Wielcy
  Wiw.pl   Na bieżąco:  Informacje   Co nowego   Matematyka i przyroda:  Astronomia   Biologia   Fizyka   Matematyka   Modelowanie rzeczywistości   Humanistyka:  Filozofia   Historia   Kultura antyczna   Literatura   Sztuka   Czytaj:  Biblioteka   Delta   Wielcy i więksi   Przydatne:  Słowniki   Co i gdzie studiować   Wszechświat w obrazkach    
  Jesteś tutaj:   Wirtualny Wszechświat > Wielcy i więksi > Kwartalnik Historii Nauki i Techniki  



"Kwartalnik Historii Nauki i Techniki",
R. 23: 1978 nr 1 s. 3-52
[1]  [2]  [3]  [4]  [5]  [6]  [7]  [8]  [9]  [10]  [11]  [12]  [13]  [14]  [15] 
Wybuchła wojna. Oglądaliśmy pierwszych rannych z bitwy pod Kraśnikiem, dokąd zapuściły się wojska rosyjskie. Mówiono wciąż o tym, że w tym wojsku rosyjskim służą przecież polscy chłopcy. Polak ma strzelać przeciw Polakowi? Kraków był twierdzą i przygotowywał się do oblężenia. Groził głód. Rozsiewano hiobowe wieści. Pewna pani, mająca opinię "krakajły", rozsiewała pogłoski, że Rosjanie nie zostawią w Krakowie kamienia na kamieniu. Ale jakoś popychało się biedę. I wreszcie doczekaliśmy się rozpadu monarchii austro-węgierskiej. Pamiętam mnóstwo szczegółów, ale nie wolno mi zapominać, że mam samolubnie pisać o sobie. Otóż gdy wojna miała się ku końcowi, wybuchły walki o Lwów. Cała nasza klasa VIII - przedmaturalna w jesieni 1918 roku zgłosiła się ochotniczo do wojska. Tylko nieduża mniejszość pozostała w domu. Po krótkim przeszkoleniu przydzielono mnie do kompanii asystencyjnej Inżynierii i skierowano na front. Przebywaliśmy na dworcu pod Sądową Wisznią. W potyczce z Ukraińcami pod Chorośnicą zostałem ciężko ranny w obie nogi. Mianowano mnie "sekcyjnym" (taką nazwę miał kapral), otrzymałem odznakę "Orlęta". Przebywałem w Szpitalu Garnizonowym w Krakowie. Znacznie później uznano mnie za inwalidę wojennego. Następstwa dają mi się we znaki do dnia dzisiejszego. Na szczęście kula nie uszkodziła mi mózgu, nie oddawałem się też pijaństwu, dzięki czemu mogłem przystąpić do studiów wyższych.

Moim postanowieniem było zapisać się na Wydział Filozoficzny i studiować filozofię ścisłą. Ojciec mój był mądrym człowiekiem i znał mnie dobrze. Wytłumaczył mi, że filozofia, nie oparta na przyrodoznawstwie, prowadzi do spekulacji. "Stać cię na to, aby ukończyć medycynę i podjąć studia na Wydziale Filozoficznym Uniwersytetu Jagiellońskiego". Tak też uczyniłem i nigdy nie żałowałem, że posłuchałem rady mego ojca. Studiowałem medycynę z zapałem. Uchodziłem za dobrego studenta, chociaż uczęszczanie na wykłady i ćwiczenia połączone było dla mnie z nie dającymi się opisać cierpieniami. Z roku na rok stan mojego zdrowia pogarszał się. Wytworzyła się osteomyelitis. I trzeba było poddać się na III roku studiów operacji. Wykonał ją profesor chirurgii Maksymilian Rutkowski. Straciłem 5 miesięcy, mimo to III rok studiów zaliczyłem. Pomogła mi w tym moja niezwykła pamięć. Pamiętam swój egzamin z histologii u prof. Maziarskiego. Do egzaminu tego nie miałem czasu się przygotować. Obowiązywał obszerny podręcznik Szymonowicza, już poprzednio wydany w języku niemieckim, w owym czasie wyszedł w języku polskim. Musiałem się uciec do mojej pamięci ejdetycznej. Miałem tylko tyle czasu, aby przed egzaminem jeden raz w ciszy uważnie przeczytać podręcznik. W gabinecie profesora byliśmy sam na sam. Profesor zadaje mi pierwsze pytanie, odpowiadam gładko, jakbym deklamował. Profesor zadaje mi drugie pytanie i słucha uważnie mojej odpowiedzi. Po chwili wstaje, podchodzi do półki, otwiera egzemplarz Szymonowicza i zadaje mi na wyrywki jedno pytanie po drugim. Ze zdumieniem stwierdza, że recytuję tekst podręcznika z pamięci. Egzamin trwał bardzo długo. W końcu usłyszałem: "No wie Pan, takiego kujona jeszcze w życiu nie spotkałem. To Pan wykuł cały podręcznik na pamięć!". Nie zapomnę nigdy wyrazu twarzy czcigodnego profesora i narastającego zdumienia, gdy z otwartą przed sobą książką śledził deklamację "kujona".

I wreszcie dobrnąłem do absolutorium. Trzeba było jednak pracować. Otrzymałem jeszcze przed dyplomem stanowisko lekarza zakładowego Lecznicy Związkowej w Krakowie przy ul. Garncarskiej. Głównym moim zajęciem było asystowanie przy wykonywanych tam operacjach. Zajęcie to odpowiadałoby temu, co dzisiaj nazywa się anestezjologią, oczywiście w skromniejszym zakresie. Głównie chodziło o funkcje narkotyzera. Ponadto lekarz zakładowy był jakby dyżurnym na całą dobę. Pracy w dzień i w noc było bez miary. Trudno było w tych warunkach znaleźć czas na systematyczne przygotowywanie się do egzaminów. A przy tym równocześnie uczęszczałem na wykłady i ćwiczenia z filozofii ścisłej. Moimi mistrzami byli profesorowie Witold Rubczyński i Tadeusz Garbowski. Wśród niebywałych trudności i wysiłków uzyskałem jako jeden z pierwszych stopień doktora wszechnauk lekarskich w dniu 11 lipca 1925 r.

Musiałem ciężko pracować, aby zdobyć pieniądze na leczenie moich zastarzałych chorób. Nie było wówczas możliwości uzyskania funduszu na ten cel. Pomoc ojca i przyjaciół nie wystarczała. Wyjechałem więc na własny koszt do Szwajcarii, gdzie w sumie spędziłem lata 1926-1928. Początkowo leczyłem się w Leysin w Zakładzie dra Rolliera. Przykuty do łóżka, mogłem oddawać się studiom z zakresu filozofii. Napisałem tu pierwszą książkę pt. Zagadnienie życia w świetle psychologii porównawczej. Została ona wydana z zasiłku Funduszu Kultury Narodowej dzięki poparciu Stanisława Michalskiego. Praca wyszła drukiem w r. 1928 w wydawnictwie S. A. Krzyżanowskiego. A tymczasem odzyskałem w wystarczającym stopniu zdrowie, aby rozejrzeć się za pracą. Jako lekarz nie miałem prawa do pracy zarobkowej. Etat wolontariusza dzięki poleceniu prof. Jana Piltza otrzymałem dopiero od kwietnia 1928. Na razie zostałem bez środków do życia. Jeden z kolegów Polaków postarał mi się o pracę stanowczo zbyt ciężką jak na ozdrowieńca, mianowicie pracę robotnika do dźwigania 50-kilogramowych worków z węglem. Pod górę po schodach mogłem wchodzić tylko prawą nogą. Poza tym byłem fizycznie zdrowy i silny. Dążenie do pracy naukowej było we mnie jednak tak potężne, że wszystkie przeciwności losu potrafiłem przezwyciężyć. Niektórzy Polacy zwracali się z prośbą o zapomogę do Paderewskiego, który nikomu nie odmawiał i przysyłał po sto franków szwajcarskich. To była duża suma. Nie dałem się skusić.

Okres pracy w Klinice Psychiatrycznej Uniwersytetu Zurychskiego - Burghölzli - to najszczęśliwszy czas mojego życia. Szwajcarów wspominam jako ludzi dobrych i koleżeńskich. Nie spotkała mnie z ich strony nigdy jakakolwiek przykrość. Miałem w klinice własny pokój, korzystałem ze stołówki, płaciłem za utrzymanie bardzo niewiele. Główny mój dochód - to wynagrodzenie za orzeczenia sądowo-psychiatryczne, które mi koledzy Szwajcarzy odstępowali.

Z początku każdy cudzoziemiec miał trudności językowe, posługiwano się bowiem dialektem schwüzer dütsch. Od razu uprzedzono mnie, że muszę się zapoznać z dialektem, gdyż wprawdzie inteligencja włada językiem literackim, jednakże pacjenci używają dialektu i trudno z nimi nawiązać łączność używając hochdeutsch. Na spotkaniach w stołówce rozmawiano tylko dialektem, dzięki czemu można się było wkrótce osłuchać i dawać sobie później radę. Organizacją pracy byłem zachwycony i później w Polsce starałem się wzory te wcielać w życie.

[1]  [2]  [3]  [4]  [5]  [6]  [7]  [8]  [9]  [10]  [11]  [12]  [13]  [14]  [15] 
Wiw.pl  |  Na bieżąco  |  Informacje  |  Co nowego  |  Matematyka i przyroda  |  Astronomia  |  Biologia  |  Fizyka  |  Matematyka  |  Modelowanie rzeczywistości  |  Humanistyka  |  Filozofia  |  Historia  |  Kultura antyczna  |  Literatura  |  Sztuka  |  Czytaj  |  Biblioteka  |  Delta  |  Wielcy i więksi  |  Przydatne  |  Słowniki  |  Co i gdzie studiować  |  Wszechświat w obrazkach