Wielcy
  Wiw.pl   Na bieżąco:  Informacje   Co nowego   Matematyka i przyroda:  Astronomia   Biologia   Fizyka   Matematyka   Modelowanie rzeczywistości   Humanistyka:  Filozofia   Historia   Kultura antyczna   Literatura   Sztuka   Czytaj:  Biblioteka   Delta   Wielcy i więksi   Przydatne:  Słowniki   Co i gdzie studiować   Wszechświat w obrazkach    
  Jesteś tutaj:   Wirtualny Wszechświat > Wielcy i więksi > Kwartalnik Historii Nauki i Techniki  



"Kwartalnik Historii Nauki i Techniki"
R. 23: 1978 nr 1 s. 3-52
Tadeusz Bilikiewicz
[1]  [2]  [3]  [4]  [5]  [6]  [7]  [8]  [9]  [10]  [11]  [12]  [13]  [14]  [15] 
WSPOMNIENIA AUTOBIOGRAFICZNE

1. Lata dziecięce. 2. Okres młodzieńczy i wybuch I wojny światowej. 3. Studia wyższe. 4. Praca w Lecznicy Związkowej. 5. Pobyt w Szwajcarii. 6. Studiuję psychiatrię. 7. Przerzucam się na historię medycyny. 8. Doktorat filozofii ścisłej. 9. Przełomowy rok 1931 i habilitacja. 10. Dwukrotne stypendium Fundacji Rockefellera. 11. Kocborowo i okres okupacji hitlerowskiej. 12. Wyzwolenie. 13. Podwójna katedra w Akademii Medycznej w Gdańsku. 14. Zakład Historii Medycyny. 15. Członek korespondent PAU. 16. Proces Forstera. 17. Prezes Gdańskiego Towarzystwa Naukowego. 18. Członkostwo zagranicznych towarzystw naukowych. 19. Rozwój koncepcji Mnemosynejdesis. 20. Onejroanaliza. 21. Etioepigeneza. 22. Dyskusje na Krajowej Naradzie Psychiatrów. 23. Echa dyskusji. 24. Prace Kliniki nad pojęciem charakteropatii. 25. Maciej z Miechowa. 26. Seksuologia kliniczna. 27. Atropinoterapia. 28. Psychoterapia w praktyce ogólnolekarskiej. 29. I Sympozjum Psychiatrii Dziecięco-Młodzieżowej. 30. Udział w zagranicznych zjazdach naukowych. 31. Spotkanie w Moskwie z Czistowiczem. 32. Pięć wydań Psychiatrii Klinicznej. 33. Referat na dorocznym zebraniu Leopoldiny: Ein informations-psychopathologisches Strukturmodell der Mnemosyneidesis. 34. Wyjaśnienie pojęć z pogranicza psychofizjologii i filozofii. 35. Somatectomia totalis i jej psychopatologiczne następstwa. 36. Walka z alkoholizmem. 37. Nie dopuszczony do wyświetlenia film. 38. Referat na Zjeździe Historii Medycyny w Szczecinie. 39. Sprawy publiczne muszą górować nad osobistymi.

Nigdy jeszcze nie myślałem o pisaniu pamiętników lub autobiografii. Toteż życzliwe i - powiedziałbym - przyjazne zaproszenie Redakcji "Kwartalnika Historii Nauki i Techniki" z dnia 29 października 1976 r. wprawiło mnie w rozterkę. Wyraziłem zgodę, lecz zastrzegłem się, że "w tej chwili nie wiem, jak wybrnąć z dwubiegunowego dylematu: samochwalstwo-samobiczowanie". Ale wydaje mi się, że bardziej na miejscu będzie samobiczowanie. Oprócz pewnych zalet miałem bowiem zawsze pewne wrodzone wady. I od nich chciałbym zacząć.

Za naczelną moją wadę, która zresztą często była dla mnie z pożytkiem, uważałem od dawna swoją wszechstronność. Zamiast odrabiać z dnia na dzień zadane mi w szkole lekcje, zajmowałem się zawsze czym innym: czytaniem powieści, grą na skrzypcach, wczytywaniem się w poważne prace naukowe. Następstwem tego bywały dwójki. Ale jakoś zawsze z końcem roku szkolnego wszystko kończyło się dobrze; nigdy nie powtarzałem roku.

Moja matka - Kazimiera ze Swaryczewskich - była aniołem dobroci. Kochaliśmy ją jak świętość i uważaliśmy, aby jej nie sprawić przykrości. Mój starszy brat - Jerzy - był w stosunku do mnie zawsze opiekuńczy. Został później wiolonczelistą opery w Poznaniu. Kochaliśmy naszą młodszą siostrę Zofię, która później wyszła za mąż za Zygmunta Sapiejewskiego i zginęła jako łączniczka w Powstaniu Warszawskim. Brat wraz z bratową zginęli w obozie hitlerowskim w Oświęcimiu. Ojciec nasz Bolesław był bardzo dobrym człowiekiem, chował nas po spartańsku, sprawiedliwie, ale miał temperament krewki. Matka niejednokrotnie chroniła synów przed jego gniewem.

Urodziłem się we Lwowie dnia 5 kwietnia 1901. Niektóre z najstarszych moich wspomnień utrwaliły się na fotografiach. Na zbiorowej fotografii rodzinnej widać ojca stojącego pośrodku, matka trzyma na kolanach moją siostrzyczkę o cztery lata młodszą ode mnie, a brat i ja siedzimy na kanapce. Scena ta utkwiła w mej pamięci na zawsze, wraz ze szczegółami, które pomijam. Zachowały się też inne zdjęcia z okresu, gdy z gąsienicy poprzez poczwarkę rozwijał się dojrzewający osobnik. Mam najstarsze zdjęcia z lat szkolnych, zrobione na "majówce". Byłem wtedy w pierwszej klasie podstawowej szkoły niemieckiej w Krakowie przy ul. Grodzkiej. Ojciec był zdania, że dzieci wcześniej powinny uczyć się obcych języków. Było to pod zaborem austriackim. Panowała swoboda językowa i religijna. W szkole dzieci rozmawiały między sobą po polsku. Nauczyciele Polacy rozmawiali również po polsku, chyba że byli Niemcami, ale i ci znali język polski. Utkwiła mi w pamięci jedna nauczycielka, która mnie bardzo lubiła, a ja ją. Za co? Trudno odgadnąć. Wyróżniała mnie spośród mnóstwa dzieci. Zdawało mi się, że pokazując w czasie lekcji tabliczki z wydrukowanymi literami gotyku, specjalnie na mnie patrzy. Kiedy później w czasie okupacji papiery moje przeglądali hitlerowcy, zgorszeni byli, że nauczycielka ta swoje rzekomo niemieckie nazwisko spolszczyła. Na świadectwie moim podpisała się mianowicie "Gabrysiówna". Niestety świadectwo to nie ocalało. Ale w mojej wyobraźni "ejdetycznej" widzę jej twarz do dzisiaj z wyrazistością tak dokładną, że gdybym był malarzem, mógłbym tę twarz sportretować z pamięci. Nie ma tej nauczycielki na wspomnianym wyżej zdjęciu z "majówki" szkolnej w r. 1908. Jest natomiast na zdjęciu mój brat i gromada kolegów i koleżanek, gdyż szkoła była koedukacyjna.

Brat ukończył 4-klasową szkołę niemiecką, mnie po dwóch latach przeniesiono do szkoły polskiej, podobno pod naciskiem pewnej cioci, polskiej patriotki. Była to siostra mojego ojca (Józefa z Bilikiewiczów Orszulska). Walczyła z grożącą polskim dzieciom germanizacją. Przeniesiono mnie do szkoły ćwiczeń przy Seminarium Nauczycielskim. Była to szkoła klerykalna. Dyrektorem był prałat Bielenin.

Szkoła miała niewątpliwie wysoki poziom. Gospodarzem klasy był nauczyciel, którego uwielbialiśmy. Nazywał się Motak: stary, otyły, dobroduszny pan, zawsze przyjaźnie uśmiechnięty. Umiał wykorzystać różne sposobności, aby nam wpoić polskie uczucia patriotyczne, bez podjudzania przeciwko komukolwiek. Pamiętam np. obchody 3-majowe, które przebiegały bez zgrzytów. Z poprzedniej szkoły niemieckiej wspominam wydarzenie, którego głębszego znaczenia nie rozumiałem: jakaś nieznana ręka wypisała na tablicy kredą w dniu l maja dwuwiersz, który dobrze pamiętani:

Heute ist der erste Mai
Alle Kinder bitten frei
.

Nauczyciel niemiecki wszedł do klasy, przeczytał, i nic nie mówiąc starł wierszyk gąbką. Żadnych dochodzeń nie było. W szkole polskiej nie zdarzało się nic podobnego. Ducha polskiego wynosiło się z domu rodzinnego i ze szkoły, która w okresie liberalizmu ze strony władz austriackich nie przeszkadzała polskiemu wychowaniu narodowemu, chociaż obowiązywała lojalność wobec cesarza Franciszka Józefa. Pamiętam tylko jedną milczącą demonstrację, która i później w latach gimnazjalnych stała się zwyczajem. Na nabożeństwie w kościele, gdy organista zaintonował państwowy hymn narodowy, nikt mu nie wtórował - ani nauczyciele, ani uczniowie. Wszyscy stojąco wysłuchali hymnu, po czym usiedli. Nikt się z nikim nie umawiał; jednomyślność wszystkich Polaków była jakby odruchem, który nie wymagał ani propagandy, ani wyjaśnień.

Po czteroklasowej szkole podstawowej przeszliśmy do gimnazjum; chłopcy byli umundurowani. Mundury wzorowano na mundurach austriackich: czapki, które nazywano dętkami, stojące kołnierze, na nich paski do IV klasy włącznie srebrne, od V klasy do VIII - złote. Umundurowanie miało swoje dobre strony wychowawcze: w miejscach publicznych chłopcy musieli się zachowywać przyzwoicie, gdyż reprezentowali w sposób widoczny gimnazjum. Obowiązywał zakaz palenia papierosów. O pijaństwie wśród młodzieży nie słyszało się. W ogóle zdaje mi się dzisiaj po tylu dziesiątkach lat, że ówczesna młodzież była bardziej niż dzisiejsza zdyscyplinowana. Obowiązywało wyniesione z domu poszanowanie starszych. Młodzież szanowała też kobiety. Do naszych uszu dochodziły wieści o sufrażystkach angielskich i ich burzliwych walkach o równouprawnienie kobiet. Pamiętam, byłem małym chłopcem, gdy na ulicy - wówczas zwanej Wolską - pojawiły się dwie damy w spodniach. Spodnie te w zepsutej francuszczyźnie nazywano "żypkilot" (jupe-culotte). Elegantki spotkały się z urągowiskiem gawiedzi i musiały się ratować ucieczką, głównie przed kobietami. Ja i moi koledzy byliśmy rozbawieni. Ale starsze społeczeństwo potępiało ten wybryk mody i gorszyło się. Stosunek chłopców do dziewcząt był pełen rezerwy. Wynikało to z surowości obyczajów towarzyskich. W tej atmosferze nie do pomyślenia była jakakolwiek poufałość lub sprośność.

[1]  [2]  [3]  [4]  [5]  [6]  [7]  [8]  [9]  [10]  [11]  [12]  [13]  [14]  [15] 
Wiw.pl  |  Na bieżąco  |  Informacje  |  Co nowego  |  Matematyka i przyroda  |  Astronomia  |  Biologia  |  Fizyka  |  Matematyka  |  Modelowanie rzeczywistości  |  Humanistyka  |  Filozofia  |  Historia  |  Kultura antyczna  |  Literatura  |  Sztuka  |  Czytaj  |  Biblioteka  |  Delta  |  Wielcy i więksi  |  Przydatne  |  Słowniki  |  Co i gdzie studiować  |  Wszechświat w obrazkach