Wielcy
  Wiw.pl   Na bieżąco:  Informacje   Co nowego   Matematyka i przyroda:  Astronomia   Biologia   Fizyka   Matematyka   Modelowanie rzeczywistości   Humanistyka:  Filozofia   Historia   Kultura antyczna   Literatura   Sztuka   Czytaj:  Biblioteka   Delta   Wielcy i więksi   Przydatne:  Słowniki   Co i gdzie studiować   Wszechświat w obrazkach    
  Jesteś tutaj:   Wirtualny Wszechświat > Wielcy i więksi > Kwartalnik Historii Nauki i Techniki  



"Kwartalnik Historii Nauki i Techniki",
R. 23: 1978 nr 1 s. 3-52
[1]  [2]  [3]  [4]  [5]  [6]  [7]  [8]  [9]  [10]  [11]  [12]  [13]  [14]  [15] 
Naczelnym zadaniem, które stawiał sobie na Pomorzu okupant, było wyniszczenie polskiej inteligencji. Czyniono to planowo: wymordowano lub uwięziono w obozach koncentracyjnych kolejno: księży katolickich, prawników, urzędników, działaczy polskich itd. Na razie pozostawiono przy życiu tylko tych, którzy byli potrzebni dla utrzymania gospodarki. Nas pięciu lekarzy polskich, którzy nie przyjęli tzw. III listy narodowościowej niemieckiej, pozostawiono do pracy, gdyż w miarę mordowania polskich chorych napływali z Zachodu i z terenu nowi chorzy, których trzeba było przyjmować i załatwiać po lekarsku. Na cały obszar Gau Danzig-Westpreussen pozostawiono tylko jeden szpital psychiatryczny. Szpitalem tym było właśnie Kocborowo. I dzięki temu ocaleliśmy. Wszystkie inne szpitale zarówno polskie, np. Świecie nad Wisłą, jak i niemieckie z Prus Wschodnich, np. Riesenburg (Prabuty), zostały w analogiczny sposób ogołocone z chorych, a niedobitki zdolne do pracy przywiezione wraz z personelem lekarskim i pielęgniarskim do Kocborowa. Tzw. "nie-eindeutschowani" Polacy mieli obowiązek najcięższej pracy w swoim zawodzie i płacili 50% podatku polskiego (Polensteuer) i inne opłaty np. na Arbeitsfront. Pracą oddziałową byłem obciążony ponad wszelką miarę. Byłem równocześnie kierownikiem laboratorium i pracowni radiologicznej. Praca ta wydawała się chwilami niedorzecznością. Próbowałem np. jakiś czas prowadzić w dalszym ciągu swoje badania nad leczeniem porażenia postępującego za pomocą gorączki sodoku. Cóż z tego, kiedy szczepionych krętkami sodoku chorych SS-mani nagle jako nie pracujących wywieźli na śmierć. W ogóle lekarzy niemieckich nic nie obchodziło poza sprawnym funkcjonowaniem metod eksterminacji chorych. Niemcy rozumieli się między sobą doskonale. Z Gdańska przychodziły rozkazy: trzeba było zrobić miejsce dla transportu chorych z obszarów "wybombowanych". Bardzo sprawnie organizowano transport do lasu. SS-mani, niemiecki personel pielęgniarski, niemieccy lekarze, niemieccy urzędnicy - wszyscy tworzyli jeden zwarty i solidarnie pracujący front morderców. Chore dzieci pielęgniarki niemieckie zabijały olbrzymimi dawkami luminalu. Środek ten poprzedniego dnia jeden z lekarzy niemieckich zapisywał do książki recept. Historię choroby zaopatrywano w zakończenie, podające jako przyczynę zgonu byle jaką chorobę. Niemiecka etyka lekarska przestała istnieć.

Natomiast polski personel był pod każdym względem na wysokim poziomie. Zdrowie polskich lekarzy było potrzebne okupantowi tylko po to, aby praca formalnie szła. Zwolnienia od pracy nie wchodziły w rachubę. Nasz kolega - Jerzy Czeliński - miał ciężką gruźlicę płuc. Musiał na równi ze wszystkimi pracować. Polscy lekarze udzielali pomocy lekarskiej Polakom w okolicach Szpitala, Czeliński również. Pewnego dnia zmarł wskutek krwotoku płucnego. Patriotyzm ludu polskiego i jego sprawność organizacyjna w tych okropnych warunkach mogą budzić najwyższe uznanie. Lud pomorski robił wszystko, co możliwe, byle przetrwać i ocalić od zagłady niszczone systematycznie przez okupanta szczątki polskiej kultury. Życie ludności polskiej w okropnych warunkach okupacji było tylko walką o przetrwanie. Obszar Pomorza przeznaczony został na zniemczenie. Język polski po wkroczeniu wojsk niemieckich został z miejsca bezwzględnie zabroniony. Już w pierwszych dniach okupacji na ulicach Starogardu kobiety mówiące po polsku bite były przez hitlerowców pięścią po twarzy. Oczywiście szkoły polskie zostały zamknięte i dostały obsadę nauczycielską niemiecką. Mojego 7-letniego synka nauczyciel przyłapał, jak rozmawiał z kolegą po polsku. Chłopczyk został dotkliwie zbity i przyszedł do domu z krwawymi pręgami. Mimo to oczywiście ludność, gdy nikt nie słyszał, mówiła nadal po polsku. Nam wolno było w Szpitalu rozmawiać po polsku tylko z chorymi psychicznie. Można było podziwiać solidarność ludności polskiej: nikt się nikogo nie bał i nie było donosicielstwa. Zdumiewaliśmy się polskimi dziećmi. Bawiły się po polsku. Nagle zaczynają mówić między sobą po niemiecku. Rozglądamy się: jakieś dwie kobiety idą. Po czym te dzieci poznawały, że to Niemki? Jakiś odruch obronny, warunkowy czy bezwarunkowy? Na tematy te można by dużą księgę napisać. Jest już zresztą duże piśmiennictwo, które zrozumieć można tylko pod warunkiem, że się żyło w tym świecie terroru.

Nie wolno było słuchać radia zagranicznego. Mimo to, oczywiście, codziennie mieliśmy dokładne wiadomości ze świata. I wiedzieliśmy, że zbliża się czas klęski wojsk hitlerowskich i że nadejdzie wyzwolenie. Chodziły niepokojące plotki, jak wycofujące się władze zachowają się wobec Polaków. Kiedy wojna się zaczęła, niektóre bojaźliwe żywioły ogarnięte paniką - rzuciły się do ucieczki. Lotnicy hitlerowscy siekli karabinami maszynowymi uciekającą ludność bez miłosierdzia. Ocalałe resztki polskiej inteligencji starały się działać uspakajająco na ludność. Niektórzy szczególnie zagrożeni kryli się w rozległych podziemiach Szpitala. Nadchodziły tragiczne wiadomości o Powstaniu Warszawskim. Zginęła w nim jako łączniczka moja siostra - Zofia Sapiejewska. Przedtem w r. 1943 zamordowany został mój brat Jerzy. Matka moja wysiedlona z Warszawy znalazła się w obozie w Pruszkowie, po czym wśród groźnych przygód dotarła do krewnych w Krakowie.

Jako biegły psychiatra nie mogłem oczywiście występować przed sądami niemieckimi. Tylko raz jeden wezwany zostałem do sądu w Gdańsku w charakterze tłumacza-rzeczoznawcy (Sachverstandiger Dolmetscher) w sprawie o dzieciobójstwo. Jako biegli psychiatrzy występowali dwaj lekarze z Kocborowa, którzy nosili nieznany w Polsce tytuł Medizinalräte. Musieliśmy z Kocborowa do Gdańska razem pojechać pociągiem. Zarówno drogę na dworzec w Starogardzie, jak i w Gdańsku z dworca do gmachu sądu odbyliśmy piechotą, ale osobno. Niemieccy lekarze nosili się bowiem z wysoka i nie wpadałoby, aby ludność polska widziała naocznie, że pospolitują się z Polakiem. Mnie zresztą również odpowiadał ten dystans towarzyski. Oskarżona dzieciobójczyni była Polką i nie umiała po niemiecku. Była jednak sądzona tak, jak gdyby była Niemką, gdyż była - jak to się wówczas na Pomorzu mówiło - "eindeutschowana". Sąd zadawał oskarżonej pytania w języku niemieckim, a moim zadaniem było tłumaczyć pytania na język polski i polskie odpowiedzi oskarżonej tłumaczyć sądowi na język niemiecki. Sporządzony z tych rozmów protokół posłużył Niemcom za podstawę opinii sądowo-psychiatrycznej. Nie dostarczono mi jej jednak nigdy do wglądu. Natomiast po pewnym czasie za moje czynności otrzymałem wynagrodzenie.

Nie zapomnę również innego wydarzenia, które mogłoby być uznane za upokarzające dla Niemców. Pewnego razu zwrócił się do mnie komisaryczny dyrektor szpitala, którym był Gdańszczanin (początkowo nazywał się jeszcze Dr Schimanski, ale po pewnym czasie zmienił sobie nazwisko na Dr Siemens), z propozycją, abym publicznie dla studentów medycyny zademonstrował nakłucie podpotyliczne. W Gdańsku czynna była stworzona przez hitlerowców na cele wojenne 4-letnia Akademia Medycyny Praktycznej (Staatliche Akademie für Praktische Medizin). Było to studium na poziomie jakby wyższej szkoły felczerskiej. Uczono tam bez balastu teorii naukowych tylko tyle, ile trzeba było, aby być lekarzem frontowym. Pokaz nakłucia podpotylicznego urządzono w dużej sali, która przed wojną służyła za kaplicę, a przez Niemców zamieniona została na salę zebrań. Przygotowałem się do wykładu starannie, zdawałem sobie sprawę z tego, że gdybym się zbłaźnił, to byłoby już po mnie. Polscy pielęgniarze z Oddziału XXI z oddziałowym Bernackim na czele kierowali techniczną stroną pokazu. Sala była nabita; tłum studentów, a w pierwszych rzędach dygnitarze z rektorem Akademii, profesorem Grossmannem, dyrektorem Szpitala - Siemensem i szeregiem umundurowanych hitlerowców. Lekarze polscy również byli obecni, także personel pielęgniarski. Chorych sadzano profilem do audytorium, okrakiem na krześle, z ramionami opartymi na poręczy krzesła. Pielęgniarz Bernacki, mistrz od trzymania we właściwy sposób głowy, asystował mi. Poprzedziłem wykonanie zabiegu krótkim wykładem, wyjaśniającym stosunki anatomiczne miejsca, w którym wykonuje się nakłucie. Rozwieszone były tablice, na których mogłem wyjaśnić przebieg zabiegu. Pierwszy zabieg udał się bardzo sprawnie, co studenci według zwyczaju przyjętego w uczelniach niemieckich przyjęli z zadowoleniem tupiąc nogami. U drugiego chorego zabieg trochę się przedłużył, gdyż nie od razu trafiłem do cysterny. Była chwila napięcia, ale zaraz potem pojawił się kroplami płyn mózgowo-rdzeniowy, co studenci znowu powitali szmerem tupania. Nawet rektorowi, który zresztą był pijaniusieńki, zaimponowałem. Wydarzenie to miało ogólniejsze znaczenie w ówczesnej atmosferze. Niemcy wszelkimi sposobami szerzyli propagandę, która miała na celu poniżyć Polaków, przedstawić ich jako rasę niższą, nadającą się tylko do fizycznej pracy niewolniczej. Niemieccy lekarze wyrobili sobie opinię morderców i ignorantów. I oto, żeby studentów medycyny nauczyć, trzeba było wypożyczyć polskiego lekarza, bo żaden z Niemców tego nie potrafił. Ludność polska opowiadała sobie wśród śmiechu całe to wydarzenie, drwiąc z rzekomej wyższości rasy panów.

[1]  [2]  [3]  [4]  [5]  [6]  [7]  [8]  [9]  [10]  [11]  [12]  [13]  [14]  [15] 

Wiw.pl  |  Na bieżąco  |  Informacje  |  Co nowego  |  Matematyka i przyroda  |  Astronomia  |  Biologia  |  Fizyka  |  Matematyka  |  Modelowanie rzeczywistości  |  Humanistyka  |  Filozofia  |  Historia  |  Kultura antyczna  |  Literatura  |  Sztuka  |  Czytaj  |  Biblioteka  |  Delta  |  Wielcy i więksi  |  Przydatne  |  Słowniki  |  Co i gdzie studiować  |  Wszechświat w obrazkach