Wielcy
  Wiw.pl   Na bieżąco:  Informacje   Co nowego   Matematyka i przyroda:  Astronomia   Biologia   Fizyka   Matematyka   Modelowanie rzeczywistości   Humanistyka:  Filozofia   Historia   Kultura antyczna   Literatura   Sztuka   Czytaj:  Biblioteka   Delta   Wielcy i więksi   Przydatne:  Słowniki   Co i gdzie studiować   Wszechświat w obrazkach    
  Jesteś tutaj:   Wirtualny Wszechświat > Wielcy i więksi > Kwartalnik Historii Nauki i Techniki  



"Kwartalnik Historii Nauki i Techniki",
R. 23: 1978 nr 1 s. 3-52
[1]  [2]  [3]  [4]  [5]  [6]  [7]  [8]  [9]  [10]  [11]  [12]  [13]  [14]  [15] 
Na zakończenie mojego referatu w Szczecinie przytoczyłem przykład, jak szanuje się i czci w Związku Radzieckim wielkie tradycje naukowe. Nie tak dawno np. w Kremlowskim Pałacu Zjazdów odbyło się jubileuszowe posiedzenie Akademii Nauk ZSSR z udziałem 6000 uczonych radzieckich oraz licznych przedstawicieli świata nauki 47 krajów. Posiedzenie było ostatnim akordem obchodów 250-lecia istnienia rosyjskiej Akademii Nauk, założonej w 1724 r. przez Piotra Wielkiego. Na koniec dodałem, że w r. 1825 zmieniono nazwę Akademii na Petersburska Akademia Nauk i że czynna ona jest do dzisiaj. Zmieniono nazwę, ale zachowano z dumą jej ciągłość istnienia. Zapytywałem: dlaczego nie wzięliśmy przykładu ze Związku Radzieckiego? I dlaczego uparcie nie dąży się do naprawienia tego błędu? Wszak wciąż jeszcze w The World of Learning w zestawieniu z krajami świata Polska umieszczona jest na równi z mnóstwem po II wojnie światowej powstałych państewek, jak gdyby rozpoczynała swoją historię od r. 1952. Oto krzyczący przykład propagandowego samobiczowania!

Powyższy obraz mojej osobowości mógłby może nasuwać przypuszczenie, że zatopiony byłem do tego stopnia w problematyce filozoficzno-psychologicznej, że ogłuchłem na wołania ze świata cierpień społecznych. Od czasów moich studiów w Szwajcarii żyłem w przekonaniu, że alkohol był zawsze i jest najgroźniejszym wrogiem społeczeństwa. Jako historyk medycyny zebrałem chyba kompletne materiały dziejowe dla poparcia tego twierdzenia. Surowy prawodawca w starożytnej Sparcie - Likurg - popierał pijaństwo wśród podbitych plemion, lecz zwalczał je surowo wśród rodowitych Spartan. Niewolnikom pozwalano się upijać, a gdy rozrabiali, wyprowadzano ich na widok publiczny dla odstraszenia od alkoholu dzieci i młodzieży. Pozostanie na zawsze hańbą europejskich kolonizatorów Ameryki, że rozmyślnie dostarczali napojów alkoholowych tubylcom, aby ich ujarzmić. Taką samą politykę uprawiano w Polsce przed rozbiorami "za króla Sasa..." A już do szczytu tę metodę doprowadzili hitlerowcy w czasie okupacji, którzy np. część wynagrodzenia za pracę wypłacali butelkami wódki. Jarzmo fizyczne nie może się mierzyć z jarzmem psychicznym, którego źródłem najskuteczniejszym jest alkohol.

Nie będę tutaj oczywiście streszczał zagadnienia alkoholizmu w naszym kraju i związanej z nim tragicznej rzeczywistości. Wszystkie stosowane dotychczas metody opanowania epidemii alkoholizmu okazały się bezskuteczne. Byłem jednym z pierwszych bojowników o trzeźwość narodu, jeszcze w tych czasach, gdy alkoholizm nie osiągnął takich rozmiarów jak dzisiaj (1976-1977). Wczytajmy się tylko w tragiczną wymowę liczb, podanych przez Rocznik Statystyczny GUS 1976 (nie posiadamy jeszcze danych za rok 1976 i dalsze). Na stronie 83 w tablicy 8 (128) pt. Spożycie przez ludność dóbr materialnych z dochodów osobistych - w miliardach złotych czytamy: Napoje alkoholowe:

1970 1971 1972 1973 1974 1975
48,1 52,0 57,0 67,9 69,6 82,2

Narastanie spożycia alkoholu każe bić na alarm. Kiedy rozpoczynałem swoją walkę, był jeszcze czas na zaprzestanie produkcji alkoholi wysokoprocentowych. Akcję swoją prowadziłem nie tylko jako polski patriota, ale jako psychiatra. Nawet w tej chwili, gdy jawnie przegrywamy walkę z pijaństwem, jeszcze wciąż byłaby możliwość opanowania tej straszliwej epidemii, gdyby tylko dało się radykalnie usunąć przyczyny. Od początku zwracałem uwagę na fakt, że przyczyną jest głód tkankowy. Tylko psychiatra ma możność bezpośredniego oglądu tego objawu, który niczym istotnym nie różni się od głodu morfinowego. Istotą tego zjawiska jest wytworzone środowiskowo chorobliwe zapotrzebowania tkanek żywego ustroju na alkohol lub inne używki. Tej prawdy klinicznej ludzie nie rozumieją, zwracając swój gniew przeciwko ofiarom. Dlatego wszelką akcję psychoprofilaktyczną powinno się rozpoczynać od uświadomienia ludności i czynników administracyjnych co do istoty głodu tkankowego, który leży u podstaw wszelkiej działalności przeciwspołecznej i przestępczej alkoholików. Niestety od początku akcji, którą prowadziłem w porozumieniu z działaczami przeciwalkoholowymi, nie było i nie ma widoków na sukces. Alkoholizm wzrasta z roku na rok, kompromitując nas w oczach zagranicy i niszcząc pod względem moralnym, zdrowotnym, gospodarczym i każdym innym. Walkę rozpoczynaliśmy jeszcze w warunkach rokujących powodzenie. Niech liczby przemówią: przed 40 laty - o gdzież te szczęśliwe czasy? - martwiliśmy się, że spożycie czystego spirytusu na głowę mieszkańca wynosiło 0,9 litra. A teraz (1975) wynosi 1,2 litra! Przerażające te liczby dotyczą tylko spirytusu monopolowego, nie obejmują zaś pędzonego masowo po wsiach bimbru. Widoczne już jest dla wszystkich, że dotychczasowe sposoby walki z alkoholizmem były i są niewystarczające, skoro doprowadziły do takiego stanu rzeczy. Mam tę smutną satysfakcję, że taki rozwój sprawy przewidziałem.

Zrozumienie dla prowadzonej przeze mnie propagandy przeciwalkoholowej okazało czasopismo prawnicze "Prawo i Życie". Przyjęło ono na swoje łamy mnóstwo artykułów przeciwalkoholowych, których autorem bywałem najczęściej ja. Artykuły swoje utrzymywałem w tonie ostrym. Gdyby wysunięty przeze mnie projekt polskiej ustawy prohibicyjnej został przyjęty i urzeczywistniony, nie bylibyśmy dzisiaj w tym strasznym, niemal beznadziejnym położeniu. Przeciwnicy zareagowali na mój projekt prohibicji zorganizowaną furią. Obrzucano mnie szyderstwami, mój projekt wyśmiano na łamach prasy codziennej i satyrycznej, wypaczając sens. Zawsze twierdziłem, że pijacy są ofiarami, a nie sprawcami; w "Szpilkach" pewien smutny humorysta przedstawił mój projekt w ten sposób, że każę topić pijaków w Morzu Bałtyckim! Mojego projektu nie wydrukowano, ani nawet nie dopuszczono mnie do głosu na XXXI Zjeździe Psychiatrów Polskich w Poznaniu w r. 1973. Pewien nominalny alkoholog, oczywiście niepsychiatra, postarał się w jakiś sposób o to, że był referentem zgłoszonych doniesień. Nadużycie zaufania polegało na tym, że zamiast obiektywnie zreferować moje doniesienie, pozwolił sobie na jego wysoce nietaktowną krytykę. A przecież dyskusja nad wygłoszonymi referatami przewidziana była w dwie godziny później.

Ulubionym chwytem polemicznym przeciw mojemu projektowi ustawy prohibicyjnej było atakowanie prohibicji... amerykańskiej. Przemilczano ma się rozumieć fakt, że amerykańska ustawa prohibicyjna stała się błogosławieństwem dla ludu amerykańskiego. Niepowodzenie ustawy polegało na tym, że spowodowała ona bankructwo wytwórni napojów alkoholowych i ruinę ludzi żyjących z rozpijania współobywateli. Rozegrała się wojna domowa. Zdobywany nielegalnie alkohol stawał się z roku na rok coraz droższy. Tylko bogacze mogli sobie pozwolić na ten luksus. Natomiast ludność niezamożna i średnio zamożna nie miała dostępu do przemytników i nie miała pieniędzy na kupno nielegalnie pędzonego bimbru. W ciągu 11 lat działania ustawy prohibicyjnej spożycie alkoholu zaczęło się zbliżać do zera. Oznaczało to oczywiście katastrofę dla wszystkich hien, zarówno dla kapitalistów, którzy kiedyś zarabiali na alkoholu fantastyczne sumy, jak i dla przemytników i paserów. Po ciężkich walkach zwyciężył obóz, domagający się uruchomienia na nowo nieczystych źródeł dochodu. Względy na zdrowie i dobro narodu amerykańskiego zakrzyczała propaganda wrogów prohibicji. Podobna propaganda działa do dnia dzisiejszego. Nie mówi się natomiast, do czego Ameryka doszła bez prohibicji na polu toksykomanii. Ale - niestety - nie mówi się, do czego myśmy doszli bez prohibicji. Zwalczając mój projekt, nikt nie potrafi przeciwstawić mu lepszego. A tymczasem moje artykuły spowodowały lawinę głosów, które otrzymywałem z rozmaitych sfer społeczeństwa. "Prawo i Życie" zamieszczało część tych listów na swoich łamach: były to głosy żon pijaków, katowanych na oczach dzieci. Były to też poważne artykuły wspierające moją akcję swoimi rzeczowymi argumentami. Nawet ci, którym nazwa "prohibicja" nie podobała się, muszą sobie i drugim uświadamiać rozmiary klęski biologicznej, gospodarczej, moralnej i propagandowej, do której doprowadza pijaństwo.

Zgłoszony przeze mnie projekt ustawy prohibicyjnej, który nie stracił nic na swej aktualności, lecz raczej zyskał, zawierał następujące najważniejsze postulaty:

1. Należy jak najrychlej zaniechać produkcji sprzedaży napojów zawierających powyżej 18% alkoholu. Tłumaczy się to faktem lekarskim, że napoje alkoholowe wysokoprocentowe są najniebezpieczniejszą trucizną, przede wszystkim dla ośrodkowego układu nerwowego.

2. Gdy ludność oswoi się z brakiem wysokoprocentowych napojów, należy stopniowo doprowadzić do zaniechania i produkcji napojów, zawierających więcej niż 5% alkoholu.

3. Równoznacznie z wprowadzeniem w życie powyższych postulatów należy redukować liczbę punktów sprzedaży napojów alkoholowych, do których ostatecznie uprawnione byłyby tylko zakłady gastronomiczne I kategorii. Oczywiście stanowczo należałoby zakazać sprzedaży napojów alkoholowych w kioskach, w wagonach kolejowych, w stołówkach pracowniczych, w prywatnych jadłodajniach itd.

4. Należy stworzyć jeden solidarny i konsekwentny front propagandy przeciwalkoholowej; do tego postulatu zaliczyć należy roztoczenie uważnej kontroli wszelkich publikacji, związanych tematycznie z toksykomanią. Opiniowanie książek, artykułów, scenariuszy, wypowiedzi przekazywanych za pomocą ulotek, odczytów i środków masowego przekazu powinno należeć do kompetencji komitetów przeciwalkoholowych. Szczególną uwagę należy poświęcić widowiskom, które pośrednio przedstawiają pijaństwo jako zjawisko humorystyczne lub podnoszące człowieka na duchu. Natomiast popierać należy wszystko, co sugeruje ludności przeświadczenie o szkodliwości napojów alkoholowych dla zdrowia, moralności, wydajności pracy, powodzenia w życiu osobistym i społecznym.

5. Wykorzystać należy w całej pełni powołany w myśl § 6 pkt 4 Stałej Komisji Rady Ministrów do Spraw Walki z Alkoholizmem. W zespole tym istotną rolę powinni odgrywać lekarze-psychiatrzy, biegli w problematyce pijaństwa i alkoholizmu.

Powyższy referat zakończyłem wyrażeniem nadziei, że wprowadzenie w życie wymienionych postulatów wywrze wpływ wychowawczy, który będzie się wyrażał przemianą panującej obyczajowości. Urzeczywistnienie projektu ustawy wywarłoby korzystny wpływ ekonomiczny. Alkohol stałby się towarem deficytowym. Tym. samym liczba alkoholików okazyjnych, nałogowych i przewlekłych spadałaby z roku na rok. Dzięki temu zwiększyłaby się liczba rąk do pracy i to rąk pracowitych, nie drżących, kierowanych niezatrutym mózgiem. Zmniejszyłyby się zastępy przestępców, zmniejszyłaby się liczba przyjęć do szpitali psychiatrycznych i ogólnych. Przychodziłyby też na świat dzieci inteligentniejsze, zdolniejsze i pozbawione wrodzonych cech charakteropatycznych. Spadłaby też liczba świeżych zakażeń wenerycznych. Pośrednio poprawiłaby się też nawet obronność kraju. Niestety - jasne te i zrozumiałe argumenty nie trafiły do przekonania. Dlaczego nie trafiły, nie wiem. Z żalem muszę stwierdzić, że nie stanęli na poziomie niektórzy dziennikarze, którzy nie znając problemu od strony chociażby klinicznej, w miejsce prohibicji dawali łatwe rady. Na przykład, że należy pijakom wyperswadować niekulturalne picie, że należy ich przekwalifikować z pijących wódkę na pijących piwo lub wino. Na próżno jako stary psychiatra (z praktyką już 50-letnią) wypowiadałem się w artykułach publicystycznych, że zadanie takie jest niewykonalne. Gdyby udzielający takich łatwych rad uzyskali dostęp do kliniki psychiatrycznej i obejrzeli wyniki badań dodatkowych, to zrozumieliby, że alkohol uszkadza tkankę mózgową, co wyraża się klinicznie i społecznie głodem tkankowym. Pijak po wytrzeźwieniu wyraża skruchę i obiecuje święcie poprawę. Obietnice te nic nie są warte; gdy tylko znajdzie się pod sugestią knajpy, głód tkankowy bierze górę nad najszlachetniejszymi pobudkami i popchnie go znowu do nawrotu. Walkę o trzeźwość przegrałem. I w dalszym ciągu przegrywam. A wraz ze mną przegrywają nieszczęśliwe żony katowane przez alkoholowych charakteropatów; przegrywają bezbronne dzieci, których dzieciństwo staje się piekłem.

W związku z tym opowiem wcale nie zabawną opowieść o filmie, którego osnową stała się, a przynajmniej miała się stać, moja osoba. Otóż z inicjatywy moich przyjaciół nakręcono dużym kosztem niemal jednogodzinny kolorowy film, w którym przedstawiono różne fragmenty mojej działalności: wykład dla studentów w sali im. Rydygiera, rozmowę ze mną w moim mieszkaniu na różne tematy naukowe i lekarsko-społeczne, również na temat niedoszłej do skutku ustawy prohibicyjnej. Nie szczędzono kosztów i wysiłków; podobno koszty wyniosły 850 tysięcy zł. Reżyserem był znany dobrze naszej publiczności Grzegorz Królikiewicz. Nie oglądałem filmu, ale wiem od kogoś, kto w TV w Warszawie go widział, że wypadł doskonale. Działo się to w r. 1974. Filmu nie wyświetlono na ekranach, chociaż podobno na próbnym pokazie podobał się większości widzów-słuchaczy. Nie wyjaśniono mi urzędowo nigdy, dlaczego kosztowne to przedsięwzięcie utrącono. Prywatnie ktoś wyjaśnił mi, że nie spodobał się komuś z obecnych na pokazie pewien fragment mojej wypowiedzi na temat walki z alkoholizmem. Omawiając niepowodzenie wszystkich dotychczas stosowanych sposobów opanowania klęski pijaństwa i alkoholizmu, oceniłem wyniki słowami: "gorzej już być nie może". Ocenę tę uznano za propagandowo niebezpieczną. Mojej opinii, że polska (a nie amerykańska) ustawa prohibicyjna mogłaby nas uratować, nie dopuszczono do głosu. Rzeczywiście, przeglądając prasę polską stwierdza się, że od pewnego czasu nie ma artykułów, które by omawiały alkoholizm jako zagadnienie zasadnicze. Ukazują się czasem artykuły, w których następstwa pijaństwa przedstawia się jako zawinione indywidualne nadużycie. A tymczasem ludność ma wyrobiony pogląd na przyczyny tej klęski społecznej.

Kończąc swoje wspomnienia autobiograficzne, pragnąłbym tylko krótko wyjaśnić, skąd wzięła się we mnie zawziętość i upór w walce o trzeźwość i dobre imię narodu polskiego. Niewątpliwie trwały wpływ wywarł na mnie pobyt w Szwajcarii. Zdecydowaną i nieustępliwą walkę z pijaństwem prowadzili tam psychiatrzy: Forel, Eugen Bleuler i ich uczniowie. Pamiętam akcję pod hasłem Alkoholfreie Gaststdtten, prowadzoną konsekwentnie w imię trzeźwości narodu. Obowiązywała zasada, że przede wszystkim nie wypada psychiatrom oddawać się pijaństwu, gdyż powinni świecić przykładem. Pamiętam takie wydarzenie w czasie, gdy pracowałem w Burgholzli: przybył tam na staż młody kolega - Szwajcar z kantonu Tessino. Był bardzo miły, towarzyski, rozmowny. Pamiętam, jak się nazywał, ale pominę jego nazwisko. Otóż urządził on u siebie spotkanie towarzyskie, może z okazji urodzin. Na spotkaniu popijano alkohol. Dowiedział się o tym nasz szef - profesor H. W. Maier. Młodzieniec ten stante pede wyleciał z Kliniki. Dla nas młodych była to nauczka, która pozostała w naszej pamięci na zawsze. I wróciliśmy do kraju przejęci ideałem trzeźwości. Nie chodziło tylko o zdrowie osobniczych mózgów, ale w jeszcze wyższym stopniu o społeczno-propagandowy sens problemu. Byłem w Szwajcarii pół wieku temu. Polska kultura wówczas znana była chlubnie cudzoziemcom. Wystarczyło powiedzieć, że się jest Polakiem, aby natychmiast usłyszeć w rozmowie takie nazwiska, jak Kopernik, Szopen, Sienkiewicz, Paderewski. Kiedy w 20 lat później znalazłem się w Ameryce, już było gorzej pod tym względem. Wielki patriota polski - dr Aleksander Rytel i inni działacze Polonii robili wszystko, co możliwe, aby przeciwdziałać wynarodowieniu ludności polskiej. Propaganda polskości była bardzo utrudniona. Starsze pokolenie tęskniło do starego kraju. Natomiast młodzież oddalała się od polskości. Polska w jej oczach była krajem ubogim, zniszczonym przez wojnę, niczym nie imponującym. Amerykanie górowali nad nami bogactwem, aureolą zwycięstw, przodownictwem cywilizacyjnym. Trudno było patriotom polskim walczyć z propagandą wrogich żywiołów. Wracałem do kraju w nastroju smutnym. Ale pod względem charakterologicznym nie zmieniłem się. Może jeszcze kiedyś zdobędę się na dalszy ciąg moich wspomnień. Tutaj sprawy osobiste mogłem poruszyć tylko mimochodem. Ale moje życie osobiste było równie bogate. I wraz z życiem publicznym stopiło się w jedną zwartą osobowość.

[1]  [2]  [3]  [4]  [5]  [6]  [7]  [8]  [9]  [10]  [11]  [12]  [13]  [14]  [15] 

Wiw.pl  |  Na bieżąco  |  Informacje  |  Co nowego  |  Matematyka i przyroda  |  Astronomia  |  Biologia  |  Fizyka  |  Matematyka  |  Modelowanie rzeczywistości  |  Humanistyka  |  Filozofia  |  Historia  |  Kultura antyczna  |  Literatura  |  Sztuka  |  Czytaj  |  Biblioteka  |  Delta  |  Wielcy i więksi  |  Przydatne  |  Słowniki  |  Co i gdzie studiować  |  Wszechświat w obrazkach