Wielcy
  Wiw.pl   Na bieżąco:  Informacje   Co nowego   Matematyka i przyroda:  Astronomia   Biologia   Fizyka   Matematyka   Modelowanie rzeczywistości   Humanistyka:  Filozofia   Historia   Kultura antyczna   Literatura   Sztuka   Czytaj:  Biblioteka   Delta   Wielcy i więksi   Przydatne:  Słowniki   Co i gdzie studiować   Wszechświat w obrazkach    
  Jesteś tutaj:   Wirtualny Wszechświat > Wielcy i więksi > Kwartalnik Historii Nauki i Techniki  



"Kwartalnik Historii Nauki i Techniki",
R. 23: 1978 nr 1 s. 3-52
[1]  [2]  [3]  [4]  [5]  [6]  [7]  [8]  [9]  [10]  [11]  [12]  [13]  [14]  [15] 
Na dorocznych zebraniach Akademii Leopoldina nie ma dyskusji po wygłoszonych referatach. Uczestnicy zebrań mogą sobie dyskutować prywatnie w kuluarach Akademii lub gdzie indziej. Treść mojego referatu zainteresowała wielu naukowców, chociaż mało kto wnikał w istotę zagadnienia. Ucieszył mnie zwłaszcza jeden list z NRD od niemieckiego psychiatry, którego nie znałem. Nie wiem o nim nic bliższego. Nazywa się Eckart Lorenz, mieszka w Karl-Marx-Stadt. W liście swoim z dnia 6 XI 1971 ów Lorenz dał wyraz zainteresowaniu koncepcją mnemosynejdesis i próbował snuć własne pomysły, rozbudowujące ogłoszoną przeze mnie hipotezę. Uczynił to dość szczegółowo w swoich listach z 23 XII 1971 oraz 22 II 1973. W jego środowisku przedyskutowano związane z tą koncepcją zagadnienia. Może kiedyś zużytkuję je, gdyż w tej chwili pracuję nad szczegółowym rozwinięciem omówionej powyżej problematyki. Lorenz pracuje w Bezirkskrankenhaus-Nervenklinik.

Nie będę tutaj omawiał również dyskusji, które przeważnie z mojej inicjatywy odbyły się w Oddziale Gdańsko-Bydgoskim Polskiego Towarzystwa Psychiatrycznego, a także w Oddziale Gdańskim Polskiego Towarzystwa Filozoficznego, którego w ciągu wielu lat byłem wiceprezesem. Na posiedzeniach naukowych tych towarzystw wygłaszałem wielokrotnie referaty na pasjonujące mnie tematy. Nastręczają one bardzo wielkie trudności. Przede wszystkim nie czują się powołani do dyskusji naukowcy, którzy pracują wyłącznie w jednej dziedzinie. A tymczasem problematyka dotycząca koncepcji mnemosynejdesis obejmuje wiele dziedzin jednocześnie. Zwrócił na to uwagę zmarły niedawno, bardzo mi życzliwy profesor Eugeniusz Brzezicki, który usiłował zainteresować środowisko krakowskie. Ale okazało się, że aby urzeczywistnić potrzebne w tym celu badania, trzeba by powołać zespół specjalistów z różnych dziedzin filozofii ścisłej, psychologii, psychopatologii, biochemii, neuropatologii itd. Zorganizowanie i sfinansowanie takich zespołów badań przekracza możliwości najbogatszego człowieka i najbogatszego kraju. Tym bardziej, że należałoby wprzód dowieść doniosłości takich badań w obliczu groźby zniszczenia ludzkości za pomocą III wojny światowej, która będzie miała charakter wojny wszechświatowej, a więc i ostatniej. Zostaje więc w tej chwili tylko minimalistyczny program badań nad skonstruowaniem modelu, który pozwoliłby myślowo przewidzieć wszystkie kolejne etapy badań wielospecjalistycznych koniecznych dla naukowego wyświetlenia odwiecznej zagadki stosunku psychiki do somatycznego podłoża. Tylko pozornie zagadka ta wydaje się mało ważna w porównaniu z ogromem problemu śmierci indywidualnej i kosmiczno-totalnej.

Zgadało się powyżej o śmierci. Warto dlatego może wspomnieć o moich artykułach na temat eutanazji i o polemikach, które z tego wynikły. Otóż zaczęło się to od mojego artykułu pt. Aspekt filozoficzno-lekarski problemu eutanazji - zamieszczonego w "Gdańskich Zeszytach Humanistycznych" seria "Filozofia" 1966 z. 2 s. 5-28. Obszerny ten referat wygłosiłem na posiedzeniu Oddziału Gdańskiego Polskiego Towarzystwa Filozoficznego. Wywołał ożywioną dyskusję i zniekształcone jej echa w prasie. Wysunąłem mianowicie zasadę, że etyka lekarska w żadnym wypadku nie pozwala na to, aby lekarz miał prawo zabijania. Tymczasem obowiązujące ustawodawstwo oddaje często w ręce lekarza wszystkie uprawnienia dotyczące zabijania istot ludzkich. Poddałem krytyce rozporządzenie Ministra Zdrowia z dnia 19 grudnia 1959 r. Ustawodawca pominął w procesie decyzje prawników, którzy z natury rzeczy sprawują kontrolę nad ustawodawstwem. Wyraziłem pogląd, że we wszystkich przypadkach, gdzie czas nie nagli i gdzie śmierć człowieka bez względu na jego rozmiary jest nieuchronną koniecznością, decyzja nie może należeć do lekarza, choćby go nawet prawo do tego upoważniło; w przypadkach takich decyzja skrócenia życia może należeć do władz sądowych. Rola lekarza może się tu ograniczać wyłącznie do wydania orzeczenia o stanie faktycznym i do postawienia uzasadnionego naukowo wniosku eutanazyjnego lub ortotanazyjnego. Wykonanie takiego wyroku sądowego nie może być pod żadnym pozorem obowiązkiem ustawowym lekarza. W swoim radykalizmie posunąłem się jeszcze dalej. Uznałem, że względy humanitarno-wychowawcze przemawiają za rozciągnięciem pojęcia eutanazji nawet na zwierzęta. Tak np. nie godzi się, aby człowiek z zabijania zwierząt robił sobie rozrywkę lub sport. Potępiłem wszystko co uczy okrucieństwa, brutalności, przemocy, nierycerskiego wykorzystywania siły nad istotami bezbronnymi, słabymi, chorymi, życiowo zależnymi. Dawanie lekarzom w rękę władzy eutanazyjnej jest niezgodne z powołaniem lekarza, który winien leczyć, zapobiegać chorobom i uśmierzać cierpienia. Zrozumiałe chyba, że skrajne moje stanowisko wywołało w wielu umysłach zachowawczych stanowczy sprzeciw. Nie gniewałem się, gdy sprzeciw ten wypowiadano rzeczowo i uczciwie. Ale mogłem wpaść w gniew, gdy jeden z dziennikarzy, na pewno nie ze złej woli lecz wskutek bałaganiarskiej metodyki swej pracy, czerpiąc z drugiej ręki, tezę którą przytoczyłem celem zwalczania jej, przypisał właśnie mnie i podniósł wielkie larum. Kiedy zażądałem od Redakcji sprostowania, człowiek ten udał, że wyjechał na wczasy, po czym sprostowanie takie ukazało się z podpisem sekretariatu Redakcji.

Z kolei zająłem się doniosłym problemem umiejscowienia świadomości w mózgu. Badań takich nie można było doświadczalnie przeprowadzać na zwierzętach, gdyż niezdolne byłyby do informowania nas o swoich przeżyciach psychicznych. Doświadczeń na człowieku nie można było znowu przeprowadzać ze zrozumiałych przyczyn etycznych. Pozostawały więc tylko informacje ludzi, którzy przypadkiem ulegli okaleczeniu lub schorzeniu z następstwami psychopatologicznymi. W związku z takimi przypadkami badacze zdani są na zrozumiałe domysły na temat przeżyć psychicznych tych chorych. A jeszcze dalej można się było posunąć, dokonując eksperymentu myślowego. W r. 1968 po polsku, a w r. 1969 po angielsku, ogłosiłem artykuł pt. Somatectomia totalis i jej psychopatologiczne następstwa. Punktem wyjścia moich rozważań stały się przypadki, którym w piśmiennictwie francuskim nadano nazwę hemisomatectomie na oznaczenie zabiegu chirurgicznego, polegającego na amputacji połowy ciała ludzkiego. Chodziło np. o przypadek kolejarza, który dostał się między dwa zderzaki i uległ zmiażdżeniu miednicy. Po operacji, którą udało mu się przeżyć, pozostał kikut składający się tylko z górnej połowy ciała. Czy szczątek taki zasługuje jeszcze na nazwę człowieka? W eksperymencie myślowym możemy się posunąć jeszcze dalej. Wyobraźmy sobie szalonego chirurga, który szczątek taki poddaje dalszym jeszcze amputacjom, pozbawiając go kończyn górnych i kolejno wszystkich narządów wewnętrznych, bez których można żyć. Działania wojenne pozostawiły przy życiu kadłuby bez kończyn, które utrzymują się przy życiu tylko dzięki troskliwej opiece otoczenia. Ale człowiekiem pozostałaby istota, którą po wielu amputacjach podłączono by trwale pod aparaturę różnego rodzaju: sztuczną nerkę, płuco-serce, sztuczny przewód pokarmowy w znaczeniu aparatury, która zaopatrywałaby krew we wszystkie wskaźniki odżywcze umożliwiające trwanie tego szczątka ludzkiej istoty. Pozostałaby w końcu tylko głowa, i to nie cała, gdyż pozbawiona większej części twarzoczaszki, a więc i zmysłów. Układ krążenia, przewód pokarmowy i narządy oddechowe stałyby się również zbędne, gdyż rolę tę spełniałaby aparatura. Ale na tym nie koniec fantazji. Człowiek zdaje się być człowiekiem dzięki temu, że stanowi integralną część środowiska, w którym żyje. Ale czasem natura pozbawia człowieka zmysłów, a mimo to może on utrzymywać łączność z otoczeniem. Znany jest przypadek głuchociemnej Heleny Keller, która dzięki troskliwej pracy wychowawczej swojej opiekunki potrafiła stworzyć sobie zastępczy system porozumiewania się z otoczeniem, dzięki czemu jej życie psychiczne rozwinęło się do wysokiego poziomu. Szalony chirurg-eksperymentator nie poprzestałby na pozbawieniu ofiary obłędu narządów zmysłowych w głowie, gdyż usunąłby i skórę. Usuwaąc czucie, pozbawiłby swoją ofiarę łączności ze środowiskiem, a więc ostatni warunek trwania osobowości. Ale ten szczątek człowieka żyłby nadal na poziomie najniższego szczebla descendencji.

[1]  [2]  [3]  [4]  [5]  [6]  [7]  [8]  [9]  [10]  [11]  [12]  [13]  [14]  [15] 

Wiw.pl  |  Na bieżąco  |  Informacje  |  Co nowego  |  Matematyka i przyroda  |  Astronomia  |  Biologia  |  Fizyka  |  Matematyka  |  Modelowanie rzeczywistości  |  Humanistyka  |  Filozofia  |  Historia  |  Kultura antyczna  |  Literatura  |  Sztuka  |  Czytaj  |  Biblioteka  |  Delta  |  Wielcy i więksi  |  Przydatne  |  Słowniki  |  Co i gdzie studiować  |  Wszechświat w obrazkach