Właściwa strona - http://www.wiw.pl/nowinki/matematyka/200102/opowiadanie_1.asp
Wiw Matematyka i przyroda: Astronomia Biologia Fizyka Matematyka Humanistyka: Historia Kultura antyczna Literatura Plastyka Czytaj: Biblioteka Delta Inne: Słowniki Szkoły wyższe Wszechświat w obrazkach Nowinki Nowości Jesteś tutaj: Wirtualny Wszechświat Matematyka Nowinki matematyczne Jesteś tutaj OPOWIADANIE AUTOBIOGRAFICZNE Przełożyła Ewa Rojewska-Olejarczuk Najświeższe nowinki Najlepsza matematyka w Internecie Inernetowa witryna ScientificAmerican.com, związana ze słynnym czasopismem "Scientific American" którego polska edycja ukazuje się jako "Świat Nauki", ogłosiła listę najlepszych naukowych witryn w anglojęzycznej Sieci - po pięć w każdej z dziesięciu dziedzin. Kostyczny, dogmatyczny pedant 18 marca 2001 r. minęło 130 lat od śmierci angielskiego matematyka o nazwisku znanym niemal każdemu dziecku, które w szkole liznęło odrobinę logiki zdań. Historycy matematyki podejrzewają go o rozpowszechnianie złośliwej anegdoty o Bogu, Diderocie i Eulerze. Wszystkie nowinki Powrót Matematyka - strona główna Nowinki Wirtualnego Wszechświata Szukacz Przeszukaj za pomocą Szukacza: witrynę Matematyka cały Wirtualny Wszechświat Przeszukaj inne witryny wydawnictwa Prószyński i S-ka Jak zadawać pytania? Zespół Osoby, które przygotowały dla Ciebie witrynę Nowinki OPOWIADANIE AUTOBIOGRAFICZNE [1] [2] Zofia Kowalewska Moja miłość do matematyki zaczęła się, o ile sobie przypominam, w następujący sposób: miałam stryja, Piotra Wasiliewicza Korwin-Krukowskiego, który mieszkał w odległości dwudziestu wiorst od naszego majątku, w swojej wsi Ryżakowie. Ponieważ nie był już młody, całe swe gospodarstwo przekazał jedynemu synowi i mając dużo wolnego czasu, często przyjeżdżał do nas i przemieszkiwał w Palibinie całymi miesiącami. Stryj był w całym znaczeniu tego słowa idealistą i w wielu sprawach człowiekiem rzeczywiście nie z tego świata. Otrzymał wykształcenie domowe, niemniej jednak posiadał wiele obszernych i różnorodnych wiadomości, aczkolwiek niezbyt solidnych, jak się to zdarza u większości samouków; wiadomości te zdobył jedynie dzięki swej żądzy wiedzy, bez niczyjej pomocy. Ulubionym jego zajęciem i jedyną przyjemnością, jaka mu w życiu pozostała, było czytanie. Dlatego też wiele korzystał z naszej biblioteki. Czytał bez wyboru i z jednakową przyjemnością wszystko, co wpadło mu w ręce - i powieści, i szkice historyczne, i artykuły popularnonaukowe, i traktaty naukowe. Będąc z natury człowiekiem niezwykle dobrym i łagodnym, szalenie lubił dzieci. W dodatku, chociaż był już wtedy sześćdziesięcioletnim starcem, sam miał duszę dziecka. Dlatego też mimo różnicy lat łączyła mnie ze stryjem silna, niemal koleżeńska przyjaźń. Uwielbiałam jego opowieści; on zaś, przebywając zawsze duchem w krainie fantazji, często zapominał, że ma do czynienia z dzieckiem, i za każdym razem, gdy czuł potrzebę podzielenia się z kimś swymi myślami, otwierał przede mną duszę. Jak dziś pamiętam długie godziny, które często spędzaliśmy razem w narożnym pokoju naszego wielkiego wiejskiego domu, w tak zwanej wieży, w której mieściła się biblioteka. Stryj opowiadał mi bajki, uczył mnie grać w szachy; potem nieoczekiwanie pogrążał się we własnych myślach i zapoznawał mnie z tajnikami różnych projektów ekonomicznych i socjalnych, którymi pragnął uszczęśliwić ludzkość. Najbardziej jednak lubił opowiadać o tym, co w ciągu swego długiego życia zdołał przestudiować i przeczytać. I właśnie w czasie takich rozmów po raz pierwszy usłyszałam między innymi o pewnych pojęciach matematycznych, które wywarły na mnie bardzo silne wrażenie. Stryj mówił o kwadraturze koła, o asymptotach - liniach prostych, do których krzywa stale się zbliża, lecz nigdy ich nie osiąga, o wielu innych, zupełnie dla mnie nie zrozumiałych sprawach, które mimo to wydawały mi się tajemnicze i jednocześnie niezwykle interesujące. Los zrządził, że do tego wszystkiego dołączył się przypadek, który jeszcze wzmógł wrażenie, jakie wywarły na mnie te matematyczne opowieści. Przed przeprowadzką naszą z Kaługi cały dom na wsi odnawiano. W tym celu zamówiono w Petersburgu tapety; nie wyliczono jednak dokładnie potrzebnej ilości, skutkiem czego na jeden pokój tapet zabrakło. Początkowo zamierzano zamówić jeszcze w Petersburgu dodatkowe tapety, lecz jak to często bywa, z powodu wiejskiego niedbalstwa i charakterystycznego dla Rosjan lenistwa, odkładano wszystko w nieskończoność. Czas płynął i zanim podjęto decyzję, dom został już odświeżony. Wreszcie zdecydowano, że z powodu kawałka tapet nie warto się zabijać i wysyłać umyślnego całe pięćset wiorst do stolicy. Wszystkie pokoje są, chwała Bogu, wykończone, a dziecinny może być i bez tapet. Można go po prostu wykleić papierem, zwłaszcza że na strychu palibińskiego domu uzbierała się przez wiele lat masa papieru gazetowego, który leżał tam bez żadnego pożytku. Szczęśliwym zbiegiem okoliczności w jednej ze stert papieru i różnych niepotrzebnych gratów znalazły się odbitki litograficzne wykładów profesora Ostrogradskiego o rachunku różniczkowym i całkowym, na które chadzał mój ojciec, gdy był jeszcze młodziutkim oficerem. Tych właśnie arkuszy użyto do wyklejenia mego dziecinnego pokoju. Miałam w tym czasie jedenaście lat. Pewnego razu przyglądając się ścianom, spostrzegłam, że są na nich rzeczy, o których słyszałam już od stryja. Opowieści stryja zawsze mnie elektryzowały, więc ze szczególną uwagą zaczęłam wpatrywać się w ściany. Bawiło mnie odczytywanie owych pożółkłych ze starości arkuszy, zapisanych jakimiś hieroglifami, których sens był mi zupełnie nie znany, lecz które, czułam to, musiały oznaczać coś niesłychanie mądrego i zajmującego; czasem całymi godzinami stałam przed ścianą i wciąż od nowa czytałam, co tam jest napisane. Muszę się przyznać, iż wówczas zupełnie nic nie rozumiałam, ale coś mnie do nich ciągnęło. W rezultacie nauczyłam się na pamięć wielu fragmentów, a forma zewnętrzna niektórych wzorów wryła mi się w pamięć i pozostawiła tam głęboki ślad. Zapamiętałam zwłaszcza, że w najwidoczniejszym miejscu przyklejony był arkusz, na którym wyjaśniano pojęcia nieskończenie małych wielkości i granicy funkcji. O tym, jak głębokie wrażenie wywarły na mnie te pojęcia, świadczy fakt, że kiedy po kilku latach pobierałam w Petersburgu lekcje u A. N. Strannolubskiego, profesor, objaśniając mi owe pojęcia, zdziwił się, żem je tak szybko opanowała i powiedział: "Pani to pojęła tak szybko jak gdyby znała to pani wcześniej". I rzeczywiście, z formalnego punktu widzenia wiele z tych pojęć znałam już od dawna. Podstawową systematyczną naukę matematyki zawdzięczam J. I. Malewiczowi. Było to tak dawno, że teraz zupełnie nie pamiętam jego lekcji; pozostały w mej pamięci jako niewyraźne wspomnienie. Niewątpliwie jednak wywarły na mnie duży wpływ i miały niebagatelne znaczenie dla mego rozwoju. Szczególnie dobrze i oryginalnie wykładał Malewicz arytmetykę. Muszę się jednak przyznać, że początkowo, gdy zaczynałam się uczyć, arytmetyka specjalnie mnie nie interesowała. Prawdopodobnie dzięki wpływowi stryja Piotra Wasiliewicza bardziej frapowały mnie różne rozważania oderwane, na przykład o nieskończoności. Zresztą w ogóle, przez całe moje życie, interesowała mnie raczej strona filozoficzna matematyki, którą uważałam zawsze za naukę odsłaniającą zupełnie nowe horyzonty. Prócz arytmetyki Malewicz wykładał mi także geometrię elementarną i algebrę. Dopiero gdym zapoznała się nieco z tą ostatnią dziedziną, poczułam tak silny pociąg do matematyki, że zaczęłam gardzić innymi przedmiotami. Ojciec mój, który miał w ogóle uprzedzenie do uczonych kobiet, widząc moje zainteresowanie, postanowił przerwać lekcje matematyki z Malewiczem. Udało się jednak wybłagać u Józefa Ignatiewicza książkę Kurs algebry Bourdona, którą zaczęłam pilnie studiować. Ponieważ cały dzień znajdowałam się pod surową kuratelą guwernantki, zmuszona byłam chwytać się podstępów. Idąc spać wkładałam książkę pod poduszkę i dopiero gdy wszyscy zasnęli, przy słabym świetle płonącej pod ikonami lampki lub umbrelki czytałam całymi nocami. W tej sytuacji nie śmiałam oczywiście marzyć o kontynuowaniu systematycznych studiów nad ulubionym przedmiotem i pewnie na długo zatrzymałabym się w granicach algebry Bourbona, gdyby nie pomógł mi przypadek, który skłonił mego ojca do pewnej zmiany poglądu na moje wykształcenie. Bliski nasz sąsiad, profesor Tyrtow, przywiózł nam kiedyś swój podręcznik fizyki. Zaczęłam czytać tę książkę, lecz ku memu zmartwieniu w dziale o optyce natknęłam się na wzory trygonometryczne, sinusy, cosinusy, tangensy. Co to jest sinus? Wobec tego pytania byłam zupełnie bezradna i o pomoc w rozwiązaniu zagadki próbowałam zwrócić się do Malewicza. Ponieważ jednak wykraczało to poza przewidziany dla mnie program, odpowiedział mi, że nie wie, co to jest sinus. Wówczas porównując sinus z innymi wzorami z książki, spróbowałam wyjaśnić to sobie sama. Dziwnym zbiegiem okoliczności poszłam tą samą drogą, jaką stosowano historycznie, to jest zamiast sinusa przyjęłam cięciwę. Przy małych kątach wielkości te są niemal identyczne. A ponieważ u Tyrtowa we wszystkich wzorach występowały jedynie nieskończenie małe kąty, przy założeniu, jakie sobie zrobiłam, wzory świetnie się zgadzały. Na tym też poprzestałam., Po pewnym czasie, gdym akurat rozmawiała z Tyrtowem o jego książce, profesor wyraził wątpliwość, bym mogła ją zrozumieć, a na moje oświadczenie, że przeczytałam ją z wielkim zainteresowaniem, odpowiedział: "Chwali się pani tylko". Kiedy mu jednak opowiedziałam, jaką drogą doszłam do rozwiązania wzorów trygonometrycznych, zupełnie zmienił ton. Zaraz poszedł do mego ojca i zaczął go gorąco przekonywać, że trzeba koniecznie poważnie mnie uczyć. Porównał mnie przy tym do Pascala. Wówczas po pewnych wahaniach ojciec mój postanowił zaangażować A. N. Strannolubskiego, z którym wzięliśmy się z zapałem do pracy i w ciągu zimy przeszliśmy geometrię analityczną i rachunek różniczkowy i całkowy. W następnym roku wyszłam za mąż za W. O. Kowalewskiego i wkrótce potem wyjechaliśmy za granicę, gdzie znów rozjechaliśmy się w różne strony. Ja wyruszyłam do Heidelbergu, by kontynuować naukę matematyki, a on pojechał na inny uniwersytet studiować swoją specjalność - geologię... Z Heidelbergu pojechałam do Berlina, lecz tu od pierwszej chwili czekało mnie rozczarowanie. Stolica Prus okazała się... zacofana. Mimo wszystkich próśb i starań nie udało mi się uzyskać w Berlinie pozwolenia na uczęszczanie na wykłady uniwersyteckie. Wtedy zainteresował się mną profesor Weierstrass. Cieszyłam się dobrą opinią u heidelberskich profesorów, a poza tym Weierstrass widział, że jestem dobrze przygotowana i chcę się uczyć naprawdę, a nie dlatego, że jest to modne, zaproponował mi więc lekcje prywatne. Zajęcia te miały niewątpliwie największy wpływ na całą moją matematyczną karierę. Określiły zdecydowanie kierunek, w jakim poszłam w mej dalszej działalności naukowej, i wszystkie moje prace napisane są w duchu idei Weierstrassa. [1] [2] [ góra strony ] Wiw - strona główna | Astronomia i kosmologia | Biologia | Fizyka | Matematyka | Historia | Kultura antyczna | Literatura | Szkoła-Plastyka | Nowinki | Nowości | Szkoły wyższe | Biblioteka | Wszechświat w obrazkach | Słowniki | Copyright Prószyński i S-ka SA 2000. All rights reserved. Wszystkie prawa zastrzeżone.