Wielcy
  Wiw.pl   Na bieżąco:  Informacje   Co nowego   Matematyka i przyroda:  Astronomia   Biologia   Fizyka   Matematyka   Modelowanie rzeczywistości   Humanistyka:  Filozofia   Historia   Kultura antyczna   Literatura   Sztuka   Czytaj:  Biblioteka   Delta   Wielcy i więksi   Przydatne:  Słowniki   Co i gdzie studiować   Wszechświat w obrazkach    
  Jesteś tutaj:   Wirtualny Wszechświat > Wielcy i więksi > Kwartalnik Historii Nauki i Techniki  



""Kwartalnik Historii Nauki i Techniki"
R. 29:1985 z. 2 s. 259-322
Wiktor Dega
ZAPISKI DO AUTOBIOGRAFII (cz. 1)
Moja droga życiowa do wiedzy i zawodu

Z medycyną zetknąłem się we wczesnym dzieciństwie. Mieszkałem z rodzicami w Poznaniu przy małej uliczce Św. Piotra. Naprzeciw naszej kamienicy znajdował się szpitalik dla dzieci oraz przedszkole. Było to dla mnie nieszczęściem, a zarazem szczęściem. Nieszczęściem, bo zarażałem się od dzieci z przedszkola po kolei wszystkimi zakaźnymi chorobami dziecięcymi. Szczęściem; bo przebyte choroby uodporniły mnie (nie było wtedy antybiotyków), tak że później nie wiedziałem, co to jest absencja chorobowa. Szczęściem było i to, że poznałem z bliska lęk przed śmiercią i wdzięczność, że nie chciała ona skorzystać ze swej kosy. Zwłaszcza ciężko przechodziłem szkarlatynę oraz dyfteryt, gdy mi groziło uduszenie z powodu zajęcia krtani.

Wdzięczność czułem do mej Matki, która pielęgnowała mnie troskliwie. Pełen wdzięczności byłem także dla naszego domowego lekarza, dr. Bolesława Krysiewicza, pracującego jako pediatra w szpitaliku naprzeciwko nas. Był w moich oczach uosobieniem dobroci - zjawiał się zawsze we wszystkich zagrożeniach i ratował mnie. Wtedy nie wiedziałem jeszcze, że opiekował się mną znany lekarz społecznik; założyciel szpitalika. Ulica, na której mieszkaliśmy, i szpital otrzymały w PRL imię Bolesława Krysiewicza. Jego obecność, jak również dobroć mojej Matki i jej gotowość niesienia pomocy nie tylko mnie, ale i innym, spowodowały zapewne, że już jako 5-6 letni chłopiec pragnąłem zostać lekarzem.

Lata młodzieńcze

Chodziłem do gimnazjum Marii Magdaleny w Poznaniu. Był to okres zaboru pruskiego. Językiem wykładowym był niemiecki. W klasach przeważająca większość uczniów (ok. 70%) była narodowości polskiej, toteż w przerwach międzylekcyjnych dominował język polski. Dorastając, wielu z nas czuło potrzebę poznawania historii i literatury polskiej. Rodzice zgodzili się, żebym chodził z Januszem Zeylandem na prywatne lekcje tzw. polskiego do pani Rakowskiej przy ul. Półwiejskiej. Janusz Zeyland mieszkał w tej samej kamienicy. Bawiliśmy się na podwórku, chodziliśmy wspólnie do gimnazjum. Był to mój najserdeczniejszy przyjaciel i przez długie lata łączyły nas wspólne przeżycia, aż rozdzieliła nas jego śmierć. Prof. dr med. Janusz Zeyland - znany badacz gruźlicy u dzieci - został zastrzelony przez hitlerowców w pierwszych dniach powstania warszawskiego w 1944 r.

Rok 1913 zbliżył nas szczególnie, gdyż obaj przyłączyliśmy się do podziemnego ruchu skautowego, prowadzonego na ziemiach zachodnich przez Towarzystwo Tomasza Zana (TTZ), a w 1914 r. wstąpiliśmy do Tajnej Organizacji Niepodległościowej (TON). Była to organizacja niezależna, choć regulaminy wojskowe i stary karabin Manlichera do ćwiczeń otrzymaliśmy z galicyjskiego ruchu strzeleckiego. Byliśmy przekonani, że wojna światowa, w której wybuch wierzyliśmy, da nam okazję wywalczenia niepodległości nie tylko oświatą, lecz przede wszystkim z bronią w ręku.

Był to okres ciężkiej harówki, wkuwania regulaminów wojskowych, zaprawiania się w musztrze wojskowej i w nocnych marszach ćwiczebnych, ale zarazem świetna nauka dyscypliny i autodyscypliny, niezrażania się trudnościami i pokonywania ich. Obok zajęć wojskowych, których ukoronowaniem było uzyskanie stopnia podchorążego, biegły normalne zajęcia szkolne. Wszystko musiało się odbywać w ścisłej tajemnicy przed kolegami szkolnymi, a także przed rodzicami. Każda wsypa groziła wyrzuceniem z gimnazjum, a ojcom naszym utratą posady.

Dziś wiem z własnego doświadczenia, jak niebezpieczny jest dla chłopca wiek 17-18 lat i jak łatwo można nadużyć zaufania młodzieży w tym wieku. Sam będąc najgłębiej przekonany o świętości naszych ideałów niepodległościowych i o słuszności sposobu ich realizacji, a zarazem zobowiązany do bezwzględnego wykonania otrzymanego rozkazu, byłbym wykonywał każdy rozkaz bez zawahania. Czyny tak spreparowanej psychologicznie młodzieży zależą wtedy tylko od poczytalności ich przywódców. Na szczęście nasze przywództwo było poczytalne. Ten okres wyrobił a mnie duże zrozumienie dla spraw młodzieżowych. W osądzaniu poczynań młodzieży należy zawsze zacząć od doszukiwania się ich pierwotnych motywów.

Na wojennych frontach

W 1914 r. wybuchła wojna światowa. Moi starsi koledzy szkolni otrzymali zaraz powołanie do wojska - oczywiście niemieckiego, jako że Poznań należał do zaboru pruskiego. Większość z tych kolegów zginęła na froncie, a wśród nich prezes TTZ, Henryk Bukowski, mój sąsiad na ławie szkolnej i przyjaciel.

Dnia 6 września 1915 r. sam otrzymałem pozew do wojska niemieckiego. Ponieważ należałem do TON, uważałem za swój obowiązek przedłożenie pozwu swemu przełożonemu i otrzymałem zgodę jako oddelegowany do armii pruskiej. Jakże to było naiwne, gdy dziś na to spoglądam, ale był to objaw funkcjonowania dyscypliny.

Byłem wtedy w niższej prymie gimnazjalnej. Za rok miałem zdawać maturę. Ponieważ urodziłem się 7 grudnia 1896 r., otrzymałem pozew w 1915 r., podczas gdy moi koledzy, którzy byli o kilka tygodni młodsi, jak np. Janusz Zeyland, lecz urodzili się w 1897 r., ukończyli gimnazjum z maturą i udali się na studia. Janusz Zeyland zaczął studiować medycynę w Berlinie.

Fakt, że zamiast studiować, muszę tułać się po frontach w mundurze pruskim, był dla mnie psychicznie bardzo bolesny. Jedyną korzyścią była zaprawa fizyczna. Przenoszenie wojsk wzdłuż frontu odbywało się wtedy pieszo. Kilkudniowe marsze z pełnym rynsztunkiem po 30 km na dobę, z noclegami gdzie popadło, było czymś normalnym. Początkowo formacja nasza działała na froncie wschodnim pod Baranowiczami.

Tutaj wiosną 1917 r. przeżyłem pierwszy atak gazowy zastosowany przez Niemców. Przez całą noc nosiliśmy metalowe butle gazowe, układając je na przedpolu naszych rowów strzeleckich. Gdy kierunek wiatru wydawał się przychylny, saperzy odkręcili kurki butli i wiatr miał nieść chmurę gazu na pozycje nieprzyjacielskie. Lecz wiatr okazał się niebyt obliczalny i część gazu przeniosła się na sąsiednie odcinki niemieckich rowów strzeleckich, szerząc popłoch. Próby tej już nie powtarzano na naszym odcinku.

Latem przeniesiono nasz batalion nad rzekę Serwecz. Był to spokojny odcinek frontu. Szeroka dolina dzieliła rowy niemieckie od okopów rosyjskich. Tutaj przeżyłem niezapomniane chwile rewolucji w Rosji i ogłoszenie zawieszenia broni. Przebłysk końca wojny (niestety złudny) wywołał wielką radość i nadzieję. Natychmiast próbowaliśmy sprawdzić wiarygodność zawieszenia broni. Małymi grupkami zbliżaliśmy się do linii rosyjskich, gdzie żołnierze rosyjscy okazali te same zamiary. Zaraz też zaczął się handel wymienny: machorka, którą bardzo ceniliśmy, puszki żywnościowe, części odzieży itp.

Trudno pojąć, jak wzajemna wrogość może powstać i ustać na rozkaz. Ludzie, którzy do siebie jeszcze wczoraj strzelali, w przekonaniu, że dobrze czynili, dziś podawali sobie ręce uśmiechnięci i pełni nadziei, że wzajemna udręka ustała.

Dla nas jednak nie ustała udręka. Osłabienie działań na froncie wschodnim Niemcy wykorzystali na przygotowanie wielkiej ofensywy na froncie zachodnim. Wojska z frontu wschodniego przerzucano na front zachodni. Dywizja niemiecka, do której przynależała nasza jednostka wojskowa, przeniosła się z północy na Polesie, gdzie tonęliśmy w błocie nad brzegami Prypeci (wiosna 1918 r.), a krótko potem przewieziono nas koleją na front zachodni, początkowo do Alzacji.

Tutaj w kwietniu 1918 r. ukazał się rozkaz dywizji, który umożliwiał zdanie matury tym żołnierzom gimnazjalistom, którym - tak jak mi - powołanie do służby wojennej przerwało naukę szkolną. W maju 1918 r. wydelegowano mnie do Koblencji nad Renem, gdzie wraz z innymi żołnierzami gimnazjalistami zdałem maturę. Szczęście moje nie miało granic. Zaraz też immatrykulowałem się korespondencyjnie na Wydziale Lekarskim Uniwersytetu w Berlinie. Ku mojej wielkiej radości przysłano mi kartę immatrykulacji jako studenta medycyny. Karta ta ułatwiła mi później wydostanie się z piekła ofensywy wpierw pod St. Quentin, później pod Chateaux-Thierry pod Paryżem, a w końcu pod Le Cateaux, gdzie kontrofensywę francuską wsparły wojska amerykańskie.

Korzystając z zamieszania związanego z transportowaniem rannych żołnierzy z frontu na tyły, udało mi się, dzięki mej karcie studenta medycyny, przyłączyć się jako eskorta do jednego z transportów. W ten sposób znalazłem się we wrześniu 1918 r. w szpitalu dla rannych żołnierzy w München-Gladbach w Nadrenii. Tu, znów dzięki mej karcie studenta medycyny, przydzielono mnie do pomocy lekarzom. Trudno mi było uwierzyć w swoje szczęście. Karta immatrykulacyjna zachowała się do dziś. Przechowuję ją jak relikwię.

W listopadzie 1918 r. wybuchła żołnierska rewolucja w Niemczech. Powstały Rady Żołnierskie. Przeczekałem pierwszy zamęt, jaki powstał. W początku grudnia opuściłem szpital w München-Gladbach i po kilkudniowej tułaczce z kolejowymi transportami, które wiozły wracających z frontu żołnierzy, dotarłem wreszcie do Poznania.

Powstanie Wielkopolskie

Mój pobyt w domu potrwał zaledwie kilka dni; zamiast wymarzonego wyjazdu na studia medyczne rozpoczął się drugi etap mojej wojaczki. W Poznaniu bowiem zastałem już niektórych kolegów z TTZ i TON, między innymi Janusza Zeylanda, i dowiedziałem się o przygotowaniach do powstania, w które się natychmiast włączyłem. W Poznaniu panowały niemieckie Rady Żołnierskie.

Gdy przyjechał do Poznania Ignacy Paderewski, przydzielono mnie, jak również Janusza Zeylanda i innych kolegów z TON, do ochrony jego osoby. Na dworcu kolejowym utworzyliśmy wokół jego powozu szpaler, trzymając się za ręce i chroniąc Paderewskiego przed naporem wiwatującego tłumu. Noc z 27 na 28 grudnia spędziłem z Januszem Zeylandem w kompanii ochrony w holu Muzeum Wielkopolskiego, położonego tuż naprzeciw hotelu "Bazar", w którym zatrzymał się Paderewski.

Gdy 27 grudnia 1918 r. wybuchło powstanie, zdobyliśmy magazyny wojskowe przy ul. Artyleryjskiej w Poznaniu, co umożliwiło nasze umundurowanie i uzbrojenie oraz wzięcie udziału w walkach na Starym Rynku, mających na celu oczyszczenie śródmieścia z wojsk niemieckich. Ulokowano nas w koszarach "Szóstakow" przy ul. Bukowskiej i przydzielono do 1 Pułku Strzelców Wlkp. Później pułk ten przemianowano na 10 Pułk Strzelców Wlkp.

Ponieważ z wojska niemieckiego wyniosłem stopień podoficera, zostałem dowódcą sekcji. W krótkim czasie awansowałem na plutonowego. Nie chciałem korzystać z mojej karty immatrykulacyjnej. Jako członek TON uważałem za swój obowiązek walkę z bronią w ręku. W dniu 5 i 6 stycznia brałem udział w zdobywaniu gmachu Urzędu Pocztowego przy dworcu Zachodnim w Poznaniu oraz w odbiciu z rąk niemieckich lotniska na Ławicy pod Poznaniem. W dniu 19 kwietnia 1919 r. otrzymałem nominację na sierżanta. W dniu 5 maja 1919 r. wysłano nasz pułk na front północny. Tutaj nadeszła 25 V 1919 moja nominacja na podporucznika i zarazem na dowódcę VII Kompanii Piechoty 10 Pułku Strzelców Wlkp.; brałem wówczas udział w walkach pod Paterkiem.

W dniu 27 czerwca 1919 r. przeniesiono nasz pułk na front galicyjski i wołyński, na odsiecz Lwowa. Brałem tu udział w ofensywie w kierunku Husiatyna nad Zbruczem. W dniu 30 sierpnia 1919 r. wróciliśmy znów do Wielkopolski na front południowy.

Studia dla medyków wojskowych w Warszawie

Gdy zakończyła się wojenna akcja powstańcza, przeniesiono mnie 22 października 1919 r. do Baonu Zapasowego 68 p. p. (10 Pułk Strzelców Wlkp.). Ponieważ uzyskanie zwolnienia ze służby wojskowej było zupełnie niemożliwe, zacząłem starać się o oddelegowanie na kurs dla medyków wojskowych celem rozpoczęcia studiów lekarskich. Takie kursy prowadziły uniwersytety w Warszawie i we Lwowie. Starania były trudne, ale w końcu otrzymałem wymarzony urlop i w początku stycznia 1920 r. wyjechałem z moim przyjacielem Januszem Zeylandem do Warszawy.

Znalezienie tzw. pokoju "meblowanego" było bardzo trudne. Po długim szukaniu znaleźliśmy wreszcie pomieszczenie u pewnej wdowy, p. Szymańskiej, przy ul. Ordynackiej 13 m. 7. Pani ta odnajęła już wszystkie pokoje sublokatorom, lecz zaoferowała nam kuchenną wnękę zasłoniętą kotarą. Skłonił ją do tego mój przydział kartek na węgiel, kaszę i cukier, który to przydział wiązał się z moją 3-miesięczną delegacją wojskową na studia. We wnęce stały wzdłuż ścian dwa wąskie łóżka żelazne. Gdy siedliśmy na nich z Januszem, nasze kolana stykały się.

Mimo tego prymitywu ocenialiśmy naszą sytuację jako luksusową. Tuż obok wnęki stał w kuchni czynny piec, który nie tylko grzał, ale dawał wszystkie kulinarne możliwości. Z pieca korzystali wszyscy lokatorzy.

W dniu 17 stycznia 1920 r. dokonała się nasza immatrykulacja na Wydziale Lekarskim Uniwersytetu Warszawskiego. Nasze szczęście było pełne. Upajała mnie świadomość, że po tylu latach tułania się po frontach zacząłem nareszcie studiować.

Przystąpiłem do studiów tak, jak ktoś bardzo wygłodzony zabiera się dojedzenia. Nie przepuściłem żadnego wykładu. Na szczęście zakupiłem sobie w Poznaniu wszystkie potrzebne podręczniki, wydane w języku niemieckim; polskie bowiem nie były osiągalne. Posiadanie podręczników dało mi wielką szansę gruntownego uczenia się. Na wykładach przyswajałem sobie polską terminologię. Nie uświadomiłem sobie jeszcze wtedy, jak duże znaczenie miała znajomość języka obcego.

Raz w tygodniu prof. Leon Petrażycki miał wkłady z filozofii. Odbywały się one w auli, która była zawsze zatłoczona słuchaczami. Prof. Petrażycki przedstawiał w swych wykładach syntezę różnych zagadnień. Czynił to w porywający sposób, stąd ta frekwencja, ja zaś starałem się nie opuszczać żadnego z wykładów, mimo że nie były one dla mnie obowiązkowe.

Dziś zdaję sobie sprawę z wielkiego znaczenia, jakie miały takie wykłady. Uczyły one powiązania przyczyn i skutków zjawisk naukowych, życiowych czy społecznych i uczyły przewidywania skutków w przyszłości, a więc przezorności w ocenach. Obecne specjalizacje zawodowe zawężają się coraz bardziej, a wykłady syntetyzujące poglądy mogą chronić nas przed zacieśnieniem się własnych poglądów.

Po ukończeniu pierwszego trymestru, który zaliczono uczestnikom wojny jako semestr, i po powrocie do swej jednostki wojskowej otrzymałem przydział jako medyk do szpitala wojskowego we Wrześni. Zaraz jednak poczyniłem starania, by otrzymać delegację na następny trymestr.

Wyjechaliśmy znów z Januszem Zeylandem de Warszawy i ukończyliśmy letni trymestr. W dniu 3 lipca 1920 r. wróciłem do mojego Baonu Zapasowego 68 p.p. w Poznaniu. W dniu 8 sierpnia 1920 r. zostałem przeniesiony do Dowództwa Kampanii Zapasowej Sanitarnej Nr 7 w Poznaniu jako dowódca Kompanii Szkoleniowej. W dniu 25 listopada 1920 r. otrzymałem nominację na porucznika. W dniu 10 stycznia 1921 r. otrzymałem bezterminowy urlop z wojska, co dało mi swobodę kontynuowania studiów.

Janusz Zeyland miał mniej szczęścia w swej służbie frontowej, wrócił bowiem z frontu jako inwalida z powodu złamania szyjki kości udowej. Koń, na którym jechał, przewrócił się i przygniatając Janusza swoim ciężarem, spowodował owe złamanie. Janusz otrzymał aparat ortopedyczny odciążający złamane biodro, co umożliwiło mu chodzenie, a tym samym podjęcie przerwanych studiów medycznych. Toteż w połowie stycznia 1921 r. pojechaliśmy do Warszawy, gdzie przyjęła nas nasza gospodyni przy ul. Ordynackiej, odnajmując nam tym razem jeden ze swoich pokojów.

Dla Janusza studia były wielce uciążliwe z powodu konieczności noszenia aparatu ortopedycznego. Mimo to byliśmy szczęśliwi, że mogliśmy zaliczyć zimowy trymestr, który nam zaliczono jako drugi semestr. W przerwie międzysemestralnej, latem 1921 r., Janusz poddał się operacji. Złamana szyjka udowa nie zrosła się. Prof. dr Ireneusz Wierzejewski, kierownik Kliniki Ortopedycznej w Poznaniu, wzmocnił złamaną szyjkę przeszczepem kostnym, pobranym z kości piszczelowej Janusza. Zabieg taki był w owym czasie wielką nowością techniczną. Profesor pozwolił mi przyglądać się operacji. Wykonał ją z imponującą techniką, a wynik operacji zadecydował, że postanowiłem obrać chirurgię ortopedyczną i ortopedię jako swoją specjalizację po ukończeniu studiów.

Operacja uwolniła Janusza po kilku miesiącach od konieczności noszenia ciężkiego aparatu ortopedycznego. Przeżyłem z nim jego wielką radość, że może znów chodzić bez aparatu i być niezależnym od pomocy osób trzecich. Nie zapomniałem nigdy tej radości. Będąc już chirurgiem, chętnie wypracowywałem metody operacyjne, które uwalniały pacjentów od noszenia aparatów ortopedycznych (wiotkie porażenia kończyn, gruźlica stawów, skrzywienia kręgosłupa i in.).

Zimowy i letni semestr 1921/22 odrobiliśmy w Warszawie, a tym samym tzw. "physicum". Trudności finansowe oraz fakt, że Wydział Lekarski Uniwersytetu Poznańskiego uruchomił studia kliniczne, skłoniły nas do przeniesienia się do Poznania. W dniu 14 kwietnia 1922 r. nastąpiło moje zwolnienie z wojska.

Studia medyczne w Poznaniu

Tutaj więc jesienią 1922 r. rozpoczęły się moje studia kliniczne. Wykładowcami w klinikach byli znani lekarze specjaliści, którzy otrzymali nominacje na profesorów, jak prof. Wincenty Jezierski - internista, prof. Adam Karwowski - specjalista w chorobach skórnych, prof. Witold Kapuściński - okulista, prof. Kazimierz Nowakowski - chirurg, prof. Ireneusz Wierzejewski - ortopeda. Nie byli oni naukowcami, lecz znakomitymi praktykami. Od nich nauczyłem się najwięcej praktycznej medycyny, co mi później pozwoliło dawać sobie radę we wszystkich sytuacjach życiowych, gdy musiałem działać jako lekarz ogólny. Utwierdziło mnie to w przekonaniu, że dla studenta medycyny wartość jego wychowawcy leży nie tyle w jego osiągnięciach naukowych, ile w jego doświadczeniu praktycznym i umiejętności przekazywania tego doświadczenia studentowi.

Profesorowie naukowcy przybyli z innych zaborów, byli to: prof. Stefan Borowiecki - neurolog, prof. Antoni Jurasz senior - otolaryngolog, prof. Antoni Jurasz - chirurg, prof. Ludwik Skubiszewski - anatomopatolog, prof. Stanisław Horoszkiewicz - medycyna sądowa, prof. Adam Wrzosek - historia medycyny, antropologia, prof. Eugeniusz Piasecki wychowanie fizyczne i higiena szkolna, prof. Tadeusz Kurkiewicz - histologia, prof. Stefan Różycki - anatomia opisowa, prof. Ignacy Hoffmann - patologia.

Liczba studentów nie była duża. Na wykłady obowiązkowe przybywało 50-60 osób. Wykłady nieobowiązkowe miały mniejsze uczestnictwo. Np. u prof. Jurasza seniora, który wykładał otolaryngologię, zjawiało się na wykładzie ok. 10-12 studentów. Wykłady odbywały się przy ul. Szkolnej w pomieszczeniach suterenowych, których okna zwracały się na ul. Podgórną. Wszyscy studenci mieli opóźnienia w studiach z powodu różnych okoliczności wojennych. Ich wiek wynosił ok. 30 i więcej lat. Prof. Jurasz senior sadzał nas na kanapie i krzesłach wokoło stołu, na którym ustawiał słoje z preparatami anatomicznymi. Mogliśmy brać je do ręki i oglądać podczas wykładu. Duży nacisk kładł na ćwiczenia praktyczne. W tej małej grupie w bezpośrednim kontakcie z Profesorem nauczyliśmy się w krótkim czasie bardzo dużo. Był to bardzo ekonomiczny sposób intensywnego nauczania.

U niektórych profesorów, jak u prof. Borowieckiego, neurologa i psychiatry, istniał zwyczaj, że kandydat - ubrany możliwie odświętnie - przedstawiał się profesorowi przed egzaminem. Profesor wypytywał o odbyte studia, warunki bytowe itp. i ustalał ze studentem termin egzaminu. To nawiązanie bezpośredniego kontaktu z profesorem odbierało lęk przed egzaminem. Egzaminator i egzaminowany spotykali się na egzaminie jako znajomi i wstyd nam było wykazać się brakiem wiadomości. Ten kontakt z profesorem niemal zmuszał nas do uczenia się.

Wszystkie okresy wakacyjne wykorzystywałem, by "famulować" na różnych oddziałach, jak: wewnętrzny, gruźliczy, skórny itd. "Famulus" był w owym czasie mile widziany. Nie było ich wielu. Ordynator znalazł dla niego zawsze jakieś praktyczne zatrudnienie (zastrzyki, płukanie żołądka, proste badania laboratoryjne itp.).

Podczas jednej z takich praktyk na oddziale noworodków na Piekarach przeraził mnie wygląd niektórych wcześniaków, odwodnionych, o starczych twarzach. Zgłosiłem prof. K. Jonscherowi swe wątpliwości, czy w ogóle warto zajmować się takimi nieudanymi zaczątkami człowieka. Prof. Jonscher wysłuchał mnie spokojnie i odpowiedział: "Wyobraźcie sobie, Kolego, że ja też byłem takim wcześniakiem". Było bo jednym z pouczeń, które miało podstawowe znaczenie dla mego myślenia lekarskiego. Później jako ortopeda doskonale rozumiałem zastrzeżenia niektórych rodziców co do celowości leczenia ich kalekich dzieci.

Inną przygodę miałem podczas praktyki wakacyjnej u dra Pomorskiego, znanego chirurga poznańskiego. Pozwolił mi on asystować podczas operacji na szczęce. Asysta moja polegała na trzymaniu haków. Operacja przebiegała gładko i byłem dumny, że podczas zabiegu nie usłyszałem żadnej nagany. Sądziłem, że spisałem się dobrze. Tymczasem po skończonym zabiegu dr Pomorski podziękował mi za "pomoc", ale dodał: "widać, że Kolega nigdy nie asystował". Byłem tym trochę urażony, ale później zrozumiałem, że o wartości pracy podczas zabiegu chirurgicznego nie decyduje dobre samopoczucie operatora czy asysty.

Bardzo pouczające było dla mnie zastępstwo wakacyjne dra Kulińskiego z Wągrowca, dyrektora tamtejszego dużego, wówczas nowego szpitala. Panował w owym czasie zwyczaj, że lekarze praktykujący w terenie poszukiwali studentów ostatniego roku studiów na zastępstwa wakacyjne. Wywieszali swe oferty na czarnej tablicy "Bratniej Pomocy". Latem 1923 r. zgłosiłem się właśnie do dra Kulińskiego w Wągrowcu, odpowiadając na jego ogłoszenie. Nie miałem żadnych zahamowań, by przejąć to zastępstwo, byłem bowiem głęboko przekonany, że posiadam potrzebne przygotowanie i wiadomości. To dobre samopoczucie pozwoliło mi wykonywać małe zabiegi operacyjne i zestawiać złamania. Do moich obowiązków należały wyjazdy na wieś do chorych. Często czekały na mnie 2-3 furmanki naraz.

Wyjazdów tych bałem się mocno. Była to zawsze większa bezpośrednia ekspozycja. Rodzina czekała na lekarza i spodziewała się dobrej porady. Toteż starałem się w czasie jazdy wypytać woźnicę, który zazwyczaj był członkiem rodziny, i dowiedzieć się nieco szczegółów o chorym i jego chorobie. Dla pewności zabierałem ze sobą poradnik diagnostyczno-recepturowy, z którego korzystałem ukradkiem, gdy tylko pozwoliły na to okoliczności.

Okres zastępstwa lekarza dawał mi duże zadowolenie. Byłem pełen zapału i dobrych chęci. Nie miałem w pobliżu żadnego lekarza, którego mógłbym się poradzić i upewnić się, że wszystko załatwiałem dobrze. Dziś z zażenowaniem oceniam ten okres, bo wiem, jak wiele spraw załatwiałem niewłaściwie. Brak doświadczenia przy wzmożonym samopoczuciu jest wielkim wrogiem lekarza i takim niebezpieczeństwem dla chorych.

Ilekroć spotykałem się później z młodymi lekarzami, pewnymi siebie, wierzącymi w słuszność swych koncepcji medycznych i upierających się przy nich sztywno - myśl moja uciekała do tego właśnie okresu, gdy sam nie byłem inny. Na szczęście dziś rzadko się zdarza, by student bez dyplomu mógł uprawiać praktykę lekarską bez pomocy doświadczonych lekarzy.

Okres asystencki

Dzień 1 kwietnia 1924 r. był jednym z tych dni, które są kamieniami milowymi na drodze mego życia. Zacząłem realizować swe marzenie specjalizowania się w chirurgii ortopedycznej i ortopedii. Pomógł mi w tym kontakt, jaki nawiązałem z prof. dr. Ireneuszem Wierzejewskim z okazji operacji, której dokonał u mego przyjaciela Janusza Zeylanda. Prof. Wierzejewski przyjął mnie jako pomocniczą siłę naukową do swej Kliniki Ortopedycznej Uniwersytetu Poznańskiego przy ul. Gąsiorowskich 7 w Poznaniu. W dniu 1 lipca 1924 r. otrzymałem etat zastępcy młodszego asystenta. Dyplom dra wszech nauk lekarskich uzyskałem 6 IX 1924 r.

Klinika działała na bazie Zakładu Ortopedycznego im. B. S. Gąsiorowskich i na zasadzie unii personalnej. Prof. Wierzejewski był zarazem dyrektorem kliniki i Zakładu. Sam Zakład stanowił własność towarzystwa "Charitas". Zastępcą prof. Wierzejewskiego w kierownictwie zakładu był dr Michał Grobelski. Asystentami na etatach uniwersyteckich byli dr Franciszek Raszeja oraz moja osoba. Dr Raszeja był o kilka miesięcy starszy ode mnie i rozpoczął asystenturę w klinice pół roku wcześniej, w październiku 1923 r. Obaj podlegaliśmy w pracy drowi Michałowi Grobelskiemu, który był prymariuszem zakładu.

Zakład liczył ok. 60 łóżek dla dorosłych i dla dzieci. Pokoje były podzielone według systemu klas, istniejącego wtedy powszechnie w szpitalnictwie polskim. Chory samopłacący mógł wybierać klasę, według której chciał opłacać leczenie. Pierwsze klasy miały pokoje jednoosobowe. W drugiej klasie były po 2-3 łóżka, leczyli się tu urzędnicy państwowi, którym skarb państwa pokrywał w części koszty leczenia. Ubezpieczalnia Społeczna opłacała swym członkom koszty leczenia w trzeciej klasie. Zajmowali oni pokoje większe, po 5-6 łóżek.

W pracy naszej nie było różnicy między kliniką a Zakładem. Zakład Gąsiorowskich był wprawdzie zakładem fundacyjnym, fundusz Zakładu stopniał jednak całkowicie z powodu dewaluacji pieniądza po I wojnie światowej. Zakład musiał więc być samowystarczalny gospodarczo, a dr Grobelski był odpowiedzialny za gospodarkę finansową i administracyjną. Świadczenia uniwersytetu ograniczały się do opłacenia etatu profesora oraz dwu naszych etatów asystenckich, tj. Raszei i mojego, oraz do przyznania pewnego funduszu na zakup książek dla biblioteki Zakładu.

Każdy z nas miał swój oddział chorych, którymi musiał się opiekować, tj. napisać historię choroby, przygotować całą dokumentację, zaproponować program leczenia, przygotować chorego do operacji, asystować przy niej oraz prowadzić leczenie pooperacyjne. Operacje wykonywali prof. Wierzejewski lub dr Grobelski. Stopniowo dopuszczali nas do samodzielnego wykonywania zabiegów. Rozpoczynaliśmy od przedłużania ścięgien Achillesa w stopkach końsko-szpotawych lub spastycznych. Później, gdy nabyliśmy pewnej biegłości technicznej, wolno nam było realizować własne projekty operacyjne, uprzednio akceptowane. To zaufanie, jakie okazywał nam prof. Wierzejewski, zmuszało nas do ostrożności, by nie zawieść go; z drugiej strony zachęcało do pokazania, co już umiemy.

Prof. Wierzejewski był nadzwyczajny jako szef. Nie hamował nas w naszej pracy, był wyrozumiały i pełen życzliwości, nigdy też nie okazywał zazdrości, jeśli mieliśmy jakieś sukcesy w naszych pracach, publikacjach czy w naukowych wystąpieniach na posiedzeniach lub zjazdach itp. Dr Grobelski spełniał swe zadania wzorowo, starannie i z wielkim poczuciem sprawiedliwości. Kol. Raszeja był doskonałym współtowarzyszem pracy. Nasze zajęcia i obowiązki mogliśmy sobie rozkładać sami zgodnie z własnymi planami, toteż nasza współpraca układała się idealnie.

Personel zakładu nie był liczny, ale bardzo przywiązany do miejsca pracy, sumienny i pracowity. Zakład miał umowę z Wyższą Szkołą Pielęgniarstwa, toteż obsada pielęgniarska była doborowa. Pielęgniarki były po maturze i wnosiły dużą kulturę w swoją pracę na oddziałach. Praca w zakładzie przebiegała w atmosferze harmonijnej. Wychowałem się w niej, uważając ten styl pracy za coś całkiem normalnego.

Zakład był mały i z tego powodu pewne pomieszczenia miały wielofunkcyjne przeznaczenie, z wyjątkiem sali operacyjnej, która była tabu. Siostra Melania czuwała z wielką gorliwością nad. aseptyką. Obok sali aseptycznej była mała sala opatrunkowa, a dalej "gipsownia" z aparaturą do gipsowania. Było bo duże pomieszczenie i służyło, zależnie od pory dnia i od okoliczności, różnym celom. Tutaj badaliśmy po południu chorych nowo przyjętych. Tutaj też prof. Wierzejewski wygłaszał swe wykłady dla studentów. W gipsowni ćwiczyliśmy wieczorami z Raszeją szermierkę na szable, a okresowo odbywały się mecze na szable z kolegami z Kliniki Położniczej, którzy również uprawiali ten sport.

Zakład posiadał swój oddział rentgenowski, mały oddział fizykoterapii, małe laboratorium oraz Przykliniczne Warsztaty Ortopedyczne, zatrudniające 2-3 mechaników ortopedycznych. Warsztaty zaopatrywały chorych w protezy, aparaty, gorsety i obuwie ortopedyczne.

Wierzejewski imponował nam swymi pomysłami w budowie aparatów ortopedycznych, które konstruował w warsztatach. Lubował się w tych konstrukcjach. Sam pracował - nim zaczął studia lekarskie -jako technik-mechanik w Poznańskich Zakładach Cegielskiego. Należał do Cechu Rzemieślniczego i miał prawo egzaminowania kandydatów na mistrzów techniki ortopedycznej.

Fakt, że Warsztaty Ortopedyczne znajdowały się przy klinice, powodował, że istniała ścisła współpraca lekarza z technikiem ortopedycznym. Lekarz mógł przedstawić bezpośrednio technikowi projekt aparatu, technik z kolei wypowiadał swe uwagi. Obaj dokonywali przymiarki aparatu. Chory przechodził pod okiem lekarza i technika okres wypróbowywania przydatności otrzymanego przyrządu ortopedycznego i uczył się posługiwać się nim. Lekarz i technik mieli pewność, że aparat spełni swe zadanie, gdy chory opuści szpital. Jest to - moim zdaniem - najlepszy model zaopatrywania chorych w sprzęt zaopatrzenia ortopedycznego. Respektuje on maksymalnie potrzeby chorego, pobudza inwencję konstruktorską lekarza ortopedy i technika, sprzyja tym samym rozwojowi nowych technik w zaopatrzeniu ortopedycznym.

Niestety, nie udało mi się do dziś nakłonić Ministerstwa Zdrowia i Opieki Społecznej, by stworzyło administracyjnie taki model. Zahamowało to udział Polski w światowym postępie w zaopatrzeniu ortopedycznym. Spowodowało brak zainteresowania lekarzy-ortopedów techniką zaopatrzenia ortopedycznego, a w końcu pozbawiło ludność sprawnego zaopatrzenia w protezy, aparaty i obuwie ortopedyczne. Stąd ustawiczne skargi ludności w prasie.

Biuro administracyjne naszego zakładu składało się z jednego księgowego i z jednej sekretarki. Obie to osoby prowadziły całą rachunkowość, załatwiały wszelkie zamówienia, łącznie z dostarczaniem wszelkich materiałów potrzebnych dla Warsztatów Ortopedycznych. Jedna pielęgniarka (tzw. gospodarcza) odpowiadała za wyżywienie, szpitalną bieliznę itp. Dziś trudno zrozumieć, jak mogły 2 osoby załatwiać całą rachunkowość oraz korespondencję zakładu i kliniki, a także zabezpieczyć potrzeby warsztatów ortopedycznych. Uczciwość pracowników i zaufanie do nich były podstawą sprawnego współdziałania.

Program dnia pracy w zakładach był mniej więcej taki, że rano o 8-ej rozpoczynały się operacje, po czym w gipsowni opatrywaliśmy chorych leżących na oddziałach: męskich, kobiecych i dziecięcych. Po sprzątnięciu gipsowni i sali opatrunkowej rozpoczynało się przyjmowanie chorych ambulatoryjnych. W południe lekarze zbierali się w tzw. "gabinecie lekarskim". Była to właściwie biblioteka lekarska, zawierająca bogate zbiory książek fachowych, starannie uzupełniana w bieżącą literaturę krajową i zagraniczną. Nie było specjalnego bibliotekarza. Mieliśmy ją pod wspólną opieką i mogliśmy z niej korzystać w każdej chwili, co było bardzo cenne w naszej pracy.

"Gabinet lekarski" był zarazem pokojem rekreacyjnym dla lekarzy. Tutaj też jadaliśmy obiady i kolacje. Jako asystenci nie mieliśmy określonych godzin pracy. Naszym obowiązkiem natomiast było zaopiekowanie się chorymi. Zajęcia przedpołudniowe kończył zazwyczaj obiad. Przed i po kolacji każdy z nas badał swoich nowo przyjętych chorych.

Prof. Wierzejewski cieszył się wielkim autorytetem, toteż do kliniki przybywali chorzy ze szczególnie ciężkimi przypadkami schorzeń. Sam porywał swoją osobowością, swoim znakomitym poczuciem humoru, swoją bezpośredniością i wyrozumiałością. Miał gruntowną wiedzę w dziedzinie ortopedii i chirurgii ortopedycznej. Szkolił się u takich mistrzów jak Angerer, Fritz Lange w Monachium i Konrad Biesalski w Berlinie, u którego był prymariuszem. Był świetnym operatorem, pełnym inwencji zmierzającej do stałego poprawiania metod operacyjnych i ulepszania ich wyników. Lubował się w pracach doświadczalnych, m.in. nad przeszczepami ścięgien, nerwów i kości. Jako zwierząt doświadczalnych używał świń z hodowli znajdującej się przy zakładzie. Przeszczepy kostne zaczęły w tym okresie wchodzić w użycie w Polsce - zwłaszcza w leczeniu gruźlicy kostno-stawowej (usztywnienia pozastawowe, usztywnienia kręgosłupa metodą Albee'go i in.).

Prof. Wierzejewski sam zachęcał Raszeję i mnie do opracowań naukowych i do publikowania ich, co odpowiadało nam bardzo. Byłem dumny, gdy pozwolił mi opublikować swoją metodę plastyki kciuka. Była to moja pierwsza publikacja, którą przyjęło do druku poważne czasopismo francuskie "Revue d'Orthopédie" (t. XIII. 6. 1926). Ilekroć ktoś z nas opracował jakiś temat do druku, prof. Wierzejewski cieszył się ogromnie. Końcowe przedstawienie pracy odbywało się przeważnie przy kieliszku koniaku i kufelku piwa, którą to kombinację Wierzejewski uwielbiał.

Ta radość szefa z naszych postępów i łatwość dostępu do bogatego piśmiennictwa w naszej bibliotece wyrobiły w nas nawyk gruntownego opracowywania wszystkich "przypadków" i do wychwytywania i opracowywania tzw. "specjalnych przypadków". Przypadki te musieliśmy przedstawiać na posiedzeniach naukowych, które organizowało Towarzystwo Chirurgów i Ortopedów Polski Zachodniej, założone przez prof. Antoniego Jurasza, chirurga, oraz naszego prof. I. Wierzejewskiego, jak również na ogólnokrajowych zjazdach, które organizowały Polskie Towarzystwo Ortopedyczne i Traumatologiczne, Towarzystwo Chirurgów i Ortopedów Polski Zachodniej lub Polskie Towarzystwo Przyrodników i Lekarzy.

Polskie Towarzystwo Ortopedyczne i Traumatologiczne ukonstytuowało się podczas swego zjazdu w Poznaniu w 1928 r., zarejestrowało się w Poznaniu w dniu 10 listopada 1928 r. Na wniosku o rejestrację towarzystwa figurują nazwiska: dr Henryk Cetkowski, Franciszek Raszeja oraz Wiktor Dega.

Do pierwotnej liczby dwu asystentów dołączyli w 1928 r. dr Roman Zieliński oraz dr Józef Wolszczan. Dr Zieliński przeniósł się później do Katowic, gdzie pracował jako ortopeda; zmarł przedwcześnie. Dr Józef Wolszczan organizował i prowadził Katedrę i Klinikę Ortopedyczną Uniwersytetu we Wrocławiu. Tam też habilitował się w 1946 r. Zmarł również przedwcześnie, bo w 1948 r.

Studia we Francji

Latem 1925 r. Wierzejewski przyniósł z Dziekanatu Wydziału Lekarskiego UP wiadomość, że otrzymał do dyspozycji stypendium Rządu Francuskiego na roczne studia medyczne we Francji, i zapytał mnie, czy nie zechciałbym skorzystać z tej okazji. Było to spełnienie największego z mych marzeń. Nie tyle pociągała mnie zagranica, ile okazja sprawdzenia samego siebie, a raczej sprawdzenia wartości moich studiów przygotowujących mnie do zawodu lekarza. Tak się bowiem składało w mym życiu, że moją naukę gimnazjalną skróciła służba wojskowa. Zdałem wprawdzie maturę, ale była ona "wojenna". Także studia lekarskie odbyłem w Warszawie w ulgowych warunkach jako uczestnik powstania wielkopolskiego i żołnierz-ochotnik, biorący udział w walkach wyzwoleńczych w Wielkopolsce i pod Lwowem (lata 1918-1922). Z tego powodu zaliczono mi dwukrotnie trymestr jako semestr. Studia kliniczne odbyłem w Poznaniu na nowo utworzonym Wydziale Lekarskim, gdzie wiele zajęć prowadzili lekarze specjaliści mianowani wykładowcami uniwersyteckimi. Nękał mnie więc niepokój, jakim ja mogę być lekarzem i specjalistą z tak wybrakowanym przygotowaniem.

Korzystanie ze stypendium było uwarunkowane zdaniem egzaminu ze znajomości języka francuskiego. Szczęśliwie złożyło się, że zaraz po podjęciu pracy w klinice postanowiliśmy z Frankiem Raszeją brać regularne lekcje francuskiego. Znaliśmy dobrze język niemiecki ze szkoły, ale francuskiego było za mało, by korzystać z naszej fachowej biblioteki. Moja szkolna znajomość francuskiego była słaba, a te kilka miesięcy lekcji podciągnęły mnie niewiele. Z obawą więc stanąłem przed moim egzaminatorem z ramienia uniwersytetu. Był nim prof. Wojciech Grabowski.

Po wypytaniu o cel mego wyjazdu do Francji przedłożył m gruby tom "Varsovie" i kazał przeczytać oraz przetłumaczyć kilka zdań francuskich. Pro krótkiej rozmowie orzekł dobrotliwie: "No, po powrocie z Francji będzie Pan lepiej mówił po francusku" i wydał mi zaświadczenie o zdaniu egzaminu. Nigdy nie zapomniałem, jak wielkim dobrodziejstwem może być pobłażliwość i życzliwość. Gdybym jej nie doznał ze strony prof. Grabowskiego, moje całe życie zawodowe ułożyłoby się inaczej.

Radość wyjazdu tłumiła choroba mego ojca, który od lat cierpiał na wątrobę, a krótko przed moim wyjazdem lekarz rozpoznał "guzy przerzutowe w wątrobie", nie nadające się do operowania. Wyjeżdżałem z Poznania z przeświadczeniem, że będę musiał przerwać mój pobyt we Francji, by zobaczyć jeszcze ojca. Na szczęście lekarze mają prawo korzystania z wielkiego przywileju: mogą się mylić w swych rozpoznaniach! Ojciec mój przeżył ze swymi "przerzutami" dalsze 30 lat.

Stypendium Rządu Francuskiego wynosiło 150 franków. Koszty podróży musiałem pokryć sam. Na szczęście prof. Wierzejewski potraktował mój pobyt we Francji jako płatny urlop naukowy, dzięki czemu otrzymywałem z kraju swą miesięczną pensję 240 zł, co odpowiadało wartości ok. 50 dolarów USA. W tym okresie każdy bank zagraniczny odręcznie wymieniał złote polskie na walutę swego kraju.

Moją pracę w klinice odrabiał w tym czasie dr Raszeja. Tak bowiem umówiliśmy się z Raszeją, który planował identyczny urlop naukowy w następnym roku, a wtedy ja miałem odrabiać jego prace w klinice. Prof. Wierzejewski zaakceptował naszą umowę.

Ponieważ miałem możliwość wyboru miejsca studiów, wybrałem na pierwsze półrocze Lyon. Uczyniłem to dlatego, że miasto to było siedzibą twórców nowoczesnej (wówczas) chirurgii kostno-stawowej we Francji. Tutaj działał Ollier i jego uczniowie. Zgłosiłem się do prof. Gabriela Nové-Josséranda, kierownika Kliniki Chirurgii i Ortopedii Dziecięcej. Przyjął mnie życzliwie, a na moje tłumaczenie, że mój język francuski jest daleki od doskonałości, odpowiedział: "Byłbym bardzo szczęśliwy, gdybym potrafił tak mówić po polsku jak Pan po francusku".

Klinika mieściła się w starym budynku Szpitala Miejskiego (La Charité). Pomieszczenia chorych były duże, po 10, 20 i więcej łóżek. Urządzenie szpitala było stare. Było to moje pierwsze rozczarowanie. Wyobrażałem sobie naiwnie, że zagranicą wszystko w medycynie będzie lepsze. Tymczasem nasza Poznańska Klinika Ortopedyczna okazała się "cackiem" w porównaniem z "landarami" lyońskiego szpitala miejskiego. Nasze inteligentne i wyszkolone pielęgniarki w klinice przewyższały swymi umiejętnościami lyońskie siostry zakonne. Nawet urządzenia sal operacyjnych nie wyróżniały się niczym szczególnym. Żaden z operatorów nie operował lepiej niż prof. Wierzejewski.

Okresowo odbywały się posiedzenia naukowe lyońskich towarzystw naukowych. Chodziłem na nie pilnie. Za stołem pokrytym zielonym suknem zasiadali prominenci medyczni. Znałem ich tylko z piśmiennictwa, tutaj zobaczyłem osobiście. Młodzież asystencka zajmowała miejsca na ławkach amfiteatralnych. Prawo głosu mieli tylko członkowie towarzystwa. Oni też przedstawiali nie tylko swoje publikacje, ale także elaboraty zgłaszane przez asystentów.

Pierwsze posiedzenie zrobiło na mnie głębokie wrażenie, szczególnie gdy prominenci toczyli dyskusję nad wygłoszonymi tematami. Urzekał mnie sposób, w jaki przedstawiali swe poglądy lub uzasadniali ich odmienność. Dyskusję cechowała powaga, rzeczowość, zwięzłość i wzajemne poszanowanie. Te posiedzenia naukowe uświadomiły mi, że nie mury i urządzenia decydują o poziomie pracy medycznej, lecz wiedza i kultura. Odtąd zacząłem inaczej patrzeć i oceniać wszystko, z czym się stykałem.

Ujmujące były wykłady tzw. polikliniczne, które prowadził raz w tygodniu prof. Nové-Jossérand. Odbywały się one w amfiteatralnej sali wykładowej, pośrodku której stał stół do badania. Profesor pokazywał sposób badania dzieci, które w danym dniu rodzice przyprowadzali do ambulatorium. Badaniu na sali wykładowej towarzyszyła matka dziecka i lekarz z ambulatorium. Była to znakomita lekcja praktycznego postępowania lekarza, który ma badać dziecko, ustalić rozpoznanie i udzielić matce porady. Dzieci przeważnie płakały, gdy miało się rozpocząć badanie. Profesor nie irytował się nigdy. Pozwolił dziecku płakać. Wysłuchał ze spokojem relacji matki i lekarza ambulatoryjnego, a potem głaskał dziecko i powiedział: "Tais-toi" (milcz). Jego uspokajający głos działał niemal magicznie. Dziecko spojrzało na profesora ze zdumieniem i przestało płakać.

Audytorium było zawsze pełne słuchaczy i asystentów. Słuchacze mieli prawo stawiać pytania i dyskutować z profesorem, z czego korzystali przeważnie asystenci.

Na tej sali odbywały się wszystkie wykłady wygłaszane przez różnych wykładowców na wybrane tematy. Zapowiedź ich można było znaleźć na czarnej tablicy przed salą wykładową. Chętnie chodziłem na te wkłady. Temat jednego z pierwszych takich wykładów, których byłem świadkiem, brzmiał: Typy złamań szyjki kości udowej. Temat był tak prosty, że nie spodziewałem się usłyszeć niczego nowego. Poszedłem raczej dla wprawienia się językowego. Tymczasem referent ujął temat nieoczekiwanie ciekawie, omawiając właściwości poszczególnych typów złamań z punktu widzenia krążenia i statyki. Referent mówił pięknym stylem, jasnym i zrozumiałym, tak że słuchałem półtoragodzinnego wykładu w pełnym skupieniu. Dowiedziałem się, że w szkołach francuskich kładzie się duży nacisk na poprawną stylistykę i dykcję. Każdy zaś chirurg-ortopeda uważa za swój obowiązek odrabianie stażu w prosektorium, aby zdobyć dobre podstawy dla swej przyszłej pracy chirurgicznej.

Środowisko uniwersyteckie w Lyonie stwarzało stale okazje do dokształcania się. Usiłowałem korzystać z każdej nadarzającej się okazji. Tak też dostałem się - dzięki poparciu prof. Nové-Josséranda - na kurs dokształcający, organizowany przez prof. Mouriquanda z chirurgii dziecięcej (2 XI - 15 XI 1925 r.). Nabyte wiadomości przydały mi się bardzo później, gdy w czasie okupacji pełniłem funkcję ordynatora Oddziału Chirurgii Dziecięcej w Szpitalu Karola i Marii w Warszawie.

W klinice prof. Nové-Josséranda pełniłem funkcję asystenta zagranicznego (asistant étranger) z nominacji rektora Uniwersytetu w Lyonie i brałem udział w codziennych zajęciach kliniki, łącznie z asystowaniem podczas operacji. Karta asystenta upoważniała mnie do korzystania z biblioteki uniwersyteckiej. Każdy czytelnik mógł sam wyjmować poszukiwaną książkę z półki i stawiał w to miejsce ową kartę tekturową ze swoim nazwiskiem i adresem. Posługiwać się książką można było tylko w czytelni. Wychodząc, należało złożyć książkę u bibliotekarza, a tekturową kartę zostawić na półce w miejscu książki. W ten sposób każdy czytelnik, który zainteresował się tą samą książką, miał zawsze możliwość porozumienia się z aktualnym jej użytkownikiem.

Przed wyjazdem do Francji zacząłem opracowywać zagadnienie "włóknistości kości" (ostitis fibrosa). Zebrałem już spory materiał kliniczny i anatomopatologiczny. Stronę bioptyczno-anatomiczną opracowaliśmy wspólnie z drem Januszem Zeylandem, który w owym czasie był asystentem Zakładu Anatomii Patologicznej UP. Biblioteka w Lyonie dała mi pełny dostęp do piśmiennictwa na opracowywany temat. Odszukałem więc wszystkie oryginalne prace autorów, których cytowałem w swojej pracy. Wielu autorów cytowałem nie z oryginalnych ich publikacji, lecz za innymi autorami. Ku memu zdumieniu stwierdziłem, jak nieraz teksty wtórnych cytatów odbiegały od tekstów oryginalnych. Niektórzy autorzy naginali nawet treść pierwotnego cytatu do swoich teorii. Nauczyło mnie to ostrożności w poleganiu na autentyczności wtórnych cytatów w sprawach, które mają zasadnicze znaczenie naukowe.

W czasie pobytu w Lyonie chętnie chodziłem przyglądać się operacjom kostno-stawowym wykonywanym przez wybitnych chirurgów, takich jak Tavernier, Patel, Bérard, Laroyenne i inni. Był to okres, w którym zaczęto stosować zespalanie złamań za pomocą blaszek metalowych. Były to dla mnie zupełnie nowe metody. Szczególnie chętnie przyglądałem się operacjom Taverniera. Pamiętam, jak kiedyś operował zestarzałe złamanie przedramienia z dużym przemieszczeniem odłamów. Odsłonił odłamy kostne zręcznie, jak gdyby mięśnie rozchylały się same, i zestawił złamane kości z taką prostotą, że wykonanie zabiegu wydało mi się niezmiernie łatwe. Byłem wówczas początkującym chirurgiem. Dopiero po latach zrozumiałem, jak wielkiego doświadczenia chirurgicznego taki zabieg wymaga.

Duże znaczenie miało dla mnie poznanie wielkich chirurgów w pracy, obserwowanie ich indywidualnego sposobu operowania, ich podejścia do asysty i do chorych. Ceniłem bardzo poznanie lekarzy czy asystentów różnych narodowości, którzy przebywali w Lyonie na stażach naukowych, ich motywów studiów, ich planów życiowych itd. Z niektórymi nawiązały się przyjazne stosunki. Szczególnie zaprzyjaźniłem się z drem Radulescu, asystentem z Cluj w Rumunii. Po latach spotkaliśmy się w Mamai na zjeździe rumuńskich ortopedów w 1964 r., na który to zjazd właśnie on mnie zaprosił. Tutaj dowiedziałem się, że stał się założycielem ortopedii w Rumunii oraz był powszechnie ceniony i znany jako akademik.

Oczywiście trafiłem w Lyonie na Polaków. Gdzie ich nie było! Okazało się, że była to grupa oficerów polskich (płk Suszyński, mjr Witort i kpt. Radliński) którzy przebywali już dłuższy czas w Lyonie w związku z umową o dostawę pojazdów samochodowych dla wojska polskiego przez fabrykę Berlieta. Zaznajomili mnie oni z personelem konsulatu polskiego w Lyonie, gdzie też spędziłem Wigilię Bożego Narodzenia oraz Nowy Rok, który Francuzi obchodzą szczególnie uroczyście.

Kapitan Radliński mieszkał w Lyonie wraz z żoną i małą córeczką na wzgórzu St. Foy. Okresowo zapraszał nas na "rodaków rozmowy", które były i ciekawe, i wesołe. Kończyły się zazwyczaj późno. Autobusy przestawały już kursować. Wzgórze St. Foy było wysokie. Schodząc pieszo rozkoszowaliśmy się światełkami śpiącego miasta. Gdy zeszliśmy, zaczynało się już budzić życie w halach targowych. Zaczynały zjeżdżać się wozy z kwiatami, warzywami i rozmaitymi towarami. Żelazną regułą było, że niezależnie od pory powrotu każdy z nas stawał do swej pracy w normalnym czasie.

Z majorem Witortem chodziliśmy dość regularnie na koncerty, kiedy występowała znakomita orkiestra Lamoureux. Po koncercie tradycyjnie wstępowaliśmy do małej tawerny na szklankę czerwonego wina, przygryzanego kawałkiem sera. Była to znakomita kolacja, podczas której toczyliśmy ciekawe dyskusje.

W Lyonie mieszkałem przy Quai de Rhône u stróżki domu (concierge). Pani Archimbaux. była to starsza niewiasta, wdowa; zajmowała stróżówkę, którą stanowił mały pokoik. Z tego pokoiku wchodziło się po kilku schodkach do drugiego, jeszcze mniejszego pomieszczenia. Odnająłem to pomieszczenie za dość niską opłatą. Komfort nie był mi potrzebny, chodziło mi głównie o spanie, ważna natomiast była cena. Gdy po pierwszej nocy chciałem wyjść z pokoju, drzwi były zabarykadowane stołem i krzesłem. Pani Archimibaux z otwartością tłumaczyła się: "Bo wie pan, o Polakach różnie mówią". Była ona i pod innymi względami przezorną niewiastą. Rano piła zawsze herbatę z rumem i uzasadniała to twierdzeniem: "ça chasse la grippe" (to przepędza grypę).

Asystentami w klinice prof. Nové-Josséranda byli André Rendu, Lucien Michel, F. Pouzet. Rendu był najstarszy i zastępował profesora. Podziwiałem go, gdy operował rozszczepy podniebienia. Potrafił bowiem posługiwać się nożem chirurgicznym trzymanym w lewej ręce z równą zręcznością jak w prawej. Był on mańkutem, który wyćwiczył sobie sprawność prawej ręki. Dr Lucien Michel zaprosił mnie kiedyś na kolację do swego domu i tutaj po raz pierwszy (zimą 1925 r.) zobaczyłem radio na kryształki; słuchaliśmy muzyki nadawanej z Paryża. Pauzet był najmłodszym i najbardziej mi bliskim. Podziwiałem go, gdy opracował monografię o gruźlicy stopy.

Gdy zbliżył się koniec mego pobytu w Lyonie, prof. Nové-Jossérand urządził pożegnalne przyjęcie w domu. Opowiadał nam o swoim mistrzu Ollier i przypomniał słowa, jakie Ollier przekazał swoim asystentom i jakie on sam chciałby także mi dalej przekazać: "Travaillez, travaillez et le reste vous viendra par surcroît!" Słowa te wryły mi się głęboko w pamięć i stały się wytyczną w dalszym układaniu swego życia zawodowego.

Z prof. Nové-Jossérandem utrzymywałem kontakt aż do jego śmierci. Wprowadził mnie jako członka do Francuskiego Towarzystwa Ortopedycznego, a później przyczynił się do uzyskania dla mnie członkostwa Międzynarodowego Towarzystwa Ortopedycznego i Traumatologicznego (SICOT).

Z metod leczenia, które poznałem w Lyonie, mogę wymienić leczenie wrodzonego zwichnięcia biodra i gruźlicy kostno-stawowej; prowadzono tam również operacje rozszczepów podniebienia i warg zajęczych, co przydało mi się później w Szpitalu Karola i Marii w Warszawie (1940-44), oraz operacje końsko-szpotawej stopy porażonej na skutek poliomyelitis metodą Nové-Josséranda. Była to bardzo pomysłowa operacja, którą po powrocie do kraju często stosowałem. Zabieg ten usuwał deformację stopy, stabilizował ją, a rygiel tylny, blokujący ruch zginania podeszwowego, zapobiegał opadaniu stopy.

Wyjeżdżając do Francji obrałem - jak już wspomniałem - Lyon jako miejsce pierwszego mego pobytu, a nie Paryż. Spodziewałem się, ze łatwiej oswoję się w prowincjonalnym środowisku, gdzie liczba wolontariuszy w klinikach jest zazwyczaj mniejsza niż w mieście stołecznym. Gdy po czterech miesiącach pobytu w Lyonie udałem się do Paryża, zwiedziłem po drodze Strasburg oraz Nancy. W Strasburgu w Alzacji, którą przyłączono po I wojnie światowej do Francji, chciałem zobaczyć przy pracy prof. Réne Leriche'a, który wsławił się swymi operacjami na nerwowym układzie wegetatywnym. Operacje to były w owym czasie nowością. Dzięki tej operacji niejeden chory uratował swą nogę przed amputacją, która groziła z powodu niedokrwienia powodowanego zarastaniem tętnic kończyn (choroba Bürgera). Przez 3 dni przyglądałem się wraz z licznymi innymi lekarzami - gośćmi - operacjom Leriche'a na mózgu i układzie nerwowym. Byłem zaskoczony delikatnością i precyzją, z jaką wykonywał zabiegi, nie spiesząc się nigdy.

Nancy chciałem poznać jako miasto, które tak bardzo było związane z historią Polski; chciałem też spotkać się tam z prof. M. Froelichem, kierownikiem Uniwersyteckiej Kliniki Ortopedycznej. Prof. Froelicha znałem z piśmiennictwa jako autora kątowej osteotomii podkrętarzowej, stabilizującej biodro w przypadkach zastarzałych zwichnięć stawu biodrowego. Operacja ta odpowiadała niemieckiej metodzie Adolfa Lorenza, znanej jako "bifurkcja". Pomysł operacji pochodzi od Edouarda Kirmissona (1892), a Froelich stosował tę metodę od 1902 r. Niemcy odkryli ją na nowo w okresie I wojny światowej. Metoda miała duże znaczenie w stabilizacji zwichniętego biodra.

Do Paryża przybyłem 5 marca 1926 r. Paryż stanowił szczyt moich marzeń. Oszołomił mnie rozmachem architektury, pięknem budowli o historycznym znaczeniu, obfitością życia tętniącego dniem i nocą, liczebnością teatrów i kin. Rozkład miasta jest tak przejrzysty, a posługiwanie się metrem tak proste, że nie czułem się zagubiony w tym mieście. Początkowo tylko nie doceniałem jego rozległości. Gdy w pierwszych dniach chciałem udać się do Ministerstwa Spraw Zagranicznych, poprzez które otrzymałem stypendium, sprawdziłem na mapie, że znajduję się zaledwie w odległości 2-3 skrzyżowań ulic od gmachu Ministerstwa, a więc nie warto posługiwać się metrem. Tymczasem droga od skrzyżowania do skrzyżowania okazała się nieoczekiwanie długa i zabrała tyle czasu, że nim doszedłem do celu, natrafiłem na przerwę obiadową. Nie zwróciłem należytej uwagi na podziałkę planu miasta.

W Lyonie owładnęła mną całkowicie żądza zdobywania wiedzy. W Paryżu spędzałem przed południem czas w szpitalu, a po południu na poznawaniu miasta. Prof. Louis Ombrédanne zgodził się przyjąć mnie jako wolontariusza do swej Kliniki Chirurgii i Ortopedii Dziecięcej w Hôpital des Enfants Malades. Tutaj zginąłem w tłumie wolontariuszy z całego świata.

Jak dobrze zrobiłem, że wybrałem Lyon na początek mej edukacji zagranicznej! Mając już pewne doświadczenia, szybko zorientowałem się, w jaki osób mogę najwięcej skorzystać z doświadczeń paryskiej kliniki. Na wykłady prof. Ombrédanne'a chodziłem, gdy tylko było to możliwe, zwłaszcza na wykłady tzw. polikliniczne. Były one prowadzone podobnie jak w Lyonie. I tutaj osobowość prof. Ombrédanne'a nadawała im szczególnego. uroku. Ponosił go temperament. Wykład jego był niezmiernie żywy, jasny, lubił włączać błyskotliwe uwagi. Był apodyktyczny. Gdy jednak ktoś w dyskusji podczas wykładu podważył jakąś jego tezę, odpowiadał z życzliwością i wielkim poczuciem humoru. Sala wykładowa była zawsze nabita.

Klinika Ombrédanne'a odznaczała się wielką postępowością. Chętnie podejmowała nowe metody w chirurgii ortopedycznej, poddawała je kontroli i szukała nowych rozwiązań. Operacje, które Ombrédanne wykonywał, obfitowały nieraz w gesty teatralne, mające jednak znaczenie dydaktyczne. Utkwiła mi w pamięci operacja, podczas której Ombrédanne pobrał piłą tarczową długi przeszczep z kości piszczelowej. Przeszczep miał służyć do stabilizacji skoliotycznego kręgosłupa u młodej dziewczyny. Gdy wyjął cały przeszczep, zdjął z niego ostentacyjnie błonę okostną i odrzucił jako rzecz zbędną. W ten sposób dał wyraz swemu poglądowi, że okostna - jego zdaniem - nie odgrywa żadnej roli w przebudowie przeszczepu.

Innym ciekawym zagadnieniem, które bliżej poznałem, była plastyka daszka biodrowego. Opracowywał to zagadnienie Marcel Lance, jeden z asystentów Ombrédanne'a. Z własnego doświadczenia naszej poznańskiej kliniki wiedziałem, że po repozycji zwichniętego biodra, zwłaszcza u starszych dzieci, panewka nie zawsze sama pogłębi się wystarczająco, aby objąć zreponowaną głowę kości udowej od góry. Wtedy głowa ta zaczyna się wysuwać z panewki. Powstaje nawrót zwichnięcia, bądź częściowy, bądź całkowity. Utrzymujący się po repozycji defekt stropu panewki staje się więc przyczyną niepowodzenia zachowawczej repozycji wrodzonego zwichnięcia.

Nad usunięciem tego defektu chirurdzy głowili się od dawna. Już w 1891 r. F. König próbował chirurgicznie obniżyć strop. Później chirurdzy obniżali strop panewki w różny sposób i wypełniali lukę nad stropem przeszczepami kostnymi (Ferguson - 1904, Lexer - 1914, Albee - 1921, Fairbank - 1922, Spitzy - 1924). Ale dopiero prace Marcelego Lance'a przyczyniły się do upowszechnienia tej metody. Miałem szczęście, że mogłem poznać jego metodę z bliska. Interesowało mnie to tym bardziej, że u nas w kraju wrodzone zwichnięcie biodra było zjawiskiem częstym. Zdawałem sobie sprawę, że metoda Lance'a wniesie duży postęp w leczenie tej wady i poprawi jej wyniki. Postanowiłem zastosować tę metodę po powrocie do kraju.

W Paryżu w większym jeszcze stopniu niż w Lyonie uświadomiłem sobie, że siłą nauki francuskiej jest dobra organizacja, dotyczy to zarówno badań naukowych, jak i dydaktyki oraz dokształcania. Ortopedia w Paryżu nie dysponowała w owym czasie nowoczesnymi budynkami. Często rozczarowywał mnie wygląd starego barakowego budynku, który kontrastował z nowoczesnym urządzeniem we wnętrzu.

Popołudnie przeznaczałem na zwiedzanie Paryża. W tym celu sprawiłem sobie przewodnik po Paryżu. Były w nim różne warianty zwiedzania zależnie od czasu, jakim dysponował zwiedzający. Niektóre obiekty można było zwiedzać bezpłatnie w określonych dniach i godzinach. Według tego rozkładu ustaliłem plan systematycznego zwiedzania poszczególnych obiektów.

Rozpocząłem od zwiedzania Muzeum Luwru, przeznaczając na to kilka dni. Codziennie przeżywałem radość poznawania czegoś nowego i zawsze ciekawego. Po kilku tygodniach zwiedzenia większości obiektów polecanych przez przewodnik zdawało mi się, że następne będą coraz mniej atrakcyjne. Z takim nastawieniem poszedłem zwiedzać kościół na wyspie La Chapelle. Tymczasem, gdy przekroczyłem mroczne wejście, nieoczekiwanie wnętrze kościoła rozbłysło różnobarwnością przepięknych witraży, na które właśnie padały promienie popołudniowego słońca.

Wśród moich wędrówek po szpitalach paryskich poznałem dra Marcela Debeyré'a. Był on ordynatorem Oddziału Ortopedii dla dorosłych w Paryżu. Dojeżdżał okresowo jako konsultant do Szpitala Morskiego w Berck-Plage, położonego nad brzegiem morza w Cieśninie Kaletańskiej (Pas-de-Calais). Szpital zajmował się wyłącznie leczeniem chorych z gruźlicą kostno-stawową. Dr Debeyré uzyskał dla mnie zgodę prof. Sorrela, dyrektora Szpitala w Berck-Plage, na kilkudniowy pobyt celem zaznajomienia się ze sposobami leczenia gruźlicy kostno-stawowej. Zależało mi na tym bardzo, bo u nas w Polsce gruźlica kostno-stawowa była również plagą lecznictwa ortopedycznego.

W owym czasie streptomycyna nie była znana. Głównym środkiem leczenia było unieruchomienie i odciążenie chorych stawów. Opatrunki gipsowe i aparaty ortopedyczne spełniały to zadanie. Naświetlania słońcem służyły jako bodźcowe leczenie uzupełniające. Dodanie bodźca klimatycznego miało potęgować działanie słońca.

W Szwajcarii posługiwano się górskim bodźcem klimatycznym. Najbardziej znanym było sanatorium w Leysin. We Francji rozwinęła się tzw. talassoterapia, tj. posługiwanie się klimatem morskim jako bodźcem leczniczym.

Zwiedzanie Berck-Plage dało mi znakomitą okazję poznania zasad stosowania talassoterapii. Było to osobliwe miasteczko. Niektórzy pacjenci osiedlili się tu po wyzdrowieniu. Zakładali sklepiki handlowe, kawiarnie itp. dostosowane do obsługi chorych leczących się, którzy tu zajeżdżali na swych wózkach-stołach, by poczynić zakupy. Wózek-stół miał typową dla Berck-Plage konstrukcję. Spełniał zarówno cel leczniczy, jak lokomocyjny. Plaża nadmorska była wypełniona wózkami z chorymi, którzy - leżąc na nich - naświetlali się. Utworzenie dużych szpitali specjalnych dla gruźlicy kostno-stawowej, wymagającej wielomiesięcznego, a nawet kilkuletniego leczenia, odciążyło wydatnie szpitale paryskie i dawało chorym nadzieję na wyleczenie.

Po latach - w czasie okupacji - gdy nie było można stosować ani helioterapii wysokogórskiej ani talassoterapii i gdy nie istniała jeszcze streptomycyna, przekonałem się, że najistotniejszym czynnikiem w leczeniu gruźlicy kostno-stawowej było prawidłowe unieruchomienie opatrunkiem gipsowym i właściwe odciążenie chorej części ciała. Wyniki leczenia w warunkach miejskich okazały się wtedy wcale nie gorsze od wyników uzyskiwanych w specjalnych sanatoriach. Było to pocieszeniem dla wszystkich chorych, którzy nie mogli korzystać z reklamowanych ośrodków specjalnych.

Marzenia w drodze powrotnej

Podczas powrotu pociągiem do kraju układał mi się w myślach bilans mego pobytu we Francji i zaczął rysować się plan dalszego postępowania. Wysunęły się dwa zagadnienia: rozwinięcie sprawy lecznictwa wrodzonego zwichnięcia biodra oraz wdrożenie metod operacyjnych, które uwolnią chorych od noszenia aparatów ortopedycznych.

Na to ostatnie zagadnienie naprowadziły mnie dwie poznane metody operacyjne. Pierwszą była metoda Nové-Josséranda leczenia opadającej porażonej stopy. Dzięki tej operacji stopa staje się kształtna i stabilna oraz nośna bez potrzeby wzmacniania jej zaopatrzeniem ortopedycznym. Druga metoda opierała się na tzw. mechanizmie Puttiego (rekurwacja kolana i stabilne ustawienie stopy w zgięciu podeszwowym). Metoda ta przywraca porażonej kończynie dolnej zdolność dźwigania ciężaru ciała mimo porażenia mięśni i bez potrzeby zastosowania aparatu ortopedycznego.

Poznanie osobiście prof. Puttiego stało się moim następnym marzeniem. Prof. Vittorio Putti urzędował w Instytucie Ortopedycznym im. Rizolliego w Bolonii we Włoszech. Do chęci poznania Puttiego pobudził mnie jeszcze jeden ważny powód. Putti był zwolennikiem bardzo wczesnej repozycji wrodzonego zwichnięcia biodra, i to nie jednorazowej, jak to czyni metoda Lorenza, którą posługiwaliśmy się dotychczas. Putti uzyskiwał repozycję przez powolne rozstawianie nóg niemowlęcia za pomocą odpowiednich przyrządów.

Postanowienie odwiedzenia Puttiego w Bolonii łagodziło uczucie smutku, że opuszczałem Francję, która dała mi tyle radości w wchłanianiu wiedzy. Był to chyba mój najpiękniejszy okres w życiu - podobny do okresu narzeczeństwa. Okres jak gdyby zaślubin z nauką. Najcenniejsze było dla mnie to, że zdobyłem pewną miarę, która pozwoliła mi ocenić rzeczywistość. Przekonałem się, że moje studia lekarskie w kraju były całkiem dobre oraz że posiadam takie same seanse pracy w Klinice w Poznaniu, jak zagranicą. Trzeba tylko po prostu pracować, ale zarazem trzeba wiedzieć jak i w jakim kierunku. Tego nauczyłem się we Francji.

Powrót do poznańskiej kliniki

Do kraju wróciłem w maju 1926 r. tuż po przewrocie majowym. Fale wzburzenia, jakie wywołał on w społeczeństwie i wśród młodzieży studiującej, uspokoiły się, W naszej klinice poznańskiej życie toczyło się normalnie.

Zgodnie z umową Franek Raszeja wyjechał wkrótce do Niemiec do Monachium - na studia specjalne, analogiczne do moich we Francji. Jego obowiązki asystenckie w klinice przejąłem na siebie, tak jak on to uczynił podczas mej nieobecności.

Kochany był ten nasz "Wierzej", że pozwolił na to. Czynił to z dobroci i z życzliwości, nie zdawał sobie nawet dobrze sprawy z tego, jak bardzo rozwój asystenta zależy od szefa. Zawsze marzyłem, gdy już byłem szefem kliniki, by kierownicy klinik ortopedycznych zbierali się co pewien czas przy okrągłym stole i omawiali sprawy szkolenia asystentów, a także studentów. Jakie korzyści wynosiliby wszyscy, gdyby kliniki mogły systematycznie wymieniać asystentów na krótkie okresy; asystenci poznaliby innych szefów i metody pracy innych klinik.

Marzeń tych nie udało się zrealizować z powodu różnych przeszkód; wśród nich były i "drugie posady" samych asystentów, którymi obciążali się dla wyrównania budżetów domowych, oraz sprawy zamieszkania. A szkoda. Dokształcać się przecież można nie tylko za granicą!

Po wyjeździe Raszei częściej asystowałem do operacji i częściej też mogłem sam operować. Wierzejewski pozwolił mi zastosować metodę operacyjną według Lance'a, z czego też chętnie korzystałem. Gromadził się materiał obserwacyjny. Równocześnie z zabiegami operacyjnymi biegła praca tzw. naukowa, polegająca na opracowywaniu przypadków, które tworzyły jakieś zagadnienie.

Zagadnienia guzów olbrzymiokomórkowych

Jednym z nich było zagadnienie guzów olbrzymiokomórkowych. Spotkałem się z nimi po raz pierwszy w klinice przez przypadek. Było to jeszcze kilka miesięcy przed moim wyjazdem do Francji, gdy do polikliniki naszej zgłosił się zrozpaczony ojciec kilkuletniego chłopca, któremu chirurdzy proponowali odjęcie nogi z powodu właśnie takiego guza. Udo było wrzecionowato zgrubiałe, a zdjęcie rentgenowskie wykazało duży ubytek charakterystyczny dla guza olbrzymiokomórkowego. Sposób powstawania guza, jego rozwój kliniczny i stan chłopca nie przemawiały za złośliwością guza, toteż za zgodą ojca zaniechałem amputacji nogi, ograniczając się do radykalnego chirurgicznego usunięcia guza i do wypełnienia powstałej jamy w kości przeszczepami kostnymi pobranymi z kości piszczelowej chłopca. Rana wygoiła się bez powikłań. Usunięty materiał guza przesłałem do Janusza Zeylanda, który pracował jako asystent w Zakładzie Anatomii Patologicznej UP, celem zbadania histopatologicznego. Badanie to potwierdziło, że guz jest olbrzymiokomórkowy, lecz komórki olbrzymie nie zdradzają żadnych cech złośliwości. Przeszczepy wygoiły się, zapoczątkowując normalną przebudowę kości udowej.

Fakt ten zainteresował Janusza Zeylanda. Odszukał on wszystkie słoje z preparatami, które znajdowały się w zbiorach muzealnych zakładu i nosiły napis "guz olbrzymiokomórkowy". Preparaty te pochodziły z amputacji, których dokonano z powodu takiego rozpoznania. Janusz Zeyland zadał sobie trud, żeby wszystkie to preparaty ponownie przebadać histologicznie; ku swemu wielkiemu zdumieniu stwierdził, że większości amputacji dokonano niepotrzebnie.

Skłoniło to nas obu do podjęcia dalszych badań tego spornego i bardzo dyskutowanego działu patologii kostnej. W wyniku tego obaj opublikowaliśmy oddzielnie i razem kilka publikacji w piśmiennictwie krajowym i zagranicznym. Moja pierwsza publikacja opierała się na operacjach i obserwacjach 6 przypadków. Ogłosił ją w 1927 roku "Polski Przegląd Chirurgiczny".

Pobyt w Lyonie przydał mi się bardzo, gdyż biblioteka uniwersytecka w Lyonie pozwoliła mi przestudiować w oryginałach całe piśmiennictwo dotyczące tego zagadnienia. Po powrocie Franka Raszei z Monachium zacząłem czynić starania o wyjazd do Bolonii, na który zgodzili się zarówno prof. Wierzejewski, jak i F. Raszeja. Nadeszła też zgoda Prof. V. Puttiego. Pełnia szczęścia!

Studia we Włoszech

Zaraz po powrocie z Francji zacząłem uczyć się języka włoskiego i odkładać wszelkie oszczędności. Koszty podróży i pobytu we Włoszech musiałem pokryć w całości sam.

W końcu lutego 1927 r. wyjechałem pociągiem przez Czechosłowację i Austrię do Włoch. Jak pięknym wydawał mnie się ten świat nawet z okien pociągu! W Bolonii zgłosiłem się zaraz do prof. V. Puttiego, przystojnego mężczyzny w sile wieku, o pięknej harmonijnej twarzy i ciemnych, bardzo żywych oczach. Był kawalerem i mieszkał w instytucie, któremu poświęcał cały swój czas. Był on jego dyrektorem i zarazem dyrektorem Kliniki Ortopedycznej Uniwersytetu w Bolonii.

Instytut mieścił się w starym poklasztornym budynku, położonym na zalesionym wzgórzu St. Michele in Bosco, dominującym nad miastem. Cały kompleks budynków klasztornych wykupił swego czasu Rizzoli i kazał go przebudować na cele szpitalne dla osób kalekich. Stąd Istituto Ortopedico Rizzolli nosił jego nazwisko.

Instytut wyróżnił się znakomitą organizacją prac klinicznych i naukowo-badawczych. Liczne działy o specjalnym przeznaczeniu służyły znakomicie dydaktyce. W dziale dokumentacji klinicznej zwiedzający mógł poznać całą dokumentację, jaką posługiwał się Instytut. Wszystkie wzory historii chorób i formularzy dokumentacyjnych były wyłożone do wglądu. Formularze historii chorób miały różne odmiany. Odrębny formularz był przeznaczony dla wrodzonego zwichnięcia biodra, odrębny dla gruźlicy kostno-stawowej, porażeń poliomyelitycznych itd. W każdej historii choroby były rubryki z różnymi szczegółami, które lekarz, spisując historię choroby danego pacjenta, musiał uwzględnić. Putti chciał przez to uzyskać pewną porównywalność wyników leczenia. Wyniki operacyjne były systematycznie kontrolowane komisyjnie przez grupę asystentów w tym celu powołanych. Był to dobry zwyczaj, który wprowadziłem później we własnej klinice. Taka obiektywna kontrola pozwoliła wykryć słabe punkty w sposobie leczenia lub w wykonawstwie stosowanej metody operacyjnej. Wnioski z badań kontrolnych pozwalały ulepszać metody, sprzyjały postępowi w lecznictwie.

Muzeum anatomopatologiczne zawierało bogaty materiał dydaktyczny. Obok każdego preparatu anatomopatologicznego znajdował się opis kliniczny, przebieg radiologiczny, opis histopatologiczny itd. Wystawione materiały anatomopatologiczne były uporządkowane według rodzaju schorzeń, a więc np. wrodzone zwichnięcia bioder, wrodzone wady, skoliozy, schorzenia kręgosłupa i schorzenia reumatoidalne, gruźlica, nowotwory itd. Sale muzealne były jak wielka książka anatomopatologiczna ze wspaniałym atlasem. Służyły one w znakomity sposób autodydaktyce. Spędziłem tu wiele, wiele godzin.

Muzeum radiologiczne było zorganizowane w podobny sposób. Można tu było poznać radiologiczny przebieg licznych schorzeń układowych, charakterystyczne cechy radiologiczne różnych jednostek chorobowych. Liczne stojaki z diapozytywami uzupełniały zbiory. I to muzeum było skarbnicą dla każdego, który chciał się dokształcić.

Dostęp do pracowni malarsko-rysunkowej był ograniczony. Tutaj działał asystent malarz i grafik, którego zadaniem była dokumentacja rysunków potrzebna do publikacji lub do wykładów. W owym czasie nie istniała jeszcze fotografia małoobrazkowa. Toteż w sali operacyjnej znajdowało się na wysokiej specjalnej drabince krzesło, na którym siadał asystent grafik. Umieszczał się on tak za operatorem, że dobrze widział z góry pole operacyjne. Putti, operując, wskazywał pewne fazy w przebiegu operacji, które rysownik ujmował szkicowo. Po zakończeniu operacji Putti przeglądał szkice z rysownikiem, który nanosił odpowiednie korekty i uzupełnienia. W ten sposób powstały wspaniałe atlasy Puttiego oraz ilustracje prac naukowych, które wychodziły z Instytutu Rizzoliego. W pracowni rysunkowo-malarskiej można było oglądać albumy rysunków dokumentacyjnych.

Biblioteka naukowa instytutu była to duża sala z bogatymi zbiorami naukowych książek w różnych językach. Liczne gabloty zawierały bieżące światowe piśmiennictwo ortopedyczno-traumatologiczne. Sufity i ściany wzbogaciła oryginalna boazeria i freski. Każdy asystent, a także wolontariusz, miał tu swój stolik i lampkę. Ja także otrzymałem swoje miejsce.

Bibliotekarzem wieloletnim był p. Ugo Barberi. Jego też się radziłem, gdzie mógłbym tanio zamieszkać. Zaproponował mi pokój u siebie w domu. I tak zamieszkałem przy via Arienti w dużym pokoju o grubych murach z głęboko osadzonym oknem zasłanianym drewnianymi żaluzjami. Pokój był zimny, nie posiadał ogrzewania, a ja naiwnie wyobrażałem sobie Włochy jako cieplejszy kraj. Ale i tu, podobnie jak w Lyonie, przychodziłem do owego pokoju tylko na spanie, spędzając cały czas w instytucie, a wieczory w jego muzeach i bibliotece.

Dopiero tu w Bolonii dowiedziałem się, że Instytut Rizzoliego miał sławę światową i szybko zrozumiałem dlaczego. Prof. Putti zaś był jedną z czołowych osobistości w świecie ortopedycznym. Amerykanie często wzywali go na konsultacje. Wśród wolontariuszy było wielu młodych amerykańskich ortopedów. Niektórzy przyjeżdżali bardziej w celach snobistycznych niż naukowych. Dokształcanie się w Europie, a w szczególności u Puttiego, poprawiało im rzekomo szansę praktyki prywatnej. Właśnie niektórzy z tych wolontariuszy spędzali więcej czasu na kortach tenisowych aniżeli w instytucie, co było mnie całkowicie niezrozumiałe.

Główny sztab asystentów Puttiego składał się z doświadczonych ortopedów, takich jak Oscar Scaglietti, zastępca Puttiego, oraz Raffaele Zanoli, Mario Camurati, Jiulio Faldini, Pasquale del Toro i inni.

Pierwszy okres mego pobytu w Bolonii był dla mnie psychicznie trudny. Mój włoski język był słaby, co utrudniało mi początkowo zbliżenie się do włoskich kolegów. Ten sam powód utrudniał mi kontakt z kolegami amerykańskimi. Tu do mej słabej znajomości języka angielskiego doszedł jako przeszkoda stan moich finansów, który kontrastował z zamożnością Amerykanów. Czułem się więc w pierwszych tygodniach mego pobytu odosobniony, a zimny i mroczny pokój nie poprawiał nastroju. To wszystko razem przyczyniło się zapewne do tego, że w pewnym momencie ogarnęła mnie ogromna tęsknota za krajem. Była ona chwilami tak silna, że chciałem sobie przysiąc, iż już nigdy więcej nie wyjadę za granicę. Na szczęście nie przysiągłem. Wkrótce zresztą zaadaptowałem się.

Ten przejściowy nastrój tęsknoty za krajem utkwił mi głęboko w pamięci jako niebezpieczny czynnik, który łatwo może paraliżować plany. Później dowiedziałem się, że nie byłem w tym odosobniony. Zjawisko to chce się porównać z objawem przejścia na "drugi oddech" w wysiłkach sportowych. Kto nie zdobędzie się na przetrwanie tego okresu, przegrywa. Umiejętność przejścia na "drugi oddech" jest w ogóle w życiu jednym z warunków powodzenia.

Praca dzienna w instytucie rozpoczynała się spotkaniem prof. Puttiego z asystentami. W dużym pokoju każdy ordynator wywieszał radiogramy swoich pacjentów. Putti przechadzał się od negatoskopu do negatoskopu i wysłuchiwał relacji asystentów. Często pytał o dane statystyczne, o szczegóły z piśmiennictwa itp. Gdy odpowiedzi nie były zadowalające, asystent słyszał: "jutro wrócimy do tych zdjęć".

Asystenci bali się tych porannych kolokwiów, musieli przygotowywać się do nich starannie. Rozmowom tym bowiem przysłuchiwała się grupa lekarzy i wolontariuszy. Rozmowy były kontynuowane przy łóżku chorego podczas obchodu i uzupełniane badaniem klinicznym. Nauczyło mnie to, jak ważne jest staranne badanie chorego dla zaplanowania leczenia, a w szczególności dla programowania zabiegu operacyjnego. Sam zabieg operacyjny był precyzyjnym realizowaniem ustalonego planu. Kontrastowało to z dominacją intuicji, z jaką u nas prof. Wierzejewski podchodził do zabiegów operacyjnych.

Nie każdy jednak operator posiadał intuicję Wierzejewskiego, dzięki której uzyskiwał on świetne wyniki. Tu przekonałem się, że bezpieczniej jest wyładować intuicję i inwencyjność w projektowanie planu operacyjnego i w przewidywanie trudności w przebiegu operacji. W czasie operacji istotna jest umiejętność chirurga w pokonywaniu tych trudności. Zmiana planu operacyjnego w czasie zabiegu staje się wtedy rzadkością.

Niektóre operacje Putti wykonywał w sali operacyjnej, która posiadała amfiteatr dla widzów. Duże wrażenie zrobiła na mnie pierwsza operacja wrodzonego zwichnięcia u dziecka, którą wykonywał Putti w tej sali. Uderzająca była techniczna prostota zabiegu (repositio simplex). Po przecięciu skóry Putti rozsunął mięśnie, przeciął podłużnie torebkę stawową i zwichniętą głowę kości udowej wprowadził do panewki. Natychmiast wykonano kontrolne zdjęcie rentgenowskie, które potwierdziło udaną repozycję. Audytorium oklaskami nagrodziło operatora.

Putti lubił pewną teatralność. Po operacji zarzucił na siebie dużą białą pelerynę niczym togę i udał się do siebie.

Leczenie gruźlicy kostno-stawowej odbywało się w specjalnym zakładzie afiliowanym z instytutem. Zakład mieścił się w Cortina d'Ampezzo w górzystych Abruzzach. Tutaj stosowano modną ówcześnie helioterapię. Zakład miał swego ordynatora, a Putti wizytował zakład okresowo. Zakład ten poznałem dopiero po latach.

W obrębie instytutu znajdywały się duże Warsztaty Ortopedyczne (Ofiicine Orthopediche). Wytwarzały one zaopatrzenie ortopedyczne dla chorych instytutu i dla innych placówek w kraju i za granicą. Było to duże przedsiębiorstwo, w którym pracowało kilku inżynierów konstruktorów. Realizowali oni pomysły Puttiego. Tu powstawały nowe modele protez kończyn, aparatów ortopedycznych, gorsetów korekcyjnych itd. Tu wyrabiano narzędzia chirurgiczne, stoły operacyjne pomysłu Puttiego, przyrządy do fizjoterapii itd. Jeden z takich stołów oraz dłuta do plastyki stawów zakupiła nasza poznańska klinika ortopedyczna. Są one jeszcze dziś w częściowym użyciu.

Instytut Rizzoliego był w owym czasie inspiratorem licznych nowych koncepcji w lecznictwie zachowawczym i operacyjnym i w konstrukcjach zaopatrzenia ortopedycznego. Koncepcje te były podejmowane przez ośrodki ortopedyczne na całym świecie i przyczyniły się do intensywnego rozwoju ortopedii w okresie przedwojennym. Tu poznałem, jak istotne znaczenie ma organizacja pracy w placówce ortopedycznej. Tu nauczyłem się tzw. myślenia kategoriami ortopedycznymi, poznałem wiele nowych metod leczenia zachowawczego i operacyjnego, które stały się podstawą późniejszych moich własnych badań i prac. Poznałem przede wszystkim Victoria Puttiego, który odegrał dużą rolę w moim dalszym życiu chirurga ortopedy.

Z Bolonii zrobiłem wypad do Mediolanu, aby poznać prof. Francesco Galeazzi. Był on znany ze swej oryginalnej metody leczenia skolioz. Metoda ta polegała na zakładaniu gorsetów gipsowych w giętej pozycji tułowia w przyrządzie, który skonstruował Galeazzi. Przyrząd pozwalał dokonać korekcji garbu żebrowego przez dawkowaną detorsję. Doraźne wyniki były bardzo przekonywające.

Nasza poznańska Klinika Ortopedyczna sprowadziła jeden taki przyrząd Galeazziego. Prof. Wierzejewski interesował się bowiem lecznictwem skolioz. Nowością dla mnie był w Mediolanie Instituto dei Rachitici. Był to zakład fundacyjny przeznaczony pierwotnie dla dzieci rachitycznych, a później dla dzieci zniekształconych innymi chorobami i wadami. Zakład ten był afiliowany z kliniką prof. Galeazziego. Dzieci przechodziły leczenie ortopedyczne, zachowawcze i operacyjne. Miały zapewnioną naukę szkolną. Osobliwością zakładu było, że jego wychowankami zainteresowali się profesorowie miejscowej Szkoły Sztuk Plastycznych. Uczyli oni poszczególne dzieci wykonywania rożnych wyrobów artystycznych - typu cepeliowskiego według dzisiejszej nomenklatury. Zadziwiające, jak wiele dzieci ma utajone uzdolnienia artystyczne, które dają się wyzwolić i rozwinąć. Niektóre z tych dzieci zdobyły w ten sposób zawód, który pozwolił im wyżyć mimo kalectwa.

Na zwiedzanie Włoch nie było finansów ani czasu. Jedynie przyjazd do Bolonii dra Juliusza Zaremby z Krakowa spowodował, że wspólnie zwiedziliśmy w ciągu dnia Florencję. Dr Zaremba, późniejszy profesor i kierownik Kliniki Ortopedycznej w Krakowie, znał Bolonię, bo spędził tu pewien czas jako wolontariusz w Instytucie Puttiego.

Drugą okazję, tym razem do zwiedzenia Wenecji, dał mi przyjazd do Włoch prof. I. Wierzejewskiego z żoną. Pojechałem do Wenecji na spotkanie z Nim. Radość moja z tego przyjazdu była wielka, bo mogłem na gorąco podzielić się swymi wrażeniami z instytutu w Bolonii. Nie zapomnę naszej wspólnej wycieczki na Lido. Po wspaniałej kolacji w bardzo wesołych nastrojach wracaliśmy do hotelu, gubiąc się - ku wielkiemu niezadowoleniu pani profesorowej - w labiryncie wąskich, krętych uliczek Wenecji.

W klinice poznańskiej po powrocie z Włoch

Po powrocie z Włoch zacząłem inaczej patrzeć na organizację naszej pracy w klinice. Wprowadzenie nowego wzoru karty ambulatoryjnej, którą wypełniała sekretarka dla każdego chorego przed jego badaniem, skróciło czas badania bez uszczerbku dla chorego. Z Frankiem Raszeją dokonaliśmy ściślejszego podziału naszej pracy w klinice. Uzyskaliśmy przez to więcej czasu dla naszych badań naukowych.

Każdy z nas miał swój kierunek badań. Jeśli chodzi o mnie, to interesowały mnie zawsze nowe koncepcje, które w świecie stały się aktualnymi i dyskusyjnymi w dziedzinie ortopedii.

  1. Zagadnienie gruźlicy kostno-stawowej
  2. Jednym z tych zagadnień było chirurgiczne leczenie gruźlicy kostno-stawowej. Nowa koncepcja polegała na zastąpieniu unieruchomienia zewnętrznego przez opatrunek gipsowy unieruchomieniem wewnętrznym za pomocą przeszczepów kostnych, które pobierano najczęściej z kości piszczelowej chorego. Umieszczano je poza ogniskiem gruźliczym w taki sposób, by blokowały ruch w chorym odcinku kośćca. Prof. Wierzejewski lubował się w stosowaniu tej metody w leczeniu gruźlicy kręgosłupa. Wzorował się na postępowaniu, które opracował amerykański ortopeda F. Albee. Wszczepiał on przeszczepy kostne w wyrostki kolczyste kręgów zniszczonych oraz zdrowych położonych powyżej i poniżej. Przeszczepy kostne zrastały się z wyrostkami kolczystymi i tworzyły jednolity blok kostny, który unieruchamiał chory odcinek kręgosłupa. Był to ogromny postęp w leczeniu gruźlicy kręgosłupa, skracał znacznie okres leczenia i dawał lepsze wyniki.

    Któregoś dnia zgłosił się w naszym ambulatorium młody robotnik fizyczny z powodu wieloletniego bólu w stawie barkowym, uniemożliwiającego pracę. Zdjęcie rentgenowskie wykazało rozległe zmiany gruźlicze w głowie kości ramiennej i stawie ramienno-łopatkowym. Wpadłem na pomysł, by utworzyć most kostny między zdrową częścią łopatki a zdrową częścią kości ramiennej tuż poniżej chorego ogniska. Przeszczep wgoił się i wyłączył ruch w chorym stawie. Ból ustał i chory mógł znów posługiwać się chorą kończyną górną do pracy fizycznej, korzystając z ruchów łopatki.

    Byłem bardzo dumny ze swego pomysłu, a chory zadowolony z wyniku. Metodę tę opisałem w 1929 r. w "Chirurgii Narządu Ruchu". Pracę swą przesłałem prof. Nové-Jossérandowi, który przedstawił ją na posiedzeniu Towarzystwa Chirurgów w Lyonie w dniu 16 maja 1929 r. Nie podzielał on jednak mego optymizmu, wskazując, że wycięcie zniszczonej głowy kości ramiennej daje, według Olliera, te same wyniki, nie pozbawiając kończyny ruchu. Słuszność tej uwagi potwierdziły moje dalsze własne doświadczenia.

  3. Zagadnienie opieki nad kalekami
  4. Inne zagadnienie, które mnie w owym czasie pasjonowało, ma swoją odrębną historię.

    Zaczęło się od uroczystości, którą prof. Wierzejewski - krótko po moim powrocie z Francji - zorganizował w 1926 r. w naszej klinice ku pamięci i czci Per Henryka Linga, twórcy szwedzkiej gimnastyki leczniczej, z okazji 150 rocznicy jego urodzin (1776-1839). Dlaczego to uczynił?

    Jednym z powodów był fakt, że prof. Wierzejewski był zarazem wicedyrektorem studium Wychowania Fizycznego (dyrektorem był prof. dr Eugeniusz Piasecki), a drugim to, że był on zwolennikiem gimnastyki leczniczej, ale raczej gimnastyki aparaturowej, którą wypracował Zander, również Szwed z pochodzenia. Nadmienić to muszę, że Wierzejewski był uczniem prof. Konrada Biesalskiego, założyciela i dyrektora Zakładu dla Dzieci Kalekich w Berlinie (Oskar-Helene-Heim). Wierzejewski był jego pierwszym asystentem w latach 1909-1912, co dało mu okazję poznania zagadnień dziecka kalekiego.

    Podczas uroczystości na cześć Per Henryka Linga Wierzejewski przedstawiał swój plan opieki nad kalekami, o którego realizację walczył przez całe swoje życie. Po raz pierwszy wysłuchałem z ust Wierzejewskiego jego "credo" życiowe. Zrobiło to na mnie wielkie wrażenie. Dzień ten zaliczam do jednego ze zwrotnych punktów w swoim życiu, co miało się okazać dopiero później.

  5. Wrodzona dysplazja biodra
Podstawowym zagadnieniem naukowym, które wzbudziło moje zainteresowanie już we Francji, było wrodzone zwichnięcie stawu biodrowego. Widziałem, jak Marcel Lance kształtował chirurgicznie dysplastyczną panewkę w przypadkach, gdy straciła zdolność uczynić to sama. W Paryżu dowiedziałem się, że Vittorio Putti stara się przywracać normalny kształt dysplastycznemu biodru przez odpowiednie ustawienie kończyn dolnych już u niemowlęcia. Wrodzona wada biodra okazuje się więc odwracalną, a sterowanie nią leży w naszych rękach. Toteż uważałem, że chcąc dociekać przyczyn takiej sterowalności, trzeba poznać mechanizm rozwoju stawu dosłownie "ab ovo", tj. w łonie matki. Zachęciła mnie do tego tym bardziej lektura dzieła Le Damanyego (La luxation congénitale de la hanche, 1912 i 1923) oraz publikacje Grafa i Harrensteina (1909 i 1928), które potwierdzały tezę Le Damanyego, a mianowicie, że wrodzona dysplazja biodra jest właściwością człowieka, który nie zdołał się jeszcze w swej budowie anatomicznej przystosować do swej pionowej postawy, którą przybrał jako "homo erectus".

Wierzejewski pozwolił mi urządzić laboratorium na strychu kliniki dla prowadzenia badań. Moim zadaniem było prześledzić rozwój stawów biodrowych u płodów ludzkich. Jako materiał posłużyły mi płody ludzkie martwo urodzone, pochodzące z Kliniki Położniczej w Poznaniu.

Do antropometrycznych pomiarów skonstruowałem sobie specjalny przyrząd. Aby nie błądzić, korzystałem z konsultacji dra Michała Ćwirko-Godyckiego, asystenta prof. dra Adama Wrzoska, kierownika Katedry Antropologii UP. Prof. Wrzosek sam zainteresował się moją pracą i opublikował kilka jej fragmentów w "Przeglądzie Antropologicznym" (1932, 1933).

W miarę wzrastania liczby przebadanych płodów gromadzony materiał stawał się coraz ciekawszy. Nasunęła się więc myśl, by całość badań ująć jako pracę habilitacyjną.

W tym samym czasie Franciszek Raszeja prowadził swoje własne badania doświadczalne i kliniczne nad jonoforezą. Miały być podstawą do pracy habilitacyjnej. Wierzejewski udzielił nam obu swej zgody na habilitowanie się.

Moje badania bioder posuwały się naprzód. Po przebadaniu 100 stawów biodrowych u 50 płodów ludzkich w różnym wieku płodowym, począwszy od III/IV miesiąca ciąży, zarysowały się wyraźne wnioski, które można było jednoznacznie sformułować. Panewka, która początkowo była głęboka, staje się stopniowo bardziej płytka i ustawia się bardziej stromo. Równocześnie główka wraz z szyjką kości udowej zwiększa stopniowo swój kąt przodozgięcia. Oba te zjawiska sumują się i zmniejszają wyraźnie zwartość mechaniczną stawu. Szczytowe nasilenie tych zmian notuje się u dojrzałego płodu. Noworodek ludzki rodzi się więc z niestabilnymi stawami biodrowymi. Można ten stan określić jako fizjologiczną dysplazję stawów biodrowych. U dwóch noworodków zmiany były tak zaawansowane, że wytworzył się w biodrze stan przedzwichnięciowy (preluksacyjny). Stwierdzenie to miało zasadnicze znaczenie dla profilaktyki tzw. wrodzonego zwichnięcia i uzasadniało w pełni dążenie Puttiego do wczesnego zachowawczego leczenia bioder dysplastycznych.

Wyniki swych badań przedstawiłem na XIII Zjeździe Lekarzy i Przyrodników Polskich w dniu 27 IX 1929 r. w Wilnie (Księga pamiątkowa Zjazdu 1930). Wnioski płynące z tej pracy wydały mi się tak odpowiedzialne z różnego punktu widzenia, że postanowiłem je zweryfikować przez zbadanie dalszych 100 bioder. Wyniki badań tej drugiej serii pokrywały się z wynikami z pierwszej serii. Ująłem więc całość badań wraz z dokumentacją w jedną publikację pt. Badania z dziedziny etiologii wrodzonego zwichnięcia biodra (praca ukazała się drukiem w "Chirurgii Narządu Ruchu" w 1932 r.).

Choroba i śmierć prof. Wierzejewskiego

W grudniu 1926 r. nadeszło do naszego zakładu z miejsca wczasów, na których przebywał Wierzejewski, telegraficzne polecenie, by wstawić łóżko do gabinetu profesora, który miał nieszczęśliwy wypadek.

W tym okresie mieszkałem w małym pokoiku w zakładzie i pełniłem niejako funkcję stałego lekarza dyżurnego. Gdy wieczorem przywieziono prof. Wierzejewskiego na noszach i umieszczono go w jego gabinecie, musiałem mu zmienić opatrunek i to ściśle według jego wskazówek. Nie chciał, by poprosić kogokolwiek z chirurgów. Oświadczył stanowczo, że będzie się leczył sam. Trzymał się tego uparcie, co skończyło się nieszczęśliwie, bo przyplątała się infekcja gronkowcowa.

Wierzejewski lubił bardzo towarzystwo, toteż codziennie miał odwiedziny licznych przyjaciół i znajomych. Gościł ich chętnie, przeważnie koniakiem i winem. Wieczorami, gdy już wszyscy goście odeszli, musiałem mu dotrzymywać towarzystwa, co wynikało z mej funkcji permanentnego nocnego lekarza dyżurnego. Gdy wszedłem do jego pokoju, powitał mnie słowami: "Chłopyszku, zajrzyj tylko do szafy, tam za stosem bielizny musi być jeszcze jedna butelka hungarikona. Kazałem odstawić ją dla nas, wszystko inne już wypili". Powtarzało się to co wieczór. Były to dla mnie niezapomniane gawędy do późnej nocy.

W dniu 16 lipca 1929 r. Wierzejewski uległ wypadkowi samochodowemu, podczas którego doznał złamania mostka i okaleczeń twarzy. Dołączyło się powolne zapalenie wsierdzia (endocarditis lenta) i tej chorobie uległ. Zmarł w dniu 8 marca 1930 r.

Uroczystości pogrzebowe rozpoczęły się w Zakładzie im. Gąsiorowskich, skąd wynieśliśmy trumnę jego na naszych barkach. Uczestniczyły tłumy ludzi, a wśród nich przedstawiciele uniwersytetu i władz miejskich, lekarze, studenci, pacjenci, znajomi i wielbiciele. Prof. Wierzejewski zmarł licząc 49 lat, a więc w sile wieku, mając przed sobą do spełnienia wielkie zadania jako naukowiec, wychowawca młodzieży i społecznik. Ortopedia polska poniosła ciężką stratę. Bezpośrednie skutki jego zgonu dały się natychmiast odczuć w Zakładzie naszym, a zwłaszcza w Klinice.

Komplikacje w postępowaniu habilitacyjnym

Skomplikowała się sprawa naszych habilitacji. F. Raszeja był w lepszym położeniu, ukończył bowiem swoją doświadczalną część pracy habilitacyjnej wcześniej. Ukazała się pod tytułem Doświadczalne i kliniczne badania nad jontoforezą w "Chirurgii Narządu Ruchu" w 1929 r. (druga część, kliniczna, wyszła w 1930 r.). Pojechał on ze swoją rozprawą do przebywającego na leczeniu w Warszawie prof. Wierzejewskiego i uzyskał od niego pisemną akceptację pracy habilitacyjnej. Habilitacja Raszei przeszła gładko.

Ja miałem tylko ustną akceptację. Wierzejewski widział tylko jej pierwszą część mej pracy. Musiałem więc szukać promotora. Zgodził się nim być prof. dr Antoni Jurasz, kierownik Kliniki Chirurgicznej, do którego chodziłem jako student na wykłady. Okazywał mi zawsze dużo życzliwości. Gdy jednak przedłożyłem mu pracę, czułem, że żywi do niej jakąś niechęć. Proponował różne zmiany stylistyczne i ociągał się z wydaniem decyzji.

Złożyło się jednak szczęśliwie, ze natrafiłem na ogłoszenie o konkursie dla prac naukowych; nagrodą było stypendium im. Feliksa Sommera. Przesłałem więc swoją pracę do jury, które urzędowało w Warszawie. Ku mojej wielkiej radości otrzymałem w lipcu 1931 r. wiadomość o przyznaniu mi nagrody.

W jury zasiadali ortopedzi warszawscy. Fakt, że specjaliści zaopiniowali dodatnio mają pracę, przyczynił się do tego, że prof. Jurasz krótko potem przyjął moją rozprawę.

Rozumiałem jego wątpliwości. Praca moja bowiem zawierała liczne pomiary antropologiczne, tabele statystyczne, rozważania biomechaniczne, słowem wszystko, co było dalekie od zainteresowań prof. Jurasza jako chirurga części miękkich.

Nasz Zakład im. Gąsiorowskich był powiązany z Uniwersytetem tylko unią personalną przez osobę prof. Wierzejewskiego jako dyrektora zarówno Zakładu, jak i Kliniki Ortopedycznej. Właściwym administratorem Zakładu był dr Michał Grobelski. Zawsze był zastępcą prof. Wierzejewskiego. Wykonywał swoją funkcję bardzo gospodarnie i wzorowo, toteż po śmierci prof. Wierzejewskiego Zarząd Towarzystwa "Charitas" mianował dra Michała Grobelskiego dyrektorem.

Pokrzyżowało to plany F. Raszei, który miał nadzieję, że zostanie kierownikiem Kliniki Ortopedycznej jako docent i następca prof. Wierzejewskiego. Ponieważ pertraktacje między Uniwersytetem a Towarzystwem "Charitas" nie doprowadziły do ugody, F. Raszeja opuścił Zakład. Mnie natomiast kwestura wstrzymała z dniem 1 października 1930 r. wypłatę pensji asystenckiej, gdyż w tym dniu upłynął termin nominacji na starszego asystenta. Na mój wniosek dziekan przedłużył nominację z poleceniem dokonania inwentaryzacji majątku Kliniki Ortopedycznej w związku z jej likwidacją i ukończenia inwentaryzacji do końca stycznia 1931 r.

W tym okresie zgłosiłem w Dziekanacie Wydziału Lekarskiego swą prośbę o dopuszczenie mnie do habilitacji. W Wydziale było dużo profesorów, którzy byli mi życzliwi i poparli moją kandydaturę. Dziekan otworzył mój przewód habilitacyjny.

F. Raszeja po odejściu z kliniki próbował - z poparciem profesorów należących do ugrupowania sanacyjnego - utworzyć wpierw jakąś jednostkę ortopedyczną poza Zakładem, by po nominacji na docenta czynić starania na reaktywizację Kliniki Ortopedycznej gdziekolwiek. Taką odskocznią dla niego stała się poradnia ortopedyczna, którą Zakład Ubezpieczeń Społecznych utworzył w Swarzędzu pod Poznaniem.

W roku 1935 Uniwersytet zgodził się na reaktywowanie Kliniki Ortopedycznej w Collegium Marcinkowskiego, które mieściło się w Zakładzie Garczyńskich na poznańskiej Wildzie. Uniwersytet otrzymał ten Zakład w darze, na własność. Tutaj urzędował F. Raszeja do wybuchu wojny światowej w 1939 r. Ja zaś pozostałem w Zakładzie im. Gąsiorowskich, gdzie praca toczyła się normalnie. Z Raszeją opuścił nas dr Roman Zieliński, który przeniósł się na praktykę do Katowic. Pozostał dr Józef Wolszczan jako asystent. Mnie przypadła funkcja prymariusza zakładu. Dyrektorem był Michał Grobelski.

Plany F. Raszei, popierane przez niektórych sanacyjnych członków Wydziału Lekarskiego, przyczyniły się do przewlekania mego procesu habilitacyjnego tak, że zatwierdzenie mej habilitacji przez Senat Wydziału Lekarskiego nastąpiło dopiero w dniu 10 maja 1933 r. Na zatwierdzenie habilitacji przez Ministra Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego W. Jędrzejewicza czekałem do 14 kwietnia 1934 r.

Praca w studium wychowania fizycznego UP

Po moim powrocie z Francji w 1926 r. prof. dr Eugeniusz Piasecki, dyrektor Studium Wychowania Fizycznego UP, zaproponował mi - za zgodą prof. Wierzejewskiego - przyjęcie funkcji lekarza studium, niezależnie od mej asystentury w Klinice Ortopedycznej. Zgodziłem się na to chętnie, gdyż spodziewałem się, że nowa funkcja pozwoli mi poznać z bliska arkana ruchu stosowanego w ćwiczeniach cielesnych i w sporcie u osób zdrowych. Jako ortopeda miałem codziennie do czynienia z patologią narządu ruchu. Moje nadzieje wiązałem z tą okolicznością, że metodologię zajęć praktycznych w studium prowadził były wychowanek Centralnego Instytutu Gimnastyki, założonego prze Per Henryka Linga w 1813 r. w Sztokholmie. Był nim wizytator wychowania fizycznego - Walerian Sikorski.

Koncepcja gimnastyki szwedzkiej, która polegała na koncentrowaniu ćwiczeń ruchowych na określonym punkcie ciała celem poprawienia jego funkcji, bardzo mnie pociągała. Widziałem w niej duże możliwości zastosowania w Klinice Ortopedycznej.

W Studium WF pracowałem jako lekarz przez 10 lat. Towarzyszyłem jako lekarz wszystkim praktycznym kursom, które studium organizowało dla studentów wychowania fizycznego oraz dla lekarzy specjalizujących się w higienie szkolnej i wychowaniu fizycznym. Nauczyłem się szermierki, pływania, narciarstwa i zasad taternictwa.

Kursy te dawały mi dużo okazji do zbierania materiałów obserwacyjnych, które później opublikowałem, jak np. Zapobieganie nieszczęśliwym wypadkom w narciarstwie ("Wychowanie Fizyczne" 1935) oraz Wady postawy jako przeszkody w nauce pływania crawlem ("Wychowanie Fizyczne" 1937). Praca ta była przedstawiona podczas olimpiady w 1936 r. w Berlinie na Międzynarodowym Kongresie Lekarzy Sportowych (Pamiętnik Kongresu 1937 r.).

W roku 1928 i w latach następnych byłem kierownikiem Miejskiej Poradni Sportowo-Lekarskiej w Poznaniu, co rozszerzyło moje wiadomości z traumatologii sportowej.

Po zakończeniu pracy habilitacyjnej zaczęło mnie interesować zagadnienie wady postawy człowieka. Wadliwa postawa ciała jest częstym zjawiskiem u dzieci. Podobnie jak wrodzone zwichnięcie biodra, wiąże się ona z niewystarczającą adaptacją człowieka jako "homo erectus" do pionowej pozycji. Zagadnienie wad postawy było w swoim czasie żywo omawiane w piśmiennictwie światowym. Ponieważ wada postawy jest w dużym stopniu odwracalna - podobnie jak wrodzona dysplazja biodra - nasunął mi się plan zorganizowania możliwości jej zwalczania. U nas w kraju nie zajmowano się tym zagadnieniem prawie wcale, mimo że bardzo dużo dzieci szkolnych miało złe postawy, a gimnastyka szkolna miała za cel tylko poprawienie ogólnej sprawności fizycznej dziecka. Gimnastykę tę należało uzupełnić gimnastyką korekcyjną, do czego najlepiej nadawał się system Linga.

Postanowiłem zorganizować kurs gimnastyki wyrównawczej dla dzieci szkolnych z wadami postawy. Przygotowałem w indywidualnych wykładach p. Ansionową, magister wychowania fizycznego, która zgodziła się bezinteresownie prowadzić lekcje gimnastyki wyrównawczej w sali gimnastycznej jednej ze szkół podstawowych. Dyrektorka tej szkoły chętnie udostępniała nam salę i chętnie pozwoliła mi zbadać dzieci szkolne z tejże szkoły. Zbadałem dzieci w wieku 10-12 lat, gdyż z doświadczenia wiedziałem, że w okresie przed pokwitaniem postawa pogarsza się. Wszystkie wybrane dzieci, które miały wady postawy i zostały wytypowane na kurs, były badane ortopedycznie przeze mnie oraz przeszły badania pediatryczne przeprowadzone przez moją żonę, dr Marię Żelewską-Dega - specjalistkę w pediatrii.

Przed rozpoczęciem kursu dyrektorka szkoły zgodziła się na zorganizowanie zebrania rodziców dzieci wybranych na kurs. Wyjaśniłem im cel kursu, z którego dzieci mogą skorzystać, jeśli zechcą. Dzieci otrzymały specjalny jednolity strój gimnastyczny, który pozwolił obserwować pracę mięśni podczas ćwiczeń.

Pierwszy kurs odbył się w 1931 r. za zgodą Kuratora Oświaty oraz Decernatu WF przy Magistracie Miasta Poznania, który pokrył koszty uzupełnienia sali gimnastycznej potrzebnym sprzętem. Cały kurs odbył się bezinteresownie - z dobrej woli wszystkich stron. Dzieci były badane na początku, w środku i pod koniec roku szkolnego. Dla dokumentacji opracowałem schemat badań. Każde dziecko miało swoją kartę przewidującą periodyczność badań przez kilka lat.

Kurs ten traktowałem jako eksperymentalny dla wypracowania metodyki ćwiczeń i obserwowania reakcji dzieci. Moim dążeniem było, aby wprowadzić gimnastykę wyrównawczą jako uzupełnienie normalnej gimnastyki do wszystkich szkół i aby uzyskać na to zgodę Kuratora. Chcąc uzasadnić to dążenie, musiałem udokumentować jego potrzebę. W tym celu wdrożyłem systematyczne badania dzieci szkół poznańskich. Sam rozpocząłem od badań dzieci pierwszej klasy i to w chwili wstąpienia do szkoły oraz po ukończeniu pierwszego roku szkolnego. Statystycznie można było wykazać wyraźne pogorszenie się postaw w ciągu roku jako wynik sedentaryjności zajęć szkolnych.

Wyniki badań opublikowałem w "Wychowaniu Fizycznym" w 1934 (Zagadnienie postawy dzieci w pierwszym roku szkolnym) oraz w "La Medicine Scolaire" w 1935 r., a także w "Nowinach Lekarskich" w 1935 roku (Znaczenie postawy w wychowaniu fizycznym z punktu widzenia zdrowia). Badania rozszerzyłem również ma starsze dzieci. Do badań tych, prócz mojej żony, włączyli się lekarka M. Stobiecka i lekarz E. Szczygieł. Oboje byli absolwentami Studium Wychowania Fizycznego. Nakłoniłem ich do napisania prac magisterskich na temat częstości wad postawy u dzieci szkolnych.

Wszystkie badania były prowadzone według jednolitego schematu, który opracowałem. Wszyscy byli przeszkoleni w technice badań. W ten sposób wyniki wszystkich badań były porównywalne. Badania wykazały, że ok. 60% dzieci szkół poznańskich miało wadliwe postawy, wykazując tendencję do pogarszania się. Tendencja to nasiliła się u dziewcząt w wieku pokwitania. Wyniki powyższe przekonały Kuratora Okręgu Szkolnego. Wyraził on zgodę na wprowadzenie gimnastyki do dwu szkół powszechnych dla dziewcząt i zatwierdził etaty dla kierowniczek prowadzących ćwiczenia. Kierowniczkę dla drugiej szkoły (p. Pilarską) przygotowałem w podobny sposób jak pierwszą. Odtąd ich praca była odpłatna. Praca lekarska pozostała bezinteresowną.

Kursy cieszyły się poparciem rodziców, którzy sami pilnowali, by uczestnictwo ich dzieci było regularne. Wyniki odpowiadały oczekiwaniom. W Poznaniu kursy trwały kilka lat. Urwały się, gdy opuściłem Poznań w 1937 r. Wzór poznańskich kursów przejęła Warszawa.

Studia w Szwecji

Rok 1931 pozwolił mi zrealizować moje marzenie poznania kraju Per H. Linga i jego gimnastyki w oryginalnym zastosowaniu. Prof. dr Patrik Haglund, kierownik Kliniki Ortopedycznej Uniwersytetu w Sztokholmie, zgodził się na moją prośbę przyjąć mnie jako wolontariusza do swego zakładu.

Mój szef, dyrektor Michał Grobelski, akceptował mój wyjazd. Dnia 16 lipca 1931 r. wyjechałem do Szwecji w towarzystwie mej żony, która była asystentką Studium Wychowania Fizycznego, bardzo zaangażowaną przy tym w interesującej mnie tematyce.

Przed wyjazdem uczyłem się przez kilka miesięcy języka szwedzkiego u naszego lektora uniwersyteckiego. Gdy jednak w Szwecji próbowałem mówić moją szwedczyzną, np. w pociągu czy na poczcie, natychmiast odpowiadano mi po niemiecku. W tym okresie język niemiecki był drugim językiem w Szwecji, którego uczono już w szkole podstawowej. Dopiero po II wojnie światowej język angielski wyparł język niemiecki. Nie miałem więc żadnych trudności w porozumiewaniu się z otoczeniem.

Prof. Patrik Haglund należał do czołowych ortopedów w Europie. Znałem go z jego książki Prinzipien der Orthopädie. Jego klinika mieściła się w starym budynku fundacyjnej Szkoły dla Kalek (Vanföreanstalten) na Grave Turegatan. Nie istniały jeszcze w owym czasie nowe gmachy Karolinska Institutet, później wybudowane. Zwiedziłem je po wojnie.

W 1904 r. panowała w Szwecji ciężka epidemia choroby Heine-Medina. Nie było bodaj w tym kraju rodziny, którą ominęła ta epidemia. Wstrząśnięte społeczeństwo zespoliło się w wysiłkach, by zabezpieczyć ofiarom epidemii należytą opiekę. Stąd powstała w Szwecji wzorowa organizacja opieki nad kalekami, z którą mogłem się zapoznać. Ośrodkiem tej organizacji był Sztokholm.

Prof. Haglund przychodził do Zakładu codziennie około dziesiątej i spotykał się w altanie - w ogródku ośrodka przyzakładowego - ze swoimi lekarzami i siostrą przełożoną. Dr H. Nilsonne, który był jego zastępcą, przedstawiał sytuację chorych oraz bieżące sprawy codzienne. Podczas dyskusji podawano kawę i pieczywo. Spotkania to miały charakter niemal familijny. Wolno mi było brać w nich udział, co czyniłem chętnie. Dały mi wgląd w sposób załatwiania codziennych spraw.

W klinice, która liczyła około 200 łóżek, pracowało 6 asystentów, którzy operowali, opiekowali się chorymi i obsługiwali kolejno na zmianę ambulatorium. Każdy z nich miał w tygodniu swój określony dzień ambulatoryjny. Na dzień ten stawali do kontroli ci chorzy, których dany lekarz operował względnie leczył. Było to znakomite rozwiązanie. Każdy chory, który leczył się w klinice, miał po jej opuszczeniu zapewnioną kontynuację leczenia przez swego lekarza. Lekarz zaś miał możność osobiście kontrolować wyniki swych operacji względnie leczenia.

W ambulatorium pracowała tylko jedna siostra, bardzo doświadczona i biegła. Ona wypełniała wydrukowany kwestionariusz, dotyczący historii choroby i fotografowała obowiązkowo każdego chorego. W tym celu stał w jednym kącie pokoju aparat fotograficzny na sztalugach - gotowy do zdjęć. Przed nim stawał chory. Każdy chory otrzymywał swój numer. Numerem tym była oznaczona historia choroby oraz duża koperta, w której umieszczało się historię choroby z naklejoną fotografią chorego. Do tej koperty wkładano klisze rentgenowskie chorego oraz wszelkie wyniki innych jego badań.

Był to praktyczny system. Gdy chory wracał na badanie kontrolne lub do kliniki, odszukiwano kopertę z jego numerem, a w kopercie lekarz znajdywał wszystkie dane chorego łącznie ze zdjęciami rentgenowskimi.

System ten tak mi się spodobał, że wprowadziłem go w użycie we wszystkich jednostkach szpitalnych, które później sam prowadziłem. Okazał się do dziś wysoce ekonomiczny i przydatny, sprzyjając utrzymaniu ciągłości kontroli leczenia.

Przy klinice działała szkoła dla kalek. Założeniem szkoły było, żeby inwalida nauczył się nie tylko jakiegoś zawodu, ale by nabył takich kwalifikacji, które przewyższały przeciętne wymagania w danym zawodzie. Jeśli uczył się introligatorstwa, to możliwie artystycznego. Materiał do oprawy dostarczała Królewska Biblioteka Uniwersytecka. Jeśli uczył się krawiectwa, to musiał opanować krój wyższej kategorii. Wychodzono z założenia, że pracujący inwalida wytrzyma łatwiej konkurencję ze zdrowymi fachowcami, jeśli będzie miał wyższe od nich kwalifikacje zawodowe. Dziewczęta, które uczyły się krawiectwa, opuszczając szkołę otrzymywały w darze maszynę do szycia, co im ułatwiało start życiowy.

W owym okresie odbywał się ciekawy proces sądowy między Szwedzką Izbą Lekarską a Zrzeszeniem Kinezyterapeutów. W Szwecji działały szkoły gimnastyki leczniczej. Absolwent takiej szkoły miał prawo otwierać prywatną praktykę i leczyć chorych. Zdarzało się czasami, że leczenie takie przynosiło szkodę chorym (np. zaostrzenie się procesu gruźliczego kręgosłupa po ćwiczeniach ruchowych), którzy później szukali pomocy lekarskiej. Proces wygrała Izba Lekarska. Sąd orzekł, że kinezyterapeuci mogą leczyć tylko takich chorych, których badał lekarz, ustalił rozpoznanie i polecił kinezyterapię.

Orzeczenie to ma znaczenie jeszcze dziś, nawet u nas, gdzie lecznictwo jest bezpłatne, lecz gdzie mgr wychowania fizycznego leczy chorych w oderwaniu od lekarza dlatego, że tenże nie jest obeznany z kinezyterapią.

W czasie pobytu w Sztokholmie nauczyłem się masażu szwedzkiego i sposobu stosowania gimnastyki szwedzkiej. Na tej podstawie Uniwersytet Poznański powierzył mi lektorat z tych dziedzin w Studium Wychowania Fizycznego.

W drodze powrotnej zwiedziliśmy Instytut Gimnastyki Leczniczej w Lund. Jego dyrektorem był major J. J. Thulin, u którego praktykował swego czasu wizytator Walerian Sikorski. Wracaliśmy przez Danię, gdzie w Kopenhadze wizytowałem Uniwersytecką Klinikę Ortopedyczną i poznałem jej kierownika, prof. Paula Guidala, czołowego duńskiego ortopedę. Skorzystałem, by zwiedzić Dom dla Kalek, jeden z najstarszych w Europie. Głównym zadaniem tego zakładu było przystosowanie młodzieży kalekiej do życia i nauczenie dobranego zawodu. Tu też poznałem wybitnego ortopedę i działacza społecznego dra Kundjansena, z którym przez długie lata utrzymywałem kontakt poprzez współpracę w Międzynarodowym Towarzystwie dla Kalek (późniejszym Międzynarodowym Towarzystwie Rehabilitacji), w którym dr Jansen rozwijał swą żywą działalność organizacyjną.

Podróż ta odegrała zasadnicze znaczenie w kształtowaniu moich poglądów na rolę ortopedii i kinezyterapii w rozwiązywaniu zagadnień opieki nad kalekami. Nie żałowałem też nigdy kosztów tej podroży, które pokrywałem z własnych oszczędności.

Ćwiczenia funkcjonalne stosowane w Zakładzie

Po powrocie do naszego zakładu im. Gąsiorowskich namówiłem dyr. dra M. Grobelskiego do wybudowania pomieszczeń dla sali gimnastycznej w podwórzu zakładowym. Przeszkoliłem w gimnastyce leczniczej i w masażu szwedzkim 3 nasze pielęgniarki z Wyższej Szkoły Pielęgniarskiej w Poznaniu. Z wielką ochotą przyjmowały moje stałe pouczenia i wywiązywały się świetnie z powierzonych zadań.

W tym okresie wiedeński traumatolog prof. L. Bahlea opublikował swą metodę funkcjonalnego leczenia złamań kości i stawów. Metoda ta polegała na możliwie anatomicznym zestawieniu złamanych kości czy stawów i unieruchomieniu w tak założonym opatrunku gipsowym, że pozwalał na wczesne uruchomienie chorego. Metodę Böhlera przejęliśmy natychmiast w zakładzie. Otworzyła ona szeroko drzwi na stosowanie zasady funkcjonalnego leczenia nie tylko w przypadkach złamań, ale także chorych po operacjach kostno-stawowych, w przewlekłych schorzeniach stawów, w przypadkach porażeń różnej etiologii. Było to postępowanie, które dziś zwiemy rehabilitacją funkcjonalną.

Zjazd w Bolonii

Korzystając z zaproszenia Włoskiego Towarzystwa Ortopedycznego, wziąłem udział w zjeździe naukowym, który odbył się w Bolonii w 1932 r. Był to narodowy zjazd z udziałem gości zagranicznych, podczas którego przedstawiłem dotychczasowe swe doświadczenia z plastyką daszka dysplastycznego stawu biodrowego. Podkreśliłem, że istotą korekcji defektu stropu panewki winno być obniżenie całego stropu tak, aby pokrywał on całą górną powierzchnię głowy kości udowej. W tym celu należy naddłutować kość biodrową półokrężnie ponad górnym brzegiem całej górnej połowy panewki, tak aby można ją było w całości obniżyć i domodelować do powierzchni całej głowy kości udowej. Stwierdzenie to nabrało szczególnego znaczenia w okresie, gdy około 20 lat później zaczęto publikować różne nowe metody rekonstrukcji dysplastycznego stropu panewki (Salter, Penberton, Dega, Chiari).

Zjazd w Bolonii miał dla mnie duże znaczenie. Otóż podczas zjazdu odwiedził mnie w hotelu prof. Marino Ortolani. Wizyta bardzo mnie zaskoczyła, bo nazwisko Ortolaniego zna każdy ortopeda w świecie, który zajmuje się dysplazją biodra. Ortolani należy do najgorętszych propagatorów wczesnego leczenia wrodzonej dysplazji biodra, a objaw Ortolaniego, opisany przez niego, ułatwia wczesne wykrywanie tej wady. Czułem się więc bardzo zaszczycony wizytą, a jeszcze bardziej zaproszeniem do odwiedzenia w drodze powrotnej do kraju Ferrary, gdzie znajdował się Instytut dla Dzieci, którego Ortolani był dyrektorem. Obiecał mi pokazać swe zbiory muzealne preparatów wczesnych stadiów dysplazji u dzieci, które miały dysplazję bioder i zmarły z powodu przyplątanej choroby. Było tych preparatów ponad 200. Zbiór Ortolaniego należy chyba do największych w świecie. Przez kilka godzin oglądaliśmy preparaty i porównywaliśmy je z dokumentacją kliniczną i rentgenologiczną. Była to dla mnie lekcja pokazowa o najwyższym znaczeniu.

Na pytanie, jak doszedł do takiego olbrzymiego zbioru, gdy mnie udało się znaleźć 4 preparaty preluksacji na 100 płodów badanych, Ortolani wyjaśnił, iż jest on pediatrą i jako taki zainteresował się koncepcją Puttiego wczesnego leczenia dysplazji bioder; aby leczyć, trzeba dysplazję wpierw wykryć. Badał więc każde niemowlę, które przyszło do poradni instytutu lub było przyjęte do niego. Nabrał dużego doświadczenia, które pozwoliło mu opracować i opublikować swą znaną w świecie metodę badania.

Ale skąd tyle preparatów? W miesiącach letnich wiele dzieci w Ferraze i w okolicy choruje na czerwonkę. Śmiertelność dzieci leczonych w Instytucie jest wtedy duża, a wśród zmarłych znajdują się dzieci mające dysplazję bioder. Nie było jeszcze wtedy antybiotyków.

Aby lepiej opanować sytuację pielęgnacji i leczenia dzieci w instytucie, Ortolani przyjmował chore dzieci wraz z matkami, które pod kontrolą pielęgniarek pielęgnowały swe dzieci. Śmiertelność spadła przez to wydatnie, a matki uczyły się zasad pielęgnowania. Ten sposób leczenia i pielęgnowania stał się czynnikiem szerzenia oświaty sanitarnej wśród miejscowej ludności.

Między Ortolanim a mną powstała więź przyjaźni. Spotykaliśmy się jeszcze kilka razy z okazji rożnych zjazdów i wymienialiśmy swe publikacje. Z Ferrary pojechałem do Mediolanu, skąd samolotem wróciłem do kraju.

Międzynarodowy zjazd w Londynie

Rok następny, 1933, dał mi nową okazję do wyjazdu za granicę. Jako członek Francuskiego Towarzystwa Ortopedycznego pojechałem z żoną do Paryża, aby wziąć udział w tzw. Dniach Ortopedycznych, a stamtąd do Londynu, gdzie odbywał się zjazd Międzynarodowego Towarzystwa Chirurgów Ortopedycznych (SICOT).

Dla ortopedów zjazdy te mają największe znaczenie. Odbywają się co 3 lata. Spotykają się na nich ortopedzi z całego świata. Było to moje pierwsze wejście w ten świat. Spotkałem tu osoby, których nazwiska znałem z podręczników i publikacji naukowych. Znalazłem wśród nich prof. Nové-Josséranda i prof. Puttiego. W delegacji czeskiej byli prof. J. Zahradnicek, prof. B. Frejka, prof. M. Jaroš, prof. O. Hnevkowský i inni. W delegacji węgierskiej - prof. A. Glauber. Delegacja polska była dość duża, między innymi prof. Adam Gruca, dr Leon Kalina, dr Witold Reklewski.

Prof. Putti nakłaniał mnie jeszcze przed rokiem, podczas mego pobytu w Bolonii, abym właśnie na tym zjeździe przedstawił swe badania nad stanami przedzwichnięć wrodzonych bioder, co też uczyniłem. Był to mój pierwszy występ przed tym międzynarodowym gremium. Wykład miał tytuł: A propos de l'état de preluxation de la hanche chez les nouvaux-nés i ukazał się w Pamiętniku Zjazdowym (Londyn 1933).

Podczas zjazdu prof. Putti i prof. Nové-Jossérand zgłosili moją kandydaturę na członka SICOT. Kandydatura została przyjęta.

Organizatorzy zjazdu urządzali różne wycieczki. Zwiedziliśmy m.in. Szpital w Alton. Wśród zwiedzających poznałem prof. H. A. T. Fairbanksa, który jeszcze przed M. Lancem opublikował swą metodę plastyki daszka stawu biodrowego. Zwiedziliśmy też Oxford z jego College i wszelkimi osobliwościami. Podczas zwiedzania poznaliśmy prof. Bastos y Ansart z żoną. Opowiadał nam o wstrząsających wydarzeniach w Madrycie, które skłoniły go, by stanąć po stronie rewolucji. Ta przyjazna więź znalazła wyraz w kontakcie korespondencyjnym i wymianach publikacji. Po raz wtóry i ostatni spotkałem prof. Bastos y Ansart w Madrycie w roku 1957 podczas zjazdu SICOT, o czym będzie mowa później. Z okazji jego śmierci wydano książkę pamiątkową, do której napisałem artykuł.

Międzynarodowy zjazd w Bolonii i Rzymie

W roku 1936 wykorzystałem swój urlop, aby z żoną wziąć udział w zjeździe Międzynarodowego Towarzystwa Ortopedycznego i Traumatologicznego (SICOT), który w części odbył się w Bolonii, a w drugiej części w Rzymie. Na zjazd ten wyjechała cała grupa ortopedów polskich, m.in. prof. Adam Gruca, prof. Juliusz Zaremba, dr Leon Kalina, dr Kazimierz Kessler.

Pierwsza część zjazdu odbyła się w Instytucie im. Rizzoliego w Bolonii. Gospodarzem był prof. Vittorio Putti. Spotkałem tu prof. Nové-Josséranda i dawnych znajomych z Francji, Włoch i Szwecji.

Gwoździem zjazdu była telekinematografia jako najświeższa nowość kinematografii włoskiej. Na ekranie można było obserwować wprowadzanie główki kości udowej w dysplastycznym stawie biodrowym.

Po zakończeniu części zjazdowej w Bolonii specjalny pociąg przewiózł uczestników zjazdu z Bolonii do Rzymu. W czasie jazdy dr O. Scaglietti, jeden z asystentów Puttiego, a nasz dobry znajomy, odszukał nas, tj. prof. Grucę i mnie, w pociągu i prosił, abyśmy byli w pogotowiu podczas przyjęcia towarzyskiego, które odbędzie się w muzeum na Kapitolu tegoż wieczoru na cześć uczestników zjazdu. Czeka nas tam niespodzianka.

Grupa polska sądziła z odcieniem zazdrości, że dostaniemy jakieś ordery. Tymczasem prof. Putti, który leczył dziecko Mussoliniego, uzyskał zgodę na to, że Duce przyjmie grupę około 30 przedstawicieli różnych krajów biorących udział w zjeździe. Odbyło się to w nieco osobliwy sposób. Scaglietti wyprowadził prof. Grucę, żonę moją i mnie z przyjęcia do autobusu, który stał przed Kapitolem. Starannie identyfikowano przed wejściem do autobusu każdego z osobna według listy. Po krótkiej jeździe wjechaliśmy w szeroką bramę dużego budynku. Bramę zaraz zamknięto. Okazało się, że byliśmy w Palazzo Veneto. W hali na piętrze przeglądano paniom torebki, panom obmacywano kieszenie. Wszelkie przedmioty trzymane w ręku, np. aparaty fotograficzne, musieliśmy odłożyć na stole. Po tej ceremonii wpuszczono całą grupę do wielkiej sali. W głębi stało podium. Prof. Putti ustawił nas w jednym szeregu. Po chwili czekania otworzyły się w głębi sali drzwi i ukazał się Mussolini - ubrany w biały mundur. Był on średniego wzrostu, silnej budowy. Wszedł sprężystym krokiem na podium. Uniesieniem ręki wyciągniętej prosto w górę il Duce powitał swych gości. Moje ortopedyczne oko zanotowało natychmiast dużą lordozę lędźwiową, która ujawniła się, gdy Duce wzniósł rękę do góry.

Całość rozczarowała mnie swą rażącą teatralnością. Po krótkim przemówieniu Mussolini podszedł do nas i podał każdemu rękę, podczas gdy Putti przedstawiał nas kolejno. Po tej ceremonii autobus zawiózł nas z powrotem na przyjęcie do Kapitolu, ku zadowoleniu grupy polskich kolegów, że nie było żadnych orderów.

Zjazd pozwolił nam poznać nieco Włochy. W Rzymie organizatorzy pokazali większe osiągnięcia z ostatnich lat. Byli z nich bardzo dumni. Zwrócili uwagę na elektryfikację kolei, na wielki nowo wybudowany stadion sportowy. Forum Mussolini, imponujące domy opiekuńcze dla osób starych. Zwiedziliśmy nowo powstałe miasto uniwersyteckie, Citta Universitaria, z licznymi klinikami specjalistycznymi, m.in. Kliniką Ortopedyczną kierowaną przez prof. Marino Zucco, antagonistę prof. Puttiego. Najwięcej mnie jednak interesowało poznanie wielkiego Instytutu Carlo Forlanini. Instytut ten zajmował się badaniem i leczeniem gruźlicy. Był to wielki kompleks budynków. Znałem instytut z opowiadań Janusza Zeylanda, który specjalizował się w zagadnieniach gruźlicy. Jako klinicysta podziwiałem rozwiązanie stosowania helioterapii w leczeniu gruźlicy kostno-stawowej. Jeden blok był na ten cel tak zbudowany, że pokoje chorych miały swoje werandy, będące niejako przedłużeniem pokoju. Każde łóżko chorego miało kółka, co pozwalało z łatwością je wysuwać na nasłonecznioną werandę. Oczywiście naświetlania były ściśle dawkowane.

Podczas tego zwiedzania poznałem młodego ortopedę niemieckiego, dra Eckhardta, który - jak dowiedziałem się później - odgrywał dużą rolę w organizacji opieki społecznej w hitlerowskim urzędzie. Zachwycał się tymi osiągnięciami i tłumaczył mi, że jest to możliwe tylko wówczas, jeśli przyjmie się zasadę, że praca jest ważniejsza niż złoto. Zasada to piękna, ale złoto trzeba wypracować własną pracą, a nie sięgać po cudzą siłę roboczą, jak to czynili Mussolini i Hitler.

Po zjeździe przedłużyliśmy z żoną nasz pobyt, by obejrzeć choć najważniejsze zabytki Rzymu. Zwiedziliśmy również Neapol, Pompeje, Capri, Florencję. Trudno dziś uwierzyć, że mogliśmy sobie na to pozwolić z naszych wypracowanych pensji asystenckich. Ułatwiła nam to wymiana złotych polskich na tzw. liry turystyczne po niższym kursie, co Włosi wprowadzili dla poparcia turystyki.

Po powrocie do kraju praca w zakładzie toczyła się normalnie. Zastępował mnie dr Józef Wolszczan. Przybyli nowi asystenci: dr Witold Piotr i dr Witold Jeske.

Przeniesienie się do Bydgoszczy

W 1937 r. otrzymałem równocześnie dwie propozycje objęcia ordynatury oddziału ortopedycznego: w Gdyni i w Bydgoszczy. W Gdyni istniał szpital sióstr zakonnych. Siostry te postanowiły utworzyć w szpitalu Oddział Ortopedyczny z szeroką możliwością uprawiania praktyki prywatnej. Druga propozycja przyszła z Zarządu Miejskiego m. Bydgoszczy. Właśnie uruchamiano tam nowy wielospecjalistyczny szpital miejski na 600 łóżek przy ul. Curie-Skłodowskiej. Szukano ordynatorów dla poszczególnych oddziałów. Miasto miało ambicje zahamować dążenie ludności do leczenia się w szpitalach niemieckich w Gdańsku, gdzie lecznictwo było wysoko postawione, a ludności polskiej czyniono różne udogodnienia ze względów politycznych. Miasto chciało więc odpowiednio wyposażyć piękny budynek szpitalny i nadać mu reprezentatywną rangę. Z taką argumentacją przedstawił mi dyrektor nowego szpitala, dr Stefan Soboczyński, propozycję zorganizowania oddziału ortopedycznego w tej nowej placówce. Przyrzekł przy tym, że uwzględni wszystkie dezyderaty odnośnie wyposażenia oddziału i że będę mógł sam decydować o jego urządzeniu, z tym że oddział ortopedyczny miałby być nieduży, około 20 łóżek.

Chociaż Gdynia, jako okno na świat, warunkami materialnymi bardzo kusiła, wybrałem Bydgoszcz. Gdy w początkach 1937 r. otrzymałem tę propozycję, szpital był w stadium wykańczania wnętrz. Mogłem więc pokierować rozplanowaniem oddziału ortopedycznego i zadecydować o jego urządzeniu. Dyrektor dr Soboczyński dotrzymał swego przyrzeczenia. Miałem więc wolną rękę w dokonaniu potrzebnych adaptacji pomieszczeń, które po przedyskutowaniu dyr. Soboczyński zaakceptował. Mogłem nawet sam wybrać i zamówić narzędzia chirurgiczne w firmach poznańskich i warszawskich. Firma mebli szpitalnych Grzybowskiego w Warszawie wykonała ortopedyczno-chirurgiczny stół operacyjny według moich wskazówek, opierając się na zaletach modelu stołu Puttiego i polskiego modelu stołu Opackiego. Otrzymałem zgodę na urządzenie sali gimnastycznej w obrębie oddziału ortopedycznego i dopilnowałem, by stolarz wykonał odpowiednio wszystkie drabinki i cały drewniany sprzęt potrzebny do ćwiczeń gimnastycznych. Miałem już pewne doświadczenie, gdyż swego czasu urządzałem salę gimnastyczną w naszym zakładzie w Poznaniu. Szpital przewidywał centralny oddział fizjoterapii obsługujący wszystkie oddziały, podobnie jak oddział rentgenowski.

Oddział ortopedyczny mieścił się na trzecim, najwyższym piętrze. W pobliżu oddziału znajdowała się oszklona kopuła nad dość dużym pomieszczeniem, które wolno mi było wyposażyć w lampy kwarcowe i przeznaczyć na solarium dla pacjentów. W pobliżu był duży taras, który służył tym samym celom na otwartym powietrzu. Dyr. Soboczyński zgodził się, że w II etapie uzupełni się taras pomieszczeniami z jedną ścianą otwartą zwróconą na taras, co umożliwi łatwe przesuwanie chorych w łóżkach na kółkach z pokoju na taras i odwrotnie. Przyświecał mi wzór, który widziałem w Instytucie Gruźlicy Carlo Forlaniego w Rzymie.

Dyr. Soboczyński obiecał, że otrzymam etat na zatrudnienie nauczycielki, która będzie prowadziła zajęcia szkolne dla dzieci podczas ich pobytu w szpitalu. Zgodził się on także na utworzenie przyszpitalnych warsztatów ortopedycznych, które będą zaopatrywały pacjentów w protezy i aparaty ortopedyczne, i przeznaczył na ten cel pomieszczenia suterenowe. Miałem więc miraż królestwa, w którym będę mógł prowadzić swą pracę według koncepcji, jaka przyświecała ortopedii powiązanej z rehabilitacją.

Warunki pracy, jakie mi Zarząd Miejski Bydgoszczy zapewnił, uważałem za idealne. Oprócz określonej pensji miesięcznej przyznano mi prawo do leczenia prywatnego pacjentów "na I klasie". Szpital, jak wszystkie inne w tym czasie, posiadał pomieszczenia jedno-, dwu- i wielołóżkowe. Leczenie było dla wszystkich klas jednakowe. Różnica w klasach polegała tylko na opłacie za komfort pobytu w szpitalu. Rozliczanie się z chorymi za leczenie i zabiegi operacyjne było dokonywane ściśle według przyjętych taryf. Tak więc prywatny chory, korzystający z I klasy, płacił za zabiegi operacyjne według tabeli (małe, średnie i duże zabiegi) i należność tę, jak i należność za całość leczenia szpitalnego, wpłacał do kasy miejskiej. Kasa ta wypłacała należność za zabiegi operacyjne miesięcznie razem z pensją, przy czym dochód z zabiegów operacyjnych był procentowo rozliczany automatycznie: na szpital, na operatora, na asystę i na personel pomocniczy sali operacyjnej, gipsowni i sal zabiegowych.

Ordynator nie miał więc żadnych rozliczeń finansowych z pacjentem. Asystenci i personel pomocniczy byli zadowoleni z dodatkowego wynagrodzenia, chętni do pracy i zainteresowani nią. Podobną umowę miał kierownik warsztatów ortopedycznych. Otrzymywał on - oprócz stałej pensji miesięcznej - pewien procent od obrotu, co miało wybitny wpływ na wydajność pracy i jakość produkowanego zaopatrzenia ortopedycznego. Umowy te wpłynęły na to, że miałem chętny i życzliwy zespół ludzi do pracy. Chorymi opiekowały się siostry zakonne, które, nie będąc właścicielkami szpitali, odpowiadały tylko za stronę pielęgnowania chorych.

Wynająwszy pięciopokojowe mieszkanie na narożniku ul. Słowackiego i ul. Gdańskiej, przeniosłem się w listopadzie 1937 r. wraz żoną i dwiema córeczkami oraz całym dobytkiem do Bydgoszczy. Dla żony była bo uciążliwa decyzja, bo musiała porzucić swą pracę jako asystentka Studium Wychowania Fizycznego UP, a jako lekarka zatrudniona w różnych poznańskich placówkach pediatrycznych. Weszła w zupełnie obce nam środowisko - początkowo niezupełnie przychylne.

Wraz ze mną przenieśli się do Bydgoszczy dr Witold Piotr, który zamieszkał jako asystent i permanentny lekarz dyżurny w szpitalu, oraz technik ortopedyczny, który pracował w Warsztatach Ortopedycznych w Zakładzie im. Gąsiorowskich w Poznaniu i chciał się usamodzielnić.

Gdy przeprowadziłem się do Bydgoszczy, szpital był w trakcie przyjmowania chorych. Nasz oddział ortopedyczny wypełnił się szybko. Na całym Pomorzu nie było żadnej placówki ortopedycznej. Postanowiliśmy z drem Piotrem, że będziemy przyjmować każdego chorego skierowanego do nas bez względu na ciężkość jego schorzenia. Skorzystały z tego szpitale okoliczne, przysyłając nam chorych, z którymi nie mogli się uporać i których chcieli się pozbyć. Mieliśmy więc od początku pełne ręce roboty i codziennie odbywały się operacje. Posiadaliśmy własną salę operacyjną aseptyczną, septyczną, gipsownię i salę opatrunkową. Kilka spektakularnych przypadków, które przytrafiły się zaraz na początku, przyczyniło się do wyrobienia nam pewnej opinii.

Przypominam sobie młodą niewiastę, która leżała kilka miesięcy w Zakładzie w Kocborowie z powodu porażenia obu kończyn dolnych. Objawy wskazywały, że przyczyną porażeń był ucisk na rdzeń. Nie było wtedy neurochirurgów i przypadki takie operował ortopeda. Złożyło się szczęśliwie, że podczas operacji znalazłem mały twardy guzek pozardzeniowy, który usunąłem. Po zastosowaniu fizjoterapii i ćwiczeń cofnęły się porażenia i chora zaczęła chodzić. Zrobiło to na wszystkich duże wrażenie.

Innym spektakularnym przypadkiem był mężczyzna, który przyszedł z krwawiącą raną po zgięciowej stronie nadgarstka i nie mógł zginać 4 palców. Skaleczył się szkłem pękniętej butelki do fermentacji wina. Po podwiązaniu krwawiących naczyń i po zszyciu przeciętych ścięgien rana wygoiła się szczęśliwie bez powikłań. Po ćwiczeniach i fizjoterapii palce odzyskały swe ruchy. Pacjent był szczęśliwy i rozgłaszał ten fakt.

Nasza normalna praca chirurgiczno-ortopedyczna okazała się bardzo potrzebna. Wynikało to ze wzrastającego napływu chorych.

Gdy zgłaszał się chory w godzinach popołudniowych lub wieczornych, załatwiał go dr Witold Piotr. Ponieważ nie miał on jeszcze potrzebnego doświadczenia, miał polecenie przywołania mnie telefonem, jeśli sprawa wymagała natychmiastowej decyzji. Pod oknem mego mieszkania, na przeciwległej stronie ulicy, znajdował się postój taksówek. Wystarczyło przez okno skinąć, a taksówkarz podjeżdżał natychmiast i w ciągu kilku minut po telefonie byłem w szpitalu.

Dyrektor Sobaczyński był zaskoczony tym zapotrzebowaniem na łóżka i dodał do naszego oddziału 10 łóżek z sąsiedniego oddziału, a gdy i to nie starczyło, otrzymaliśmy prawo umieszczania naszych chorych na wolnych miejscach w innych oddziałach. Były okresy, że liczba chorych ortopedycznych wzrastała do 90 łóżek. Było to ciężkie dla nas obydwu, ale świadomość, że jesteśmy coraz bardziej potrzebni, radowała nas oraz cały personel pielęgniarski i pomocniczy. Nikt nie utyskiwał. Wytworzyła się pewna harmonijna więź pracy. Dyrektor szpitala w uznaniu tego podwyższył nam pensje i dodał etat dla drugiego asystenta. Był nim dr Leon Flisikowski. Później dodał jeszcze etat dla trzeciego asystenta, którym został dr Rauch. Wszyscy asystenci mieszkali w szpitalu, co ich bardzo związało z pracą szpitalną.

W podobny sposób rozwijały się przyszpitalne warsztaty ortopedyczne. Pan T. Nowacki był kierownikiem, zaopatrzeniowcem, księgowym i wykonawcą sprzętu ortopedycznego. Dyrekcja szpitala darzyła go zaufaniem i pozwoliła, że sam zaopatrywał warsztaty w potrzebne materiały, narzędzia itp., oczywiście za odpowiednim rozliczeniem się.

Pan Nowacki był pracowitym i zręcznym technikiem. Pracował szybko i akuratnie. Bez oporów przyjmował uwagi lekarskie. Zaopatrywał naszych chorych szpitalnych i ambulatoryjnych w potrzebne im aparaty ortopedyczne. Produkcja aparatów trwała zawsze bardzo krótko. Szczytem sprawnego działania było zaopatrzenie pacjenta w protezę kończyny dolnej w ciągu trzech dni. Była to norma, której przestrzegały Warsztaty Ortopedyczne Instytutu Rizzoliego w Bolonii. W Londynie firma Desutter produkowała protezy aluminiowe. Poszczególne części protezy były maszynowo tłoczone. Można było z nich złożyć całą protezę. Nawiązałem kontakt z tą firmą, przysyłającą formularze ze schematami, na które należało nanieść wymiary kikuta i zdrowej nogi pacjenta. Według tych wymiarów firma dobierała części protezy i wysyłała je za opłatą, uiszczoną przez pacjenta w złotówkach. Pan Nowacki zestawiał części protez w całość według przysłanej instrukcji i w ciągu trzech dni pacjent otrzymywał protezę gotową do chodzenia.

Aluminiowe protezy były w swoim czasie bardzo modne z powodu ich lekkości. Nie wytrzymały jednak próby życiowej -jak się okazało później - z powodu dużej wrażliwości na temperatury zewnętrzne. Zwłaszcza zimą ziębiły kikut.

Do Bydgoszczy przeniosłem się jako docent, chyba jedyny w owym czasie, który przeniósł swą działalność z placówki uniwersyteckiej w teren. Nie zwalniało mnie to z obowiązku wygłoszenia raz w miesiącu dwugodzinnego wykładu dla studentów. Tytuł, godzinę i miejsce wykładu należało wywiesić na czarnej tablicy przed Dziekanatem Lekarskim. Z tego obowiązku wywiązywałem się skrupulatnie i raz w miesiącu wyjeżdżałem do Poznania. Wykłady były fakultatywne i odbywały się w godzinach popołudniowych. Ponieważ nie miałem do dyspozycji chorych, których mógłbym demonstrować podczas wykładu, a nie chciałem,ˇby wykład był werbalny, obrałem jako temat Błędy w rentgenodiagnostyce narządu ruchu. Jako materiał demonstracyjny służyły mi przeźrocza, które sam sobie dobrałem ze szpitalnych rentgenogramów.

Nadmienić tu muszę, że za pieniądze otrzymane z przyznanej mi nagrody im. Feliksa Summera zakupiłem małoobrazkowy aparat fotograficzny "Leica" wraz z kompletem soczewek i przyborów do fotografowania z bliska oraz rzutnikiem do projekcji przeźroczy.

Aparatura "Leica" była wielką nowością fotograficzną, która akurat ukazała się. Prócz aparatu fotograficznego nabyłem przybory do wywoływania taśmy filmowej oraz przyrząd do powiększania zdjęć i urządziłem w łazience ciemnię. Fotografowałem namiętnie. Zachowała mi się dokumentacja fotograficzna ze zjazdów w Szwecji, Bolonii, Rzymie, Paryżu i Londynie. Na zjazdy te sam przygotowywałem sobie przeźrocza. Niektóre zachowały mi się do dziś.

Zwyczaj samodzielnego przygotowywania przeźroczy do wykładów przydał mi się teraz do moich wykładów w Poznaniu. Mając własny rzutnik, byłem niezależny od wyposażenia sali wykładowej. Prof. dr Leon Padlewski, dyrektor Zakładu Mikrobiologii UP, udostępnił swoją salę wykładową dla moich wykładów. Tak więc zjawiałem się co miesiąc ze swoją skrzynką z projektorem i przeźroczami w określonym dniu i o oznaczonej godzinie, nie licząc na jakąś frekwencję studentów. Byłem nawet zdziwiony, gdy początkowo zastałem na sali kilku słuchaczy. Ku memu zadowoleniu liczba ta wzrastała z czasem, a dyskusje podczas wykładu były często żywe.

Comiesięczne wyjazdy dawały mi zawsze okazję do odwiedzenia rodziców, u których nocowałem, oraz do spotkania z moimi bliskimi przyjaciółmi gdzieś na wspólnej kolacji, podczas której omawialiśmy aktualności minionego miesiąca.

Zjazd w Szwajcarii

W czerwcu 1938 r. otrzymałem jako członek Francuskiego Towarzystwa Ortopedycznego zaproszenie do udziału w "Dniach Ortopedycznych", które wspólnie organizowało Francuskie i Szwajcarskie Towarzystwo Ortopedyczne. To ostatnie było gospodarzem "Dni" i przewidywano zwiedzanie placówek ortopedycznych kolejno u Zurychu, Lozannie i Genewie. Nad Europą wisiała już w tym okresie groźba wojny. W kraju propaganda głosiła o głodzie w Niemczech, gdzie zamieniają masło i mięso ma armaty. Moje pierwsze rozczarowanie nastąpiło w restauracji dworcowej w Berlinie. Przeglądając kartę dań, znalazłem tam obfity wybór potraw mięsnych, które można było dowolnie zamówić, a potwierdzał to rzut oka na talerze gości restauracyjnych.

Mając czas do wieczora, skorzystałem z okazji zwiedzenia Berlina autokarem Biura Turystycznego. Natrafiłem na wycieczkę, w której przeważali Niemcy. Gdy przejeżdżaliśmy ulicą, na której znajdował się sklep masarski z oknem wystawowym, w którym m.in. wisiały grube kiełbasy holsztyńskie, autokar zatrzymał się i przewodnik wskazał je, mówiąc: "Gdy przyjeżdżam tu z grupą wycieczkową, w której są Polacy, zapytują mnie, czy te kiełbasy są prawdziwe, czy są tylko atrapami. Naiwni myślą, że u nas nie ma mięsa". Było to moje drugie rozczarowanie co do prawdziwości wielkiej propagandy.

Wieczorem wsiadłem do pociągu, który mnie wiózł do Zurychu. W wagonie sypialnym miałem za współlokatora Szwajcara, bardzo rozmownego. Był on właścicielem wytwórni katgutu, tj. nici wyrabianej z jelit zwierzęcych, a używanej przez chirurgów do zszywania tkanek ludzkich. Chwalił się dobrą dla niego konstelacją kupiecką, bo woził swój katgut do Hiszpanii. Zaopatrywał zarówno wojska frankistowskie jak i rewolucyjne. Opowiadał, jak straszną jest wojna i jak samoloty niemieckie, obniżając swój lot, ostrzeliwują z karabinów maszynowych pozycje wojsk czerwonych. Jest przy tym tak piekielny hałas, że trudno go wytrzymać. Przypomniało mi się to opowiadanie we wrześniu 1939 r., gdy sam przeżyłem naloty "stukasów" niemieckich na nasze wojska i naszą ludność podczas ich ucieczek na szosach. Wojna w Hiszpanii była dla Niemców znakomitym poligonem ćwiczebnym.

Gdy pociąg nasz zajechał na dworzec w Zurichu, na sąsiednim peronie stał pociąg wypełniony młodzieżą niemiecką, śpiewającą pełnymi głosami "Horst Wessel-Lied". Na ramionach nosili swastyki hitlerowskie, a wokół wagonu kręciło się kilku mężczyzn w brunatnych koszulach ze swastykami. Nikt się nimi nie interesował i nie zakazywał śpiewu.

W Zurychu odbywała się właśnie w tym czasie duża międzynarodowa wystawa. Na niej znalazłem wielką tablicę z rysunkami dróg międzynarodowych biegnących przez Szwajcarię i łączących północ z południem i wschód z zachodem. "Carrefour des Nations". Tablica głosiła z naciskiem, że Szwajcaria będzie bronić tego skrzyżowania i że każdy Szwajcar jest gotów stanąć w jego obronie. Istotnie, każdy dorosły zdrowy Szwajcar posiadał swój pełny ekwipunek w domu i odrabiał ćwiczenia wojskowe w dni wolne od pracy. Szwajcaria obawiała się, że Hitler zajmie ją, zablokuje to skrzyżowanie dróg i położy swe łapy na zgromadzone tu banki światowe.

Mimo tych nastrojów zagrożenia wojną zjazd pozwolił zapomnieć o nich i odbył się normalnie. Zurych dał mi okazję poznania słynnego zakładu "Balgrist". Był to stary szpital fundacyjny - subwencjonowany przez Kantony - na 140 łóżek dla dzieci, głównie z porażeniami polomyelitycznymi, z porażeniami mózgowymi i skoliozami. W projekcie była budowa nowego Balgristu z nowoczesnymi urządzeniami. Dyrektorem Balgristu był prof. dr Richard Scherb. Zasłynął on ze swych badań chodu człowieka za pomocą skonstruowanego przez siebie chodnika ruchomego. Konstrukcja polegała na tym, że badany stawał na szerokiej taśmie, która, napięta na wałkach, poruszała się ich obrotami, a stojący na niej człowiek był zmuszony wykonywać nogami ruchy chodzenia. Szybkość chodu można było regulować aż do biegu włącznie. Chód na miejscu pozwalał przez dotyk palcami wyczuwać skurcz mięśni, gdy napinały się w poszczególnych fazach ruchu. Później Scherb uzupełnił badania palpacyjne zapisem myokinezygraficznym. Aby uzyskać myokinezygram, Scherb umieszczał pod główne punkty obciążenia stopy (pięta, główki I i V kości śródstopia) czujniki elektryczne. Kolejność obciążania czujek rejestrowała aparatura podczas obchodu i przenosiła sygnały na papier w formie krzywej zapisu.

Badania te pomagały ustalić, które mięśnie działają synergistycznie w tej samej fazie chodu, jakie mięśnie i w jakich warunkach stają się antagonistami oraz jakie mięśnie nie podlegają woli, działając automatycznie. Badania Scherba były w swym czasie bardzo aktualne i potrzebne dla podejmowania decyzji, które mięśnie należy przeszczepić w przypadkach porażeń poliomyelitycznych.

Zaznajomiłem się z drem M: Françillonem, asystentem prof. Scherba, i z jego badaniami mikroskopowymi w przypadku wrodzonego zwichnięcia biodra. Prof. Scherb sprawił mi zaszczyt, prosząc o wspólne podpisanie karty wprowadzającej dra M. Françillona jako członka do Francuskiego Towarzystwa Ortopedycznego. Przyjęcie do towarzystwa wymagało podpisu dwu członków wprowadzających. Dr Françillon został później następcą prof. Scherba jako kierownik uniwersyteckiej kliniki ortopedycznej. Był moim rówieśnikiem. Zaprzyjaźniliśmy się bardzo i spotykaliśmy się na różnych zjazdach zagranicznych. Prof. Françillon wspomniał mi żartobliwie, że jestem jego ortopedycznym ojcem chrzestnym.

Innym asystentem, którego poznałem u prof. S. Scherba, był dr L. Burckhard. To on zjawił się w 1948 r. w Poznaniu, gdy odbudowywałem własną Klinikę Ortopedyczną. Przyjechał jako przedstawiciel Szwajcarskiego Czerwonego Krzyża i przywiózł nam dużą część naszego parku maszynowego dla Przyklinicznych Warsztatów Ortopedycznych. Były to cenne, precyzyjne tokarki, wiertarki i podobne maszyny do budowy protez.

Francuskie "Dni Ortopedyczne" miały i mają do dziś swój odrębny charakter, różniący je od zjazdów towarzystw ortopedycznych. "Dni Ortopedyczne" są imprezą określonej placówki ortopedycznej, która organizuje spotkanie i przedstawia swoje sposoby pracy, swe metody operacyjne i lecznicze oraz demonstruje osiągnięte wyniki. "Dni" mają charakter raczej praktyczno-kliniczny.

Szwajcarzy zastosowali się do tego zwyczaju i dali nam pogląd na specyfikę działalności głównych klinik i szpitali w Zurychu, Lozannie i Genewie. Była to dla mnie niezwykła okazja poznania nie tylko licznych, nowych dla mnie metod leczenia, ale także poznania najwybitniejszych przedstawicieli ortopedii szwajcarskiej.

W przeddzień wybuchu II wojny światowej

Po około 10-dniowym pobycie (oczywiście na własny koszt) wróciłem do kraju. Żona nie mogła ani tym razem towarzyszyć z braku pieniędzy, które wydaliśmy na przeprowadzkę i urządzenie mieszkania. W lipcu wyjechaliśmy na dwutygodniowy urlop do Wisły i tu spotkaliśmy się z naszymi poznańskimi przyjaciółmi. Panowało już ogólne przekonanie, że wybuch wojny zbliża się. Toczyły się dyskusje, dokąd najlepiej udać się w razie jej wybuchu. W Bydgoszczy panowało wyraźne podniecenie.

Wśród moich pacjentów miałem również oficerów Wojska Polskiego. Mówili oni, że plany wojenne przewidują przechodzenie Bydgoszczy z rąk do rąk w toczących się walkach. Jednym z moich pacjentów był kupiec, właściciel dużego sklepu, tzw. kolonialnego. Był on Niemcem. Nim go poznałem, leczył się bezskutecznie wkładkami z powodu dokuczliwych bólów stóp. Ponieważ stwierdziłem u niego chorobę Bürgera, skierowałem go do Berlina do profesora, o którym wiedziałem, że wykonuje w tych przypadkach sympatektomię, która była wówczas najnowocześniejszą metodą leczenia w tej chorobie powodowanej zarastaniem się tętnic kończyn dolnych. Pacjent wrócił szczęśliwy z Berlina, bo bóle stóp ustąpiły, i był mi bardzo wdzięczny. Zaraz po moim powrocie z urlopu przyszedł i radził mi gorąco, by jak najrychlej opuścić z rodziną Bydgoszcz. Okazało się, że Niemcy mieszkający w Bydgoszczy mieli już przed wybuchem wojny porozdzielane funkcje administracyjne i inne, jakie mieli podjąć zaraz po rozpoczęciu działań wojennych; mój pacjent miał również - jak się później okazało - przewidzianą funkcję wysokiej rangi.

Skracając nasz urlop z powodu grożącego wybuchu wojny, wróciliśmy 22 sierpnia 1939 r. do domu. Tu znalazłem już pozew do odbycia ćwiczeń wojskowych z równoczesnym powiadomieniem o nominacji na kapitana rezerwy. Kierownictwo oddziału szpitalnego przekazałem drowi Witoldowi Piotrowi. Dnia 25 sierpnia stawiłem się do Szpitala Okręgowego w Toruniu, zgodnie z rozkazem.

W Wiśle uradziliśmy, że najbezpieczniejszym miejscem pobytu dla żony i córeczek (5 i 7 lat) jest Nałęczów, leżący w samym środku Polski, gdyż będzie chyba najpóźniej objęty zawieruchą wojenną. Tam też zamówiliśmy pokój dla żony i dzieci i przesłaliśmy zadatek pieniężny. W dniu 25 sierpnia żona z dziećmi opuściła Bydgoszcz, zabierając rzeczy osobiste dla siebie i dzieci. Cudem dostała się do przepełnionego pociągu jadącego do Warszawy, a stamtąd dalej do Nałęczowa. W mieszkaniu pozostała nasza gosposia, która przeniosła się z nami z Poznania do Bydgoszczy.

Dla mnie wyjazd żony i dzieci z Bydgoszczy był wielkim uspokojeniem, miałem bowiem w wyobraźni perspektywę walk o Bydgoszcz ze zmiennym losem.

Rzeczywistość okazała się gorsza i okrutniejsza. Niemcy zajęli miasto zdecydowanie, a znana "rzeź bydgoska" przekroczyła wszelką wyobraźnię. Zginęli wtedy przez rozstrzelanie m.in. wszyscy lekarze, którzy zostali w mieście. Dr Piotr zdołał uciec zawczasu. Oddział przejął dr Rauch, tj. ten asystent, który przyłączył się do nas jako ostatni. Był on Niemcem, a przybył jako wtyczka hitlerowska, o czym dowiedzieliśmy się później.

Okazało się, że powołanie mnie do wojska, jak również przeniesienie się z Poznania do Bydgoszczy było opatrznościowe. Okolicznościom tym zawdzięczam życie. Gdybym należał do DOK Poznań, otrzymałbym przydział mobilizacyjny -jak inni docenci i lekarze - do formacji wojskowych, które szybko dezorganizowały się, a lekarze dostali się do obozu w Białobielsku i żaden z nich nie wrócił.

Otrzymawszy przydział mobilizacyjny do DOK Toruń musiałem opuścić Bydgoszcz, co mnie uratowało od "rzezi bydgoskiej". A gdybym nawet cudem uniknął rzezi, zaopiekowałoby się mną gestapo, które mnie poszukiwało i kilkakrotnie przesłuchiwało naszą gosposię. Jak starannie Niemcy przygotowywali akcję wyłapywania upatrzonych ludzi, świadczy m.in. następujący fakt. Jeszcze za mojej bytności w Poznaniu, krótko przed moim przeniesieniem się do Bydgoszczy, zjawił się przedstawiciel wydawnictwa "Who's Who", w którym mieli znaleźć się m.in. wszyscy naukowcy. Należało wypełnić kwestionariusz, który zawierał takie dane jak udział w akcjach wojennych, w Powstaniu Wielkopolskim, odznaczenia wojskowe itd. Do kwestionariusza należało dołączyć fotografię z własnoręcznym podpisem. Z tym wydaniem "Who's Who" gestapo wychwytywało powstańców wielkopolskich. I jako takiego poszukiwali mnie w Bydgoszczy. Mój pacjent niemiecki zaglądał od czasu do czasu do mojego mieszkania. Pewnego dnia przyszedł do naszej gosposi i zapowiedział, że mieszkanie będzie zajęte przez lekarza z kraju nadbałtyckiego (Baltendeutscher), dra Blancka, i że będzie je musiała opuścić. Polecił mi powiedzieć, że nic nie mógł zrobić, by moje mienie uratować. Jego argumenty, że uratowałem go przed amputacją nóg i że jestem dobrym człowiekiem, nie miały żadnego znaczenia. Gestapowcy odpowiedzieli mu, że to wszystko może się zgadzać, ale nie zmieni faktu, że byłem powstańcem wielkopolskim.

W Toruniu dowiedziałem się, że mój pozew na ćwiczenia wojskowe był tajną mobilizacją. Okręgowy Szpital Wojskowy zmienił się w jednostkę wojenną i przygotowywał się do przyjęcia rannych. Komendantem naszym był płk Jaworski.

Kampania wrześniowa

Dnia 1 września spadły na Polskę pierwsze bomby lotnicze. Do szpitala zaczęli napływać ranni. Ich liczba wzrastała lawinowo. Byli to przeważnie żołnierze z terenów walk na Pomorzu. Pracowałem na oddziale chirurgicznym, do którego przydzielono kilku lekarzy. Nie byli oni chirurgami (neurolog dr Kaczyński, rentgenolog dr Antoni Tomicki, obaj z mego szpitala w Bydgoszczy, interniści i in.). Nie mieli żadnej wprawy w asystowaniu ani w opatrywaniu rannych. Sytuacja poprawiła się, gdy zgłosił się zupełnie prywatnie młody lekarz, który zapytał się, czy może mi w czymś pomóc. Był nim dr Stefan Wesołowski, mieszkający w Warszawie. Wracał właśnie z wczasów nad morzem, gdzie zaskoczyły go działania wojenne. Jego specjalnością była urologia, znał dobrze chirurgię. Obecnie jest wybitnym profesorem urologii. Wspólna praca szła nam bardzo składnie. Pracowaliśmy wtedy dzień i noc, aż zmęczenie stało się tak skrajne, że zacząłem zasypiać podczas mycia rąk do operacji. Wtedy kładłem się na kilka godzin do łóżka w jednej z pustych sal i zasypiałem kamiennym snem. Rannych bowiem ewakuowano szybko, tak że niektóre sale były puste mimo stałego przypływu świeżych rannych. Jak głęboki był ten sen, przekonałem się, gdy któregoś dnia obudziłem się z zimna. Spostrzegłem, że wszystkie szyby okien były potłuczone. Dowiedziałem się, że przyczyną była bomba lotnicza, która spadła w pobliżu szpitala.

Nigdy nie wiedziałem, kogo operuję, gdyż ewidencję chorych prowadził ktoś inny. Prawie nigdy nie robiłem opatrunków po raz drugi, gdyż rannych odtransportowywano szybko.

Dnia 4 września otrzymaliśmy w godzinach wieczornych rozkaz ewakuowania lekarzy i personelu operacyjnego ze szpitala bez względu na pozostałych rannych, których ewakuacją miał zająć się ktoś inny. Mieliśmy się spieszyć, gdyż most w Toruniu miał być wysadzony w powietrze. Przejechaliśmy więc przez most sanitarkami. W mojej sanitarce byli lekarze i personel sali operacyjnej. Zabraliśmy ze sobą możliwie dużo instrumentów i materiałów chirurgicznych. Wyjechawszy z Torunia z przerażeniem spostrzegliśmy wokół palące się stogi i wioski, znak groźby sytuacji. Dojechaliśmy do Ciechocinka, gdzie zajęliśmy kwatery w pensjonatach (pustych). Ledwo zasnęliśmy, obudził nas rozkaz, że ekipa chirurgiczna ma natychmiast wrócić do Szpitala Wojskowego w Toruniu, bo jest gwałtownie potrzebna. Udział miał być ochotniczy. Zgłosiłem się ochotniczo i udaliśmy się sanitarką z drem Stefanem Wesołowskim oraz pielęgniarkami sali operacyjnej do Torunia. Most jeszcze stał. W szpitalu znaleźliśmy istotnie dużo świeżych rannych, pozbawionych jakiejkolwiek opieki chirurgicznej. Pracowaliśmy do wieczora. Praca byli uciążliwa, gdyż mieliśmy bardzo mało instrumentów. Nie mogłem zdobyć piły do amputacji uda, dokonałem jej za pomocą dużego pilnika do paznokci i dokończyłem ręcznym złamaniem. Na noc wróciliśmy do Ciechocinka. Ranni pozostali w szpitalu. Krótko po przejeździe przez most słyszeliśmy detonację wysadzanego mostu.

Następnego dnia cały nasz konwój ewakuacyjny wyruszył. Nie wiedziałem, kto nim dowodzi, dokąd jedziemy. Nie obyło żadnych zebrań oficerskich, żadnej informacji. Konwój stopniowo malał. W końcu nasza mała grupa dotarła do Dobrzelina pod Żychlinem. Po drodze przyłączył się do nas uciekinier z zajętego już przez Niemców terenu. Przedstawił się jako ksiądz Sowiński i pozostał z nami do końca jako kapelan, ku wielkiemu zadowoleniu rannych.

W Dobrzelinie ulokowaliśmy się w szopie i przygotowaliśmy ją jako pomieszczenie szpitalne. Wkrótce dyrektor Grzybowski z dobrzelińskiej cukrowni zostawił nam do dyspozycji pałacyk, który również zamieniliśmy w szpital z salą operacyjną. W Dobrzelinie znaleźli się prócz mnie Ludwik Błażek, chirurg z Inowrocławia, dr Leon Krzymiński - ginekolog z Bydgoszczy i dr Stanisław Sroczyński - lekarz naczelny uzdrowiska w Ciechocinku oraz inni, których nazwisk już nie pamiętam.

Specjalnym zadaniem dra Sroczyńskiego było słuchanie radia, które znajdowało się w mieszkaniu dyr. Grzybowskiego. Codziennie mieliśmy świeże informacje, co się dzieje w świecie, a przelotni uciekinierzy, którzy przygodnie zatrzymywali się w Dobrzelinie, przynosili nam przerażające wiadomości o tym, co się dzieje w Poznańskiem i na Pomorzu.

W tym okresie rozpoczęły się walki w kotle kutnowskim i nad Bzurą. Zalała nas natychmiast fala rannych, wśród których znaleźli się również żołnierze niemieccy. Zaczęły się pojawiać trudności aprowizacyjne. Z wielką pomocą przyszła nam miejscowa ludność. Dużą trudność sprawiła nam ucieczka personelu pielęgniarskiego, zwłaszcza wśród ochotniczych sanitariuszek. Czasami zgłaszały się pojedynczo nowe, ale zatrzymywały się 2-3 dni i wędrowały dalej.

Sytuacja naszego szpitala w Dobrzelinie zmieniła się zasadniczo, gdy pewnego dnia zgłosiła się grupa sióstr zakonnych, Elżbietanek, które wraz przełożoną uciekły na wozie konnym z Poznania. Siostry zaoferowały nam swą pomoc - szczególnie cenną, gdyż były obeznane z pracą szpitalną. Musiały opuścić swój szpital w Poznaniu. Wśród nich najcenniejszymi były siostry operacyjna oraz gospodarcza. Mając do dyspozycji wóz z koniem, mogła objeżdżać sąsiedzkich gospodarzy. Wkrótce chorzy nasi otrzymali pościel i bieliznę. Poprawiło się wyżywienie. Obecność kwalifikowanych chirurgów, doświadczonej siostry operacyjnej i fachowa pielęgnacja podniosły znacznie poziom pracy szpitala. W szpitalu zapanował ład i porządek.

Szpital nasz w Dobrzelinie odwiedzali sporadycznie lekarze z pociągu ewakuacyjnego, który wyruszył z Poznania i ugrzązł na torach niedaleko Żychlina. Odwiedził nas doc. dr Jan Krotowski z Kliniki Chirurgicznej. Zatrzymał się nawet kilka dni u nas. Nie mógł jednak pogodzić się z improwizowanymi warunkami, w jakich pracowaliśmy jako chirurdzy. Wyruszył więc dalej do Warszawy. Odwiedził nas także prof. dr Antoni Jurasz, dyrektor Kliniki Chirurgicznej, promotor mej pracy habilitacyjnej. Opuścił on swój pociąg ewakuacyjny i wrócił do niego. Odwiedzali nas różni znajomi po drodze swej ucieczki.

Jeden z nich przywiózł mi od naszej gosposi z Bydgoszczy wiadomość, że jeżeli zaraz nie wrócę do Bydgoszczy, stracę mieszkanie wraz z całym mieniem. Najbardziej przykrą była mi myśl, że stracę swoją bibliotekę, w którą tyle oszczędności włożyłem i która stała się cennym zbiorem najnowocześniejszej literatury fachowej, krajowej oraz zagranicznej.

W miarę pogarszania się sytuacji naszych wojsk w kotle kutnowskim, ogarniała szpital coraz większa panika. Los naszego szpitala oceniliśmy jako przesądzony. Zaczęła się ucieczka personelu, a nawet oficerów lżej rannych. Mnie samego ogarniały wyrzuty sumienia, że nie zjawiając się w Bydgoszczy stracę cały swój dobytek. Od znajomych w Dobrzelinie otrzymałem ubranie cywilne. Ubrałem się w nie i któregoś dnia stanąłem w nim na progu szpitala. Nie mogąc zdobyć się na przekroczenie progu, stałem tu chwilę. Wewnątrz pojawiał się coraz większy opór i zdecydowanie. Wróciłem więc do wnętrza, wdziałem z powrotem swój mundur i z podziękowaniem oddałem pożyczone ubranie. Krótko potem nadeszła wiadomość, że mieszkanie moje zostało zajęte. Spadł mi kamień z serca. Los sam zadecydował. Rozproszyły się moje wyrzuty sumienia.

W dniu 10 września rozpoczęły się naloty bombowe. Bomby padały w sąsiedztwie szpitala. Ja stałem podczas tego nalotu przy łóżku chorego, któremu akurat poprawiałem opatrunek. Podmuch bomby był tak silny, że odrzucił łóżko chorego. Żelazna rama łóżka uderzyła mnie w podudzie, łamiąc je. Zaopatrzył mnie fachowo opatrunkiem gipsowym podchorąży (Pogorzała), b. asystent płk Sokołowskiego. Dzięki temu dobremu założeniu marszowego gipsu mogłem wkrótce kontynuować swe obowiązki.

Linia frontu zbliżała się coraz bardziej do nas. W dniu 17 września otrzymaliśmy rozkaz ewakuowania szpitala. Mieli pozostać tylko ciężko ranni - niezdolni do transportu oraz lekarze, którzy ochotniczo chcieli pozostać przy rannych. Postanowiłem pozostać wraz z rannymi oraz z drem Błażkiem i drem Sroczyńskim. Do ewakuacji jednak nie doszło.

Front był już blisko Dobrzelina. Wiedzieliśmy, że Niemcy wezmą nas do niewoli. Nikt nie wiedział, jak obejdą się z nami. Wszyscy oczekiwaliśmy najgorszego. Ks. kapelan Sowiński miał wiele roboty, bo wszyscy chcieli być zaopatrzeni przez niego.

Nocą słyszeliśmy nieustanny turkot czołgów przejeżdżających po pobliskiej szosie. O świcie niemieccy żołnierze z karabinami maszynowymi obstawili budynek szpitalny. Wyszedłem do nich i oświadczyłem, że budynek to szpital z rannymi. Odebrali mi rewolwer, o który pytali, i poszli dalej. Po krótkim czasie przyszedł jakiś niemiecki Oberst (pułkownik) ze świtą, dokonał przeglądu pomieszczeń, zastał kilku rannych żołnierzy niemieckich. Podziękował nam za opiekę nad nimi i poszedł. Wkrótce zjawił się Hauptmann Vogt, który oświadczył, że jesteśmy szpitalem jeńców wojennych i że on sprawuje nad nami władzę.

W szpitalu zakwaterowano załogę żołnierzy niemieckich, na pewien czas. Byli to rezerwiści pobrani do wojska. Pocieszali nas zapewniając, że będzie nam świetnie ("Ihr werdet es prima haben"). Opowiadali, że nowy ład w Niemczech jest wspaniały. Sami mogli wybudować domki rodzinne, pomagając sobie wzajemnie, "Kraft durch Freude" daje im duże udogodnienia, mogą kupować nawet samochody (Volkswagen), które są tanie, podobnie jak lekarstwa. Słowem: prima. Oni wierzyli oczywiście w wielką przyszłość.

Zachowanie się wojskowych władz niemieckich w stosunku do rannych żołnierzy polskich i do nas - lekarzy - było rzeczowe i poprawne. Nie wolno nam było opuszczać szpitala, ale mogliśmy wychodzić do ogrodu otaczającego szpital. Liczba rannych przywożonych z terenu walk spadła znacznie i wkrótce dopływ ustał całkowicie. Nasza praca lekarska ograniczyła się teraz do robienia opatrunków. Ekipa żołnierzy niemieckich, która pilnowała nas, odjechała. Gdy Niemcy zaczęli wywozić rannych i zabrali lekarzy nie będących chirurgami do Łodzi, wielu lżej rannych uciekło ze szpitala. Uciekło również kilku lekarzy, jak dr Antoni Tomicki - rentgenolog i dr Kaczyński - specjalista w chorobach skórnych. Obaj wrócili do Bydgoszczy. Tu, jak dowiedziałem się później, zostali natychmiast ujęci i rozstrzelani. Nam ucieczki te uszły płazem, bo nikt z Niemców nie interesował się ewidencją rannych. Była zadziwiająca różnica między zachowaniem się przedstawicieli regularnego wojska niemieckiego a późniejszym zachowaniem się wojsk SS.

W szpitalu staliśmy się - my lekarze - prawie bezrobotni. Kilka opatrunków, zmienianych u naszych rannych, zabierało nam zaledwie godzinę czasu przed południem. Początkowo odczuwałem to jako ulgę, a po kilku dniach brak mi było pracy. Zrozumiałem wtedy, jak wielkim błogosławieństwem dla człowieka jest praca.

Przez cały czas działań wojennych nie wiedziałem nic, co się dzieje z żoną i dziećmi, ani gdzie przebywają. Tak samo żona nie wiedziała niczego o mnie. Pierwszą wiadomość otrzymała od mężczyzny z obandażowanym przedramieniem, który udał się do Nałęczowa, a któremu dał dla żony dr Stefan Wesołowski swą wizytówkę z dopiskiem "Widziałem Wiktora w dniu 17 września, był zdrów i cały". Dr Wesołowski znajdował się gdzieś w okolicy Sochaczewa. Wiadomość doszła do rąk żony 17 października.

W końcu października zamierzała wyjechać do swych krewnych w Radomiu jedna z mieszkanek Dobrzelina (p. Wanda Tarnowska). Pracowała ona ochotniczo przy chorych w naszym szpitalu. Przyrzekła, że spróbuje odszukać żonę w Nałęczowie, co jej się też udało.

W pierwszych dniach listopada 1939 r. miało nastąpić nakreślenie granicy tzw. Generalnej Guberni, a szpital nasz w Dobrzelinie otrzymał rozkaz przeniesienia się wraz z rannymi i personelem do Łowicza. Było to nasze szczęście, gdyż Łowicz leżał na obszarze Guberni, podczas gdy Dobrzelin przynależałby do Reichu. W dniu naszej przeprowadzki spostrzegłem nagle postać mojej żony, wchodzącej po schodach likwidującego się szpitala. Ogarnął mnie w pierwszej chwili lęk o jej dalszy los i przywitałem ją słowami, których nie może mi wybaczyć do dziś: "Po coś tu przyjechała"? Wiedziałem, że wjechała na teren Reichu, a ponadto, że musimy się za chwilę rozstać. Sanitarki transportowe czekały na nas.

Po tym niefortunnym przywitaniu zalała mnie fala szczęścia; uświadomiłem sobie, że żona i dziewczynki przetrwały ten tragiczny okres bezdomności, w dodatku bez pieniędzy. Przyjazd żony do Dobrzelina okazał się jednak szczęśliwym trafem. Rodzice p. Wandy, której ojciec był urzędnikiem cukrowni, mieli swój domek w Dobrzelinie i przygarnęli do siebie żonę i córeczki. Żona pomagała w gospodarstwie. Jako lekarka-pediatra nie mogła znaleźć urzędowej pracy, lecz była wysoce przydatna, gdy dzieci we wsi i okolicy chorowały.

Szczęściem dla nas był fakt, że szpital nasz przeniesiono do Łowicza, na teren Guberni. Wszystkie bowiem szpitale jeńców wojennych, które znajdowały się na terenie przydzielonym do Reichu, zostały zlikwidowane. Lekarze i lżej ranni dostali się do oflagów. Ciężej rannych przewieziono do Łodzi.

W Łowiczu ulokowano nasz szpital w pomieszczeniach jakiegoś gimnazjum. Byliśmy nadal szpitalem jeńców wojennych, a Hauptmann Vogt był nadal naszym komendantem. Ludność miejscowa, która w określone dni mogła odwiedzać rannych, zaopiekowała się nimi w sposób nad wyraz ofiarny. Opieka lekarsko-chirurgiczna była wystarczająca. Nie posiadaliśmy, oczywiście, aparatury rentgenowskiej ani żadnej możliwości stosowania wyciągów, drutów itp. Staraliśmy się jednak zabezpieczyć chorych możliwie optymalnie.

Pewnego dnia otrzymałem wiadomość z Dobrzelina, że Basia, moja starsza siedmioletnia córeczka, złamała przedramię. Żona prosiła, by udzielić jej pomocy. Hauptmann Vogt udzielił mi trzydniowego urlopu pod warunkiem, że komendant miejscowy zapewni mi przewóz. Udałem się więc do niego i przedstawiłem tragizm sytuacji, że będąc chirurgiem ortopedą nie mogę udzielić pomocy własnemu dziecku, znajdującemu się niewiele kilometrów ode mnie. Komendant potraktował mnie jako oficera-jeńca i tłumaczył się, że nie może dać mi do dyspozycji swego wozu, ale wystawi mi glejt na przejazd kolejowy. Uczynił to wszystko na oficerskie słowo honoru, że wrócę.

Gdy wysiadłem z pociągu w Żychlinie, w pełnym umundurowaniu wojskowym z dystynkcjami oficerskimi i z opaską Czerwonego Krzyża na ramieniu, zapanowała na dworcu konsternacja. Wpierw u żandarmów niemieckich, którzy po okazaniu przepustki przepuścili mnie, a potem wśród ludności cywilnej, widzącej umundurowanego oficera polskiego idącego swobodnie i samotnie. Samotność skończyła się szybko, bo otoczyła mnie chmara dzieci i dorosłych, w których to towarzystwie wkroczyłem do Dobrzelina.

Trudno wyobrazić sobie naszą radość. Nikt się tu mnie nie spodziewał. Po miesiącach rozłąki i niepewności znaleźliśmy się znów razem. Złamanie przedramienia Basi okazało się pęknięciem kości promieniowej bez przemieszczenia, które żona już sama zaopatrzyła opatrunkiem gipsowym. Noc spędziłem w gościnnym domu państwa Tarnowskich i nazajutrz wróciłem koleją do Łowicza. To zadziwiająco ludzkie postępowanie względem polskiego oficera - jeńca było możliwe tylko dlatego, że władza terenowa leżała w rękach oficerów regularnej armii niemieckiej.

Nowe życie w okupowanej Warszawie

W dniu 1 kwietnia 1940 r. przyszedł rozkaz zlikwidowania całego szpitala. Ciężej chorych odtransportowano do Szpitala Ujazdowskiego, zaś lekarze, a wśród nich i ja, mieliśmy udać się indywidualnie pociągiem. Jechaliśmy w naszych mundurach z przepaskami Czerwonego Krzyża. Zgodnie z poleceniem zgłosiłem się w Szpitalu Ujazdowskim. Zastałem tu doc. dra Jana Krotowskiego oraz dra Komzę - asystenta prof. Raszei z Poznania. Pełnili oni funkcje ordynatorów oddziału w Szpitalu. Nikt mnie nie ewidencjonował i nikt mnie nie chciał zatrudnić w Szpitalu Ujazdowskim, był bowiem nadmiar lekarzy. Zdjąłem więc mundur i rozpocząłem życie cywilne na własną rękę. Odszukałem mego kolegę dra Mieczysława Łuzińskiego, który sam wysiedlony wraz z rodziną z Poznania zamieszkał w Warszawie u rodziny swych teściów - również wysiedlonych z Ostrowa. Zajmowali oni mieszkanie przy ul. Lwowskiej 5. Oni to mnie przygarnęli na pierwsze moje dni w Warszawie. W Warszawie miałem kilku znajomych i przyjaciół. Operowałem ich dzieci jeszcze w Poznaniu.

Gdy ich odwiedzałem, cieszyli się wizytą bardzo, gościli, ale nie mogli mi wskazać żadnego punktu zaczepienia. Zawiodły mnie również próby zaczepienia się jako asystent w którymś ze szpitali czy klinik. Przeważnie radzono mi, abym nie liczył ma Warszawę, a raczej przeniósł się np. do Radomia, gdzie łatwiej znajdę pracę. Nie miałem jednak ochoty na to - wolałem odczekać i przetrwać.

Któregoś dnia stałem na narożniku ul. 28 Sierpnia, gdy z jadącego tramwaju wyskoczył mężczyzna, przewrócił się, wstał sam, lecz chwycił lewą ręką za prawy bark. Podszedłem do niego, przedstawiłem się jako lekarz i wyraziłem przypuszczenie, że może ma złamanie szyjki ramiennej albo zwichnięcie głowy ramiennej. Im prędzej nastąpi nastawienie, łatwiejsze ono będzie i pozbędzie się bólu. Ponieważ na ul. Śniadeckich miał swój gabinet lekarski dr Leon Kalina, mój dobry znajomy, zaprowadziłem tam owego nieszczęśnika. Okazało się, że pacjent ma zwichnięcie, które dr Kalina nastawił w krótkiej narkozie, jaką dawałem. Z pobranego honorarium otrzymałem 50 zł. Były to moje pierwsze zarobione w Warszawie pieniądze.

Nastrój wśród ludności był ponury. Na froncie zachodnim opór armii francuskiej załamał się. Padł Paryż. W tym właśnie dniu dostałem gwałtownego ataku kamicy żółciowej i znalazłem się w Klinice Chorób Wewnętrznych, prowadzonej przez prof. Witolda Orłowskiego. Leżałem na oddziale doktora, a później profesora Wincentego Hartwiga. Rozpoznanie brzmiało bardzo precyzyjnie: kamień w przewodzie wyprowadzającym woreczka żółciowego (późniejsza operacja potwierdziła to rozpoznanie). Mój pobyt w szpitalu dał żonie powód do uzyskania przepustki z komendantury w Kutnie na jednodniowy wyjazd z Dobrzelina do Warszawy. Postanowiliśmy wtedy, że pozostaniemy w Warszawie i że żona poczyni starania, by uzyskać pozwolenie przeniesienie się z Dobrzelina do Warszawy.

Po opuszczeniu szpitala udało mi się uzyskać zgodę na zajęcie pokoju w mieszkaniu na drugim piętrze domu przy ul. Lwowskiej 5. Mieszkała tu staruszka Żydówka z leciwą gosposią. Rodzina opuściła ją. Staruszka pozostała sama i chętnie odstąpiła mi jeden pokój. Tu też ulokowała się żona z dziećmi po przyjeździe z Dobrzelina. Byliśmy szczęśliwi, że będziemy już teraz razem.

Po niedługim czasie staruszka musiała udać się wraz z gosposią do getta. Zarejestrowałem się w Warszawskim Związku Lekarzy i uzyskałem przydział mieszkania ze zgodą na otwarcie praktyki prywatnej. Do pustego mieszkania przyjęliśmy pięć znajomych pań, wysiedlonych z Poznania. Były to: dr med. Stefania Łazarewicz, Stanisława Łuczkiewicz, sekretarka Dziekanatu UP wraz z siostrą Werą Łuczkiewicz oraz p. Hala Tomaszewska, pracownica Kwestury UOP, z siostrą Zofią Tomaszewską. Zjawiła się też nasza gosposia, która zdołała opuścić Bydgoszcz. Powstały więc dla wszystkich optymalne warunki bytowania.

Nawiązałem kontakt z Lecznicą przy ul. Emilii Plater i tu mogłem operować dorosłych pacjentów. Wśród nich znajdowały się osoby, u których trzeba było pozorować leczenie, a czasem takie, które pod poduszką skrzętnie chowały rewolwer. Byli to przeważnie ranni partyzanci.

W maju 1940 r. zmarł nagle dr Tomasz Wiśniewski, ordynator oddziału chirurgicznego w Szpitalu im. Karola i Marii. Założycielem i dyrektorem szpitala był prof. Władysław Szenajch. Niemcy zdjęli go z urzędu, ale czuwał on nad swoim szpitalem i był w nieoficjalnym kontakcie z lekarzami, a zwłaszcza z prof. drem Janem Bogdanowiczem. Dyrektorem komisarycznym Szpitala był dr Zbigniew Kajkowski, wysiedlony z Gdyni. Zgłosiłem się więc do prof. Szenajcha z zapytaniem, czy zaakceptowałby moją kandydaturę na ordynatora po zmarłym drze Wiśniewskim. Po porozumieniu się ze swoimi byłymi współpracownikami prof. Szenajch zgodził się, a urząd magistracki mianował mnie ordynatorem.

Szpital im. Karola i Marii przy ul. Karolkowej był szpitalem dla dzieci. Miał on budowę pawilonową. Był więc pawilon gospodarczo-administracyjny, pawilon internistyczny, zakaźny, chirurgiczny. Ten ostatni stał się moim królestwem.

Moje zjawienie się i moja specjalność chirurgiczno-ortopedyczna zmieniła nieco profil oddziału. Dotychczas dominowała chirurgia miękka, a teraz doszła chirurgia kostno-stawowa. Naturalnym stał się więc podział pracy. Pieczę nad chirurgią "miękką" przejął znakomity chirurg dr Tadeusz Hroboni i dr Witold Szonert. Jako nowi asystenci zostali przyjęci dr Aleksandra Kurowska, dr Witold Jeske i dr Władysław Barcikowski.

W krótkim czasie zespół lekarzy, pielęgniarek i salowych oddziału zgrał się znakomicie i wytworzyła się atmosfera wzajemnego zaufania. Była ona konieczna, aby szpital mógł pełnić inne jeszcze zadania, które mu przypadły. Od czasu do czasu znajdowały się na oddziale dzieci żydowskie, bądź dla leczenia, bądź dla przejściowego przechowania. Za to groziła kara śmierci lub co najmniej obóz. Od czasu do czasu zjawiał się ktoś, kto prosił mnie o wizytowanie chorego w domu. Ale zamiast adresu podano mi narożnik określonej ulicy lub jakiś punkt w mieście oraz godzinę, w której mam tam przybyć. Tam ktoś inny czekał na mnie i prowadził mnie do mieszkania, w którym leżał młody człowiek, przeważnie z jakimś złamaniem postrzałowym. Nigdy nie wiedziałem, czy to partyzant względnie żołnierz. Zawsze był już zaopatrzony, ale lekarz jego miał wątpliwości co do dalszego postępowania i chciał to ze mną przekonsultować.

Raz sam prof. Jan Bogdanowicz zaprowadził mnie do mieszkania, gdzie leżał młodzieniec z rozległymi śladami pobicia. Był on jednym z tej grupy więźniów, których wieziono z przesłuchania przez gestapo w Alei Szucha, a których odbili nasi na ul. Długiej. Opowiadał nam, że Niemcy aresztowali go wraz z ojcem i opisał sposób, w jaki ich obu przesłuchiwano. Podstawą tego przesłuchania było strącenie ze schodów półpiętrowych oraz wrzucenie do wanny z zimną wodą, gdy tracili przytomność. Był dumny, że nikogo nie sypnął. Nie wiedział, co stało się z ojcem.

Podziwiałem sposób organizowania moich tego rodzaju konsultacji. Starano się zawsze o zapewnienie mi największego bezpieczeństwa. Przez cały czas mej pracy w szpitalu nie mieliśmy żadnej wsypy, mimo licznych kontroli szpitala przez agentów niemieckich. Straciliśmy tylko kol. Szonerta, którego gestapo zabrało z domu i słuch po nim zaginął.

Operacje w szpitalu rozpoczynaliśmy o ósmej rano. Dojeżdżałem tramwajem z końcowego przystanku przy ul. 28 Sierpnia do końcowego przystanku ul. Młynarskiej. Miałem więc zawsze zapewnione miejsce siedzące, a że przejazd trwał około pół godziny, zabierałem ze sobą książkę naukową, którą chciałem przestudiować. Nauczyłem się tak "wyłączać się", że tłok w tramwaju nie przeszkadzał mi. W ten sposób przestudiowałem kilka dzieł.

W szpitalu pracowałem tylko przed południem. Dr Hroboni, który mieszkał na terenie szpitala, pełnił dyżury popołudniowe i nocne. W południe udawałem się, jeśli była potrzeba, do lecznicy przy ul. Emilii Plater i operowałem względnie odwiedzałem swoich pacjentów. Po południu przyjmowałem w domu pacjentów, o ile ktoś się zjawił. Żona jako pediatra znalazła pracę. W ten sposób oboje mieliśmy wypełniony dzień i zabezpieczony byt. Dzieci chodziły do szkoły Emilii Plater.

Dnia 1 sierpnia 1944 r. około godz. 16 udałem się z ul. Lwowskiej do Lecznicy przy ul. Emilii Plater. Wiedziałem o wybuchu powstania i chciałem być w tym punkcie opatrunkowym przed jego wybuchem. Po drodze przejeżdżała kolumna wojsk niemieckich. Widać było nieład w ich szeregach, szli obok obładowanych wozów.

W Lecznicy zastałem już zorganizowany punkt. Rozpoczęła się strzelanina w mieście. Zaczęli się pojawiać pierwsi ranni. Przez noc pozostałem w Lecznicy. Gdy usłyszałem odgłosy kilofów, zrozumiałem, że to budowanie barykady, a więc plan opanowania Warszawy przez powstańców nie powiódł się. Zdałem sobie sprawę, że ciężkie dni stoją przed nami.

Wiktor Dega

[Planowana cz. 2 autobiografii nie została napisana; prof. Dega zmarł w 1995 r.]
Wiw.pl  |  Na bieżąco  |  Informacje  |  Co nowego  |  Matematyka i przyroda  |  Astronomia  |  Biologia  |  Fizyka  |  Matematyka  |  Modelowanie rzeczywistości  |  Humanistyka  |  Filozofia  |  Historia  |  Kultura antyczna  |  Literatura  |  Sztuka  |  Czytaj  |  Biblioteka  |  Delta  |  Wielcy i więksi  |  Przydatne  |  Słowniki  |  Co i gdzie studiować  |  Wszechświat w obrazkach