Wielcy
  Wiw.pl   Na bieżąco:  Informacje   Co nowego   Matematyka i przyroda:  Astronomia   Biologia   Fizyka   Matematyka   Modelowanie rzeczywistości   Humanistyka:  Filozofia   Historia   Kultura antyczna   Literatura   Sztuka   Czytaj:  Biblioteka   Delta   Wielcy i więksi   Przydatne:  Słowniki   Co i gdzie studiować   Wszechświat w obrazkach    
  Jesteś tutaj:   Wirtualny Wszechświat > Wielcy i więksi > Kwartalnik Historii Nauki i Techniki  



"Kwartalnik Historii Nauki i Techniki"
R. 33:1988 nr 1 s. 3-80
[1]  [2]  [3]  [4]  [5]  [6]  [7]  [8] 
Habilitacja, powrót do Warszawy i wybuch II wojny światowej

Po przyjeździe do Lwowa w 1937 r. wróciłam od razu do intensywnej pracy naukowej. Moje wcześniejsze badania, obejmujące wyodrębnienie i ustalenie budowy hyperycyny, stały się podstawą rozprawy habilitacyjnej. Została ona ogłoszona drukiem pt. O hyperynie - glikozydzie dziurawca (1937) i wydana w formie oddzielnej rozprawy. Pozostawało mi zatem przygotowanie się do kolokwium habilitacyjnego. Ten ostatni właściwie egzamin, prowadzący do samodzielności naukowej, był niełatwy na Uniwersytecie. Kolokwium odbywało się przed Radą Wydziału Matematyczno-Przyrodniczego (Filozoficznego), a każdy członek Rady miał prawo do zadawania pytań. Z chemią i fizyką nie miałam żadnych trudności, natomiast problem stanowiła matematyka; miało to, zdaje się, jakiś aspekt filozoficzny. Wyszłam więc z kolokwium mocno zdeprymowana, przewidując niezbyt korzystny wynik. Trzeba się było jednak zmobilizować, miałam jeszcze obowiązek wygłoszenia wykładu habilitacyjnego. Taki był bowiem przed wojną i kilka jeszcze lat po wojnie wymóg ustawy uniwersyteckiej dla uzyskania tzw. veniam legendi (prawo wykładania). W wykładzie na temat Asymetria drobinowa związków organicznych omówiłam różne rodzaje izometrii przestrzennych, ilustrując zagadnienie licznymi przykładami. Pomimo moich obaw, ocena całego przewodu habilitacyjnego wypadła bardzo pozytywnie. Na podstawie uchwały Rady Wydziału Matematyczno-Przyrodniczego Uniwersytetu Jana Kazimierza we Lwowie zostałam habilitowana jako docent chemii organicznej w dniu 22.03.1938 roku. Uchwałę tę zatwierdził 22.07.1938 r. prof. Wojciech Świętosławski jako Minister Wyznań ReIigijnych i Oświecenia Publicznego.

Uzyskanie tytułu naukowego docenta nakładało obowiązek wykładania 2 godz. w semestrze, z wybranych działów swojej dyscypliny naukowej, a więc dla mnie - z chemii organicznej. Studenci na Uniwersytecie Jana Kazimierza we Lwowie byli dość zróżnicowani pad względem narodowościowym, przeważali Polacy, ale obok nich w dość zmiennym procencie studiowali Rusini, Ukraińcy i Żydzi (ok. 10%). Polacy pochodzili z bardzo różnych środowisk społecznych, Rusini i Ukraińcy w większości ze środowisk wiejskich, Żydzi wywodzili się głównie ze sfer plutokracji. W początkach lat trzydziestych nie było żadnych widocznych wśród studentów objawów napięcia, panowały dość koleżeńskie stosunki, niekiedy przejawiała się jedynie pewna niechęć Ukraińców do Polaków. W roku 1936 wybuchła sprawa getta ławkowego - grupa młodzieży o skrajnie prawicowych poglądach, głównie korporantów, zażądała od rektora, aby studenci Żydzi siedzieli razem, na oddzielnych ławkach, na końcu audytorium. Stanisław Kulczyński, biolog (po wojnie profesor Uniwersytetu we Wrocławiu, wiceprzewodniczący Rady Państwa), demokrata o poglądach lewicowych, nie wyraził na to zgody. Wtedy zaczęły się haniebne napady bojówek korporantów na studentów Żydów - na salach wykładowych, w mieście na ulicach.

W roku akad. 1937/1938 profesor Małachowski powierzył mi kierowanie pracą magisterską bardzo zdolnej absolwentki Stefanii Kłosówny6. Tematem tej pracy był rozpad termiczny acetylowanych glikozydów - inspirację stanowiły moje wcześniejsze zainteresowania związkami flawonoidowymi w związku z pracą habilitacyjną, oraz badania prowadzone w Wiedniu. W wyniku naszych doświadczeń mogłyśmy stwierdzić, że niektóre acetylowane glikozydy (pochodne flawonu oraz kumaryny) o dość dużych cząsteczkach ulegają w temp. 250° w wysokiej próżni ok. 10-3 mm Hg, interesującej przemianie termicznej, typu przemiany desmotropowej, dając w wyniku rozpadu cząsteczki pochodną cukru o charakterze nienasyconym - tzw. anhydrocukier (trudno dostępny na innej drodze) oraz acetylową pochodną aglikonu, o jednej tylko wolnej i umieszczonej w ściśle określonym położeniu grupie wodorotlenowej. Otwierało to obiecującą drogę do syntezy glikozydów. Ponadto reakcja termicznego rozpadu acetylowych pochodnych glikozydów może służyć - po zidentyfikowaniu tworzących się produktów pirolizy - do ustalenia struktury badanego glikozydu. Obserwowany przez nas rozpad termiczny stanowi dość ogólną reakcję glikozydów, ograniczoną w swoim zasięgu jedynie przez stosunki trwałości i lotności zarówno związku poddanego pirolizie, jak i powstających produktów rozpadu. Omówiona tu praca ze Stefanią Kłosówną, ujęta w formie publikacji, została ogłoszona w "Rocznikach Chemii" w 1938 r.

W maju 1938 r. odbywał się w Rzymie Kongres Międzynarodowej Unii Chemii Czystej i Stosowanej (I.U.P.A.C.). Na Kongres ten Profesor zgłosił moją pracę pt. Über die thermische Spaltung einiger Glukoside - praca została przyjęta. Zaczęłam więc z wielką tremą przygotowywać się do jej wygłoszenia w Rzymie. Profesor także postanowił wziąć udział w Kongresie i towarzyszyć mi w mojej pierwszej podróży do Włoch. Formalności paszportowe poszły gładko, jechaliśmy pociągiem przez ČSR i Austrię; widoki na granicy Austrii i Włoch w okolicy Villach są cudowne - ogląda się ośnieżone szczyty Alp, a poniżej błyszczące tafle jezior, soczystą zieleń doliny i ukwiecone łąki.

W sekcji chemii organicznej Kongresu, w dniu, w którym wypadło moje doniesienie, na sali znajdowało się kilku wybitnych uczonych europejskich, profesorów chemii organicznej. Kiedy przyszła kolej na przedstawienie wyników moich badań, byłam półprzytomna z wrażenia, mówiłam z pamięci (tekst miałam dobrze opanowany), pomimo to denerwując się jednocześnie, żeby czegoś nie opuścić, wprost nie słyszałam własnego głosu. Moje wystąpienie (10-15 min.) wypadło podobno zupełnie dobrze. Było nawet jakieś zainteresowanie, jakieś zapytania pod moim adresem. Podczas kilku dni trwającego Kongresu nie było czasu na zwiedzanie Rzymu, zaś po jego zakończeniu wracaliśmy dość szybko do kraju, zatrzymując się jedynie na dwa dni w Wenecji. Było to już po Anschlussie Austrii i wyczuwało się ogólne duże napięcie - wydawało się wtedy, jak gdyby wojna wisiała już na włosku.

Wakacje roku 1937-1938 spędziłam w Zakopanem na szlakach tatrzańskich, a w końcu września 1938 r. zakończył się mój blisko 8-letni pobyt we Lwowie. Z początkiem roku akad. 1938-1939 powróciłam do Warszawy, uzyskując stanowisko starszego asystenta, docenta w Zakładzie Chemii Organicznej. Politechniki Warszawskiej, kierowanym przez prof. Ludwika Szperla. U podstaw tej decyzji (niełatwej zresztą) leżały plany osobiste mojego powtórnego małżeństwa (z profesorem R.M.).

Rok akademicki 1938/1939 był pełen napięcia, jakkolwiek większość ludzi w Polsce nie wierzyła w możliwość wybuchu wojny.

Moja działalność naukowa w Warszawie rozwijała się dość wolno. Zajęłam się na początku próbą oczyszczenia, a następnie poznania budowy hyperycyny, czerwonego barwnika dziurawca. Było to zadanie w tamtym czasie bardzo trudne, ponieważ w Polsce nie stosowano jeszcze wtedy metod chromatograficznych. Pomimo to, stosując metody klasyczne, uzyskałam pewien sukces: produkt o znacznym już stopniu czystości. Niestety, w 1944 r. notatki moje spaliły się w Gmachu Chemii podczas Powstania Warszawskiego i do tematu tego już nie powróciłam, ponieważ w latach powojennych chemik niemiecki H. Brockman wyodrębnił w stanie jednorodnym i ustalił budowę hyperycynv (1957). Okazał się to być związek o bardzo ciekawej strukturze dimerycznej - pochodna naftodiantrachinu o 8 skondentowanych pierścieniach - o właściwościach uczulania na światło.

W sierpniu 1939 r. wyjechałam z profesorem Małachowskim (już wówczas moim narzeczonym) do Paryża, a następnie na południe Francji; spędziliśmy kilka dni na Lazurowym Wybrzeżu, w Nicei i Mentonie, zwiedziłam Monte Carlo i sławne kasyno gry. Wracaliśmy inną drogą - przez Węgry, zatrzymując się jeden dzień w Budapeszcie, było to już w przeddzień wybuchu wojny. Kiedy na początku września dotarliśmy do Lwowa, na przedmieścia spadły już pierwsze bomby niemieckie. Postanowiłam natychmiast wracać do Warszawy - byłam przecież pracownikiem Politechniki, mogły mnie tam oczekiwać jakieś zadania w związku z rozpoczęciem wojny; tam - uważałam - był mój posterunek. Wróciłam ostatnim pociągiem, jaki odszedł ze Lwowa do Warszawy - podróż była dość dramatyczna, ponieważ często atakowały samoloty niemieckie, rzucając bomby na pociągi. Kiedy tylko słyszeliśmy warkot samolotu, pociąg stawał, a pasażerowie rzucali się do ucieczki w pole i tam, siedząc lub leżąc, czekaliśmy na odlot samolotu. Zdawałam sobie sprawę z tego, jak blisko jestem śmierci, ale ogarnął mnie wtedy jakiś dziwny, paraliżujący spokój. Spokój ten jeszcze bardziej się pogłębił po rozmowie z przypadkowo napotkanym w polu księdzem, który jechał tym samym pociągiem. Ta moja podróż ze Lwowa do Warszawy, przerywana dłuższymi postojami w polu, trwała około 2 dni - wreszcie pociąg nie uszkodzony, z pasażerami, którzy jakimś cudem nie pogubili swoich bagaży (nie zdarzyła się też żadna kradzież), wtoczył się na stację Warszawa Główna. Dworzec przedstawiał widok dość osobliwy, z naszego pociągu wysiadło kilkanaście osób, inne pociągi ze Wschodu już nie nadchodziły, peron był pusty, natomiast przed pociągami, odchodzącymi z innego peronu na Wschód, tłoczył się w panice wielki tłum.

W moim rodzinnym domu zastałam szczęśliwie rodziców zdrowych, mieszkanie nie uszkodzone. Dopiero w następnych dniach, skutkiem pobliskiego nalotu, wyleciały wszystkie szyby, tak że ciężką zimę 1939/1940 przeżyliśmy przy oknach zabitych dyktą.

Kwestura uczeni wypłaciła nauczycielom akademickim i innym pracownikom po 3 pensje i byliśmy praktycznie wolni od obowiązków. Z kolegą z Zakładu, docentem Jarosławem Böhmem, zajęliśmy się zakopaniem na terenie ogrodu Politechniki alkoholu i co cenniejszych chemikaliów - bardzo to się po wojnie przydało. Rozpoczęliśmy również produkcję nitrogliceryny jako materiału wybuchowego do granatów, potrzebnych naszym żołnierzom walczącym z Niemcami, zbliżającymi się szybko do Warszawy (tak dalece Polska była nieprzygotowana do wojny). Niestety, naszą działalność musieliśmy niebawem porzucić, ponieważ zaczęło się ostre ostrzeliwanie Gmachu Chemii z samolotów.

W ciągu września 1939 r. Warszawa była stosunkowo mało zniszczona, jednakże prawie codziennie przeżywaliśmy naloty niemieckie. Bomby trafiały w kamienice, ginęli ludzie w domach i na ulicy, na jezdniach leżały - niekiedy przez kilka dni - ciała zabitych koni. Chodzenie po mieście było przykre i niebezpieczne. Prof. Józef Zawadzki7, prof. Technologii Nieorganicznej, był wtedy rektorem Politechniki, z tego też tytułu zorganizował opiekę nad mieniem uczelni (sprzęt, aparatura), ustanawiając dyżury asystentów, a ponadto - prowadząc akcję charytatywną w stosunku do pracowników, którzy z powodu działań wojennych znaleźli się w trudnej sytuacji. Pewnego dnia rano prof. Zawadzki zatelefonował do mnie do domu, abym przyszła zaraz na Politechnikę, bo jest dla mnie jakieś zadanie. Chcąc spełnić to polecenie, ubrałam się i wyszłam do przedpokoju, aby wyjść z domu - i tu raptem po raz pierwszy załamałam się nerwowo, usiadłam na krześle, nie mogłam zdobyć się na to, aby iść przez 20 minut (droga z domu na Politechnikę) ulicami wśród gruzów, patrzeć na ciała zabitych koni i być narażoną w każdej chwili na nalot i śmierć. W tym momencie weszła do przedpokoju moja Matka, kobieta ogromnie odważna - codziennie chodziła do odległej o pół godziny naszej apteki, którą prowadziła, czasem dyżurowała tam sama w nocy, niosąc pomoc chorym. Matka, bardzo związana ze mną uczuciowo, spojrzała na mnie z dezaprobatą i powiedziała: "jak to, otrzymałaś polecenie i jeszcze nie wyszłaś?". Te słowa i spojrzenie pełne wyrzutu podziałały na mnie natychmiast mobilizująco, wstałam, poszłam na Politechnikę, wykonałam powierzone mi zadanie (była to jakaś akcja charytatywna), powróciłam do domu. Nic mi się nie stało.

Z przeżyć w tragicznym wrześniu 1939 r. pamiętam jeszcze wspaniałe przemówienie radiowe Stefana Starzyńskiego, ówczesnego prezydenta m. Warszawy. Mówił porywającym głosem, podtrzymując nas na duchu i mobilizując do walki. Pozostał do końca na swoim posterunku, nie wyjechał z kraju, kierując się do Rumunii, jak inni wyżsi urzędnicy. Zaaresztowany już w 1939 r., zginął jak bohater, rozstrzelany przez Niemców.

Moja najbliższa koleżanka, doc. Polaczkowa, wyjechała do Lwowa wraz z mężem, zmobilizowanym jako pracownik Instytutu Przeciwgazowego. On, niestety, jako wojskowy - zginął bez wieści; ona - pokonując duże trudności - powróciła do Warszawy jeszcze przed wejściem wojsk radzieckich do Lwowa (20.IX.1939). Inni moi przyjaciele, Teresa i Juliusz Bisanzowie, wrócili ze Lwowa dopiero w maju 1940 r., w ramach tzw. repatriacji. Wróciło wtedy wiele osób, m.in. prof. Alicja Dorabialska.

W końcu września (27.IX.1939) Niemcy zajęli Warszawę - pamiętam tę ostatnią tragiczną noc, nieustannie trwała strzelanina, a jednocześnie ludzie marginesu grabili sklepy i opuszczone mieszkania - w każdej chwili mogli wtargnąć do każdego domu. Ludność cywilna była zupełnie bezbronna.

Zaczęła się koszmarna 5-letnia noc okupacji - rozstrzeliwania na ulicach, aresztowania, tortury w więzieniach, łapanki na ulicach, deportacje do obozów i na roboty do Niemiec. Kiedy wychodziło się na ulicę, nigdy nie było wiadomo, czy wróci się szczęśliwie do domu. Ale życie miało swoje prawa i konieczności, trzeba było oswoić się z tragizmem i koszmarem. Trzeba też było zacząć zarabiać na życie; nasze 3-miesięczne pobory wypłacone w Politechnice szybko się wyczerpywały. Toteż w małym, kilkuosobowym zespole kolegów chemików zdecydowaliśmy się rozpocząć produkcję mydła - jest to produkt podczas każdej wojny szczególnie poszukiwany. Zdobyliśmy dobry przepis technologiczny, udało nam się też zakupić większą partię wodorotlenku sodu (sody kaustycznej) i kalafonii - jeszcze funkcjonowały firmy, prowadzące handel chemikaliami. W końcu 1939 r. nie było jeszcze getta, w małych sklepach w dzielnicy żydowskiej (w rejonie ul. Bielańskiej) można było nabyć barwniki do mydła toaletowego. Największą trudność sprawiało stałe zdobywanie od różnych prywatnych rzeźników większych ilości smalcu i łoju. Pamiętam, jak z Wandą Polaczkową, przy silnych mrozach zimy 1940 r., przenosiłyśmy w ciężkich plecakach - idąc pieszo z Pragi przez most Kierbedzia - duże ilości tłuszczów, potrzebnych do naszej produkcji. Udawało się czasem zdobywać od żołnierzy niemieckich kradzione z ich zapasów masło kakaowe, które znakomicie podnosiło jakość, tj. siłę pienienia wytwarzanego mydła. Nasz zespół (tzw. "spółka") wynajął na kilka godzin dziennie kuchnię u pewnej rodziny przy placu Trzech Krzyży i tam gotowaliśmy "towar". Nasza aparatura była bardzo prymitywna, składała się z kotła, służącego zwykle do gotowania bielizny, wagi, skrzyni drewnianej, skręconej na śluby (do wlewania wywaru), drutu do krojenia stwardniałego bloku mydlanego na kawałki potrzebnej wielkości. Później udało się obstalować tzw. sztancę, tj. metalową formę do kształtowania kawałków mydła toaletowego i do golenia. Produkowane przez nas mydło było dobre, cenione przez klientów, nie mieliśmy żadnych trudności z jego sprzedażą. Zespół nasz stopniowo się powiększał, w końcu roku 1941 składał się z 6 osób. Pracowaliśmy na zmianę w dwóch grupach. Moim obowiązkiem było gotowanie waru, a także sprzątanie po skończonej pracy, tak aby ukryć to, co robiliśmy w wynajętej kuchni. Było to zajęcie dość męczące, choć byłam wtedy młoda, silna i zawsze lubiłam robienie porządków. Jakim cudem, podczas naszej kilkuletniej nielegalnej produkcji i sprzedaży mydła, nie wpadliśmy, trudno zrozumieć, a groziłby nam chyba obóz koncentracyjny. Sądzę, że zawdzięczaliśmy to szczególnej solidarności, jaka wtedy panowała wśród Polaków. Kiedy przebywałam w naszym lokalu produkcyjnym lub kiedy przenosiłam "gazetki" - co zdarzało się dość często - nie miałam poczucia grożącego niebezpieczeństwa - umożliwiało mi to wszystkie działania i zachowanie względnego spokoju nerwowego. Po kilku latach życia w nieustannym napięciu nabawiłam się jednak nerwicy żołądka i wrzodu odźwiernika.

Podczas każdej wojny brakuje zawsze cukru i sztuczne środki słodzące są bardzo poszukiwane. Przez pewien okres w 1941 r. produkowaliśmy w aptece moich Rodziców - ponieważ były tam pewne proste urządzenia laboratoryjne - dulcynę, sztuczny środek słodzący, słabszy od sacharyny, ale znacznie mniej toksyczny. Przez jakieś znajomości zdobywaliśmy od Niemców fenacetynę (składnik proszków od bólu głowy), z której usuwaliśmy grupę acetylową, a uzyskaną fenetydynę kondensowaliśmy z mocznikiem, uzyskując na tej drodze dulcynę. Z punktu widzenia przemysłowego była to metoda absurdalna, ale podczas wojny rządzą inne prawa. Produkcją dulcyny nie zajmowaliśmy się długo - zapotrzebowanie okazało się niewielkie.

Prof. Małachowski w chwili wybuchu wojny pozostał we Lwowie na swym posterunku - jako kierownik katedry Uniwersytetu. Po zajęciu Lwowa przez wojska radzieckie (w końcu września) i ustaleniu tam władzy radzieckiej ustąpił ze swego stanowiska na rzecz profesora Rosjanina. Przez krótki okres był nauczycielem w liceum chemicznym, zajął się także ze swoimi współpracownikami jakąś produkcją chałupniczą. Trudno powiedzieć, jakim cudem uniknął straszliwego losu, który spotkał dużą grupę profesorów, kiedy Niemcy zajęli Lwów powtórnie w końcu czerwca 1941 r. Już w lipcu tegoż roku gestapo rozstrzelało na Wzgórzach Wuleckich około 40 profesorów Uniwersytetu, Politechniki, Akademii Weterynaryjnej - zginęli wtedy wybitni matematycy, fizycy, lekarze, jak np. Kazimierz Bartek, Włodzimierz Stożek, A. Łomnicki, S. Ostrowski, A. Cieszyński, Stanisław Piłat (wybitny znawca zagadnień nafciarstwa o światowym imieniu). Wśród straconych wtedy na wzgórzach Wuleckich znalazł się także Tadeusz Boy-Żeleński. Podczas okupacji niemieckiej Prof. Małachowski czuł się we Lwowie fatalnie, jak wynikało to z listów, które do mnie dość rzadko docierały. Postanowiłam zatem spowodować Jego przyjazd do Warszawy. Wybrałam się zimą 1942 r. pociągiem przez Kraków do Lwowa. Podróż była długa, bardzo męcząca i nawet trochę niebezpieczna. Lwów zrobił wtedy na mnie wrażenie szczególnie przygnębiające. Sklepy prawie puste, ludzie bardzo biednie ubrani, smutni, zgnębieni. Byłam chyba dwa dni i po dłuższych rozmowach udało mi się namówić profesora na podjęcie odpowiednich starań u władz niemieckich, zlikwidowanie lwowskiego mieszkania i przyjazd do Warszawy, gdzie mieszkały dwie jego siostry. Wkrótce istotnie przyjechał i zaraz został wciągnięty do akademickiego tajnego nauczania chemii organicznej na kompletach studentów Uniwersytetu czy Politechniki (tego nie pamiętam). Profesor przystąpił też do naszej "Spółki" produkującej mydło. Psychicznie bardzo źle znosił warunki życia w okupowanej Warszawie, był stale w depresyjnym nastroju, co nie pozostawało bez wpływu na nasze stosunki osobiste.

Ja również brałam udział - od 1942 r. - w tajnym nauczaniu, ucząc chemii organicznej na kompletach studentów Wydziału Farmaceutycznego. Inicjatorem tego nauczania był Bronisław Koskowski, profesor Farmacji Stosowanej Wydziału Farmaceutycznego Uniwersytetu Warszawskiego, twórca i wieloletni dziekan tego Wydziału, walczący przez całe swoje życie o wysoki poziom nauk farmaceutycznych i rangę zawodu.

Pewnego dnia, było to chyba w połowie 1942 r., zjawił się w domu moich rodziców, gdzie mieszkałam, Pan w ciemnych okularach (jak się znacznie później dowiedziałam, był to dr Marian Koczwara, po wojnie - profesor farmakognozji w Krakowie) i zaproponował mi wykłady chemii organicznej chyba na dwóch kompletach 8/10 osobowych. Zgodziłam się od razu, nie myśląc o tym, jak wielkie niebezpieczeństwo stwarza takie nauczanie dla uczącej się młodzieży i dla mnie - w razie wykrycia przez gestapo groził co najmniej obóz koncentracyjny. Lekcje odbywały się w kilku prywatnych mieszkaniach rodziców młodzieży uczącej się na danym komplecie. Ta ucząca się na kompletach młodzież studencka była ogromnie sympatyczna i zainteresowana przedmiotem, ucząca się pilnie, odważna. Problemem natomiast były podręczniki; trochę książek miałam w domu, inne pożyczałam od kolegów, czasem udało się coś przemycić z jakiejś biblioteki naukowej.

Przez z górą 2 lata brałam udział w tajnym nauczaniu. Pomimo niebezpieczeństwa, jakie ono niosło, lubiłam pracę z tamtą dojrzałą młodzieżą studencką - gdy po latach spotykaliśmy się czasem, było to zawsze ogromne wzruszenie.

Co miesiąc zjawiał się w moim mieszkaniu "Pan w ciemnych okularach" i przynosił mi wynagrodzenie za wykłady; było ono stosunkowo wysokie. Niemal cała Warszawa była pokryta siecią tajnych kompletów (wszystkich wyższych uczelni akademickich), ale nikt z nas nic nie wiedział o nikim innym. Tylko w mieszkaniu dr Koczwary schodziły się wszystkie nici, żona jego prowadziła sekretariat ogólny, tam były adresy wykładowców, listy studentów, adresy lokali, gdzie odbywały się wykłady. Dr Koczwara wiedział wszystko o każdym polskim pracowniku nauki. Wykładających było kilkunastu - z tych kilka osób zapłaciło życiem za tajne nauczanie. Zaproponowano mi zatrudnienie w firmie farmaceutycznej "Fr. Karpiński", której dyrektorem był mgr Wit Zdankowski, kolega i ongiś wspólnik mojego Ojca. Objęłam stanowisko kierownika laboratorium badawczego, gdzie głównym celem mojego działania było opracowanie metod syntezy nowych leków, takich jak np. testosteron (hormon męski), witamina C. Jednakże zacząć należało od pokonania trudności z wyposażeniem laboratorium, dotąd fabrycznego, w potrzebny sprzęt, aparaturę i chemikalia oraz od przystosowania go do przeprowadzania trudno odtwarzanych syntez. Na początku 1944 r. miałam już opracowaną kilkoetapową syntezę testosteronu z cholesterolu - wprawdzie przebiegającą z dość niskimi wydajnościami, ale przy dalszych próbach miałam jednak nadzieję metodę tę ulepszyć. Większe trudności były przy próbach syntezy witaminy C, tj. kwasu askorbinowego. Powszechnie stosowana metoda przemysłowa polega na redukowaniu D-glukozy do alkoholu D-sorbitu, który z kolei utlenia się do ketozy, L-sorbozy na drodze biologicznej (biotechnologicznej) przy użyciu mikroorganizmu Acetobacter suboxydans. Szczep ten był bardzo trudno osiągalny na terenie Warszawy. Udało mi się jednak otrzymać małą próbkę potrzebnego szczepu, przy pomocy którego otrzymałam L-sorbozę, a następnie kwas 2-ketogulonowy i wreszcie kwas L-askorbinowy. Ten ostatni związek, czyli witamina C, jest bardzo nietrwały, łatwo się utlenia, żółknie i wreszcie zesmala. Miałam z tym duże kłopoty, trzeba było pracować przy ograniczonym dostępie powietrza i dodawać do roztworu witaminy stabilizatora. Nie udawało mi się nigdy otrzymać zupełnie bezbarwnego proszku, wymaganego przez Farmakopeę. Były jeszcze i inne kłopoty - kolejna partia szczepu Acetobacter suboxydans, jaką otrzymałam z Zakładu Mikrobiologii P.Z.H. (szczep uzyskano podobno z Holandii), okazała się zupełnie bezużyteczna - bakterie były martwe, nie rozmnażały się, nie mogły więc wykonać potrzebnego mi zadania. Pracę nad syntezą witaminy C musiałam przerwać do czasu otrzymania aktywnego szczepu Acetobacter suboxydans.

Zatrudnienie w fabryce "Fr. Karpiński" bardzo mi odpowiadało, dawało tzw. Ausweis, a więc dokument, chroniący od wywozu do Niemiec w razie łapanki. Co prawda dość często przenosiłam gazetki, zdając sobie sprawę z tego, że w razie wpadki nic nie uchroniłoby mnie od obozu koncentracyjnego. W laboratorium miałam jako współpracowniczkę miłą zdolną laborantkę, a w fabryce pracował w tzw. ruchu, tj. kierując produkcją przemysłową, kolega ze Lwowa, dr Włodzimierz Czarnodola, dobry chemik i człowiek o wysokim poziomie moralnym. Zginął podczas Powstania Warszawskiego, w nieustalonych okolicznościach.

Praca chemiczna, laboratoryjna w fabryce przypominała moją pracę badawczą, która wypełniała moje życie przez lat około 10 - przede wszystkim pochłaniała na tyle psychicznie, że oddalała z pamięci dramatyczną rzeczywistość wojenną. Pamiętam tę chwilę, kiedy w 1941 r. gazeciarze (zazwyczaj młodzi, mili chłopcy), roznoszący dodatek nadzwyczajny, wołali, że "padł Paryż" - płakałam na ulicy, choć w przeciwieństwie do większości kobiet, nie byłam skłonna do łez. Wydało nam się wtedy w Warszawie, że to już koniec, że Niemcy wygrają wojnę.

Tak oto płynęło życie w okupowanej Warszawie - w nieustannym napięciu nerwowym, że można w każdej chwili wpaść w ręce gestapo, że ktoś z bliskich nie powróci do domu.

[1]  [2]  [3]  [4]  [5]  [6]  [7]  [8] 
Wiw.pl  |  Na bieżąco  |  Informacje  |  Co nowego  |  Matematyka i przyroda  |  Astronomia  |  Biologia  |  Fizyka  |  Matematyka  |  Modelowanie rzeczywistości  |  Humanistyka  |  Filozofia  |  Historia  |  Kultura antyczna  |  Literatura  |  Sztuka  |  Czytaj  |  Biblioteka  |  Delta  |  Wielcy i więksi  |  Przydatne  |  Słowniki  |  Co i gdzie studiować  |  Wszechświat w obrazkach