Wielcy
  Wiw.pl   Na bieżąco:  Informacje   Co nowego   Matematyka i przyroda:  Astronomia   Biologia   Fizyka   Matematyka   Modelowanie rzeczywistości   Humanistyka:  Filozofia   Historia   Kultura antyczna   Literatura   Sztuka   Czytaj:  Biblioteka   Delta   Wielcy i więksi   Przydatne:  Słowniki   Co i gdzie studiować   Wszechświat w obrazkach    
  Jesteś tutaj:   Wirtualny Wszechświat > Wielcy i więksi > Kwartalnik Historii Nauki i Techniki  



"Kwartalnik Historii Nauki i Techniki"
R. 33:1988 nr 1 s. 3-80
Zofia Jerzmanowska
[1]  [2]  [3]  [4]  [5]  [6]  [7]  [8] 
AUTOBIOGRAFIA
Dzieciństwo, lata szkolne

Urodziłam się w Warszawie, przy ul. Hożej, 3 października 1906 r., w rodzinie inteligenckiej. Matka moja przywitała mnie bez zachwytu, ponieważ bardzo oczekiwała i bardzo pragnęła mieć syna. Potem jednak bardzo mnie kochała i wiele dla mnie poświęciła. Oboje rodzice byli farmaceutami - ojciec Kazimierz był prowizorem farmacji, później również inspektorem farmaceutycznym. Matka, Zofia z Łagowskich, początkowo pomagała Ojcu w aptece, później jednak, pragnąc zdobyć uprawnienia, ukończyła odpowiednie kursy i po zdaniu egzaminów na Uniwersytecie Warszawskim uzyskała stopień pomocnika aptekarskiego, uprawniający do pracy w aptece, wykonywania leków recepturowych i wydawania leków.

Ojciec mojej matki był rejentem miejskim powiatu Siedlce, później właścicielem ziemskim, a ojciec mojego ojca był budowniczym na Zamojszczyźnie, w miasteczku Biłgoraj. Zmarł jednak młodo, co spowodowało, że wdowa i dzieci znalazły się w trudnej sytuacji materialnej. Ojciec mój uczęszczał do rosyjskiego państwowego gimnazjum w Zamościu. Po ukończeniu 4 klas rosyjskiego gimnazjum młody chłopiec miał dwie drogi dla uzyskania zawodu: seminarium duchowne lub studia farmaceutyczne, rozpoczynające się od praktyki w aptece. Praca ucznia aptekarskiego (puer) była ciężka, całodzienna, do późnych godzin wieczornych (apteki w tym czasie czynne były do godz. 22:00), obejmująca sprzątanie, mycie moździerzy, naczyń laboratoryjnych itp. W zamian uczeń miał zapewnione całodzienne utrzymanie i niewielkie początkowo wynagrodzenie.

Ojciec mój odbywał praktykę ucznia w aptekach warszawskich, uczęszczając jednocześnie na kursy uniwersyteckie z zakresu nauk farmaceutycznych. Po zdaniu egzaminów na stopień pomocnika aptekarskiego pracował nadal w aptece, ale już w lepszych warunkach. Stopień prowizora farmacji (odpowiednik magistra farmacji), uprawniający do kierowania apteką i posiadania jej na własność, uzyskał na Oddziale Farmaceutycznym Wydziału Lekarskiego Cesarskiego Uniwersytetu Warszawskiego. W kilka lat potem (1904 r.) ojciec mój się ożenił - w 1905 r. rodzice brali udział w demonstracjach rewolucyjnych, jakie wtedy miały miejsce w Warszawie. W kilka miesięcy po moim urodzeniu, w 1907 r., rodzice przenieśli się do Częstochowy, gdzie nabyli początkowo połowę, a następnie całą niewielką aptekę. Częstochowa była wówczas małym miastem, pozbawionym środowiska intelektualnego. Z tamtego okresu mojego wczesnego dzieciństwa (od 1 do 6 roku) niewiele zachowałam wspomnień - spacery piękną aleją wysadzaną kasztanami, prowadzącą na Jasną Górę. Pamiętam również, jak rodzice usiłowali nauczyć mnie odwagi, wymagając, abym przebiegała do domowej skrzynki na listy, znajdującej się na drzwiach wejściowych na końcu dość długiego i ciemnego korytarza - przedpokoju. Na niewiele się to jednak zdało, bo szczególnie odważnym człowiekiem nie byłam nigdy. Pobyt nasz w Częstochowie trwał zaledwie 5 lat. Matka moja, mająca wszechstronne zainteresowania humanistyczne, bardzo źle się czuła w prowincjonalnej atmosferze Częstochowy, toteż wkrótce, na przełomie 1912/13 roku, przenieśliśmy się do Warszawy, gdzie Ojciec nabył początkowo połowę apteki przy placu Kazimierza Wielkiego (róg Siennej i Miedzianej).

W okresie wczesnego dzieciństwa szczególnie silne więzy łączyły mnie z matką, która poświęciła wiele czasu na kształcenie mnie. Podstawę tej edukacji stanowił początkowo sławny elementarz Falskiego, a następnie - nauka geografii, prowadzona na różnych atlasach. Matka miała szczególny kult dla filozofii i kultury greckiej i z wielkim znawstwem uczyła mnie m.in. mitologii greckiej. Doceniała też bardzo znajomość języków obcych; dlatego też przyjęła bonę - była to młoda panienka, M. Elise, Francuzka lub Szwajcarka, która uczyła mnie początków konwersacji francuskiej. Tylko dzięki tej nauce w dzieciństwie miałam dobry akcent francuski. Niestety, pobyt p. Elizy w naszym domu został przerwany wybuchem I wojny światowej.

Cały czas wojny spędziłam z rodzicami w Warszawie; byłam wtedy jeszcze dzieckiem, pamiętam z tamtego okresu niewiele, np. - wielki wstrząs i huk, który nas obudził, kiedy przed świtem w sierpniu 1915 r. Rosjanie, wycofując się z Warszawy, wysadzili w powietrze 2 czy 3 mosty, łączące brzegi Wisły. I wojna światowa, głównie pozycyjna, toczyła się daleko od Warszawy - zajęcie miasta przez Niemców na blisko 3 lata spowodowało m.in. trudne ekonomiczne warunki życia. Podstawę wyżywienia stanowił bardzo niesmaczny chleb ciemny, gliniasty, często z dużą ilością sznurka. Masło było prawie niedostępne, jedliśmy najczęściej smalec smażony z jabłkami oraz marmoladę z brukwi i buraków. Musiało to być coś bardzo niesmacznego, skoro przez całe dalsze życie miałam awersję do brukwi i nie lubiłam buraków. Z roku 1913 - byłam już wówczas podlotkiem - pamiętam wzruszające chwile, kiedy to na ulicach Warszawy młodzi chłopcy rozbrajali Niemców.

Systematyczną naukę szkolną rozpoczęłam jeszcze podczas wojny. Początkowo był to kurs tzw. klasy wstępnej i I-ej gimnazjalnej, przerabiany na prywatnych kompletach, które zorganizowała moja Matka. Kilkoro dzieci (4-5) uczyło się w prywatnych domach rodziców z 1-2 nauczycielkami, przerabiając kurs gimnazjalny (polski, matematyka, przyroda). Z ówczesnych dziecięcych koleżanek i kolegów pamiętam tylko Jerzego Korneckiego, później dość znanego w świecie prawnicznym Warszawy adwokata - cywilistę, z którym zetknęło mnie życie raz jeszcze w latach trzydziestych. Do szkoły poszłam już w Polsce Niepodległej, po zdaniu wymaganych egzaminów zostałam przyjęta do II klasy państwowego humanistycznego gimnazjum im. Marii Konopnickiej, mieszczącego się przy ulicy Św. Barbary 4 w bliskiej odległości od mojego domu rodzinnego (Św. Barbary 12).

Okres szkolny wspominam bardzo mile - jako jedynaczka byłam spragniona towarzystwa rówieśników, biegałam więc do szkoły zawsze chętnie, tym bardziej, że nauka nie sprawiała mi żadnych trudności. W szkole średniej spędziłam 6 lat, do matury włącznie. Spośród kadry nauczającej wspominam z wielkim uznaniem i szacunkiem profesora matematyki; wkładał on całą duszę w nauczanie, pragnąc rozbudzić w pensjonarkach zainteresowanie matematyką, algebrą, geometrią, rozwiązywaniem równań wyższych stopni i różnymi ciekawymi przekształceniami. Rozwijając np. na tablicy jakieś zaskakujące wzory, wołał gromko: "dziwcie się...". Niestety, nie trafiało to do moich koleżanek, które zupełnie nie interesowały się matematyką i wolały uwagę swoją koncentrować na wykonywanych ukradkiem pod ławką robótkach. Ceniłyśmy bardzo i lubiły nauczycielkę przyrody, nieco ułomną profesor Żebrowską - umiała nas wprowadzić w świat przyrody ożywionej w sposób, który nas fascynował. W wyższych klasach niejedna z nas przeżywała kryzys wiary religijnej - historia kościoła była wykładana przez księdza prefekta, w sposób schematyczny i nieciekawy. Ulubioną nauczycielką była natomiast młoda i pełna uroku p. Janina Kozłowska, polonistka, która uczyła nas historii literatury polskiej, szczególnie dużo czasu poświęcając literaturze XIX w. Niestety, mordercza analiza różnych utworów, m.in. Pana Tadeusza, trwająca całymi miesiącami, zdołała odebrać nam cały urok tej pięknej poezji. Taki był w tamtych czasach program nauczania literatury. Mimo to prof. Kozłowska potrafiła rozbudzić, przynajmniej u niektórych z nas, poważne zainteresowanie studiami literatury polskiej. Ja również z ogromną pasją biegałam do Biblioteki Narodowej, aby czytać - choćby we fragmentach - poważne monografie, np. Kleinera, poświęcone Mickiewiczowi, Słowackiemu czy Krasińskiemu. Na podstawie takich książek powstały następnie różne wypracowania z zakresu literatury polskiej i na temat wybitnych postaci w nauce i literaturze. Pamiętam, jak z wielkim zainteresowaniem pisałam referat o życiu i działalności naukowej Marii Skłodowskiej-Curie nie przeczuwając wówczas, że wybiorę także zawód chemika i pracę naukową ..

W roku 1925 Polska gościła naszą sławną rodaczkę, która przyjechała na uroczystości założenia kamienia węgielnego pod budowę Instytutu Radowego przy ul. Wawelskiej w Warszawie. Uczona przywiozła i ofiarowała dla Instytutu 1,0 g radu; ten piękny dar stał się podstawą rozwoju leczenia chorób nowotworowych promieniowaniem radu.

Wracając jeszcze do wspomnień gimnazjalnych, w wyższych klasach brałyśmy udział w pracy "kół zainteresowań", np. w kole przyrodników, czy literatury; dawało to możność pogłębienia znajomości przedmiotu, który szczególnie którąś z nas interesował. Przedmioty polityczne w gimnazjach nie były w programie nauczania, a najnowsza historia polska czy powszechna wykładana była w szkołach średnich w sposób dość nudny i jednostronny - była to historia królów i wojen, a nic prawie z rozwoju historii cywilizacji. Historia Polski była wykładana dość obiektywnie. W tamtym czasie bardzo popularna była nasza przyjaźń polityczna z Francją - pamiętam, z jaką wielką radością biegłyśmy my, pensjonarki, z całą młodzieżą Warszawy, chyba w 1922 r., aby przywitać przyjeżdżającego do Polski z wizytą Marszałka Focha.

Jak już wspomniałam, wielkim urokiem lat szkolnych było dla mnie towarzystwo koleżanek, byłam zaprzyjaźniona z trzema: Anielą Holewińską, Marią Spotowską, a w szczególności z Marią Kłobukowską (podobnie jak ja córką farmaceuty). Ukończyła potem studia medyczne, była bardzo zaangażowanym lekarzem, wyszła za mąż za lekarza dr Bogdanowicza (po wojnie profesor chirurgii stomatologicznej); niestety, zginęła od wybuchu bomby w czasie Powstania Warszawskiego.

Te dziewczęce przyjaźnie nie były zbyt trwałe - po ukończeniu szkoły kontakty stawały się coraz luźniejsze, różne kierunki studiów wyższych, małżeństwa, wyjazdy do innych miast powoli rozdzieliły nas całkowicie.

Matka moja - czego niestety nie doceniłam za Jej życia - dokładała wielu starań, aby zapewnić mi najlepszy rozwój fizyczny w okresie szkolnym, a także zdobycie znajomości języków obcych. Nakłaniała mnie do chodzenia w zimie na ślizgawkę. Początkowo miałam duże opory i szło mi bardzo kiepsko, ale stopniowo robiłam postępy i po kilku latach, już na I roku studiów w Politechnice, umiałam nieco "holendrować", zwłaszcza z dobrym partnerem. W Warszawie w latach dwudziestych słynna była ślizgawka w tzw. Dolinie Szwajcarskiej (w okolicy Alej Ujazdowskich), gdzie przygrywała muzyka. Poza tym w latach szkolnych chodziłam przez kilka lat na lekcje gimnastyki szwedzkiej do szkoły prof. Olszewskiego.

Niezłą znajomość francuskiego z lat przedszkolnych pogłębiłam przez pochłanianie francuskiej literatury romansowej (Maurois, Dumas, Maupassant, Gide, Zola). W okresie gimnazjalnym brałam również prywatne lekcje niemieckiego, co przydało się bardzo w późniejszych latach.

W ostatnim roku pobytu w gimnazjum, w tzw. 8 klasie, bez żadnego konkretnego powodu miałam okresy depresyjnych nastrojów, kiedy przeżywałam obawy przed przyszłością. Pisałam nawet wtedy jakieś melancholijne wiersze - zapewne rymy były bardzo kiepskie - chętnie przeczytałabym je dziś. Niestety, wszystko, co znajdowało się w warszawskim mieszkaniu moich rodziców, spaliło się podczas Powstania Warszawskiego. Pomimo tych depresyjnych nastrojów moje życie gimnazjalne w 7 i 8 klasie było bardzo aktywne; poza dość intensywną nauką i zajęciami w kole przyrodniczym czytałam bardzo dużo. Była to literatura polska i obca przełomu XIX i XX w.; próbowałam też zapoznać się choć trochę z filozofią niemiecką XIX w., ale niewiele mogłam z tych teorii zrozumieć, tak więc szybko zarzuciłam podjęte próby. Znajdowałam jeszcze czas na towarzyskie spotkania z koleżankami; odbywały się one najczęściej w domu moich rodziców. Toczyłyśmy żywe dyskusje na tematy światopoglądowe i przyszłych planów życiowych.

Z inicjatywy mojej Matki uczęszczałam również na lekcje tańca do sławnej szkoły Sobiszewskiego, gdzie wśród grona młodzieży poznałam m.in. przyszłego kompozytora Latoszyńskiego. Kontakty te jednak urwały się szybko. Przełożona naszego gimnazjum organizowała w karnawale 1-2 wieczorki taneczne dla uczennic 7 i 8 klasy, z dobrą orkiestrą, na które zapraszała chłopców tych samych klas jednego z męskich gimnazjów. Zabawy były świetne (choć sukienki musiały być bardzo skromne, niezależnie od stopnia zamożności rodziców). Już wtedy polubiłam ogromnie taniec towarzyski.

Matura (1924 r.) - to było najsilniejsze przeżycie mojej wczesnej młodości; jeszcze przez kilka lat po tym egzaminie śniły mi się przeżycia maturalne, choć sny miewam nadzwyczaj rzadko. Były to piękne, bardzo ciepłe dni połowy maja, przez kolejne 3 dni odbywały się egzaminy pisemne (język polski, matematyka, język obcy), po których biegłyśmy na lody. Z egzaminów ustnych zostałam zwolniona.

Rozpoczynały się wakacje, a jednocześnie czas trudnej decyzji - co robić dalej.

Jeszcze chyba w 8 klasie przed maturą myślałam o studiach na Wydziale Chemicznym Politechniki Warszawskiej. Na ostateczną decyzję wpłynęły jednak głównie czynniki pozanaukowe. Jakkolwiek miałam pewne uzdolnienia i do matematyki, i do nauk przyrodniczych, to jednak najbardziej zaważyła, jak to często u dziewcząt bywa, namowa pewnego studenta II roku Wydziału Chemicznego Politechniki, kolegi mojego kuzyna, otaczającego mnie zainteresowaniem i sympatią.

Wakacje po maturze miałam szczególnie pracowite, wypełnione nauką, głównie fizyki. Na Politechnice obowiązywał nowo wstępujących egzamin konkursowy, a w dodatku w latach 20-30-tych (zdawałam w 1924 r.) obowiązywał numerus clausus dla kobiet (przyjmowano tylko 10%). Od tego czasu stałam się feministką. Władze uczelni stały na stanowisku, że kobieta inżynier, nawet chemii, nie tak łatwo znajdzie pracę w przemyśle, nie należy zatem przygotowywać zbyt wielu absolwentek. W okresie międzywojennym daleko było jeszcze do równouprawnienia kobiet w Polsce, a tym bardziej na Zachodzie.

Zdawałam sobie sprawę, że po ukończeniu gimnazjum o kierunku humanistycznym mogę mieć trudności z egzaminem konkursowym na Politechnikę, zwłaszcza że nauczanie fizyki w szkole było na bardzo słabym poziomie. Podczas całych wakacji uczyłam się, nawet podczas dość krótkiego pobytu nad Bałtykiem; prawie po całych dniach rozwiązywałam zadania z fizyki, a potem już w Warszawie brałam korepetycje z matematyki i fizyki.

Nadszedł wreszcie pamiętny dzień egzaminu konkursowego. Był to, zdaje się, wrzesień. Matka moja bardzo mnie w tym okresie podtrzymywała na duchu. Matematyka w pierwszym dniu egzaminu pisemnego poszła mi bardzo dobrze, natomiast na drugi dzień egzamin z fizyki o mało co nie skończył się katastrofą. To było jakoś tak dziwnie, że tematy do opracowania dawał spacerujący wśród nas, zdających, profesor, zdaje się specjalista z zakresu mechaniki. Kiedy podszedł do stolika, przy którym siedziałam, polecił mi narysowanie lokomotywy. Wpadłam w rozpacz, nie pamiętałam szczegółów budowy lokomotywy i przede wszystkim nie miałam żadnych zdolności do rysunków (nie pamiętam, czy w szkole średniej były lekcje rysunku), a w każdym razie o rysunku technicznym nie miałam zielonego pojęcia. Profesor, widząc moje przerażenie, odniósł się do mnie jakoś bardzo życzliwie i zmienił mi temat, mówiąc: "niech Pani zatem zilustruje prawo Boyla-Mariotta". Oczywiście, ta sprawa była mi dobrze znana, wykonałam potrzebne proste rysunki, dołączając odpowiedni opis. Wróciłam jednak do domu bardzo zgnębiona, prawie płacząc (choć do płaczu nigdy nie byłam skłonna), w przekonaniu, że egzaminu nie zdałam i że na studia się nie dostanę. Matka przyjęła to bardzo spokojnie i półżartobliwie powiedziała: "no to co, trzeba zdobyć zawód praktyczny, możesz się uczyć krawiectwa albo robienia kapeluszy". Sama zaczęłam się zastanawiać, czy nie zacząć starań o przyjęcie na studia dziennikarskie, lubiłam bowiem nauki humanistyczne, zwłaszcza literaturę, znałam już wtedy najwybitniejsze pozycje europejskiej literatury pięknej z przełomu XIX i XX wieku i miałam niezły styl.

Jakież było jednak moje radosne zdumienie, kiedy po ogłoszeniu wyników egzaminu znalazłam swoje nazwisko na liście przyjętych na Wydział Chemiczny P.W. i to pomimo przyjęcia tylko 10% kobiet.

[1]  [2]  [3]  [4]  [5]  [6]  [7]  [8] 
Wiw.pl  |  Na bieżąco  |  Informacje  |  Co nowego  |  Matematyka i przyroda  |  Astronomia  |  Biologia  |  Fizyka  |  Matematyka  |  Modelowanie rzeczywistości  |  Humanistyka  |  Filozofia  |  Historia  |  Kultura antyczna  |  Literatura  |  Sztuka  |  Czytaj  |  Biblioteka  |  Delta  |  Wielcy i więksi  |  Przydatne  |  Słowniki  |  Co i gdzie studiować  |  Wszechświat w obrazkach