Matematyka
  Wiw.pl   Na bieżąco:  Informacje   Co nowego   Matematyka i przyroda:  Astronomia   Biologia   Fizyka   Matematyka   Modelowanie rzeczywistości   Humanistyka:  Filozofia   Historia   Kultura antyczna   Literatura   Sztuka   Czytaj:  Biblioteka   Delta   Wielcy i więksi   Przydatne:  Słowniki   Co i gdzie studiować   Wszechświat w obrazkach    
  Jesteś tutaj:   Wirtualny Wszechświat >  Matematyka >  Apologia matematyka    
  Jesteś tutaj
G. H. Hardy
Apologia matematyka
Przełożył Marek Fedyszak

© Cambridge University Press
  Spis rzeczy
1     2    3     4     5    6   
7     8    9    10  11  12 
13  14  15  16  17  18 
19  20  21  22  23  24 
25  26  27  28  29 
Komentarz

29

Zakończę podsumowaniem moich wniosków, lecz sformułuję je w bardziej osobisty sposób. Na początku napisałem, że każdy, kto broni przedmiotu swoich badań i pracy, odkryje, iż broni samego siebie. Napisana przeze mnie apologia życia profesjonalnego matematyka w gruncie rzeczy musi być usprawiedliwieniem mojego życia. Tak więc ten końcowy rozdział będzie w istocie fragmentem autobiografii.
Nie pamiętam, bym kiedykolwiek chciał być kimś innym niż matematykiem. Przypuszczalnie zawsze było jasne, że mam w tym kierunku szczególne zdolności, i nigdy nie przyszło mi do głowy kwestionować werdyktu starszych. Nie pamiętam, bym jako chłopiec pasjonował się matematyką, a moje rozważania o wyborze kariery matematyka wypływały z całkiem przyziemnych pobudek. O matematyce myślałem w kategoriach egzaminów i stypendiów: chciałem wygrywać z innymi uczniami i wydawało mi się, że na tym polu mogę wygrywać najbardziej zdecydowanie.
Miałem około piętnastu lat, gdy (w dość osobliwy sposób) raptownie zmieniły się moje aspiracje. Stało się to pod wpływem książki pióra Alana St. Aubyna, zatytułowanej A Fellow of Trinity, traktującej o tym, jak rzekomo wygląda życie uniwersyteckie w Cambridge. Przypuszczam, że to publikacja gorsza od większości "dzieł" Marie Corelli, lecz książka nie może chyba być beznadziejna, jeżeli potrafi rozpalić wyobraźnię zdolnego chłopca. Występuje w niej dwóch bohaterów - facet nazwiskiem Flowers, który jest niemal chodzącą doskonałością, oraz niejaki Brown. Flowers i Brown napotykają w życiu uniwersyteckim wiele raf, ale najgroźniejszy jest salon gier hazardowych w Chesterton, prowadzony przez panny Bellenden, dwie fascynujące, lecz nadzwyczaj nikczemne młode damy. Flowers wychodzi ze wszystkich opresji cało, zdaje egzamin z matematyki z drugą lokatą i automatycznie otrzymuje członkostwo college'u (do czego, jak przypuszczam, doszłoby wówczas). Brown ulega pokusom życia, rujnuje swoich rodziców, zaczyna pić, z delirium tremens podczas burzy ratują go modlitwy prodziekana, ma spore trudności z uzyskaniem choćby zwykłego dyplomu i w końcu zostaje misjonarzem. Owe niefortunne zdarzenia nie niszczą jednak ich przyjaźni i Flowers tkliwie i z żalem wspomina Browna, gdy po raz pierwszy popija porto i je orzechy w pokoju klubowym dla wykładowców.
Otóż Flowers był dość porządnym gościem (na tyle, na ile Alan St. Aubyn zdołał go takim ukazać), ale nawet mój niewyrafinowany umysł nie chciał uznać go za błyskotliwego.
A skoro on zdołał tego wszystkiego dokonać, czemu mnie nie miałoby się to udać? Zafascynowała mnie zwłaszcza ostatnia scena w pokoju klubowym i odtąd, dopóki nie zostałem członkiem Trinity College, matematyka oznaczała dla mnie głównie dążenie do tego.
Gdy przybyłem do Cambridge, natychmiast przekonałem się, że z tym członkostwem wiąże się oryginalna praca, lecz dopiero po długim czasie wyrobiłem sobie jasne pojęcie o badaniach. Oczywiście, w szkole przekonałem się, a jest to los każdego przyszłego matematyka, że często potrafię rozwiązywać zadania lepiej niż moi nauczyciele. Nawet w Cambridge stwierdzałem, aczkolwiek naturalnie o wiele rzadziej, że potrafię zrobić coś lepiej niż wykładowcy. Byłem jednak zupełnym ignorantem - nawet wtedy, gdy zdawałem Tripos - w zakresie tematów, nad którymi spędziłem resztę życia. I nadal myślałem o matematyce jako przedmiocie konkursowym. Oczy otworzył mi dopiero profesor Love, który uczył mnie przez parę semestrów i dał mi pierwsze poważne wyobrażenie o analizie matematycznej. Ale najbardziej jestem mu wdzięczny - bo przecież głównie zajmował się matematyką stosowaną - za radę, bym przeczytał słynny Kurs analizy Camille'a Jordana. Nigdy nie zapomnę zdumienia, z jakim czytałem tę niezwykłą pracę, pierwszą inspirację dla tylu matematyków z mojego pokolenia; wtedy też zrozumiałem, czym naprawdę jest matematyka. Odtąd byłem w pewnym sensie matematykiem z prawdziwego zdarzenia o zdrowych ambicjach zawodowych, szczerze pasjonującym się przedmiotem swoich studiów.
W ciągu następnych dziesięciu lat napisałem sporo, w większości mało znaczących, prac; tych, o których mogę wspominać z satysfakcją, jest nie więcej niż cztery, pięć. Prawdziwe przełomy w mojej karierze nastąpiły dziesięć i dwanaście lat później, w 1911 roku, gdy rozpocząłem długą współpracę z Littlewoodem, i w roku 1913, gdy odkryłem Ramanujana. Odtąd wszystkie moje najlepsze prace wiązały się z ich badaniami i jest rzeczą oczywistą, że obcowanie z nimi zdecydowało o moim życiu. Gdy jestem przygnębiony i muszę wysłuchiwać ludzi nadętych i męczących, wciąż sobie powtarzam: "No cóż, dokonałem jednej rzeczy, której wy nigdy nie potrafilibyście dokonać - współpracowałem z Littlewoodem i Ramanujanem na mniej więcej równych prawach". To właśnie im zawdzięczam niezwykle późne wejście w wiek dojrzały: w najlepszej formie byłem tuż po czterdziestce, gdy zostałem profesorem w Oksfordzie. Od tego czasu ulegam stałej degradacji, będącej powszechnym losem podstarzałych mężczyzn, a zwłaszcza podstarzałych matematyków. Matematyk może nadal być dość kompetentny w wieku lat sześćdziesięciu, ale nie należy spodziewać się po nim oryginalnych pomysłów.
Teraz jest dla mnie rzeczą oczywistą, że moje życie - cokolwiek było warte - jest skończone i nic, co mogę jeszcze uczynić, nie zdoła powiększyć lub pomniejszyć jego wartości. Niełatwo jest być obiektywnym, ale uważam, że było udane; otrzymałem w nim więcej nagród niż należało się człowiekowi o moich zdolnościach. Piastowałem wiele dostojnych i zapewniających wygodne życie stanowisk. Miałem bardzo niewiele styczności z nudniejszą częścią uniwersyteckiego życia. Nie znoszę nauczania i nie musiałem zbyt dużo uczyć - moje nauczanie polegało niemal wyłącznie na nadzorowaniu badań. Uwielbiam wykładać i często to czyniłem, stając przed niezwykle zdolnymi studentami. Zawsze też miałem mnóstwo wolnego czasu na badania, które były wielką i bezustanną radością mego życia. Przekonałem się, że praca z innymi nie sprawia mi trudności, i współpracowałem bardzo intensywnie z dwoma wyjątkowymi matematykami; dzięki temu wniosłem do matematyki znacznie więcej, niż mogłem się spodziewać. Jak każdy matematyk przeżyłem swoje rozczarowania, ale żadne z nich nie było zbyt poważne ani nie przysporzyło mi szczególnych zmartwień. Gdybym w wieku dwudziestu lat otrzymał propozycję takiego właśnie życia, przyjąłbym ją bez wahania.
Przypuszczenie, że w innej dziedzinie mógłbym dokonać więcej, wydaje się absurdalne. Nie mam zdolności językowych ani artystycznych i nie interesuję się zbytnio naukami doświadczalnymi. Mógłbym zostać nie najgorszym filozofem, ale nie należałbym do grona najbardziej oryginalnych. Myślę, że mógłby być ze mnie dobry prawnik, lecz jedyną profesją pozaakademicką, w której czułbym się naprawdę pewnie, jest dziennikarstwo. Jeżeli za kryterium przyjąć coś, co powszechnie nazywa się sukcesem, to niewątpliwie miałem rację, zostając matematykiem.
Dokonałem zatem właściwego wyboru, jeśli tym, czego pragnąłem, było dość wygodne i szczęśliwe życie. Lecz doradcy prawni, maklerzy giełdowi i bukmacherzy często wiodą wygodne i szczęśliwe życie, a bardzo trudno zrozumieć, w jaki sposób wzbogacają świat swoim istnieniem. Czy mogę twierdzić, że moje życie pod jakimś względem było pełniejsze niż ich egzystencja? I znowu odnoszę wrażenie, że jest tylko jedna możliwa odpowiedź: owszem, być może, ale jeśli tak, to tylko z jednego powodu.
Nigdy nie zrobiłem nic "przydatnego". Żadne z moich odkryć w najmniejszym nawet stopniu nie wpływa (i nie zanosi się na to, by wpłynęło) - dobrze lub źle, pośrednio lub bezpośrednio - na urok naszego świata. Pomogłem wyszkolić innych matematyków, ale byli to matematycy mojego pokroju, a ich praca, na tyle przynajmniej, na ile im w niej pomogłem, była równie nieprzydatna jak moja. Moje życie jako matematyka, ocenione według wszelkich praktycznych kryteriów, nie ma żadnego znaczenia, a poza matematyką jest po prostu trywialne. Mam tylko jedną szansę uniknięcia zarzutu całkowitej trywialności: niewykluczone, że, w ocenie innych, stworzyłem coś, co warto było stworzyć. A temu, że coś stworzyłem, nie można zaprzeczyć - kwestią otwartą pozostaje znaczenie mego dzieła.
Argumentem przemawiającym na korzyść mojego życia lub życia kogoś, kto był matematykiem w tym samym sensie, w jakim ja nim byłem, jest to, że wzbogaciłem czymś wiedzę i pomogłem innym wzbogacić ją jeszcze bardziej, i że to coś posiada wartość różniącą się tylko stopniem, a nie klasą od wartości dokonań wielkich matematyków i innych artystów, tych wielkich i tych przeciętnych, którzy pozostawili po sobie swego rodzaju pomnik.

Do góry

Wiw.pl  |  Na bieżąco  |  Informacje  |  Co nowego  |  Matematyka i przyroda  |  Astronomia  |  Biologia  |  Fizyka  |  Matematyka  |  Modelowanie rzeczywistości  |  Humanistyka  |  Filozofia  |  Historia  |  Kultura antyczna  |  Literatura  |  Sztuka  |  Czytaj  |  Biblioteka  |  Delta  |  Wielcy i więksi  |  Przydatne  |  Słowniki  |  Co i gdzie studiować  |  Wszechświat w obrazkach