Wielcy
  Wiw.pl   Na bieżąco:  Informacje   Co nowego   Matematyka i przyroda:  Astronomia   Biologia   Fizyka   Matematyka   Modelowanie rzeczywistości   Humanistyka:  Filozofia   Historia   Kultura antyczna   Literatura   Sztuka   Czytaj:  Biblioteka   Delta   Wielcy i więksi   Przydatne:  Słowniki   Co i gdzie studiować   Wszechświat w obrazkach    
  Jesteś tutaj:   Wirtualny Wszechświat > Wielcy i więksi > Kwartalnik Historii Nauki i Techniki  



"Kwartalnik Historii Nauki i Techniki",
R. 23: 1978 nr 1 s. 3-52
[1]  [2]  [3]  [4]  [5]  [6]  [7]  [8]  [9]  [10]  [11]  [12]  [13]  [14]  [15] 
Nadszedł wreszcie z utęsknieniem wyczekiwany czas wyzwolenia. Na Szpital i ludność spadły ciężkie ciosy. Jest zrozumiałe, że samo przewalanie się frontu związane było z niebezpieczeństwami i nowymi cierpieniami. Ale z radością ludność polska patrzała na pognębienie pysznych nadludzi. Pamiętam, że Polacy w czasie okupacji odgrażali się w rozmowach między sobą, jak zemszczą się za wszystkie swoje cierpienia i upokorzenia. W rzeczywistości można było podziwiać dobre serce polskiej ludności, wychowanej na chrześcijańskiej zasadzie przebaczania wrogom. Bywały sytuacje, kiedy można było uciekającym Niemcom sprawić krwawą łaźnię. Nikt o tym nie myślał. Ten czy ów, który w czasie okupacji dyszał zemstą, w nadarzającej się do wywarcia zemsty sposobności po prostu machnął ręką i powiedział: "Niech go tam Bóg sądzi!". I tak zawsze w naszych dziejach bywało. Słowianie byli ludem łagodnym. Furor teutonicus miał łatwe zadanie. Dlatego w ciągu wieków pod naporem germańskim żywioł polski cofał się i jeżeli w walkach zbrojnych odnosił zwycięstwa, to po przeminięciu gniewu nie umiał owoców zwycięstwa trwale wykorzystać. Sądząc po sobie, dzisiejsi Niemcy przedstawiają masową ucieczkę swej ludności w taki sposób, jak gdyby Polacy ludność niemiecką wypędzali. Nie było takich wypadków! Kto chciał i mógł, wyjeżdżał na Zachód i mordercy korzystają do dzisiaj z owoców grabieży.

Dla chorych Szpitala nastały w pierwszym okresie ciężkie czasy: głód, dur brzuszny i plamisty, nędza. Powołano do życia komitet obywatelski, który pilnował porządku. Byłem przewodniczącym komitetu. Władze radzieckie wydały mężczyznom, którzy wzięli na siebie obowiązki milicjantów, białą broń. I stopniowo udało się opanować zamieszanie związane z przewrotem. Z powodu choroby dyrektora, dra S. Kryzana, pełniłem jako zastępca jego funkcje. Wyprawiałem się kilkakrotnie, najpierw do Sopotu, gdzie początkowo była siedziba Województwa, potem już, gdy wygaszono pożary, do Gdańska. Osobiście przywieźliśmy dla pracowników pierwsze pobory, przy czym każdy mógł dostać tylko banknot 100-złotowy, gdyż innych pieniędzy jeszcze nie było.

Największą troską był los pozostałych chorych. Kiedyś liczba chorych dochodziła do 2000. Kiedy zbliżał się front, rodziny zamieszkujące niedaleko Szpitala pozabierały swych krewnych do domu. W czasie zamieszek, związanych z przewalaniem się frontu, część chorych pouciekała. Dla pozostałych, których po wyzwoleniu było niewiele ponad 300, zorganizowano ludzkie warunki bytu. Postawiono należycie walkę z chorobami zakaźnymi. I stopniowo starano się przywrócić właściwą opiekę nad chorymi. Aby wykorzystać wolne łóżka, wyraziłem zgodę na pomieszczenie na niektórych oddziałach zdrowych psychicznie, cierpiących na ciężką gruźlicę. W czasie okupacji był tylko oddział dla chorych psychicznie cierpiących na gruźlicę. Chorych tych personel polski dożywiał własnym przemysłem, gdyż niemieckie władze z oddziału tego starały się zrobić wymieralnię. W myśl ideologii faszystowskiej chorzy psychicznie, w dodatku zakażeni gruźlicą, byli niewarci życia. Trzeba było teraz znowu dążyć do przywrócenia Szpitalowi ludzkiego, tzn. polskiego charakteru.

Tymczasem w Gdańsku rozpoczęło się nowe życie. Powstała Akademia Medyczna, która początkowo nosiła nazwę Akademii Lekarskiej. Wiedziano, że jestem przedwojennym docentem i że ocalałem z pożogi wojennej. Zaproszono mnie na rozmowy. Tuż po wojnie zostałem zmobilizowany i jako podporucznik przydzielony do komisji poborowej. Na pierwszą rozmowę w Akademii Lekarskiej z rektorem i organizatorem Akademii, prof. Edwardem Grzegorzewskim, przyjechałem jeszcze w mundurze wojskowym. Ustaliliśmy wstępnie, że obejmę Katedrę Historii i Filozofii Medycyny oraz kierownictwo Kliniki Chorób Psychicznych. W ciągu paru miesięcy musiałem przeprowadzić swoją demobilizację i przygotować przeprowadzkę do Gdańska. Przygotowania te musiały potrwać jakiś czas.

Ostatecznie pożegnałem Kocborowo, gdzie spędziłem 11 lat, i z dniem l lutego 1946 r. zacząłem pracować w Gdańsku. Rozpoczął się w moim życiu najintensywniejszy okres. Nie wiem dotychczas, w jaki sposób udało mi się jednocześnie tak wszechstronnie i tak różnokierunkowo pracować. Tajemnicą mojej wydajności były zawsze pewne niezwykłe właściwości fizjologiczne. Na pierwszym miejscu wymieniłbym bardzo małe zapotrzebowanie snu. Kiedy byłem młodszy, sypiałem po 4 godziny na dobę, rzadko dłużej. Z upływem czasu zapotrzebowanie to ustaliło się na 3 i pół godziny na dobę. Od niepamiętnych czasów, np. gdy zasnąłem około godziny 23.- to budziłem się o 2.30, a nawet czasem jeszcze wcześniej. Nigdy nie wysypiałem się ani nie leżałem rano, ani w dzień. Zawsze gdy tylko oczy otworzyłem, natychmiast miałem i mam zwyczaj wstawać, myć się, kąpać, golić itd. i wychodzić w towarzystwie mojego psa na poranną przechadzkę. O tak wczesnej porze nie ma jeszcze ani chuliganów, ani włóczących się psów. Nie wiem z własnego doświadczenia, co to znaczy, że ktoś się nie wyspał i jest z tego powodu senny. Mógłbym jeszcze bardzo wiele opowiedzieć na tego rodzaju osobisty temat. Zmierzam tylko do wyjaśnienia, dlaczego w Klinice wprowadziłem od początku zwyczaj wczesnego rozpoczynania pracy, mianowicie o godzinie 7. Dla moich współpracowników było to dość uciążliwe. Toteż po latach złagodniałem i pracę rozpoczynaliśmy o 8 rano. Jeżeli chodzi o moją osobę, to cały dzień wypełniała mi różnoraka praca umysłowa. Uważam ją do dzisiaj za najpotężniejszy środek psychoprofilaktyczny, zwłaszcza w zapobieganiu otępieniu starczemu. Tak jak mięśnie sportowca słabną i wiotczeją, jeśli zaniedbuje on zaprawę i zatruwa się alkoholem, tak samo mózg naukowca wyrodnieje ex inactvitate.

A zajęć i obowiązków miałem bez liku. Za wzorem Burghölzli odbywaliśmy konferencje kliniczne, na których przedstawiano chorych i to wszystkich bez wyjątku. Każdy chory, przebadany na oddziale wszechstronnie, przedstawiany był wraz ze wszystkimi wynikami przeprowadzonych badań dodatkowych, po czym odbywała się dyskusja, w której nawet najmłodsi mieli obowiązek zabierania głosu i zgłaszania swoich wątpliwości. Starałem się więc nie terroryzować współpracowników swoim autorytetem. Przeciwnie, najbardziej ceniłem tych, którzy śmiało wypowiadali swoje poglądy. Ćwiczenia ze studentami prowadziłem przeważnie osobiście i były one sprzężone z konferencjami klinicznymi. Ich istotą były pokazy chorych, szczegółowa analiza ich objawów i omówienie zasad lecznictwa psychiatrycznego. Oprócz tego prowadziłem wykłady, które również miały charakter kliniczny, tzn. z pokazem chorych i omówieniem na tych praktycznych przykładach problematyki teoretyczno-naukowej. Wykłady moje cieszyły się ogromną popularnością. A cała ta ogromna praca dydaktyczna pozwoliła mi zebrać materiał do opracowania podręcznika psychiatrii. Było to koniecznością, ponieważ studenci nie mieli się z czego uczyć. Notatki z wykładów z natury rzeczy były niewystarczające. Wśród ogromu zajęć spadł na mnie obowiązek dostarczenia młodzieży, a zarazem i lekarzom, nowoczesnego podręcznika. I to od razu musiałem myśleć o dwóch gatunkach podręcznika, jednego dla studentów i lekarzy niespecjalistów, drugiego dla specjalizujących się w psychiatrii.

Ale równocześnie nie miałem prawa ani możliwości, ani ochoty zapomnieć o obowiązkach wynikających z faktu mianowania mnie w grudniu 1946 profesorem zwyczajnym historii i filozofii medycyny. Do tej roli byłem bardzo dobrze przygotowany jako uczeń Szumowskiego i Sigerista. Trzeba było stworzyć Zakład. Na razie przeznaczyłem na ten cel dwa pokoje w budynku Kliniki. Miałem tego pecha, że poświęciłem się dwom specjalnościom niepopularnym. Niepopularna była psychiatria, gdyż niektórzy nie mogli się pogodzić z myślą, żeby w środku szpitala klinicznego, który skupiał w sobie większość klinik, mieli przebywać chorzy psychicznie. Wyobrażano sobie, że będą to niebezpieczni dla otoczenia "wariaci" i był projekt, żeby owych "wariatów" przewieźć do Kocborowa i dać sobie spokój z niebezpiecznymi eksperymentami. Nie widać było, aby niektórzy, wypowiadając takie poglądy, wstydzili się swojego zacofania. Ale tak samo w pewnych kołach niepopularna była historia i filozofia medycyny. Znaleźli się nawet gorliwcy, którzy wyrażali obawę, że mogłoby tu chodzić o dywersję ideologiczną. Wpłynął nawet do władz centralnych uczony paszkwil, w którym ktoś, na szczęście nie z Gdańska, przedstawił mnie jako "agenta imperializmu amerykańskiego". Musiałem więc równocześnie bronić swojej własnej czci, a zarazem prawa psychicznie chorych i nerwicowców do równorzędnego z pacjentami innych klinik traktowania, a ponadto wszystko jeszcze zagrożonego bytu powstającego z nicości Zakładu Historii Medycyny.

[1]  [2]  [3]  [4]  [5]  [6]  [7]  [8]  [9]  [10]  [11]  [12]  [13]  [14]  [15] 


Wiw.pl  |  Na bieżąco  |  Informacje  |  Co nowego  |  Matematyka i przyroda  |  Astronomia  |  Biologia  |  Fizyka  |  Matematyka  |  Modelowanie rzeczywistości  |  Humanistyka  |  Filozofia  |  Historia  |  Kultura antyczna  |  Literatura  |  Sztuka  |  Czytaj  |  Biblioteka  |  Delta  |  Wielcy i więksi  |  Przydatne  |  Słowniki  |  Co i gdzie studiować  |  Wszechświat w obrazkach