Wielcy
  Wiw.pl   Na bieżąco:  Informacje   Co nowego   Matematyka i przyroda:  Astronomia   Biologia   Fizyka   Matematyka   Modelowanie rzeczywistości   Humanistyka:  Filozofia   Historia   Kultura antyczna   Literatura   Sztuka   Czytaj:  Biblioteka   Delta   Wielcy i więksi   Przydatne:  Słowniki   Co i gdzie studiować   Wszechświat w obrazkach    
  Jesteś tutaj:   Wirtualny Wszechświat > Wielcy i więksi > Kwartalnik Historii Nauki i Techniki  



"Kwartalnik Historii Nauki i Techniki"
R. 33:1988 nr 1 s. 3-80
[1]  [2]  [3]  [4]  [5]  [6]  [7]  [8] 
Studia wyższe, doktorat, pobyt we Lwowie i w Wiedniu

Inauguracja roku akademickiego odbywała się bardzo uroczyście, rozpoczynała się Mszą św. w kościele Zbawiciela (na placu Zbawiciela, w pobliżu Politechniki), skąd po nabożeństwie ruszał pochód w kierunku uczelni, niesiono sztandar Politechniki Warszawskiej, profesorowie ubrani byli w togi, natomiast cała młodzież studencka przywdziała czapki. Były one koloru czekolady, ze złotym sznurkiem nad daszkiem. Przez pierwsze lata studiów nosiłam taką czapkę i byłam bardzo dumna z tego, że jestem studentką. Rozpoczęły się wykłady i ćwiczenia. Pamiętam wykłady z matematyki (prof. Leji): rachunek różniczkowy i całkowy, a zwłaszcza ćwiczenia świetnie prowadzone przez dr Zarankiewicza, wówczas jeszcze adiunkta, później wybitnego matematyka. Wielkie kłopoty mieliśmy z wykładami z mechaniki teoretycznej - profesor świeżo powrócił z Rosji, mówił źle po polsku, używając dużo rusycyzmów. Chodziłam na te wykłady regularnie i notowałam skrzętnie słowa profesora, ale z wykładanego przedmiotu prawie nic nie rozumiałam - być może była to wina mojego słabego przygotowania z fizyki w gimnazjum. Pod koniec roku wyuczyłam się swoich notatek prawie na pamięć (podręcznika nie było jeszcze żadnego), coś nie coś wyjaśnili mi koledzy ze starszych lat i jakimś cudem zdałam egzamin z mechaniki teoretycznej w I-szym terminie z wynikiem dobrym.

Podstawowym przedmiotem na I roku studiów Wydziału Chemicznego była chemia nieorganiczna - wykładał ją profesor Jan Zawidzki, wybitny uczony w dziedzinie kinetyki chemicznej. Wykłady nie były zbyt porywające, być może dlatego, że profesor kierujący w roku akademickim 1924/25 Ministerstwem Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego był człowiekiem przepracowanym i zmęczonym. W kilka lat później (1928 r.) zmarł nagle w niezbyt późnym jeszcze wieku 62 lat. Byłam jako studentka na Jego pogrzebie - długi był pochód uczestników i uroczyste przemówienia - śmierć wydawała mi się wtedy czymś bardzo dalekim i nierealnym. Profesor Zawidzki był jednym ze współzałożycieli (w 1919 r.) Polskiego Towarzystwa Chemicznego i jednym z prezesów Zarządu Głównego. Jego to wielką zasługą stało się założenie czasopisma naukowego pt. "Roczniki Chemii" - jako organu P.T.Chem. Czasopismo wychodzi od roku 1921, obecnie - tj. od kilku lat - pod zmienioną nazwą "Polish Journal of Chemistry" - profesor Zawidzki był pierwszym redaktorem tego czasopisma.

Pierwsze moje zetknięcie z laboratorium chemicznym to były ćwiczenia z analizy jakościowej (klasyczna analiza w/g Tredwela na kationy i aniony). Ćwiczenia prowadził adiunkt dr Dobrzański oraz starszy asystent, miły i dobry pedagog, dr Edward Józefowicz - po wojnie profesor Politechniki Łódzkiej. Analiza jakościowa wydawała mi się ciekawa i uzyskiwałam bardzo dobre wyniki - wróćmy jednak do wykładów.

Pamiętam bardzo ciekawy wykład z ekonomii, prowadzony przez znakomitego znawcę przedmiotu, profesora Jerzego Michalskiego; prof. zw. i hon. Politechniki Lwowskiej; b. poseł na Sejm. Już samo słuchanie wykładu było przyjemnością, ponadto zdobyte wiadomości okazały się bardzo użyteczne w oczekującym nas życiu zawodowym, zwłaszcza dla kolegów, którzy osiągnęli stanowisko dyrektorów. Pierwsze trudności pojawiły się w kreślarni Politechniki Warszawskiej - mieszczącej się w okazałym gmachu na rogu Polnej i Nowowiejskiej. Ćwiczenia z zakresu rysunku technicznego (I i II rok studiów) prowadził inż. St. Niewiadomski - adiunkt. Przeżyłam istne załamanie, kiedy postawił przede mną - i polecił mi narysować - wentyl w przekroju, z wymiarami. Nie tylko nie wiedziałam, jak się zabrać do rysunku technicznego, jak się posługiwać rajzbretem i rajszyną, ale nigdy nie widziałam i nie miałam pojęcia, co to jest wentyl, podstawowy przecież element każdej aparatury chemicznej. Oczywiście w gimnazjum humanistycznym, jakie ukończyłam, nie uczono maszynoznawstwa. Inżynier Niewiadomski zostawił mi wspomniane "zadanie do wykonania" i - poszedł. Byłam "na dnie rozpaczy", po raz pierwszy na studiach nie wiedziałam, co począć. Kiedy tak siedziałam skamieniała, przyszli mi z pomocą koledzy ze starszych lat. Studenci I roku i starszych lat pracowali w różnych częściach tej samej sali, kreślarni. Szczególnie mile wspominam studenta III roku, Mariana Polaczka, który wziął do ręki mój nieszczęsny wentyl, objaśnił jego budowę i pomógł wykonać rysunek. Ten pierwszy krok był najtrudniejszy, potem robiłam już szybkie postępy w rysunku technicznym; na II i III roku studiów kreśliłam już samodzielnie rysunki kotłów "ognio- i wodnorurkowych" oraz inne części aparatury chemicznej.

Zbyt wiele miejsca zajęłoby opisywanie wszystkich przedmiotów, jakie były w programie studiów - zatrzymam się jedynie na kilku. Na II i III roku podstawowymi przedmiotami były chemia organiczna i chemia fizyczna. Chemię organiczną, czyli chemię związków pierwiastka węgla, występujących obficie w całej przyrodzie ożywionej oraz otrzymywanych w drodze syntezy (znamy ok. 5,5 miliona związków organicznych, stanowią one także olbrzymią większość stosowanych leków) wykładał profesor Ludwik Szperl. Był to świetny pedagog, wykładał w sposób bardzo żywy, interesujący, doskonałą polszczyzną. Ujęcie przedmiotu było klasyczne, ograniczające się do opisu metod otrzymywania, struktury i własności podstawowych grup związków organicznych. Teoria elektronowa budowy związków organicznych nie była jeszcze wtedy w Polsce omawiana. Profesor Szperl napisał też bardzo popularny podręcznik Chemia organiczna, który był dla nas dużą pomocą w przygotowaniu się do egzaminów. Chemię fizyczną, zajmującą się głównie badaniem zjawisk fizycznych, towarzyszących procesom chemicznym i badaniem praw rządzących tymi procesami, wykładał prof. Wojciech Świętosławski, wybitny uczony w skali światowej, najwybitniejszy polski fizyko-chemik, prowadzący badania w dziedzinie termochemii, ebulioskopii, azeotropii; twórca nowych metod rozdzielania niektórych grup związków organicznych, otrzymywanych w wyniku suchej destylacji węgla; twórca chemicznego Instytutu Badawczego na Żoliborzu. Prof. Świętosławski był w latach 1922-1939 wiceprezesem Międzynarodowej Unii Chemii Czystej i Stosowanej (J.U.P.A.C.), a w latach 1935-1939 ministrem oświaty (W.R. i O.P). Wykłady z chemii fizycznej nie były jednak zbyt interesujące, był to wykład trudny, suchy. Podobnie wydany przez profesora podręcznik Chemia fizyczna, który służył nam za podstawę przygotowania się do egzaminu, był także trudny, niezbyt dydaktyczny i niewiele pomagał w zrozumieniu tych zagadnień, które nie były dostatecznie jasno przedstawione podczas wykładów. Nie wiem, jak w ogóle zdałabym egzamin z chemii fizycznej, gdyby nie to, że podczas ćwiczeń z chemii fizycznej znalazłam się w grupie prowadzonej przez dr Alicję Dorabialską, najbliższą współpracowniczkę i asystentkę profesora Świętosławskiego (w roku akad. 1925/26 stypendystka i uczennica Marii Skłodowskiej-Curie) - później profesor Politechniki Lwowskiej, a po II wojnie światowej - Politechniki Łódzkiej.

Doktor Dorabialska posiadała rzadko spotykany talent dydaktyczny i szczególną życzliwość dla studentów - można się było do niej zwracać z każdym niezrozumiałym zagadnieniem z wykładów. Pani Alicja otwierała jakieś dodatkowe komórki w naszym mózgu i od razu wszystko stawało się jasne.

Najciekawszymi ćwiczeniami z całego okresu studiów stała się dla mnie preparatyka organiczna, tj. synteza związków organicznych. Było to otrzymywanie - w wyniku syntezy laboratoryjnej - przedstawicieli różnych klas związków organicznych, w tym niektórych barwników, środków zapachowych, środków leczniczych. Było to pasjonujące dla umysłu początkującego chemika, kiedy to z 2-3 produktów wyjściowych, w wyniku różnych zabiegów, głównie termicznych, czy dodanego katalizatora, powstawał nowy związek, o nowych własnościach. Czasem synteza źle przebiegała, nie otrzymywało się oczekiwanego produktu lub powstawał w złej wydajności, tj. w zbyt małej ilości; zadanie trzeba było wtedy powtarzać, szukając przyczyny niezadowalającego przebiegu syntez. Czasem przyczyna leżała w niedokładności podanych w przepisie parametrów. Pracownia preparatyki nie była limitowana w czasie; w godzinach od 9 do 18 można było odrabiać ćwiczenia przez prawie cały rok (2 semestry). Dawało to możliwość kilkakrotnego powtórzenia trudnej, źle odtwarzalnej syntezy. W skrajnych przypadkach braku sukcesu pomimo wielu włożonych wysiłków (błędy w przepisie) studenci uciekali się do niezbyt moralnego zaliczenia zadania - potrzebny preparat kupowało się lub otrzymywało np. w znajomej aptece i dosypywało w końcowej fazie syntezy. Asystenci prawdopodobnie wiedzieli o tym, niemniej nie wycofywano z programu ćwiczeń zadań niewykonalnych w oparciu o dostępne przepisy. Było to zaprzeczeniem właściwej dydaktyki.

Kiedy jako studentka III roku odrabiałam na dużej sali ćwiczeń preparatykę organiczną, poznałam młodego farmakologa dr Janusza Supniewskiego, później profesora farmakologii na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie, znanego uczonego w skali światowej, najwybitniejszego farmakologa lat powojennych. Wtedy, w roku 1927/28, dr Supniewski wrócił z USA, gdzie u wybitnego profesora chemii organicznej Adamsa studiował syntezę organiczną, w szczególności - potencjalnych leków. Po powrocie do kraju pragnął pogłębić swoje umiejętności z zakresu syntezy związków organicznych w drodze dalszych prac doświadczalnych. Otrzymał gościnne miejsce laboratoryjne w pokoju adiunkta dr Pytasza (sąsiadującym z salą ćwiczeń studenckich). Pamiętam, że podczas mojego pobytu w pracowni kilkakrotnie usłyszeliśmy wielki huk, dochodzący z pokoju adiunkta; biegliśmy tam natychmiast - na szczęście nic złego się nie działo, tylko preparat dr Supniewskiego lądował na suficie! Aparatura najczęściej nie ulegała rozerwaniu. Po dwudziestu latach spotkałam w Krakowie Profesora Supniewskiego na posiedzeniu Komitetu Nauk Farmaceutycznych P.A.U., odnowiliśmy wtedy tamte dawne młodzieńcze wspomnienia. W toku dalszych studiów słuchałam wykładów profesora Józefa Zawadzkiego (technologia chemiczna nieorganiczna). Profesor Zawadzki żył w ciągłym pośpiechu; poza obowiązkami na uczelni był bardzo zaangażowany w organizowanie i rozbudowę polskiego chemicznego przemysłu nieorganicznego, wykształcił też cały zastęp młodych technologów i kadrę naukową - położył w tym zakresie wielkie zasługi. Wykłady tego młodego (około 40 l.), przystojnego profesora nie były zbyt porywające, zapewne wina była głównie po stronie przedmiotu (o prof. Zawadzkim piszę jeszcze później).

Technologię ogólną organiczną i technologię węglowodanów wykładał profesor Kazimierz Smoleński1, wybitny uczony, znawca i współtwórca przemysłu cukrowniczego w Polsce, wychowawca wielu młodych technologów. Wykładał żywo i ciekawie, z wykładów tych jednak niewiele pamiętam. Studenci wielu pokoleń mieli pewien niezbyt chwalebny zwyczaj: na wyższych latach na większość wykładów (nawet dobrych) chodziła tylko delegacja, zbierająca pod koniec semestru podpisy w indeksie. Zaoszczędzony (pozornie) w ten sposób czas służył do przygotowania się do egzaminów.

Wspominam jeszcze, nie najlepiej, ćwiczenia z elektrotechniki; poszczególne zadania odrabialiśmy w grupach 3-4 osobowych. Sprawiały mi one duże trudności, zapewne na skutek braków z zakresu fizyki. Wprawdzie egzamin z tego przedmiotu zdałam dość dobrze, bo można zawsze nauczyć się tego, czego wymaga profesor, ale w fizyce nie umiałam myśleć samodzielnie. Asystenci podczas ćwiczeń z elektrotechniki nie interesowali się zupełnie studentami, więc gdyby nie pomoc kolegów ze starszych lat, nie bylibyśmy w stanie wykonać zadanych nam ćwiczeń. Gdy kiedyś, po latach, spotkałam kolegę z mojej grupy, powiedział do mnie: "gdyby nie Pani przejmowanie się i aktywność, dopingująca nas do wysiłku, to prawdopodobnie nie zaliczylibyśmy ćwiczeń z elektrotechniki i mogłoby się to skończyć stratą roku". Była to dla mnie duża satysfakcja.

Po szczęśliwym zaliczeniu 4 lat studiów, zaliczeniu ćwiczeń i zdaniu przewidzianych egzaminów, trzeba było jeszcze wykonać pracę dyplomową. Większość studentów starała się otrzymać pracę dyplomową w Zakładzie Chemii Fizycznej - Profesor Świętosławski miał bardzo życzliwy stosunek do studentów, zakład był doskonale zorganizowany, z liczną kadrą asystentów na dobrym poziomie (wśród nich wspaniała dr Dorabialska) - pracę dyplomową można było wykonać w bardzo krótkim czasie 3 miesięcy. To wszystko nie miało dla mnie większego znaczenia, ponieważ interesowała mnie chemia organiczna i z tego tylko zakresu pragnęłam wykonać pracę dyplomową.

Nie pamiętam już za czyją radą, chyba wspomnianego już kolegi Polaczka, zgłosiłam się do Katedry Chemii Organicznej, w której wówczas prace dyplomowe prowadził doc. dr Roman Małachowski, cieszący się opinią wybitnego chemika (później profesor Uniwersytetu Jana Kazimierza we Lwowie). Roman Małachowski ukończył Wydział Chemiczny Politechniki w Zurychu, jednej z najlepszych w owym czasie (1909 r.) szkół akademickich świata; pracę doktorską wykonał pod kierunkiem profesora R. Willstättera, jednego z najwybitniejszych organików w świecie - znakomitego badacza alkaloidów, chlorofilu (zielonego barwnika liści), a także enzymów. Zostałam przyjęta, otrzymałam temat pracy oraz miejsce w laboratorium, na III piętrze gmachu Chemii przy ul. Polnej. Po kilku dniach, kiedy przygotowałam materiały do zamierzonych badań, odbyła się moja pierwsza bardzo niefortunna rozmowa z doc. Małachowskim, w której usłyszałam -kilka cierpkich, krytycznych uwag, jak np. taką, że "powinnam zapomnieć o tym, że coś umiem i zabrać się na nowo do studiowania chemii organicznej, a ponadto zwrócić większą uwagę na porządek w szafce ze sprzętem laboratoryjnym". Jakby piorun we mnie uderzył, byłam zdumiona i dotknięta do żywego. Miałam przecież opinię jednej z najlepszych na Wydziale studentek, miałam bardzo dobre oceny z egzaminów i ćwiczeń. Cieszyłam się uznaniem i sympatią większości profesorów i asystentów. Być może spowodowało to zbytnią pewność siebie młodej, bo zaledwie 21-letniej osoby. Kiedy po tej historycznej rozmowie wyszłam z laboratorium i zamknęłam drzwi, stałam jeszcze długo w korytarzu, powstrzymując się od łez, pełna gniewu i upokorzenia. Początkowo miałam zamiar podziękować doc. Małachowskiemu za temat i opiekę naukową, a następnie zwrócić się do profesora Świętosławskiego. Walczyłam ze sobą chyba 2 dni, po czym "zrzuciłam pychę z serca" i powróciłam do Katedry Chemii Organicznej.

Wraz z koleżanką Marią Giedroyć, wykonującą pracę dyplomową jednocześnie ze mną, brałyśmy udział w obszernym badaniu budowy - ze szczególnym uwzględnieniem stereochemii (stosunków przestrzennych) - pochodnych kwasu akonitowego (bezwodników) i badaniem ich przemian. Kwas akonitowy (trójkarboksylowy alifatyczny kwas nienasycony) występuje w przyrodzie w trującej roślinie zwanej tojad mordownik (Aconitum napellus). Mnie przypadł m.in. w udziale trudny odcinek badań: otrzymanie bromopochodnej, tzw. bezwodnika trans. Po wielu próbach udało mi się otrzymać trójbromową pochodną, związek dość nietrwały.

Niektóre doświadczenia przeprowadzałam w warunkach dość niezwykłych, jak np. bromowanie w świetle słonecznym (działanie kataliczne) na dachu gmachu chemii. Wyniki całokształtu naszych badań okazały się ciekawe, objęły ustalenie struktury obu bezwodników akonitowych (różniących się wielkością pierścienia tlenowego) oraz otrzymanie i zbadanie szeregu nowych pochodnych, w szczególności jednoestrów stereoizometrycznych kwasów cis i trans akonitowych. Badania te stały się podstawą 2 publikacji w czasopiśmie niemieckim "Berichte d. deutschen Chem. Gesellschaft" (1928) oraz w Rocznikach "Chemii" (1929). Początkowy bardzo krytyczny stosunek doc. Małachowskiego do mnie zmieniał się w miarę rozwoju mojej pracy dyplomowej - wytrwałe i umiejętne eksperymentowanie, nieustanna praca nad sobą, pogłębienie wiadomości teoretycznych, zjednywały mi stopniowo jego uznanie i życzliwość. O roli profesora Małachowskiego w moim dalszym życiu piszę jeszcze później wielokrotnie. Pracę dyplomową ukończyłam i zaliczyłam w początkach roku 1929. Po zdaniu egzaminu dyplomowego w marcu 1929 roku ukończyłam studia, otrzymując tytuł inżyniera chemika. W czerwcu tegoż roku wyszłam za mąż za mego starszego kolegę, inż. Napoleona Sienkiewicza.

W okresie moich studiów dużą rolę odgrywały organizacje młodzieżowe, takie jak "Bratnia Pomoc" (tzw. Bratniak) - organizacja ta nie miała charakteru politycznego, zrzeszała prawie wszystkich studentów, organizowała różne typy samopomocy. Zajmowała się też organizowaniem dorocznych sławnych bali "Warszawa swojej Politechnice". Te pamiętne bale karnawałowe, z kotylionami i tańcami prowadzonymi przez wodzireja, otwierane polonezem, odbywały się w wielkim hallu Politechniki i w kilku salach seminaryjnych na parterze i na I piętrze. Na jednym z nich mój ówczesny narzeczony był wodzirejem, we fraku, z wielkim pękiem kolorowych wstążek na ramieniu, ja zaś miałam zaszczyt sunąć w polonezie z ówczesnym Rektorem uczelni.

Na terenie wyższych uczelni w Warszawie poza Bratnią Pomocą działały jeszcze inne organizacje studenckie o innym i znacznie węższym zakresie działania. Były to koła naukowe i koła regionalne. Wśród rozmaitych kół naukowych na naszym wydziale działało również Koło Chemików, w których pracowałam przez kilka lat. Była to doskonała płaszczyzna wzajemnego poznania się koleżanek i kolegów z różnych lat i organizowania różnych form pomocy w studiach. Koło organizowało ponadto dla wyższych lat studiów, przy udziale kogoś z asystentów, wycieczki do fabryk chemicznych w uprzemysłowionych regionach naszego kraju. Wycieczki te dawały możność skonfrontowania naszych wiadomości teoretycznych z praktyką, z tym, jak wygląda praca i aparatura w prawdziwej fabryce.

Na 4 roku studiów zorganizowana była przez Koła Chemików wycieczka do Łodzi, największego ośrodka przemysłu włókienniczego w Polsce. Na wycieczce tej poznałam - już jako absolwenta - swojego przyszłego męża. Zwiedzaliśmy wtedy największą fabrykę przemysłu bawełnianego Poznańskich, przy ul. Ogrodowej 15 (dziś Zakłady im. J. Marchlewskiego). Obok fabryki, wsławionej strajkiem robotników i pochodem - krwawo stłumionym - podczas rewolucji 1905 r., znajdował się wielki pałac secesyjny. W pałacu tym, oprócz kilkudziesięciu pokoi, znajdowała się sala koncertowa oraz wielki salon, służący do zebrań towarzyskich i bali u Poznańskich, gdzie na przełomie XIX i XX w. zbierała się plutokracja m. Łodzi, a także goście z innych miast i z zagranicy. W czasie wspomnianej wycieczki w 1928 r. zwiedzaliśmy również dużą fabrykę przemysłu bawełnianego Scheiblera-Grohmanna przy ul. Targowej, dziś Zakłady Przemysłu Bawełnianego im. Obrońców Pokoju.

Zwiedzając fabryki Łodzi, miasta zupełnie mi obcego, historycznie znanego nieco z Ziemi Obiecanej Reymonta, nie przypuszczałam ani przez chwilę, że to właśnie miasto stanie się kiedyś miejscem, w którym przyjdzie mi żyć i pracować naukowo przez pół życia, przez 40 lat!

Podczas studiów na Politechnice Warszawskiej obowiązywała po III roku praktyka wakacyjna w fabryce - mnie przypadła wówczas w udziale miesięczna praktyka w Zakładach Chemicznych w Grodzisku pod Warszawą. Była to niewielka fabryka kwasu octowego, produkowanego z surowego octanu wapnia, przywożonego z Hajnówki. Poza tym otrzymywano tam jeszcze niektóre pochodne, np. octan sodu, bezwodnik octowy. Pewnego razu tak się złożyło, że dyrektor musiał wyjechać na cały dzień z fabryki, mnie powierzając kierowanie produkcją (stosunkowo bardzo prostą). W pewnej chwili musiałam wydać robotnikom polecenie wniesienia kilkunastu czy kilkudziesięciu balonów (ok. 50 kg) kwasu octowego na wysokość półpiętra (transporterów mechanicznych tam wówczas nie było) celem wprowadzenia kwasu do górnego otworu reaktora. Miałam wówczas 21 lat (na które podobno nawet nie wyglądałam), robotnicy byli znacznie starsi ode mnie i doszli zapewne do wniosku, że zarządzenie młodej praktykantki można spokojnie zlekceważyć - balonów nie ruszyli z miejsca. Zdenerwowałam się tym bardzo, ponieważ nazajutrz mieli przyjechać odbiorcy po gotowy już produkt reakcji - nie pamiętam dobrze, co to miało być, chyba bezwodnik octowy. Co robić, jak wybrnąć z kłopotliwej sytuacji i wypełnić powierzone zadanie?. Przełamując moje feministyczne ambicje, zwróciłam się o pomoc do młodego technika, tzw. zmianowego, który okazywał mi sympatię, chodziliśmy czasem razem na spacery, stanowiło to jednak dla mnie dodatkową przeszkodę wewnętrzną. Młody człowiek natychmiast spełnił moją prośbę, podszedł do grupy robotników i powiedział kilka zdań "po francusku", tj. w robotniczym języku. Skutek był natychmiastowy, balony zostały od razu załadowane na potrzebną wysokość i proces uruchomiono.

Kiedy po skończonej "zmianie" wróciłam do swojego pokoju i przemyślałam przeżyte doświadczenie, doszłam do wniosku, że moje plany - aby po ukończeniu studiów pracować jako inżynier w fabryce w tzw. ruchu i kierować jakąś produkcją - są naiwne i nierealne. Podobne trudności (jak teraz podczas praktyki) mogę mieć w przyszłej, już stałej pracy zawodowej. W owym czasie niechętnie dopuszczano kobiety do samodzielnych stanowisk, o czym wiedziałam - mogłabym zatem mieć trudności ze zdobyciem interesującej pracy i samodzielnym kierowaniem wybranym działem produkcji. Absolwentki Wydziału Chemicznego P.W. najchętniej zatrudniano w laboratoriach analitycznych; ponieważ ten typ pracy zupełnie mi nie odpowiadał, zaczęłam myśleć o drodze naukowej.

W jesieni 1929 r. zdecydowałam się podjąć studia na Wydziale Farmaceutycznym Uniwersytetu Warszawskiego - było to głębokie pragnienie mojego Ojca, gdyż wówczas miałabym prawo do dziedziczenia apteki; dyplom magistra farmacji był niezbędnym ku temu warunkiem. Decyzję tę, popieraną również przez mojego Męża, ułatwił fakt, że jako absolwentka Wydziału Chemicznego P.W. miałam szansę uzyskania zaliczenia szeregu wspólnych przedmiotów (m.in. chemicznych). Od października 1929 r. zostałam przyjęta na II rok studiów Wydziału Farmaceutycznego U.W. Głównym przedmiotem, który kosztował mnie najwięcej pracy, była farmakognozja, tj. nauka o surowcach leczniczych pochodzenia naturalnego, przedmiot bardzo ciekawy, ale obejmujący duży materiał pamięciowy. Na wiosnę, przed egzaminem, biegałam często do Warszawskiego Ogrodu Botanicznego - tam bowiem można było powtórzyć cały materiał, oglądając rozwinięte, kwitnące rośliny w kwaterach, w których zostały zgrupowane według systematyki botanicznej. Na III roku, ostatnim, studiowałam przede wszystkim przedmioty przygotowujące praktycznie do pracy zawodowej: farmację stosowaną (galenową), którą wykładał wielce zasłużony dla nauki i zawodu profesor Bronisław Koskowski2 i chemię farmaceutyczną, obejmującą głównie analizę leku (wykładał ją profesor Jan Zaleski, znany badacz barwników krwi). Szczególnie utkwiły mi w pamięci znakomite wykłady z mikrobiologii i serologii profesora Ludwika Hirszfelda3, wybitnego uczonego (prowadził odkrywcze prace z zakresu grup krwi). Wykłady te były bardzo interesujące, profesor mówił doskonałą polszczyzną, z wielkim zaangażowaniem osobistym, co udzielało się słuchaczom. Nawet trudne problemy, jak np. nauka o odporności, stawały się jasne i przekonywujące. Cytowane przez profesora fakty i teorie miały często aspekt humanitarny - uczyły takiego spojrzenia na naukę.

Jednocześnie z podjęciem studiów farmaceutycznych zostałam zaangażowana jako asystentka w Katedrze Chemii Organicznej Politechniki Warszawskiej, kierowanej wówczas przez profesora Ludwika Szperla. Ze względu na moje studia uniwersyteckie zostałam zwolniona z obowiązku prowadzenia badań naukowych; pozostawały zajęcia dydaktyczne - prowadzenie ćwiczeń z preparatyki organicznej - i pewne prace administracyjne, niektóre bardzo nużące.

W czasie mojej asystentury na Politechnice poznałam tam dr Wandę Brydównę, która z powodów, których już dziś nie pamiętam, przeniosła się z Poznania do Warszawy i została zaangażowana jako pracownik nauki przez profesora Szperla. Wanda Brydówna ukończyła studia chemiczne na Uniwersytecie Poznańskim, następnie pracowała jako asystentka w Zakładzie Chemii Organicznej, kierowanym przez profesora dr Jerzego Suszkę, jednego z najwybitniejszych polskich chemików organików pierwszej połowy XX w., o znaczących osiągnięciach w zakresie chemii alkaloidów grupy chininy. Wanda Brydówna doktoryzowała się pod kierunkiem profesora Suszki jako promotora. W bardzo szybkim czasie pomiędzy dr Brydówną a mną nawiązała się przyjaźń, która przetrwała przeszło 40 lat. Wanda, późniejsza żona wspomnianego już poprzednio inż. Mariana Polaczka, była wspaniałym człowiekiem - wybitnie inteligentna, szlachetna, dobra, bezkompromisowa. Była (miała wtedy lat ok. 30) kobietą ładną, pełną osobistego wdzięku i uroku - ktokolwiek się z nią zetknął, był pod jej urokiem. Miałyśmy wtedy trochę nietypowe gusta, może było w tym nieco pozy na oryginalność - wyszukałyśmy sobie np. w Alejach Jerozolimskich kawiarenkę, gdzie chodziłyśmy czasem na "piwo". Głównym tematem naszych rozmów były sprawy naukowe, ale często też biegły różne zwierzenia, głównie z mojej strony; chociaż miałam wspaniałą Matkę, mądrą, tolerancyjną, to łatwiej mi było mówić o sprawach emocjonalnych z przyjaciółką. W moim życiu osobistym zawsze sobie coś "namotałam", coś skomplikowałam. Już w 2 lata po zawarciu małżeństwa moje osobiste zainteresowania zwróciły się w innym kierunku, co doprowadziło w końcu do zgodnego, choć z mojej strony zawinionego rozejścia się z mężem, a w konsekwencji - po następnych kilku latach - do unieważnienia małżeństwa.

W lipcu 1931 r. ukończyłam studia farmaceutyczne, uzyskując tytuł magistra farmacji. Po odbyciu przewidzianej praktyki w aptece i złożeniu odpowiednich dokumentów uzyskałam w Wydziale Zdrowia uprawnienia do posiadania i zarządzania apteką - miałam jednak inne plany życiowe. Zarówno praca w Zakładzie Chemii Organicznej, jak i dyskusje z dr Wandą Brydówną umocniły mój zamiar poświęcenia się działalności naukowej. Należało rozpocząć od uzyskania doktoratu. Pomimo, że moja praca dyplomowa szła jak po grudzie i usłyszałam w tym czasie dużo uwag krytycznych pod adresem moich umiejętności, to miałam jednak tyle uznania dla osobowości i wiedzy doc. Małachowskiego, że bardzo pragnęłam pracować naukowo pad jego kierunkiem. W owym czasie zajmował się problemami struktury i stereochemii, głównie kwasów nienasyconych wielokarboksylowych (tj. trój- i czterokarboksylowych) oraz mechanizmami ich przemian. W 1930 r. Roman Małachowski uzyskał tytuł profesora chemii organicznej i wyjechał z Warszawy, zaproszony do objęcia Katedry Chemii Organicznej na Wydziale Matematyczno-Przyrodniczym Uniwersytetu Jana Kazimierza we Lwowie. W związku z tym rozważałam możliwość wyjechania do Lwowa na okres wykonywania pracy doktorskiej. Rodzicom i mężowi obiecałam, że będę przyjeżdżała do Warszawy na wakacje letnie i wszystkie dłuższe przerwy świąteczne (2 tyg.) i międzysemestralną (2 tyg.), czyli co 2-3 miesiące.

Prawie bezpośrednio po ukończeniu studiów farmaceutycznych, chyba w sierpniu 1931 r., zgłosiłam się do profesora Romana Małachowskiego podczas Jego pobytu w Warszawie z prośbą o przyjęcie mnie do pracy. Profesor wyraził zgodę i od października 1931 r. zostałam powołana na stanowisko asystenta, a w 2,5 roku później - starszego asystenta w Katedrze Chemii Organicznej na Wydziale Matematyczno-Przyrodniczym Uniwersytetu Jana Kazimierza we Lwowie.

Uniwersytet Lwowski miał piękne tradycje, pracowali tam wybitni uczeni: na Wydziale Humanistycznym w latach dwudziestych wykładali historię literatury Jan Kasprowicz i Juliusz Kleiner (autor słynnych monografii o trzech wieszczach). Na Wydziale Matematyczno-Przyrodniczym w latach, kiedy miałam zaszczyt tam pracować, wykładali tacy wybitni uczeni jak: Czekanowski (antropolog), Banach, Steinhaus (matematycy), Romer (geograf), Weigl (biolog, twórca szczepionki przeciwdurowej), Chwistek (filozof, logik), Arctowski (geofizyk, geograf), Tołłoczko. (chemik, pionier w stosowaniu metod fizykochemicznych).

Katedra, w której rozpoczęłam działalność naukową, była niewielką placówką, mieszczącą się przy ul. Mikołaja, blisko ul. Akademickiej, w centrum miasta, w starym 2-piętrowym budynku, chyba z XVIII w. Do gmachu wchodziło się przez dużą, ciężką drewnianą bramę, otwieraną długim żelaznym kluczem. Na I piętrze mieściła się Katedra Chemii Nieorganicznej i Fizycznej, kierowana przez profesora Stanisława Tołłoczkę, autora najlepszego w owym czasie podręcznika chemii nieorganicznej dla studentów; na II piętrze mieściła się Katedra (Zakład Chemii Organicznej). Kierownikami tej Katedry byli: prof. S. Opolski, autor cenionego w latach dwudziestych podręcznika Chemii Organicznej o dużych walorach dydaktycznych. Prof. Opolski zmarł nagle w Zakładzie, w swoim fotelu, w gabinecie. Bezpośrednim poprzednikiem prof. Małachowskiego był prof. K. Kling - zajmował się przemianą związków organicznych w fazie gazowej, w szczególności węglowodorami nasyconymi; zaopatrzył Zakład w specjalną do tych celów aparaturę.

Prof. Małachowski, obejmując kierownictwo katedry, stanął wobec zadania pełnej reorganizacji w zakresie aparatury, zaopatrzenia w nowy sprzęt i chemikalia, celem przystosowania zakładu do nowego kierunku prac dydaktycznych i badawczych. W katedrze był jeden etat adiunkta, trzy etaty asystentów i jeden asystenta demonstratora, obsługującego wykład profesora (tablice, modele, niektóre efektowne doświadczenia, ilustrujące omawiane reakcje). Nie było w owym czasie zwyczaju zatrudniania asystentów naukowo-technicznych. Wszyscy asystenci zajmowali się dydaktyką i pracą badawczą. Sala ćwiczeń była niewielka - ćwiczenia z zakresu syntezy (preparatyki organicznej) trwały przez jeden semestr, po 8 godzin dziennie - odrabiało je jednocześnie 30 studentów. Prowadzenie ćwiczeń z grupą ok. 10 studentów, pytanie podczas kolokwiów, było moim głównym zajęciem dydaktycznym - zostawało mi więc sporo czasu na własne badania naukowe, zwłaszcza że pracowałam zazwyczaj 10 godzin dziennie, z małą przerwą na obiad. Biurokracja na Uniwersytecie była minimalna, w większości katedr nie było w ogóle sekretarek - sprawy administracyjne prowadził adiunkt, zresztą było ich niewiele. Nie było żadnych rocznych czy pięcioletnich planów, ani obszernych sprawozdań - publikacje w czasopismach naukowych były główną formą sprawozdawczości. Nie było też żadnych centralnych zamówień. Profesor otrzymywał budżet, pewną kwotę na wydatki związane z prowadzeniem dydaktyki i badań naukowych, z których musiał się wyliczyć; sprawozdanie finansowe pisał adiunkt. Zamówienia na szkło laboratoryjne czy chemikalia były składane doraźnie, gdy zachodziła tego potrzeba, bezpośrednio do firmy zajmującej się sprowadzeniem od odpowiedniego producenta. Specjalne, trudno dostępne odczynniki do naszych badań naukowych sprowadzaliśmy z firm niemieckich, np. od Merck'a - na zamówienia nawet telefoniczne; pilne zamówienia realizowane były przesyłką samolotową.

Po przyjeździe do Lwowa w październiku 1931 r. udało mi się wynająć pokój sublokatorski z obiadami, w pobliżu Zakładu, co dawało dużą oszczędność czasu, za 150 zł miesięcznie. Była to dość wysoka cena, ponieważ pensja moja wynosiła 180 zł, tak więc początkowo pomagali mi trochę rodzice.

W Zakładzie zajmowałam się przede wszystkim przygotowaniem do prowadzenia ćwiczeń, program był bowiem nieco inny niż w Warszawie - profesor wymagał od studentów więcej wiadomości teoretycznych. Trzeba więc było poszerzyć i pogłębić własne wiadomości, zapoznać się z treścią wykładów Profesora - udało mi się zdobyć notatki z wykładu, a w bibliotece Zakładu znalazłam potrzebne dodatkowe materiały. Biblioteka była niewielka, ale świetnie zaopatrzona w różne podręczniki, monografie oraz rejestry i streszczenia prac z najważniejszych czasopism zagranicznych z zakresu chemii, np. "Chemisches Zentralblatt". Rozpoczęłam też wkrótce pracę naukową.

Tematem moich badań, podjętych w aspekcie pracy doktorskiej, było badanie przemian kwasu etylenoczterokarboksylowego (I). Związek ten, mało dotąd badany, miał ciekawą strukturę, zawiera bowiem przy każdym z węgli wiązania etylenowego grupę karboksylową (kwasową). Miałam za zadanie poznanie przemian kwasu I pod działaniem bardzo reaktywnego odczynnika, jakim jest PCl5. Przez pierwsze 2 lata badania moje nie dawały żadnych pozytywnych rezultatów, nie udawało mi się wyodrębnić żadnych jednorodnych związków. Na domiar złego odczuwałam przykre skutki oddziaływania pięciochlorku fosforu, który atakuje błony śluzowe górnych dróg oddechowych. Dość często miałam, pomimo stosowania różnych środków ostrożności (praca pod dobrym wyciągiem) coś w rodzaju chronicznego zapalenia gardła. Profesor interesował się życzliwie przebiegiem moich badań, dawał mi różne cenne rady i wskazówki. Po 2 latach trudnych i bezowocnych zmagań, wśród których zyskałam jednak wiele doświadczenia w zakresie metodyki chemii organicznej, pojawiło się dość niespodziewanie światło sukcesu. Udało mi się rozszyfrować skład głównego produktu badanej reakcji - okazał się mieszaniną (nie dającą się rozdzielić za pomocą dostępnych metod) dwóch chlorków, czterochlorku kwasu I oraz trójchlorku kwasu chloroetylenotrójkarboksylowego. Dyskusja nad mechanizmem reakcji prowadziła do wniosku, że nagromadzenie grup karboksylowych, wzajemnie się odpychających w cząsteczce kwasu I, powodowało częściową destabilizację cząsteczki, eliminację jednej grupy karboksylowej i jej wymianę na atom chloru poprzez ugrupowanie przejściowe zawierające atom fosforu - PC14. Z kolei udało mi się wyodrębnić w stanie czystym nieopisany dotąd dwuchlorek kwasu anhydroetylenodwukarboksylowego (II) i ustalić, że jest to pierwszy produkt działania PCl5 na kwas I. Anhydrodwuchlorek okazał się związkiem bardzo czynnym - w oparciu o jego przemiany udało mi się otrzymać szereg nowych pochodnych kwasu I, trudno dostępnych na innej drodze. Nie udało się natomiast - pomimo licznych prób - otrzymać bezwodnika kwasu etylenoczterokarboksylowego (I); wskazuje to, że układ dwóch pierścieni pięcioczłonowych (heterocyklicznych) o wspólnym podwójnym wiązaniu jest szczególnie nietrwały, zapewne wskutek panującego w cząsteczce napięcia.

Po ukończeniu badań doświadczalnych przystąpiłam do pisania rozprawy doktorskiej, co okazało się zadaniem nie tylko trudnym. Podczas pisania przeżywałam istną udrękę, pomimo że w szkole średniej miałam dobre stopnie z różnych opracowań z literatury polskiej i zdawało mi się, że mam niezły styl - w pewnym okresie myślałam nawet o dziennikarstwie jako zawadzie. Teraz okazało się, że opis badań chemicznych, właściwe sformułowanie wniosków, to całkiem inna, trudna umiejętność. Profesor w tym zakresie okazał się szczególnie wymagający. Pomimo że część tekstu poprawiałam i przepisywałam kilka razy, w myśl otrzymanych wskazówek, wciąż nie uzyskiwałam akceptacji; wreszcie, kiedy byłam już na skraju zniechęcenia, przyszło mi jeszcze przeżyć i takie ambicjonalne upokorzenie - profesor wręcz podyktował mi pewne sformułowania (1-2 strony), które uważał za najlepsze. Sądzę, że była to dobra szkoła; nabyte podczas długich godzin pisania pracy doktorskiej z profesorem umiejętności zaowocowały po wielu latach w Łodzi, kiedy to na samodzielnym już stanowisku przygotowywałam liczne publikacje własne i poprawiałam prace moich uczniów i doktorantów. Moja rozprawa doktorska została wydana w postaci oddzielnej broszury (pt. O pewnych przemianach kwasu etylenoczterokarboksylowego, Lwów 1934, 43 str.), a najważniejsze wyniki ogłosiliśmy wspólnie z Profesorem w niemieckim czasopiśmie "Berichte d. deutschen Chem. Gesellschaft" w 1935 r. Na końcu drogi do doktoratu czekały mnie jeszcze na uniwersytecie trudne egzaminy doktorskie. Egzamin z trzech przedmiotów chemicznych: chemia nieorganiczna i fizyczna (prof. St. Tołłoczko) oraz chemia organiczna (prof. R. Małachowski) odbywał się jednocześnie w obecności dziekana Wydziału. Wymagało to dużego opanowania nerwowego, nie mówiąc już o dobrej znajomości przedmiotów, ponieważ materiał był bardzo obszerny - egzamin ten zdałam dość dobrze. Zdawałam jeszcze również w obecności dziekana, ale już w innym dniu, egzamin z fizyki u znakomitego pedagoga, jakim był prof. dr St. Loria - egzamin przebiegał w bardzo życzliwej atmosferze, z wynikiem bardzo dla mnie pomyślnym. Do egzaminu tego przygotowywałam się ponad rok, korzystając głównie z bardzo obszernego, świetnego podręcznika prof. Pieńkowskiego - profesora Uniwersytetu Warszawskiego. Trudności miałam duże, ponieważ brakowało mi dobrych podstaw jeszcze z czasów szkoły średniej, a to się zawsze mści. Potem, gdy studiowałam na Politechnice Warszawskiej, fizyka nie była dobrze wykładana, profesor, trochę dziwak, nie troszczył się o to, czy studenci korzystają z jego wykładów. Szereg działów, których nie rozumiałam - głównie z zakresu mechaniki - opanowałam wtedy czysto pamięciowo. Fizykę w obszernym zakresie, potrzebnym do doktoratu, zrozumiałam dopiero we Lwowie dzięki wskazówkom, jakich mi udzielił życzliwie prof. Loria, i dzięki dużemu wkładowi własnej pracy. Następnie zdawałam egzamin z logiki u prof. Chwistka, ale zakres potrzebnych wiadomości był niewielki. Tak więc, po tych wszystkich trudach, w grudniu w 1933 r. otrzymałam na Uniwersytecie Jana Kazimierza we Lwowie. tytuł Doktora Filozofii w zakresie Chemii.

Lwów był pięknym miastem, położonym wśród pagórków w oprawie lasów; szereg ulic przebiegało spadzisto, otwierając w górnych odcinkach malownicze perspektywy. Na wzgórzu położony był również piękny park Stryjski, w którym znajdowała się w odpowiednim budynku rotundzie - sławna Panorama Racławicka; park był urokliwy o każdej porze roku. Malownicze były również okolice Lwowa, częściowo górzyste i zalesione. W niektóre śnieżne niedziele wyjeżdżałam do niedalekiej Czartowskiej Skały, gdzie znajdowały się doskonałe tereny narciarskie. Na Uniwersytecie lwowskim przerwa międzysemestralna oraz ferie wielkanocne były połączone, co stanowiło blisko miesięczną przerwę w zajęciach dydaktycznych. Część tej przerwy spędzałam w Warszawie z rodziną, a około 2 tygodni zazwyczaj w Zakopanem. Po pracy w atmosferze chemikaliów pobyt w czystym górskim powietrzu był szczególnie wskazany. Jeździłam wtedy sporo na nartach - tego pięknego sportu nie opanowałam nigdy dobrze (trzeba zaczynać już w dzieciństwie, a nie w latach 20-tych), na tyle jednak, że mogłam odbywać dłuższe wędrówki w Tatrach. Marzec, względnie kwiecień - wtedy, kiedy trwały wakacje w Uniwersytecie - był cudowną porą w Tatrach. Z Kasprowego zjeżdżałam zakosami (nie mając opanowanej żadnej ambitnej techniki, np. kristianii), a potem był piękny długi zjazd np. przez dolinę Goryczkową. Były to wspaniałe, niezapomniane przeżycia, np. odpoczynek w promieniach palącego słońca na belkach, przed jakimś szałasem pasterskim, z widokiem na ośnieżone lasy świerkowe, pokrywające zbocza regli. A jak smakowały wtedy suszone śliwki czy pomarańcze! Ferie letnie spędzałam częściowo także w Tatrach i Zakopanem. Profesorowi Małachowskiemu, który sam był alpinistą, zawdzięczam wprowadzenie do turystyki wysokogórskiej. Profesor stawiał mi od razu dość wysoką poprzeczkę. Pierwsze moje wysokogórskie przeżycia to była grań Kościelca z Hali Gąsienicowej - trzeba tam było pokonać dość niebezpieczny trawers przez dużą płytę, gdzieś w połowie ściany. Profesor ubezpieczał mnie liną - nie powiem, żebym się nie bała, jeden niewłaściwy krok bez ubezpieczenia groził spadkiem w przepaść. W ciągu kolejnych sezonów w Tatrach "zaliczyłam" kilka dość trudnych wejść ubezpieczonych klamrami, były to: Świnka, Rysy, Orla Perć, w Tatrach Czechosłowackich - Krywań, Łomnica, zdaje się Garłuch i jeszcze parę szczytów w Tatrach Zachodnich. Poza tym odbyłam jeszcze kilka wędrówek bez trudności technicznych - długich, trochę nużących, choć pięknych widokowo; były to: Długi Upłaz, Grześ, Kominy Tylkowe i parę innych, których już nie pamiętam. Na trudniejsze wspinaczki linowe chodziliśmy zazwyczaj w trójkę, trzecią osobą był ktoś z dawnych kolegów profesora, dobry taternik. Szłam w środku, ubezpieczona liną "z dołu" i "z góry". Wyłącznie z Profesorem weszliśmy na grań Żabiego Mnicha (nie należy mylić z Żabim Koniem, znacznie trudniejszym szczytem, zdobywanym corocznie przez wytrawnych wspinaczy, zapewne dla treningu). Była to trudna technicznie, linowa, długa wspinaczka, z licznymi "kominami" i "przewieszkami". Pokonywałam nieźle, choć nie bez wysiłku i napięcia, te trudne odcinki drogi. Jaka to była radość, kiedy się wreszcie osiągnęło szczyt i miało przed sobą urzekający widok na bliższe i dalsze szczyty Wysokich Tatr.

W lwowskim okresie mojego życia z 6 tygodni urlopu, jaki przysługiwał asystentom na Uniwersytecie, znaczną część spędzałam w Zakopanem i w Tatrach, ale nie tylko. Poznałam również piękne górskie okolice na południowy wschód od Lwowa: pasmo Gorganów, z takimi szczytami jak Pop Iwan, Doboszanka, a także okolice Worochty i Żabiego blisko granicy węgierskiej. Pamiętam pewną dłuższą (chyba z górą tygodniową) wycieczkę, odbytą wspólnie z profesorem oraz z wspomnianą już moją przyjaciółką Wandą B. i jej narzeczonym, inż. Polaczkiem. Było to piękne wędrowanie wśród przyrody zupełnie innej niż w Tatrach, tamte góry przypominały nieco Pieniny. Klimat był znacznie łagodniejszy, łąki bardziej ukwiecone - w okolicach Żabiego spotykało się drzewa morelowe i winorośl. Schronisk w tamtych stronach było mało, tak że nocowaliśmy najczęściej w huculskich chatach, na strychach, na sianie, co także miało swój urok.

Tak wyglądały niektóre niezapomniane wakacje, natomiast w ciągu roku akademickiego pracowałam bardzo intensywnie, najczęściej do siódmej wieczorem. Na życie towarzyskie prawie nie było czasu, rzadko też chodziłam na spacery czy do kina. Do kawiarni nie chodziło się wcale. Była to rozrywka niewielka i dość droga, zwłaszcza że było to w epoce, kiedy według ogólnie przyjętego towarzyskiego zwyczaju mężczyzna płacił za kobietę, znajdującą się w jego towarzystwie. Obyczaju tego nie uznawałam jako dość zaangażowana feministka. Zamożna młodzież ziemiańska i ze środowisk artystycznych, aktorskich bywała w kawiarniach dość często. Profesorowie, a zwłaszcza matematycy, spotykali się u Zaleskiego. Była to kawiarnia w stylu wiedeńskim, na marmurowych blatach stolików pisano wzory matematyczne i prowadzono głośno żywe dyskusje. Asystenci i starsi asystenci zarabiali w latach trzydziestych od 150-240 zł. miesięcznie; przy dość drogich mieszkaniach było to wynagrodzenie wymagające bardzo oszczędnego trybu życia. Jednego z moich kolegów w Zakładzie, dr Włodzimierza Czarnodolę (zginął w obozie niemieckim, wywieziony podczas powstania z Warszawy), którego ojciec mieszkał na Rusi ok. 200 km od Lwowa, często nie było stać na podróż - jeździł do ojca jedynie na Święta Bożego Narodzenia. Dopiero pobory profesorskie, wynoszące od 800-1200 zł miesięcznie, dawały już pewną swobodę egzystencji, a przy umiejętności oszczędzania niektórzy profesorowie budowali sobie wille. Profesor Małachowski jako człowiek samotny nie miał takich dążeń - lubił natomiast przy różnych okazjach, jak np. doktorat kogoś z nas, zapraszać cały zespół naukowy na kolację do słynnej restauracji George'a przy ul. Akademickiej, w której kuchnia była rzeczywiście znakomita. Pewne okazje do spotkań towarzyskich (które zawsze bardzo lubiłam) dawała mi jeszcze działalność organizacyjno-społeczna w studenckim Kole Chemików. Moja praca jako opiekuna polegała głównie na konsultacjach naukowych z chemii organicznej i służeniu pomocą, radami w sprawach organizacyjnych. Koło organizowało m.in. spotkania towarzyskie z tańcami, na które byli zapraszani profesorowie i asystenci. Profesor Małachowski zazwyczaj nie brał w nich udziału (wolał grać w bridża), ja natomiast bawiłam się tam świetnie, ponieważ szczególnie lubiłam tańczyć. Na jednym z takich zebrań miałam okazję do bardzo ciekawej dyskusji na tematy filozoficzne z prof. Stanisławem Tołłoczko (chemia nieorganiczna) i prof. Wajbergiem (krystalografia); ci panowie byli wówczas starsi ode mnie o 30-35 lat. We Lwowie odbywały się również bale akademickie - na jednym z nich byłam wraz z mgr Teresą Gradowską, zaprzyjaźnioną koleżanką z Zakładu, oraz dawnym kolegą z Politechniki inż. H. M. Z Teresą (później doc. dr Bisanzową) absolwentką Uniwersytetu Jana Kazimierza, poznałyśmy się w Zakładzie, gdzie była ona również zatrudniona jako asystentka; dzieliłyśmy przez kilka lat pokój laboratoryjny. Łączyło nas wiele wspólnych zainteresowań, zawarta wówczas przyjaźń przetrwała przez całe nasze dalsze życie. Choć od 1937 r. mieszkałyśmy w różnych miastach, utrzymywałyśmy zawsze kontakt ze sobą. Teresa G. była obdarzona bardzo żywą inteligencją, urodą, wielką kulturą wewnętrzną, zawsze pogodna (pomimo niełatwego w tamtym czasie życia), pełna humoru, była też człowiekiem szczególnie prawym, o niewzruszonych zasadach moralnych. Profesor kształcił w nas nie tylko umiejętność myślenia chemicznego i precyzję w eksperymentowaniu, ale ponadto poczucie odpowiedzialności i rzetelność zarówno w czynionych obserwacjach, jak i w wyprowadzonych wnioskach. Każda synteza musiała być powtarzana dotąd, aż była w pełni odtwarzalna. Dziś, po z górą 50 latach, pamiętamy obie i czasem przy spotkaniu wspominamy, żartując, taką znamienną scenę. Teresa rozpoczęła w laboratorium syntezę pewnego związku potrzebnego do jej dalszych badań jako materiału wyjściowego czy pomocniczego. Rozpoczęła ogrzewanie, które miało być kontynuowane przez szereg godzin, w ściśle określonych granicach temperatury. Po pewnym czasie przypomniała sobie, że ma ważne zebranie organizacji społecznej, której była członkiem, ja natomiast pozostawałam w laboratorium do wieczora. Cóż prostszego zatem jak powierzyć mi opiekę nad prowadzoną syntezą i dopilnowanie właściwych granic temperatury reakcji. Pracowałyśmy z sobą już chyba 2-3 lata w jednym pokoju laboratoryjnym i miałyśmy zaufanie do swojego poczucia odpowiedzialności. Tak się stało, Teresa wyszła, a ja - obok swojej pracy - sprawdzałam i ewentualnie regulowałam temperaturę prowadzonej przez nią reakcji. Jednakże po godzinie czy dwóch przypomniałam sobie, że miałam jakieś sprawy do omówienia z kolegami, pracującymi w drugiej części Zakładu, odległej o około 50-100 m. Po krótkiej rozmowie zaszłam jeszcze do biblioteki, mieszczącej się także w tamtej części zakładu, obok gabinetu profesora, i zajęłam się szukaniem potrzebnych mi danych do moich badań. I - o zgrozo! - zupełnie zapomniałam, że pilnuję syntezy koleżanki Gradowskiej! Kiedy wróciłam biegiem do naszego laboratorium, okazało się, że temperatura reakcji znacznie się podniosła, a masa reagująca wyglądała dość niepokojąco. Zmartwiona, z poczuciem winy, zgasiłam palnik i poszłam do domu. Nazajutrz miałyśmy obie z Teresą sądny dzień! Profesor, który bardzo się interesował przebiegiem syntezy, dowiedział się ode mnie o prawdopodobnie negatywnym wyniku spowodowanym z mojej winy. Miał do nas obu wielką pretensję i "trzymał do nas mowę" chyba około godziny. Mówił wiele o poczuciu odpowiedzialności i skutkach jego braku. Na pewno miał rację, zwiesiłyśmy głowy i słuchałyśmy pokornie, choć może nie byłyśmy bardzo przekonane o tak wielkiej naszej winie. Autorytet moralny i naukowy profesora Małachowskiego był bardzo wielki - nie zdarzyło się już nigdy w całym naszym dalszym życiu podjąć się jakiegoś zadania i nie wykonać go jak najlepiej, z całym osobistym zaangażowaniem.

Po uzyskaniu doktoratu zostałam awansowana na stanowisko starszego asystenta - zasadniczo przysługiwało mi wtedy stanowisko adiunkta, ale w naszym małym Zakładzie nie było wtedy takiego wolnego etatu. Według powszechnie panującego w Uniwersytecie Lwowskim zwyczaju nowo promowanego doktora, zaangażowanego na nowe stanowisko, kierownik katedry przedstawiał osobiście prorektorowi d/s nauki. Kiedy wraz z prof. Małachowskim udaliśmy się do Rektoratu, spotkało nas dość przykre przeżycie. Prorektorem był wówczas ksiądz, zapewne profesor na Wydziale Teologicznym (nazwiska nie pamiętam), który okazał się antyfeministą. Przyjął nas w ogóle chłodno, a kiedy Profesor mnie przedstawił, powiedział coś w tym rodzaju: "że też Pan Profesor nie mógł już sobie znaleźć mężczyzny na to stanowisko". Profesor nic na to nie odpowiedział, zapewne czuł się także dotknięty, panowie wymienili kilka zdawkowych zdań i szybko wyszliśmy. To zachowanie się ówczesnego prorektora odczułam jako głęboką przykrość i niesprawiedliwość. Droga kobiet pragnących się poświęcić działalności naukowej nie była wówczas łatwa, niechętnie były przyjmowane na stanowiska pracowników nauki. Jedynie wielka wytrwałość, pracowitość i oczywiście uzdolnienia pozwalały się przebić. Prof. Alicja Dorabialska w swojej interesującej książce (autobiografii) pt. Jeszcze jedno życie opisuje niejedną przeszkodę, którą musiała pokonać jako kobieta na swojej drodze naukowej. Pełne uprawnienia uzyskały kobiety dopiero po roku 1945. Tamto przeżycie w młodości we Lwowie jeszcze bardziej pogłębiło we mnie poczucie niesprawiedliwości społecznej i moją feministyczną postawę.

Po uzyskaniu doktoratu pozostałam nadal we Lwowie, pragnąc poświęcić się działalności naukowej w Katedrze kierowanej przez prof. Małachowskiego. Profesor pozostawił mi pełną swobodę zarówno w wyborze tematyki, jak i dróg rozwiązywania postawionego problemu. Oczywiście, interesował się przebiegiem moich badań, podejmował ze mną dyskusje na ich temat, a ja zasięgałam Jego rad. Interesowałam się wtedy w dalszym ciągu chemią kwasu etylenoczterokarboksylowego (I) i w tym zakresie reakcją kondensacji kwasu z mocznikiem. Znając już częściowo kierunki reaktywności kwasu I, spodziewałam się otrzymania nowego układu heterocyklicznego, zawierającego w pierścieniu - oprócz atomów węgla - również atom azotu. W owym czasie nie było jeszcze w Katedrach Chemii Organicznej tak rozpowszechnionej dążności do poszukiwania związków biologicznie czynnych jako potencjalnych leków. Celem badań było najczęściej poznawanie kierunków reaktywności cząsteczki wybranego, mało dotąd zbadanego związku chemicznego (przedstawiciela pewnej klasy połączeń), otrzymywanie nowych układów i pochodnych oraz poznawanie ich własności. Badania rozpoczęłam od kondensacji z mocznikiem modelowych prostych kwasów nienasyconych i dikarboksylowych. Zaobserwowałam ciekawy przebieg reakcji kondensacji (jednakowy dla obu izomerów cis i trans). Reakcja kondensacji z mocznikiem prowadziła do poznania nowego przypadku tworzenia pochodnych hydantoiny - kwasu hydantoino-5-octowego i jego ureidu (związków nie opisanych dotąd). Układ hydantoiny (pięcioczłonowy pierścień z 2 atomami azotu) jest ciekawy z uwagi na występowanie w znanych lekach przeciwpadaczkowych. Z kolei zajęłam się kondensacją estru czteroetylowego kwasu etylenoczterokarboksylowego (II) z mocznikiem. Reakcja miała zupełnie nieoczekiwany przebieg, doprowadziła mnie do otrzymania wprawdzie już opisanego (otrzymanego na innej drodze) interesującego układu tzw. spirohydantoiny, w którym 2 heterocykliczne pięcioczłonowe pierścienie są połączone wspólnym atomem węgla. Był to nowy, dość niespodziewany kierunek reaktywności estru II. W toku przemiany następowało niejako przepołowienie cząsteczki estru, jedna połowa tworzyła spirohydantoinę, a druga odpadała w postaci malonianu etylowego bądź jego pochodnych. Zapewne tok przemian był taki, że najpierw pękało wiązanie podwójne estru II na skutek przyłączenia reszty ureidowej, potem jednak pękało i wiązanie pojedyncze, zapewne wskutek tendencji do tworzenia trwalszego układu spirohydantoiny o stosunkowo niskiej zawartości energii. Spirohydantoina jest związkiem ciekawym w różnych aspektach, przede wszystkim z uwagi na prawdopodobną aktywność biologiczną.

Poznanie aktywności biologicznej nie leżało wówczas w zakresie moich zainteresowań, czego obecnie bardzo żałuję. Zakłady farmakologii wydziałów lekarskich nie zajmowały się - z nielicznymi wyjątkami (prof. Jerzy Modrakowski na U.W.) - badaniami screeningowymi własności farmakologicznych nowych związków syntetyzowanych w zakładach chemii organicznej uniwersytetów i politechnik. Mój kontakt z Katedrą Farmakologii Wydziału Lekarskiego Uniwersytetu we Lwowie, kierowaną przez prof. Włodzimierza Koskowskiego4, wybitnego farmakologa, był bardzo niewielki. Zakład Farmakologii Uniwersytetu Jana Kazimierza znajdował się w dość znacznej odległości od ulicy Długosza, gdzie pracowałam; zła komunikacja powodowała znaczną stratę czasu na przejazd. Pamiętam, że w ciągu ośmiu lat, jakie spędziłam we Lwowie, tylko raz czy dwa wybrałam się do Biblioteki Katedry Farmakologii, aby poszukać tam potrzebnego mi czasopisma. Otworzył mi wtedy drzwi zakładu i zajął się mną bardzo miło młody, urodziwy asystent - dr Piotr Kubikowski. Nie mogliśmy wtedy ani przez ułamek chwili przewidzieć, że po około 30 latach spotkamy się ponownie w innym jakby świecie, w Warszawie - współpracując w różnych komisjach, komitetach, głównie w latach sześćdziesiątych, jako profesorowie i prorektorzy. Prof. Piotr Kubikowski był kierownikiem Katedry Farmakologii Akademii Medycznej w Warszawie i przez kilka lat prorektorem tej uczelni. W latach pięćdziesiątych był również dyrektorem Instytutu Leków.

Wracając do mojej działalności naukowej we Lwowie - opisane powyżej badania stały się przedmiotem trzech publikacji, ogłoszonych w "Rocznikach Chemii" w latach 1935-1936. W tym czasie Profesor powierzył mi opiekę naukową nad pracami dyplomowymi dwóch absolwentek - byłam wtedy bardzo przejęta poczuciem odpowiedzialności za wyniki tych prac. W jednej z nich zajmowałyśmy się (z Ireną Gamotą) kondensacją estru II z tiomocznikiem, oczekując syntezy tiospirohydantoiny. Niestety, reakcja nie przebiegła w pożądanym kierunku tworzenia tego ciekawego układu, powstał związek złożony z dwóch pierścieni tiobarbiturowych, tzw. kwas tiohydurylowy. Była to ostatnia z cyklu 4 prac O kondensacji estrów kwasów nienasyconych z mocznikiem. Druga praca dyplomowa, wykonana w kilka lat później (ze Stefanią Kłosówną) dotyczyła już innej nowej problematyki, chemii flawonoidów, wynikłej z mojej pracy habilitacyjnej; do jej omówienia powrócę później.

Dziwne są czasem drogi i motywy wyboru tej czy innej problematyki badawczej. O ile moje pierwsze samodzielne prace badawcze stanowiły pewną kontynuację pracy doktorskiej, o tyle na wybór nowej problematyki wpłynął przypadek. Zdaje się, że w końcu czerwca 1935 r. wybrałam się kiedyś w niedzielę, już nie pamiętam w jakim towarzystwie, na pieszą wycieczkę w okolice Lwowa. Okolice te, bardzo piękne, o terenie nieco górzystym, były porośnięte lasami o mieszanym drzewostanie iglasto-liściastym. Na trasie mojej wędrówki, na skraju lasu, spotkałam nagle jaskrawożółty "dywan". Okazało się, że to piękne barwne pole tworzą rośliny wysokości 30-40 cm, obsypane żółtymi drobnymi kwiatkami. Zebrałam pęczek tych kwiatów. Było bardzo upalnie i pragnęliśmy się napić wody, czy też zbierało się na burzę i należało się schronić przed deszczem, dość, że zawędrowaliśmy na plebanię. Ksiądz - proboszcz czy wikary - przyjął nas mile i zaraz zwrócił uwagę na kwiaty, które trzymałam w ręku - powiedział, że jest to dziurawiec zwyczajny (Hypericum perforatum), jedno z najbardziej znanych i rozpowszechnionych ziół leczniczych i że charakteryzuje się ono ciekawą właściwością. Otóż żółte kwiaty, a zwłaszcza pączki dziurawca, wydzielają po roztarciu sok krwistoczerwony, zawarty w swoistych zbiornikach (gruczołach). Charakterystyczne są też liście tej rośliny: przeświecają (oglądane pod światło) jasnymi punktami (zbiorniki olejku), jakby były podziurawione, stąd wywodzi się nazwa polska i łacińska (perforacje). Nie pamiętam dziś, dlaczego zainteresowałam się tą rośliną.

W kilka dni po wycieczce znalazłam w dostępnej literaturze informację, że dziurawiec, ongiś niemal uniwersalny lek ludowy, obecnie zalecany jest przez lekarzy, zwolenników ziołolecznictwa, jako środek uspakajający, działający dodatnio na krążenie wieńcowe i ogólną przemianę materii, a w szczególności zalecany jest w chorobach żołądka i wątroby. Zainteresowałam się następnie, czy i w jakim stopniu dziurawiec był przedmiotem badań chemicznych i jakim jego składnikom można by przypisać obserwowane efekty lecznicze. Przestudiowanie literatury wykazało, że głównym przedmiotem badań był czerwony barwnik dziurawca - hyperycyna - którego jednak nie udało się dotąd otrzymać w stanie jednorodnym, ani też zbadać jego struktury.

Trudno mi w tej chwili ustalić, jaka inspiracja mną kierowała, że w Katedrze, w której prowadzono wyłącznie badania o charakterze podstawowym z zakresu chemii organicznej (i w tym zakresie leżała moja dotychczasowa problematyka) zmieniłam zupełnie kierunek badań, podejmując problem z zakresu fitochemii, tj. wyodrębniania i badania związków naturalnych, występujących w świecie roślinnym. Profesor przyjął moją nową tematykę dość życzliwie, ale odtąd nie mógł mi prawie służyć swoimi radami, ponieważ fitochemia była mu dość obca.

Tak więc w 1935 r. rozpoczęłam samodzielne badania w zupełnie nowej dziedzinie chemii. Surowcem do moich badań był produkt handlowy Herba Hyperici sicca, dostarczany przez firmę Tarasiejski w Święcianach Wileńskich. Zajmując się po raz pierwszy surowcem roślinnym, miałam do przezwyciężenia dużo trudności metodycznych. Nie znane były jeszcze tak świetne metody oczyszczania wyciągów roślinnych i zagęszczania ciał czynnych, jak chromatografia kolumnowa i cienkowarstwowa. Po uzyskaniu ekstraktu alkoholowego z ziela dziurawca miałam do wyboru jedynie klasyczne metody rozdzielania i oczyszczania występujących tam składników - takie, jak wielokrotne rozdzielanie między nie mieszające się rozpuszczalniki, odparowywanie frakcjonowane pod zmniejszonym ciśnieniem, oczyszczanie przez krystalizację, często wielokrotną. Trzeba jeszcze dodać, że polskie surowce zielarskie wykazują, zapewne wskutek chłodnego klimatu, bardzo niskie zawartości składników charakterystycznych czy biologicznie czynnych - zawartości rzędu setnych czy dziesiątych części procentu.

Adaptując częściowo stosowane ówcześnie, przytoczone wyżej metody wyodrębniania składników roślinnych i posługując się nieco intuicją w ich doborze, wyizolowałam jasnożółtą krystaliczną jednorodną substancję o tt 213° z wydajnością 0,3-0,5% wagi surowca. Była to stosunkowo wysoka wydajność jak na składnik roślinny klimatu umiarkowanego. Przeprowadzone z kolei wyczerpujące badania struktury pozwoliły wykazać, że wyodrębniony związek, nazwany przeze mnie hyperyną, jest glikozydem, w którym pięciohydroksyflawon kwercetyna jest połączony w pozycji C-3 z cukrem prostym galaktozą, niezbyt rozpowszechnionym w świecie roślinnym. Jest to 3-β-galaktozyd kwercetyny, związek dotąd nie opisany, nie znaleziony w świecie roślinnym. Hyperyna (później wprowadzono nazwę hyperozyd, co wskazuje, że jest to glikozyd) jest pierwszym poznanym monozydem spośród sześciu opisanych glikozydów flawonolu kwercetyny, w którym cząsteczka cukru jest galaktozą. Oczywiście, w 1935 r. nie rozporządzałam metodami spektroskopowymi, analizą widmową, co wszak znacznie przyspieszyłoby ustalenie struktury. Prawie jednocześnie ze mną badacz amerykański Charles E. Sondo wykrył hyperozyd w kilku gatunkach jabłek, później wykryto ten związek w innych gatunkach roślin. Dziś hyperozyd jest uważany nawet za cechę chemotaksonomiczną (rozróżnienie gatunków i odmian na podstawie składu chemicznego).

Jest rzeczą interesującą, że pewne zagadnienia naukowe nie są podejmowane często przez kilkanaście lub kilkadziesiąt lat aż do pewnego czasu, kiedy nagle, jednocześnie stają się przedmiotem badań w kilku różnych, niekiedy odległych ośrodkach naukowych na świecie. Niełatwo tu o jakąś filozoficzną interpretację - tak było z hyperozydem. Po wojnie w latach 60-70-tych stał się przedmiotem badań nie tylko fitochemicznych (wyodrębnianie z różnych gatunków roślin) lecz również przedmiotem badań farmakologicznych. Wykazano np. w 1977 r. (Bułgarzy) wyraźny efekt rozszerzania naczyń wieńcowych serca, co przy znanej aktywności uszczelniania kapilar i braku toksyczności flawonoidów stwarza perspektywy dla terapii. Moje badania doświadczalne (1935-1936), obejmujące wyodrębnienie i ustalenie struktury hyperyny, stały się w późniejszym okresie podstawą rozprawy habilitacyjnej.

W początku roku 1936 prof. Małachowski, widząc moje zainteresowania badaniami fitochemicznymi i uzyskanie pewnych sukcesów w tej dziedzinie, podjął decyzję, abym rozszerzyła zakres swoich umiejętności - zwłaszcza eksperymentalnych - w jakimś dobrym ośrodku zagranicznym. Po różnych dyskusjach wybór nasz padł na Wiedeń, na II Instytut Chemiczny (Instytut Chemii Organicznej Uniwersytetu Wiedeńskiego), kierowany wówczas przez prof. dr Ernesta Spätha, organika o światowej sławie. Prof. Späth był znanym badaczem związków naturalnych, alkaloidów, kumaryn, autorem pierwszej syntezy nikotyny i wielu innych wybitnych prac. Ośrodek wiedeński wydawał się szczególnie odpowiedni do poszerzania moich horyzontów naukowych i umiejętności w zakresie metodyki fitochemicznej. Profesorowi Małachowskiemu udało się uzyskać dla mnie półroczne stypendium Funduszu Kultury Narodowej (przy Prezesie Rady Ministrów). Dyrektor tego Funduszu, Stanisław Michalski, dostojny, starszy (wówczas) Pan, podobno z reguły nie przyznawał stypendiów kobietom. Jak pisze prof. Dorabialska w swojej cytowanej już przeze mnie książce: "uważał, że inwestowanie pieniędzy w pracę naukową kobiet jest marnotrawstwem grosza publicznego, gdyż kobieta nigdy nie zwróci społeczeństwu tego, co otrzymała. Wyjdzie za mąż, utopi życie w codziennej krzątaninie i zapomni o wszelkiej nauce". Nie mam pojęcia, jakimi argumentami udało się prof. Małachowskiemu przekonać dyrektora Michalskiego, dość że stypendium otrzymałam - a nauce pozostałam wierna przez całe życie.

Mój około 8-miesięczny pobyt naukowy w Wiedniu wspominam jako okres czasu szczególnie bogaty w różne doznania i przeżycia, zarówno w pracy badawczej, jak i w życiu osobistym. Prof. Späth przyjął mnie bardzo życzliwie i zaraz podał temat mojej przyszłej pracy - badanie składników kory jesionu (Fraxinus excelsior L.), w szczególności w zakresie kumaryn, które były wówczas przedmiotem badań całego zespołu w Instytucie. Niestety, profesor mówił szybko i w znacznym stopniu dialektem, tak więc, mimo że znałam język niemiecki dość dobrze, niewiele zrozumiałam z tego, co Profesor mówił - jak widzi rozwój mojej pracy, stosowaną metodykę i od czego mam zacząć. Wyszłam z gabinetu zupełnie załamana, usiadłam w laboratorium przy swoim miejscu (stole laboratoryjnym) i dumałam ze spuszczoną głową, jak wybrnąć z tej przykrej sytuacji, w której zupełnie nie wiem, co mam robić. Wtedy niespodziewanie zjawił się przy mnie, jak anioł opiekuńczy, dr Friedrich Kuffner, adiunkt, nieformalny zastępca profesora w sprawach naukowych i administracyjnych, Wiedeńczyk, młody człowiek ok. 30-letni, o niezwykle ujmującym sposobie bycia. Zaprosił mnie do swojego gabinetu (była to jednocześnie jego pracownia), poczęstował czekoladą (!) i pięknym literackim językiem (schriftdeutsch) powiedział mi, że wie od Profesora, jaki jest plan mojej pracy, rozumie świetnie moje trudności językowe i będzie się mną opiekował - przynajmniej na początku. Byłam uszczęśliwiona, wiedziałam już, co mam robić, gdzie otrzymam surowiec do badań (korę jesionu), potrzebne chemikalia, kiedy i gdzie mogę korzystać ze specjalnej aparatury, z biblioteki itp. Na sali, na której było moje miejsce przy stole laboratoryjnym, pracowało jeszcze kilku młodych ludzi - byli to głównie doktoranci prof. Spätha wszyscy byli w stosunku do mnie koleżeńscy, uczynni. Jeden z nich, z pochodzenia Czech, nazwiskiem Mocznik, miał duże zdolności do szklarstwa laboratoryjnego, często coś wydmuchiwał - najczęściej elementy stosowanej w naszych pracach aparatury. Był to miły, koleżeński młody człowiek, który chętnie sporządzał dla mnie potrzebne części.

Dzięki informacji uzyskanej w Instytucie, znalazłam pokój z utrzymaniem w niewielkim pensjonacie przy Währingerstrasse (IX Bezirk), niedaleko Instytutu, który mieścił się przy tej samej ulicy.

Pracowałam bardzo intensywnie, przebywając w Instytucie przeważnie cały dzień do wieczora, z małą przerwą na obiad (przeciętnie 9 godz., a czasami i dłużej). Umożliwiały mi to warunki zamieszkania, z pełnym utrzymaniem, blisko Instytutu, a ponadto opieka dr Kuffnera, dzięki któremu mogłam często pracować po 18-tej, kiedy zasadniczo Instytut był już zamykany. Działo to się wtedy, kiedy jakaś zaplanowana przeze mnie reakcja nie przebiegała do końca w przewidzianym czasie, czy też przedłużał się proces oczyszczania, którego nie można było przerwać bez obawy o zepsucie się substancji. Czasem pracowałam nawet do późnych godzin wieczornych. Dzięki użyciu świeżej, nie suszonej kory jesionu, zastosowaniu odpowiednio dobranych klasycznych metod ekstrakcji i oczyszczania, a w szczególności frakcjonowanej sublimacji5 w wysokiej próżni, udało mi się wyodrębnić trzy nowe, nie znane dotąd w świecie roślinnym i nie opisane związki: fraksynol, fraksydynę i izofraksydynę. Składnikami jesionu interesowano się już w XIX w., jednakże poznano tylko jeden składnik o budowie kumarynowej - glukozyd fraksynę (6-metoksy-7, 8-dihydroksykumaryny). Przeprowadzone przeze mnie badanie budowy wyodrębnionych trzech nowych składników jesionu wykazało ciekawy fakt, że są to wszystko izomeryczne dimetylowe etery trójhydroksykumaryny. Fraksynol jest 5,7-dimetoksy-6-hydroksykumaryną, fraksydyna jest 6,7-dimetoksy-8-hydroksykumaryną, a izofraksydyna jest 6,8 dimetoksy-7-hydroksykumaryną. Rzut oka na przytoczone wzory wskazuje, jak natura w zakresie pewnego podstawowego układu tworzy całą mozaikę pochodnych, różniących się położeniem grup eterowych i hydroksylowych. Być może są to metabolity, tworzące się w komórce roślinnej z nieznanego jeszcze prekursora o bardziej złożonej budowie. Budowę fraksynolu potwierdziłam na drodze tzw. niezależnej syntezy, przebiegającej przez kilka związków pośrednich, prostego materiału wyjściowego, jakim był 2,6-dimetoksychinon.

Fraksydynę oraz izofraksydynę otrzymałam w wyniku tzw. syntezy częściowej z wspomnianej już fraksetyny; przez łagodne metylowanie dwuazometanem udało się przeprowadzić monometylowy eter w dwa izomeryczne etery dimetylowe. Wydzielenie obu tych eterów było metodycznie trudne i wymagało wielu pracochłonnych i pomysłowych operacji - przyniosło jednak w rezultacie pełne potwierdzenie przyjętej budowy. Wszystkie trzy nowe kumaryny, jakie wyodrębniłam, występują w surowcu, tj. w korze jesionu, najprawdopodobniej w postaci glikozydów, tak jak fraksetyna, tych jednak nie udało się otrzymać w stanie czystym.

W latach 30-tych aktywność biologiczna hydroksykumaryn nie budziła zainteresowania i nie była przedmiotem badań. W laboratorium obok gabinetu profesora Spätha było nieduże akwarium ze złotymi rybkami; stanowiło ono przedmiot żartów doktorantów, że profesor truje swoje rybki, karmiąc je kumarynami. Dopiero po wojnie wykazano, że kumaryny są biologicznie czynne i mają bardzo zróżnicowaną aktywność. Np. niektóre hydroksy i metoksy kumaryny mają zastosowanie jako środki światłoochronne, a powszechnie są znane własności antykoagulacyjne dikumarolu. Borkowski i Danielak wykazali w 1973 r., że fraksydyna i izofraksydyna mają własności żółciopędne.

Wyniki mojej 7-miesięcznej pracy doświadczalnej w Wiedniu zostały opisane w trzech publikacjach (pomógł mi je zredagować nieoceniony dr Kuffner); ukazały się one w czasopiśmie niemieckim "Berichte der Deutschen Chem. Gesellschaft" w 1937 r. Było to osiągnięcie rekordowe, możliwe do zrealizowania dzięki skupieniu się wyłącznie na działalności naukowej i dobremu wyposażeniu laboratorium.

Przez pierwsze tygodnie mojego pobytu w Wiedniu prof. Späth obserwował czasem moją pracę eksperymentalną, a zwłaszcza pomiar temperatury topnienia (t.t.), nie miałam tego początkowego braku zaufania za złe. Po kilku tygodniach prof. Späth zaczął się odnosić do mnie z pełnym zaufaniem, a kiedy po niespełna trzech miesiącach bardzo wytężonej pracy miałam już liczące się rezultaty (wyodrębnienie fraksynolu i pełna synteza), byłam wyraźnie wyróżniana. W tym czasie (1937) prof. Späth przyjął jako stypendystów dwóch młodych Włochów - jeden z nich, dr Musajo, był już profesorem na Uniwersytecie w Bari (zdaje się z nominacji politycznej), drugi - bardzo sympatyczny dr Gandini - był docentem w wyniku normalnego toku na Wydziale Farmaceutycznym Uniwersytetu w Genui. Obaj panowie mieli duże braki w zakresie metodyki eksperymentowania i prof. Späth oddał ich pod moją częściową opiekę naukową, choć nie byłam jeszcze wtedy docentem,.Szczególnie frakcjonowaną sublimację wysokiej próżni mogli przeprowadzać wyłącznie pod moją opieką.

Kiedy przebywałam w Wiedniu, miałam 29 lat, byłam pełna różnorodnych zainteresowań, ciekawa świata i ludzi, nawiązałam więc różne kontakty towarzyskie. W niedziele, w południe, spotykałam się dość często z dr Kuffnerem w kawiarni przy Ringu - na prywatnej pogawędce. Urocze były te niewielkie, typowo wiedeńskie kawiarnie (niestety, powoli zanikają), umeblowane w stylu z epoki cesarza Franciszka Józefa; leżały tam zawsze dzienniki i czasopisma do przeglądania, można było wypić małą filiżankę świetnej aromatycznej kawy, a kelner co pół godziny przynosił na srebrnej tacy szklankę świeżej wody mineralnej. Podczas naszych licznych dyskusji w Instytucie, a także i tych niedzielnych spotkań, nawiązała się pomiędzy mną i dr Kuffnerem serdeczna przyjaźń, oparta na wzajemnej sympatii, wspólnych upodobaniach i zainteresowaniach problemami chemii organicznej. Dr Kuffner miał szczególnie elegancki i ujmujący sposób bycia, poczucie humoru, dużą inteligencję i kulturę wewnętrzną. Przyjaźń nasza przetrwała 50 lat (!), oparta na korespondencji, a po wojnie także i na moich odwiedzinach - co kilka lat wyjeżdżałam do Austrii, głównie Wiednia, w celach naukowych i turystycznych (o tym piszę jeszcze później).

Dr Kuffner po wojnie został docentem, a następnie profesorem, ożenił się z bardzo miłą osobą, ma z nią trzech synów i liczne wnuki. Być może nasza przyjaźń okazała się tak trwała dlatego, że nie było w niej elementów erotyki, która stanowi zazwyczaj źródło przemijania.

Podczas mojego pobytu w Wiedniu, we wszystkich wolnych od pracy naukowej chwilach (a miałam ich bardzo niewiele - sobotnie popołudnia i niedziele), wędrowałam po mieście, zwiedzając muzea, kościoły, parki. Najbardziej interesowały mnie wtedy ulice, ich architektura - te eleganckie, w centrum, blisko budynku opery (Graben, Kärtnerstrasse, Kohlmarkt) oraz nieliczne wąskie uliczki najstarszej dzielnicy Wiednia, np. Schönlaternegasse, Am Gestade, Griechengasse. Wiedeń nie posiada, niestety, starego miasta. Przechodząc ulicami eleganckiego centrum chłonęłam oczami wystawy wytwornych magazynów. W tamtym czasie były one wyłącznie prywatne, niewielkie, ale bardzo bogate. Nie istniały jeszcze wtedy wielkie wielobranżowe magazyny, centra handlowe - wystawy były szczególnie gustownie urządzane, eksponowano zazwyczaj tylko kilka przedmiotów, najbardziej modnych i eleganckich. Oglądałam na tych wystawach piękne stroje, piękne futra z dużym zainteresowaniem, ale bez żadnego uczucia zazdrości, że nie mogę sobie pozwolić na jakieś droższe zakupy. W magazynach w okolicach Opery ubierały się Amerykanki, żona Szacha Iranu, aktorki itp.

Jeden z kolegów z Instytutu, H.H., doktorant - szczególnie troszczył się o to, abym nie czuła się osamotniona w sobotnie wieczory, niedziele, święta czy okresy ferii świątecznych. Często przychodził do laboratorium z jakąś miłą propozycją, chodziliśmy więc do kina, a raz czy dwa w miesiącu do jakiegoś lokalu typu kawiarni czy winiarni, gdzie zbierała się młoda inteligencja i gdzie można było potańczyć walca czy tango. Byłam też kilka razy w większym towarzystwie w sławnej dzielnicy Grinzing.

Do Grinzing jeździ się, aby pić młode wino (jednoroczne), tzw. Heurigen. Był tam wtedy taki zwyczaj, dziś już zanikający, że goście siedzący przy jednym stole, często sobie nieznajomi, brali się za ręce, kołysząc się w prawo i lewo - śpiewali różne wesołe wiedeńskie piosenki, czasem wtórując muzyce, a czasem bez niej. Podczas pierwszej kilkudniowej przerwy w pracy laboratoryjnej z okazji Świąt Bożego Narodzenia spędziłam cały dzień w Semmering. Jest to urocza stacja zimowa, urządzona na przełęczy w Alpach Wschodnich na wysokości ok. 1000 m, w odległości około 60 km od Wiednia, z którego był wygodny dojazd koleją i samochodem. Wybudowano tam wielki luksusowy hotel z kawiarnią i restauracją - z przełęczy roztacza się wspaniały widok na ośnieżone, dość odległe szczyty Alp.

Podczas tygodniowej przerwy w zajęciach z okazji Świąt Wielkanocy wyjechaliśmy ze wspomnianym już kolegą H.H. na wycieczkę narciarską w Alpy do Karyntii (Kärnten). Nie pamiętam już nazwy miejcowości, w której zatrzymaliśmy się, w dużym, bardzo wygodnym, a niezbyt drogim schronisku turystycznym - towarzystwo, jakie tam zastaliśmy, było bardzo kulturalne. Całe dnie spędzaliśmy na wędrówkach narciarskich.

Po powrocie z ośnieżonych szczytów i dolin Alp znalazłam Wiedeń już w wiosennej szacie - w Praterze zbierałam fiołki. W Stadtparku, w którym zachował się gustowny secesyjny budynek z salą, gdzie koncertował Johann Strauss, a niedaleko znajduje się ładny romantyczny Jego pomnik (Strauss w ubraniu w stylu epoki gra na skrzypcach) - na drzewach i krzewach były już młode liście.

Wiosna, jak zazwyczaj, zmieniała świat i przemijała szybko. Zbliżały się ostatnie miesiące mojego pobytu w Wiedniu - pracowałam bardzo intensywnie, aby skończyć badanie, zaplanowane przez prof. Spätha, tj. przygotować materiał doświadczalny do trzeciej publikacji. W wolnych chwilach najczęściej zwiedzałam coś w mieście, a tyle było uroczych miejsc w Wiedniu, "die Stadt meiner Traume", jak mówi stara piosenka. W niedziele chodziłam czasem do Augustinerkirche, gdzie podczas Mszy Św. wykonywano na organach sławne utwory Bacha, Händla, Mozarta, Beethovena. Młodzież z arystokratycznych i plutokratycznych rodzin przychodziła tam w pelerynach i płaszczach z zielonego sukna - na znak konserwatywnych, prawicowych postaw. Był to rok 1937, z Niemiec przenikała już faszystowska ideologia, coraz więcej docierało informacji o Hitlerze, jego działalności. Do Anschlussu było jeszcze dość daleko, ale już wyczuwało się w Wiedniu pewne napięcie. Część studentów i w ogóle młodych mężczyzn nosiła do tyrolskich spodni długie białe pończochy, co - jak się później dowiedziałam - oznaczało sympatie prohitlerowskie.

W początku czerwca wróciłam do kraju, do Lwowa. Żegnano mnie w Wiedniu bardzo serdecznie - zaprzyjaźnione grono koleżanek i kolegów z Instytutu zorganizowało spotkanie pożegnalne w jednej z kawiarń. Przeciągnęło się ono do późnej godziny, piliśmy wino, zdaje się że zakręciło mi się nawet nieco w głowie. Wtedy przekonałam się, że znakomitym antidotum jest filiżanka mocnej wiedeńskiej czarnej kawy.

U podstaw moich serdecznych towarzyskich spotkań z niektórymi kolegami z Instytutu tkwiła głęboko potrzeba zachowania szacunku. Pamiętałam też zawsze o tym, że jestem Polką korzystającą ze stypendium narodowego.

[1]  [2]  [3]  [4]  [5]  [6]  [7]  [8] 
Wiw.pl  |  Na bieżąco  |  Informacje  |  Co nowego  |  Matematyka i przyroda  |  Astronomia  |  Biologia  |  Fizyka  |  Matematyka  |  Modelowanie rzeczywistości  |  Humanistyka  |  Filozofia  |  Historia  |  Kultura antyczna  |  Literatura  |  Sztuka  |  Czytaj  |  Biblioteka  |  Delta  |  Wielcy i więksi  |  Przydatne  |  Słowniki  |  Co i gdzie studiować  |  Wszechświat w obrazkach