ekosystemy
Ekosystemy niezwykłe
Głębie oceaniczne
Ekosystemy trawiaste
Zmiany w środowisku
Efekt cieplarniany
Wstęp
Krótka historia klimatu
Rola Słońca
Niezwykłe położenie . .
Rola organizmów . . .
CO2
Zagrożenia
Katastrofy ekologiczne
Katastrofy a ewolucja
organizmów żywych

  Źródło
Wybrane fragmenty pochodzą z książki
Ziemia i życie autorstwa Marcina Ryszkiewicza


  Katastrofy a ewolucja organizmów żywych, cd.
 
Im gorzej, tym lepiej
 
I tak właśnie toczyła się ewolucja. Nowe światy powstawały na gruzach starych, jako odpowiedzi na nowe wyzwania i dzięki nowym wynalazkom, które z tych wyzwań wynikały. Zewnętrzne wobec życia lub przez samo życie generowane zagrożenia stanowiły bodziec do nowatorstwa, pomysłowości i postępu przyrody – lecz zawsze, mimo strat i kryzysów, „stary świat” pozostawał, znajdując schronienie jako żyjąca skamieniałość dawnych epok, w tych środowiskach i siedliskach, do których te nowe bodźce nie docierały (również w ciałach innych organizmów, przebywająca bowiem w naszym wnętrzu i pomagająca nam w trawieniu „flora bakteryjna” też jest wspomnieniem dawnych, beztlenowych czasów). W ten sposób świat się wzbogacał, bo kumulowały się wciąż nowe wynalazki, nie wypierając nigdy do końca starych i zapewniając tym samym rosnącą odporność całej biosferze. Najbardziej nawet nieprzewidziane kryzysy dotykały te gatunki, które z takimi osobliwymi warunkami miały już kiedyś do czynienia: znały już pozbawione tlenu powietrze, zakwaszone gleby, przesycone siarką wody; które wiedziały, jak radzić sobie w rozpalonym, nienaturalnie upalnym świecie, także w świecie mrozu, suszy i mroku. Postęp w dziejach życia dokonywał się więc przez katastrofy, wyzwania, zagrożenia, które wystawiały pomysłowość natury na próbę.
       Współczesny świat jest produktem miliardów lat takich właśnie ewolucyjnych wyzwań i odpowiedzi, gdzie każdy nowy wynalazek powodował ekspansję nowatorów i eksterminację maruderów (przeżywających czasem w izolowanych, „archaicznych” środowiskach i odgrywających wciąż role, do których się najlepiej przystosowały), wywołując kolejną kaskadę nowych wynalazków, nowych odpowiedzi... i nowych katastrof. Świat dzisiejszy jest niczym muzeum paleontologiczne, gdzie w różnych środowiskach spotkać można skamieniałości z różnych epok, tyle że są to skamieniałości żywe; a im bardziej warunki przypominają dawne czasy, tym starsze są w nich skamieniałości. Dziś podróż od brzegu morza ku głębiom oceanu jest podróżą w czasie, bo im głębiej, tym więcej owych archaicznych istot można spotkać. A czy w jakimkolwiek muzeum wyrzuca się eksponaty tylko dlatego, że są stare?
       Obraz, jaki się wyłania, odbiega od dawnych uproszczonych sądów. Inaczej dziś widzimy rolę kryzysów, katastrof, inaczej patrzymy na „łatwość” i „trudność” środowiska. Inaczej, wreszcie, postrzegamy problem postępu. Mówiliśmy już o tym, że życie szybko dąży do zapełnienia wszystkich dostępnych mu obszarów, do wypełnienia luk, do ekspansji. To klasyczny niejako motyw ewolucji, bardzo drogi Karolowi Darwinowi, dla którego stanowił najważniejszy, o ile nie jedyny rezultat działania doboru. W takim statycznym, gęsto upakowanym, „darwinowskim” świecie postęp był możliwy – ale był to postęp długi, mozolny, kierunkowy. W takim świecie trudno o wielkie ewolucyjne wynalazki. W ewolucji istnieje pojęcie radiacji adaptatywnych, czyli powtarzających się sporadycznie ewolucyjnych „wybuchów” innowacyjności w pustych niszach ekologicznych; pustych, bo jeszcze nigdy nie zajętych lub właśnie pozbawionych swych wcześniejszych lokatorów. Problem w tym, że w spokojnym świecie „gęstego upakowania” takie puste nisze nie istnieją – po 4 miliardach lat darwinowskiej ewolucji świat wypełniłby się po brzegi, a życie wtargnęło wszędzie tam, gdzie tylko było to możliwe.
       Dzisiejszy świat nie sprawia jednak wrażenia gęsto upakowanego. Badania ekologiczne nieoczekiwanie ujawniają istnienie wielu pustych nisz. Daniel Simberloff prowadził prace nad tzw. introdukcją, to znaczy sztucznie wprowadzonymi do ekosystemów nowymi gatunkami. Otóż, zdawało się, że każdy intruz, który przyjmie się i rozmnoży w nowym środowisku, powinien być „opłacony” wymarciem autochtona (bo tylko tak zachowana jest równowaga). Okazało się jednak, że w wielu przypadkach introdukcja gatunków nie wywiera żadnego wpływu na lokalne zespoły. A jeśli tak, to – jak zauważa Simberloff – „oznacza to bardzo przychylne środowisko dla powstawania nowych gatunków”, dla ewolucyjnej kreatywności.
       I choć w tym przypadku chodzi zapewne o nisze opustoszałe całkiem niedawno, i to za sprawą destrukcyjnej działalności człowieka, to w przeszłości podobną rolę odgrywać mogły właśnie naturalne kryzysy czy zakłócenia. Niestabilność środowisk i okresowe katastrofy – oto przepis na postęp. Niestabilny świat pustoszony co jakiś czas przez kataklizmy, świat następujących po sobie wymierań i radiacji, wciąż nowych wynalazków i eksperymentów, wciąż odmładzany i kreatywny.
 
Kto sieje wiatr...
 
W jakimś sensie i nasza obecność związana jest z kryzysami – już choćby dlatego, że tylko koniec dominacji mezozoicznych gadów umożliwił radiację „czekających” od dawna na tę sposobność ssaków; a następująca potem radiacja dała również początek naczelnym, grupie, z której się wywodzimy.
       Ale człowiek jest nie tylko produktem innowacji, gdyż sam jest, i to największym ze wszystkich, innowatorem. Cywilizacja, którą stworzył, oparta została na nieustającej kreatywności, a ostatecznym efektem było pchnięcie ewolucji gatunku na całkiem nowe tory, transformacja zrazu najbliższego, a z czasem i globalnego środowiska, a wreszcie zagrożenie całej biosfery nowymi i groźnymi plagami. Znów, jak w okresach największych przełomów, biosfera podlega szybkiej i niszczycielskiej transformacji: wymierają coraz liczniejsze gatunki, znikają całe ekosystemy (na przykład lasy liściaste strefy umiarkowanej, stepy), zmienia się przebieg rzek, zarys linii brzegowych mórz (Holandia, Morze Kaspijskie), nawet skład atmosfery. Zmienia się klimat, charakter znoszonych do mórz osadów, odczyn wód opadowych. Ubywa gatunków w coraz bardziej zatrważającym tempie. I rodzi się pytanie – coraz bardziej natarczywe: Czy człowiek może zniszczyć życie na Ziemi?
       Otóż odpowiedź, jak sądzę, jest jednak przecząca: nie może. Wszystkie klęski, które człowiek sprowadza na Ziemię, miały już swoje odpowiedniki. Kwaśne deszcze spadały nieraz na Ziemię, na przykład po przelocie wielkiego bolidu przez atmosferę, kiedy w rozgrzanym powietrzu tworzyły się tlenki azotu zakwaszające opady. Także największe nawet pożary lasów nie są naszym wynalazkiem: znamy ślady w skałach późnokredowych świadczące o wielkim, globalnym pożarze na lądach, prawdziwym ogniu Ziemi. Mówi się o nocy, która zapadła wtedy na wiele lat, o gigantycznym efekcie cieplarnianym, który podgrzał na długo atmosferę (gromadzący się dwutlenek węgla pochodzić miał z rozpuszczanych przez kwaśne deszcze wapieni), i o wielkiej dziurze ozonowej, która rozwarła się wówczas nad Ziemią. Również wojna jądrowa mogła już mieć swe odpowiedniki – bliskie wybuchy supernowych wystawiać mogły Ziemię na działanie promieni kosmicznych, a znacznie częstsze zmiany położeń biegunów pozbawiały okresowo biosferę ochrony przed nie mniej groźnym wiatrem słonecznym.
       Wszystkie te zdarzenia musiały pociągać za sobą fale wymierań, nieraz – zapewne – na skalę globalną. Ale życie przetrwało, a nawet mogło w ten sposób uodpornić się na nowe wyzwania. Nie łudźmy się: szykujemy sobie i innym wiele kłopotów i zapewne wielu już nie zdążymy zapobiec. Ale życia na Ziemi nie zniszczymy – na to jesteśmy za słabi. A czy katastrofa, którą możemy wywołać, i tym razem przyniesie jakiś ewolucyjny „wynalazek” – tego i tak się nie dowiemy, bo zawsze na efekty kolejnych radiacji czekać trzeba było wiele milionów lat. Więc lepiej nie próbować – badanie dawnych katastrof jest jednak nieporównanie bezpieczniejsze niż wywoływanie nowych. A także, mimo wszystko, bardziej twórcze.
góra strony
poprzedni esej
  
[1]
  
[2]
  
[3]
  
                   
Wiw.pl  |  Na bieżąco  |  Informacje  |  Co nowego  |  Matematyka i przyroda  |  Astronomia  |  Biologia  |  Fizyka  |  Matematyka  |  Modelowanie rzeczywistości  |  Humanistyka  |  Filozofia  |  Historia  |  Kultura antyczna  |  Literatura  |  Sztuka  |  Czytaj  |  Biblioteka  |  Delta  |  Wielcy i więksi  |  Przydatne  |  Słowniki  |  Co i gdzie studiować  |  Wszechświat w obrazkach