Wielcy
  Wiw.pl   Na bieżąco:  Informacje   Co nowego   Matematyka i przyroda:  Astronomia   Biologia   Fizyka   Matematyka   Modelowanie rzeczywistości   Humanistyka:  Filozofia   Historia   Kultura antyczna   Literatura   Sztuka   Czytaj:  Biblioteka   Delta   Wielcy i więksi   Przydatne:  Słowniki   Co i gdzie studiować   Wszechświat w obrazkach    
  Jesteś tutaj:   Wirtualny Wszechświat > Wielcy i więksi > Kwartalnik Historii Nauki i Techniki  



"Kwartalnik Historii Nauki i Techniki",
R. 23: 1978 nr 1 s. 3-52
[1]  [2]  [3]  [4]  [5]  [6]  [7]  [8]  [9]  [10]  [11]  [12]  [13]  [14]  [15] 
Po tych moich wystąpieniach pesymiści przewidywali, że już po mnie. Ktoś ważny miał powiedzieć: "Takiego człowieka jak Bilikiewicz trzeba albo zniszczyć, albo pozyskać". Ani mnie nie zniszczono, ani nie pozyskano. Wizyta profesora Śnieżniewskiego na razie przyniosła mi nawet pewną korzyść. Dotychczas była w województwie gdańskim taka dziwna sytuacja, że ja jako kierownik Kliniki nie byłem konsultantem wojewódzkim na własne województwo. Podobno profesor Śnieżniewski uznał tę sytuację za anomalię. Byłem bowiem konsultantem na różne odległe województwa: bydgoskie, szczecińskie, koszalińskie, olsztyńskie, byle nie na gdańskie. Do naszego województwa dojeżdżał jako konsultant profesor Falkowski z Warszawy. Wkrótce po wyjeździe profesora Śnieżniewskiego zadecydowano, że ja mam mieć pod opieką własne województwo. Znaczenie moje raczej więc uległo wzmocnieniu. Oczywiście stanowisko specjalisty wojewódzkiego połączone było z ogromem obowiązków. Brałem bowiem moje obowiązki bardzo poważnie. Przykładem niech będą moje sprawozdania pokonsultacyjne, zawsze przemyślane w szczegółach i zakończone wnioskami, które należało urzeczywistniać. W praktyce wielu konsultantów skarżyło się na to, że władza terenowa nie wzruszała się wymaganiami, które zgłaszali konsultanci. Na pewnym zebraniu kierownik Wojewódzkiego Wydziału Zdrowia w odpowiedzi na te skargi przyznał publicznie, iż rzeczywiście być może, że w urzędzie tym nikt tych sprawozdań pokonsultacyjnych nawet nie czytał!

Opisane wyżej sposoby prowadzenia dyskusji naukowej otworzyły oczy wysoko postawionym czynnikom za niedopuszczalność pewnych form. Tak np. na posiedzeniu plenarnym Komitetu Nauk Medycznych PAN dnia 23 VI 1955 profesor Kazimierz Petrusewicz, krytykując ostro ubiegły okres, zwrócił uwagę na "komenderowanie, a nieraz i administrowanie nauką. Nie umiejąc sięgnąć głębiej, ułatwialiśmy sobie czasem zadanie i zamiast kierować nauką, stosowaliśmy nieraz komenderowanie lub administrowanie nauką. Ilustruje to między innymi sprawa profesora Bilikiewicza, która była przykładem komenderującego stosunku do pracowników naukowych. Na szczęście Prezydium Komitetu dla Szerzenia Nauki Pawłowa ingerowało w tej sprawie i postawiło ją na platformie krytycznej dyskusji z profesorem Bilikiewiczem. Wielu z nas, którzy w tej dyskusji brali udział, nadal z profesorem Bilikiewiczem nie zgadzają się, będą go przekonywać, ale to nie znaczy, żebyśmy uchwalali rezolucje potępiające profesora Bilikiewicza" ("Postępy Wiedzy Medycznej" t. 2 s. 409-410). Jeszcze odzywały się tu i ówdzie głosy mniej lub więcej napastliwe na temat etioepigenezy, jednakże życie kliniczne i naukowe nie dało się w ten sposób wytrącić z codziennej poważnej pracy. I tak np. Klinika nasza była jedną z pierwszych, które w Polsce podjęły doświadczenia nad zastosowaniem w lecznictwie psychiatrycznym chloropromazyny; ukazało się na ten temat niemało prac w czasopismach krajowych i zagranicznych. Tzw. administrowanie nauką wprawdzie ustało, ale pośrednio wciąż dawało się we znaki. Tak np. z Kliniki zgłosiliśmy (T. Bilikiewicz, W. Sulestrowski i L. Wdowiak) wspólny referat na II Międzynarodowy Kongres Psychiatryczny w Zurychu we wrześniu 1957 r. Moi szwajcarscy przyjaciele czekali na mnie na próżno, gdyż w ostatniej chwili odmówiono mi paszportu. A już miałem na sobie eleganckie trumienne ubranie. Referat ten zamieściły jednak in extenso natychmiast "Annales Medico-Psychologiąues" (1957 t. 2 s. 441-449).

Ludzie trzymający się w naszym życiu publicznym zasady "Nie podskakiwać, tylko potakiwać!" niejednokrotnie radzili mi powściągnąć mój krewki temperament. Nie byłem do tego zdolny, ani nie uważałem, aby wolno było nie sprzeciwiać się złu. Ostatecznie jednak znaczenie mojej osobowości górowało w różnych okolicznościach. Dowodem tego mógłby być fakt, że w r. 1958 wybrano mnie redaktorem Działu Psychiatrii wspólnego czasopisma "Neurologia, Neurochirurgia i Psychiatria Polska". Współpraca z naczelnym redaktorem organu, profesorem Anatolem Dowżenką, układała się bardzo dobrze. Odczułem też korzystnie tzw. odwilż, dzięki której po wielu zahamowaniach i trudnościach w r. 1957 wyszło pierwsze wydanie mojej Psychiatrii klinicznej, a w r. 1960 II wydanie znacznie obszerniejsze. Był to podręcznik, który zawierał cały materiał potrzebny do egzaminu na II stopień specjalizacji psychiatrycznej. Państwowy Zakład Wydawnictw Lekarskich zawsze zresztą okazywał mi przychylność i drukował moje większe prace bez najmniejszych trudności. Dzięki temu koncepcje moje wywierały wpływ na poglądy psychiatrów polskich, a nawet w pewnym stopniu również docierały za granicę. Dla przykładu przytoczę tutaj pojęcie charakteropatii, czyli zaburzeń charakteru wywołanych zmianami organicznymi mózgu. Dotychczas bowiem wciąż jeszcze pod wpływem psychiatrii niemieckiej pokutowało i pokutuje wieloznaczne i niewiele mówiące pojęcie psychopatii. Na XXVII Zjeździe Naukowym Psychiatrów Polskich w Krakowie, w r. 1961, miałem sposobność zreferować zagadnienie charakteropatii, przy czym liczne doniesienia z Kliniki Chorób Psychicznych niewątpliwie górowały. Wspomnieć tu muszę o mojej uczennicy Halinie Sulestrowskiej, która w r. 1961 wygłosiła i ogłosiła w wydawnictwie Gdańskiego Towarzystwa Naukowego pracę Zaburzenia charakteru u dzieci ze zmianami organicznymi w mózgu.

Nigdy nie zapominałem o historii medycyny. Tak np. w książce Maciej z Miechowa 1457-1523 (Ossolineum 1960) zamieściłem obszerną pracę źródłową pt. Maciej z Miechowa na tle medycyny Odrodzenia. Redaktorem naukowym dzieła był profesor Henryk Barycz. Opracowano postać Miechowity jako historyka, geografa, lekarza i organizatora nauki. Poczytywałem sobie za niemały zaszczyt fakt, że znalazłem się w gronie wybitnych historyków, z których każdy wziął na siebie opracowanie innej części wszechstronnej działalności Miechowity. Patrząc dzisiaj z odległości czasu na mój udział w tym wspólnym dziele, zdumiewam się, skąd wziąłem wśród licznych zajęć klinicysty i dydaktyka czas na badania źródłowe potrzebne do krytycznego opracowania tej wybitnej postaci z dziejów polskiej medycyny. Dodam tutaj zresztą, że w tym samym czasie przygotowywałem dużą pracę, stanowiącą zresztą jakby pomost między historią medycyny i psychiatrią, mianowicie historię polskiej psychiatrii. W tym samym czasie dr Jan Gallus przysłał mi dwa dość obszerne artykuły, które zgodziłem się wcielić w przygotowywane dziełko. W ten sposób powstała książka pt. Psychiatria polska na tle dziejowym - wydana w r. 1962 przez PZWL. Wprawdzie ilościowo biorąc większość tekstu pochodziła ode mnie, jednakże współautorstwo książki wydawało mi się uzasadnione.

Muszę w tym miejscu pozwolić sobie na jeszcze jedną dygresję. Mam na myśli seksuologię, która jest rzadko uprawianym działem psychiatrii zarówno klinicznej, jak i społecznej. W wykładach moich uwzględniałem tę tematykę. W Oddziale Nerwic naszej Kliniki przypadki z tego zakresu nie należały do rzadkości. Toteż materiału z tej dziedziny nie brakowało. W r. 1958 PZWL ogłosił moją monografię pt. Klinika nerwic płciowych, która cieszyła się wielkim powodzeniem i doczekała się pięciu kolejnych wydań. Uznano mnie nawet za pioniera seksuologii klinicznej. Pod moim wpływem powstała możliwość specjalizacji z zakresu seksuologii. W osobie dra Kazimierza Imielińskiego znalazłem ucznia pełnego entuzjazmu. Jest autorem wielu prac z tego zakresu. Habilitował się w Krakowie i rozwija wciąż jeszcze ożywioną działalność publicystyczną i organizatorską, szczególnie potrzebną wobec spotykanego wciąż jeszcze braku zrozumienia dla doniosłości społecznej zaburzeń życia płciowego. M.in. zaproszono mnie do wygłoszenia referatu na Zjeździe Międzynarodowej Federacji Świadomego Macierzyństwa, który odbył się w Warszawie dnia 18 VI 1962. Zdziwiłem się niemało, że referat mój zamieszczony został in extenso w Bombaju w "The Journal of Family Welfare" pt. The effects of sexual disturbances on family life. Nie wszyscy zdawali sobie sprawy z rozmiarów cierpień, których źródłem bywa ciemnota i brak elementarnego uświadomienia w sprawach pożycia seksualnego. Jestem pewny, że działalność moja na tym polu była pożyteczna z punktu widzenia kliniczno-terapeutycznego, społecznego i psychoprofilaktycznego.

[1]  [2]  [3]  [4]  [5]  [6]  [7]  [8]  [9]  [10]  [11]  [12]  [13]  [14]  [15] 

Wiw.pl  |  Na bieżąco  |  Informacje  |  Co nowego  |  Matematyka i przyroda  |  Astronomia  |  Biologia  |  Fizyka  |  Matematyka  |  Modelowanie rzeczywistości  |  Humanistyka  |  Filozofia  |  Historia  |  Kultura antyczna  |  Literatura  |  Sztuka  |  Czytaj  |  Biblioteka  |  Delta  |  Wielcy i więksi  |  Przydatne  |  Słowniki  |  Co i gdzie studiować  |  Wszechświat w obrazkach