Wielcy
  Wiw.pl   Na bieżąco:  Informacje   Co nowego   Matematyka i przyroda:  Astronomia   Biologia   Fizyka   Matematyka   Modelowanie rzeczywistości   Humanistyka:  Filozofia   Historia   Kultura antyczna   Literatura   Sztuka   Czytaj:  Biblioteka   Delta   Wielcy i więksi   Przydatne:  Słowniki   Co i gdzie studiować   Wszechświat w obrazkach    
  Jesteś tutaj:   Wirtualny Wszechświat > Wielcy i więksi > Kwartalnik Historii Nauki i Techniki  



"Kwartalnik Historii Nauki i Techniki"
R. 33:1988 nr 1 s. 3-80
[1]  [2]  [3]  [4]  [5]  [6]  [7]  [8] 
Powstanie Warszawskie - wywóz do obozu pracy w Niemczech

W lipcu 1944 r. w różnych środowiskach Warszawy mówiono już o tym, że wybuchnie powstanie w mieście, kiedy tylko wojska radzieckie wejdą do Polski i zbliżą się do Warszawy. Konspiracja jednak była tak dobra, że nikt nie znał dokładnej daty, toteż gdy 1 sierpnia powstanie wybuchło, wiele osób znalazło się z dala od własnego domu. 1 sierpnia w południe przyszła do mnie, do mieszkania przy ul. Św. Barbary 12, moja przyjaciółka Teresa Bisanz. Wkrótce rozpoczęła się jednak taka strzelanina, że już nie mogła powrócić do swojego domu - denerwowała się bardzo rozdzieleniem z mężem. Niebawem nadszedł prof. Małachowski, który mieszkał z siostrą na Mokotowie, ale mając też informację o rozpoczęciu powstania, chciał być ze mną - nasze planowane małżeństwo miało być wkrótce zawarte. I tak przez kilka następnych dni egzystowaliśmy wszyscy razem - z moimi rodzicami - w stanie ogromnego napięcia i smutku. W pewnej chwili kula karabinowa przebiła szybę w pokoju mojego ojca, przeszła nad Jego głową i utkwiła w przeciwległej ścianie. Profesor był w głębokiej depresji, patrzył godzinami przez okna na ulicę i mówił do nas, że ma jak najgorsze przeczucia. Sytuacja z każdym dniem stawała się coraz bardziej dramatyczna, w pobliżu naszej ulicy znajdowała się placówka powstańcza. Po paru dniach - 5 sierpnia - przyszedł rozkaz niemiecki opuszczenia naszego domu; w podobnej sytuacji znaleźli się również mieszkańcy okolicznych domów. Nakazano nam przenieść się do "Romy" - był to obszerny budynek Akcji Katolickiej przy ul. Nowogrodzkiej, w odległości około 200 m. Chwyciłam naprędce coś z odzieży, jakieś mydło, kosmetyki (!) i wyszłam w letnim płaszczu. Podobnie moja Matka - chwyciła parasolkę (!), coś do małej walizki... i tak wyszła z mieszkania, które urządzała przez wiele lat, gromadząc meble, antyki i cenne obrazy. Wkrótce nasze piękne mieszkanie zostało oblane benzyną i spłonął cały dom. Spłonęły wszystkie nasze pamiątki (fotografie, dokumenty, listy). Pozostawione w piwnicy futra, zapasy żywności i leków zostały zapewne później rozszabrowane. Mój biedny Ojciec szedł o kulach do "Romy", mając obandażowane stopy z powodu głębokiej nekrozy palców nóg wskutek ciężkiej cukrzycy, trwającej ponad 10 lat. W tamtych dniach uświadomiłam sobie, że w czasie wojny nie można niczego przewidzieć, przed niczym się zabezpieczyć. W 1939 r., kiedy wróciłam ze Lwowa do Warszawy już po wybuchu wojny, Matka moja pracowała po całych dniach w aptece, w domu nie było żadnych zapasów żywności. W ostatnich dniach przed zajęciem Warszawy (27.IX.1939) sklepy były zamknięte lub puste. Przez 2-3 dni prawie głodowaliśmy, żywiąc się jedynie sucharami, które nam ktoś ofiarował - i tak przetrwaliśmy. Teraz w roku 1944, pamiętając tamte doświadczenia, przygotowałam w piwnicy wygodny schron, fotel dla Ojca, koce, insulinę i zapasy żywności. I na cóż się zdała cała ta zapobiegliwość!

Już po kilku gadzinach naszego pobytu w "Romie" nastąpiło moje dramatyczne rozstanie z prof. Małachowskim - szczególnie mi bliskim. Zdołaliśmy zaledwie wymienić kilka ciepłych zdań i serdeczny uścisk. Pożegnanie to okazało się rozstaniem na zawsze, już nigdy Go nie zobaczyłam! Wszyscy zdrowi mężczyźni znajdujący się wówczas w "Romie" (było ich kilkudziesięciu) zostali wezwani przez Niemców - którzy w tej dzielnicy panowali niepodzielnie - rzekomo do noszenia rannych. Jakie były ich dalsze losy, nie udało się nigdy z całą pewnością ustalić. Czy zostali od razu rozstrzelani na ulicy Nowogrodzkiej przy Gmachu Poczty, czy podczas rozbierania barykad powstańczych w mieście, czy też wywieziono ich do obozu zagłady? Przez szereg lat po wojnie robiłam wszelkie możliwe starania, aby dowiedzieć się, gdzie zginął Roman Małachowski; były różne sprzeczne informacje, ale tak naprawdę nigdy niczego nie udało mi się ustalić. Intensywne poszukiwania prowadziły także obie siostry Profesora, również bez rezultatu.

Warunki życia w "Romie" były bardzo ciężkie, tłok, nie było prawie miejsca do siedzenia, żadnej żywności. Po jednej dobie pobytu w "Romie" popędzono wszystkie znajdujące się tam osoby, prawie wyłącznie kobiety, w kierunku Pruszkowa. Straszny to był widok: tłumy cywilnej ludności, mieszkańców różnych dzielnic Warszawy, popędzono w nieznanym nam wtedy celu i kierunku, wśród wrzasków żołdaków niemieckich lub - gorzej - Ukraińców w mundurach niemieckich. Ukraińcy kazali sobie wtedy oddać wszelkie kosztowności pod groźbą rozstrzelania. Nasza nieoceniona gosposia Marysia Lachowska, która cały czas była z nami, nie przestraszyła się tej groźby i zachowała złoty zegarek oraz cenny pierścionek z brylantami mojej matki. Po kilku godzinach marszu znaleźliśmy się w Pruszkowie. Na cementowej podłodze wielkiej hali fabrycznej, gdzie nas umieszczono, można się było wreszcie położyć. Ojciec mój, nie mogący chodzić, pozostał jeszcze w "Romie" pod opieką Sióstr Czerwonego Krzyża, był potem ewakuowany wraz z innymi chorymi do Grodziska, gdzie przebywał głównie w szpitalu; opiekowała się nim w tedy mieszkająca w Grodzisku siostra Wandy Polaczkowej, St. Krzyżańska; w końcu października zmarł i został pochowany w Grodzisku. Moja Matka, Maria Lachowska, i ja opuściłyśmy wkrótce, wraz z innymi mieszkańcami Warszawy, Pruszków; przedtem dano nam jakiś kubek strawy. Umieszczono nas w wagonach towarowych (siedzieć można było tylko na ziemi) i powieziono w niewiadomym kierunku. Podróż ta była koszmarna, co parę godzin pociąg stawał, pozwalano wyjść na chwilę i znów jechaliśmy dalej, czasem ktoś uciekał z tego transportu, ryzykując zastrzelenie. Dawano nam trochę wody do picia, ale nic do jedzenia. Byłam w stanie zupełnej prostracji i tylko moja Matka podtrzymywała mnie na duchu. Wreszcie dojechaliśmy do jakiejś miejscowości - kazano nam wysiąść i iść szybko przed siebie. Szliśmy, popędzani okrzykami gestapowców czy żołnierzy niemieckich: "raus, schnell...". Był już późny wieczór sierpniowy, ciemności dookoła, prawie nie widzieliśmy siebie nawzajem. Byłam wtedy pewna, że prowadzą nas na rozstrzelanie, i - dziwna rzecz nie odczuwałam przerażenia, rozpaczy, strachu; był to zapewne wynik krańcowego wyczerpania. Nie czekała nas jednak śmierć: okazało się, że przywieziono nas do obozu pracy w miejscowości Neckartenzlingen. Była to mała osada, położona w odległości kilku kilometrów od Stuttgartu, stolicy Badenii-Wirtembergii, dokąd przeniesiono fabrykę części do samolotów, chroniąc ją w tym miejscu od nalotów bombowców alianckich. Wybudowano tu kilkanaście prymitywnych baraków, w każdym z nich znajdowały się pomieszczenia kilkunastoosobowe z piętrowymi pryczami. Podobnie jak w setkach innych miejscowości, hitlerowcy umieścili ludność cywilną wysiedlaną z różnych okupowanych przez siebie terenów. W obozie znaleźli się młodzi Belgowie, Francuzi, Ukraińcy - tylko mężczyźni. Jedynie wśród ludności wysiedlonej z Warszawy podczas Powstania Warszawskiego przeważały kobiety i starsi mężczyźni. W obozie Nekartenzlingen spędziłyśmy blisko 9 miesięcy. Wyżywienie było głodowe, rano i wieczorem kubek niesłodzonej kawy zbożowej i cieniutka kromka czarnego chleba, na obiad talerz rozgotowanej kapusty lub brukwi (często zgniłej), bez tłuszczu, czasem z odrobiną kartofli. W niedziele i święta dawano kawałek mięsa. Po kilku dniach takiego wyżywienia zaostrzyła się moja choroba wrzodowa, wystąpiły ostre bóle, nie mogłam utrzymać się na nogach. Komendant obozu, tzw. Führer, okazał wtedy jakiś ludzki odruch, zabrał mnie do swojego baraku (rodzaj izby chorych) i polecił dawać coś dietetycznego do jedzenia. Na początku wydawało mi się, że już umieram, ale po kilku dniach jakimś cudem nie tylko nie umarłam, ale wyleczyłam się z choroby wrzodowej (!). Powróciłam do naszego baraku, jadłam kapustę, żyłam i pracowałam. Chodziliśmy do blisko położonej wspomnianej już fabryki części samolotów. Moja praca polegała na kontrolowaniu metalowych powierzchni łożysk kulkowych, stosowanych w jakiś elementach struktury samolotu. Praca nie była ciężka, trzeba było siedzieć 8 godzin i nieustannie bardzo uważnie oglądać błyszczące powierzchnie metaliczne - czy nie zawierają rys lub plam. Łożyska uszkodzone należało odrzucać, tj. odkładać oddzielnie. Pracowałam także na nocnych zmianach - spowodowało to, przy niedożywieniu, takie osłabienie wzroku, który dotychczas miałam świetny, że kiedy wieczorami próbowałam czytać gazetki (przynosili je Belgowie i Francuzi, dowiedziawszy się, że znam parę języków), oczy zachodziły mi łzami, nic prawie nie widziałam. Zdawałam sobie sprawę, że źle widząc, nie będę mogła prawidłowo kwalifikować badanych łożysk, co może być uznane za sabotaż i spowodować wysłanie do obozu koncentracyjnego. Zgłosiłam się zatem do "Führera", który przydzielił mi strażnika (Wachmana) i wysłał do Stuttgartu, do optyka po okulary. Szłam w roboczym kombinezonie, w drewniakach, a za mną o 1/2 kroku - strażnik w mundurze, z karabinem w pogotowiu, na wypadek, gdybym chciała uciekać.

Najcięższe do przeżycia obozie były miesiące zimowe, od grudnia do marca; nie mieliśmy prawie ciepłej odzieży, przydzielone koce były bardzo cienkie. Myć można się było tylko w lodowatej wodzie. Pomimo moich wielkich starań o zachowanie higieny nie udało mi się ustrzec przed rozwojem insektów na odzieży (wszy). Nasza nieoceniona Marysia potrafiła co parę dni zdobyć gdzieś trochę węgla, a ktoś z towarzyszy niedoli z naszego baraku zdobył mały żelazny piecyk; dzięki czemu nie zmarzłyśmy, nie miałyśmy odmrożonych rąk i nóg. Tak płynęły trudne dnie, tygodnie. Ale już w lutym 1945 r. przemycane gazetki podnosiły nas na duchu, zaczęły budzić nadzieję. Wojska sojusznicze przeszły do kontrofensywy, osiągnęły Ren na całej jego długości i doszły do Łaby. W marcu zaczęły się coraz częstsze naloty bombowe na Zachodnie Niemcy, również i na okolice naszego obozu. Kiedy na rozkaz komendanta obozu musieliśmy schodzić do schronu, Matka moja powiedziała: "rób jak chcesz, ja nie mam zamiaru ginąć jak szczur w piwnicy". Ja jednakże na początku nie wytrzymywałam nerwowo huku nadlatujących bombowców i schodziłam do schronu, zwłaszcza gdy samoloty aliantów zniżały się i obrzucały teren małymi zapalającymi bombami fosforowymi; można było łatwo być trafionym przez taką bombę. Po pewnym czasie przywykłyśmy do stałych nalotów i nie robiły one na nas tak dużego wrażenia.

W końcu marca zaczęła się prześliczna wiosna nad Neckarem. Zakwitły drzewa migdałowe, pokrywające się jasnoróżowymi niedużymi, bardzo pięknymi kwiatami, a na okolicznych wzgórzach zakwitły fiołki; tworzyły jakby fioletowe dywany. Kiedy nadlatywała eskadra bombowców i ogłaszano nalot, a w fabryce następowało zupełne rozluźnienie dyscypliny, wybiegałyśmy z Matką na okoliczne wzgórza, patrząc w zachwycie na urzekające piękno otaczającej nas przyrody. Po błękitnym niebie nad nami przesuwały się z hukiem bombowce. Oczywiście w każdej chwili mogła nam spaść bomba na głowę, mogłyśmy być ranione odłamkami, wiedziałyśmy jednak, że zasadniczym celem nalotu był Stuttgart lub pobliskie miasto Ulm. W pierwszych dniach kwietnia załamał się, jak wiadomo, front niemiecki na Zachodzie. Francuska artyleria rozpoczęła ostrzeliwanie Stuttgartu z ciężkich dział, przez dwa dni dzień i noc grzmiały armaty, mieliśmy wrażenie, że lada chwila jakiś pocisk rozerwie się i nad naszymi głowami, ale tak się nie stało. Nasz Führer obozowy, zorientowany na pewno świetnie komunikatami radiowymi w rozmiarach klęski niemieckiej, ogłosił nam niespodziewanie, że internowani dotąd w obozie, jesteśmy od tej chwili wolni i możemy udać się w dowolnym kierunku. Szereg osób, zwłaszcza mężczyźni i niektóre małżeństwa, skorzystali z tego uwolnienia i ruszyli w drogę; my z Matką i Marysią L. postanowiłyśmy pozostać na miejscu. Zdawałyśmy sobie sprawę z tego, że ten etap wojny, kiedy nie wiadomo, do kogo w danej miejscowości należy władza, kiedy trwają jeszcze natarcia wojenne i wędrują dezerterzy, jest okresem szczególnie niebezpiecznym dla wszelkich wędrówek, zwłaszcza dla kobiet. Łatwo też wtedy o głodowanie; tu na miejscu Führer miał w zasadzie obowiązek karmienia nas do końca.

Tymczasem wypadki zaczęły się rozgrywać błyskawicznie. Już wieczorem tego samego dnia zjawiła się w Neckartenzlingen czołówka piechoty francuskiej, wojska kolorowe. W kilka godzin później, nad ranem, zjawili się oficerowie francuscy oraz zespół UNRRA, na czele którego stał lekarz francuski i jego zastępczyni, przełożona pielęgniarek, bardzo kulturalna pani, Belgijka. Trudno opisać uczucie szczęścia, jakie nas ogarnęło.

Wkrótce rozpoczęła się rejestracja wszystkich osób pozostałych jeszcze na terenie obozu. Oprócz Polaków, deportowanych z Warszawy, znajdowali się w innych barakach - jak już pisałam - Belgowie, Francuzi, Ukraińcy (większość uciekła poprzedniego dnia). Zostaliśmy zarejestrowani jako D.P. (Displaced Persons). Po kilku dniach cały były obóz został przeniesiony z Neckartenzlingen do pobliskiej, ale znacznie większej miejscowości Geisslingen, gdzie znaleźliśmy się w amerykańskiej strefie okupacyjnej. Baraki tu były znacznie obszerniejsze i lepsze były warunki higieny (mycie, pranie); zaraz też wyrzuciłam moją obozową odzież. Kiedy w wyniku przeprowadzonej rejestracji okazało się, że jesteśmy obie z Matką farmaceutkami i że znamy języki zachodnie, zostałyśmy z inicjatywy wspomnianej Belgijki zaangażowane do pracy w zespole UNRRA. Mojej Matce powierzono zorganizowanie apteki i wydawanie leków D.P. (wywiezionym do Niemiec). Mnie przypadło zajęcie o charakterze sekretarki, organizatora zaopatrzenia farmaceutycznego i tłumacza pomiędzy chorymi D.P. i lekarzem UNRRA. W kantynie amerykańskiej, jaką zaraz utworzono, otrzymałam rodzaj wojskowego munduru, kostium z sukna khaki, kilka wojskowych zielonych koszul, bieliznę, buty. Miałam przydzielony samochód z kierowcą i potrzebne dokumenty w celu jeżdżenia po całej Badenii-Wirtembergii i zdobywania leków dla podopiecznych. Nie najlepiej szło mi jedynie z pisaniem potrzebnych pism na maszynie - tę umiejętność dopiero co nabywałam; czasem jedną stronę przepisywałam kilka godzin. Wkrótce po przeniesieniu do Geisslingen przydzielono nam z Matką kwaterę prywatną w willi niemieckiej, w której mieszkałyśmy ponad pół roku. Właściciel Niemiec (być może "Nazi") zmobilizowany, nie powrócił z wojny; z pozostałą w domu żoną utrzymywałyśmy minimalne, poprawne kontakty, trudno było w tamtym czasie oczekiwać wzajemnej życzliwości. Mieszkałyśmy w dużym ładnym pokoju i miałyśmy możliwość korzystania z wszystkich urządzeń w domu. Dla mnie wielką atrakcją była biblioteka, w której znalazłam nawet kilka książek z dziedziny chemii. Rzuciłam się na nie ze szczególnym zainteresowaniem, przecież od blisko roku byłam pozbawiona jakiegokolwiek kontaktu z chemią. Otrzymałyśmy od Amerykanów kartki, umożliwiające zakup większej ilości mięsa, tłuszczu i cukru. Po 9 miesiącach głodu i warunków życia obozowego straciłam około 20 kg wagi - nowa sytuacja wydawała mi się jak z bajki.

Sztab amerykański stacjonujący w Geisslingen (wyżsi oficerowie) zamieszkał w obszernej willi poniemieckiej, otoczonej dużym ogrodem. W tej swojej siedzibie urządzali dość często spotkania towarzyskie, na które byłyśmy z Matką zapraszane. Pierwsze takie spotkanie odbyło się w maju dla uczczenia Zwycięstwa i zakończenia wojny (9.V.1945). Party rozpoczynało się zwykle kieliszkiem koniaku w ogrodzie, a kończyło wspólną kolacją. Podczas tych sympatycznych imprez zorientowałam się, że oficerowie niższych szarż posiadali najczęściej wyższe wykształcenie i szersze zainteresowania intelektualne. Najciekawsi byli Amerykanie w pierwszym pokoleniu, tj. dzieci emigrantów, Europejczyków (Belgów, Niemców, Duńczyków, Włochów), urodzeni, względnie wykształceni już w U.S.A., ale wychowani jeszcze w kulturze europejskiej. W maju lub czerwcu przyjechała do Geisslingen grupa polskich oficerów zwolnionych z oflagu, znajdującego się w niedalekim sąsiedztwie - radość była wielka z tego spotkania. Polscy oficerowie brali również udział w amerykańskich "party". Każdy dzień był radością: oto skończył się koszmar wojny, dni przeżywanych w codziennym zagrożeniu śmiercią - w głodzie, w poniżeniu. Chwilami aż trudno było uwierzyć w cud życia, wolności.

Moja praca w zespole UNRRA miała i tę atrakcyjną stronę, że jeżdżąc po leki i sprzęt medyczny mogłam zwiedzić piękne okolice Badenii-Witembergii: urodzajne dorzecze Neckaru (pszenica, tytoń), ciągnące się kilometrami pagórki pokryte winnicami i wreszcie lasy Szwarzwaldu. Udało mi się nawet zorganizować "wypad" do Tübingen, starego miasta uniwersyteckiego, pięknie połażonego pośrodku lasów Szwarzwaldu. Tübingen charakteryzuje się tym, że nie ma w nim prawie niczego innego prócz gmachów Uniwersytetu, licznych klinik, domów akademickich, kilku zaledwie piwiarni, kawiarni i paru sklepów spożywczych. Całe miasto stanowi jedno centrum uniwersyteckie. W Tübingen chciałam odwiedzić wybitnego organika prof. George'a Wittiga, znanego mi z jego publikacji chemicznych i monografii. Znalazłam go w stanie zupełnego załamania psychicznego - wrócił akurat ze wsi z plecakiem zdobytych kartofli dla rodziny. Starsi Niemcy, nie przyzwyczajeni do wojny na swoim terenie, nie mieli żadnej odporności, którą my Polacy musieliśmy nabyć w toku tylu klęsk, jakich nie oszczędziła nam historia. We wrześniu, kiedy zaczęły się chłody, odwiedziłam prof. Wittiga powtórnie, zawiozłam koce i trochę czekolady. Byłam w pozycji osoby uprzywilejowanej - po stronie zwycięzców.

Tak płynęły miesiące w amerykańskiej strefie okupacyjnej. Obie z Matką byłyśmy często myślami w kraju, niepokojąc się o los bliskich nam osób - postanowiłyśmy wracać do Polski, kiedy to tylko będzie możliwe. W międzyczasie miałam propozycję - od pewnego wyjątkowo kulturalnego i sympatycznego oficera (kapitana) amerykańskiego - wyjazdu do Ameryki; zapewniał mnie, że będzie mi mógł ułatwić znalezienie dobrej posady w zakresie mojej specjalności, tj. chemii organicznej. Oficerowie polscy namawiali nas do pozostania w Niemczech do czasu zorganizowania przez Rząd Polski w Londynie możliwości przyjazdu do Anglii i znalezienia tam pracy. Wszyscy odradzali nam usilnie powrót do kraju. Byłyśmy jednak innego zdania - pragnęłam wracać do Polski i wziąć udział w odbudowie kraju, w odbudowie polskiej nauki. Łudziłam się ponadto, że może prof. Małachowski ocalał i wrócił do Warszawy. Wiedziałyśmy, że mój Ojciec zmarł w Grodzisku w szpitalu w październiku 1944 r. i na tamtym cmentarzu został pochowany.

Pierwszym transportem, jaki odszedł z Wirtembergii w pierwszych dniach listopada 1945 r., wróciłyśmy do kraju. Nie pamiętam, jakie były warunki naszego przejazdu - na pewno niezbyt luksusowe, transportu do Polski nie organizowała już UNRRA, lecz Czerwony Krzyż. Miałyśmy po kilka "tobołków", co nie ułatwiało podróży - wiedząc, że nasze rzeczy osobiste zostały spalone bądź rozgrabione, wiozłyśmy trochę odzieży, jakieś koce otrzymane z UNRRA. Czy i kiedy można będzie zarobić i coś kupić w Polsce, było wielką niewiadomą. Dzień 31.X.1945 r. był wyjątkowo ciepły i słoneczny. Dotarliśmy do Bielska, gdzie rozwiązał się oficjalny transport, dalej podróżowałyśmy już z moją Matką i nieocenioną M.L. samodzielnie. Jechałyśmy do Łodzi, miasta prawie mi nie znanego - w Łodzi byłam jedyny raz w 1928 r. jako studentka P.W. z wycieczką organizowaną. przez Uczelnię; pamiętam, że wówczas secesyjne kamienice przy ul. Piotrkowskiej uznałam za raczej brzydkie - dziś te nieliczne pozostałe wydają mi się ładne.

Dlaczego, wracając do kraju w ramach repatriacji z Niemiec, skierowałam się do Łodzi? Otóż prof. dr Osman Achmatowicz8, przed wojną Kierownik Katedry Chemii Farmaceutycznej U.W., bliski kolega organik, z którym od lat łączyły mnie miłe stosunki koleżeńskie (spotykaliśmy się dość często na zebraniach i zjazdach Polskiego Towarzystwa Chemicznego) - zdobył w jakiś sposób mój adres w Wirtembergii. W liście, który przysłał do Geisslingen, napisał, że ostatnie lata okupacji spędził z rodziną w Częstochowie, natomiast obecnie znajduje się w Łodzi, ponieważ tam zapewne będą uruchamiane wyższe uczelnie. Prosił o skomunikowanie się. Początkowo sądziłam, że może znajdę zatrudnienie w Katedrze Chemii Organicznej Politechniki Warszawskiej, w której pracowałam już jako docent do września 1939 r. Było to jednak zupełnie niemożliwe - Warszawa leżała w gruzach; zgliszcza, stosy kamieni, pojedyncze sterczące ściany pozostałe z kamienic, gdzie niegdzie jakiś wyjątkowo ocalały dom z wybitymi drzwiami, oknami - to był przerażający obraz Stolicy Polski. Ten stan zniszczenia po Powstaniu Warszawskim nie rokował nadziei na uruchomienie wyższych uczelni. Nie było wiadomo, czy i kiedy będzie uruchomiana Politechnika, ponadto znalezienie możliwości zamieszkania było praktycznie nieosiągalne. Łódź natomiast - prawie nie zniszczona - stawała się wtedy w miejsce Warszawy nowym mocnym środowiskiem kulturalnym i naukowym. Tu osiedlali się pracownicy nauki, pisarze, artyści, aktorzy, przybywający z Warszawy oraz z Wilna i Lwowa w ramach repatriacji. Przed wojną w Łodzi, mieście liczącym blisko 600000 mieszkańców, liczbowo drugim po stolicy, stanowiącym główne centrum przemysłu tekstylnego, nie było praktycznie wyższej uczelni poza Wyższą Szkołą Muzyczną oraz filią (oddziałem Wolnej Wszechnicy o kierunkach głównie humanistycznych, do której z wykładami dojeżdżali profesorowie z Warszawy). Wszechnica nie miała ponadto prawa nadawania stopni naukowych. Właściciele fabryk tekstylnych oraz łódzka finansjera, skoncentrowana na rozwoju własnych przedsiębiorstw i dochodów, nie interesowała się wyższym szkolnictwem, a dzieci swoje kształciła głównie zagranicą. Jednakże idea Łodzi uniwersyteckiej, dążenie do posiadania wyższych uczelni, nurtowała od dawna społeczeństwo łódzkie, zwłaszcza jej środowiska intelektualne. Już w końcu stycznia 1945 r., kiedy to na ziemiach polskich toczyły się jeszcze działania wojenne, zaczęto organizować Uniwersytet Łódzki z Wydziałami Medycznymi. Starania o utworzenie Wydziału Farmaceutycznego prowadziła m.in. Okręgowa Izba Aptekarska, a w niej dr Tadeusz Lipiec (później - prof. Akademii Medycznej) oraz mgr Włodzimierz Głuchowski, wybitny aptekarz łódzki. W tym samym czasie profesorowie innych specjalności przystąpili również do organizowania wyższych uczelni. Niemal gorączkowo uruchamiano zakłady przemysłowe, szkoły, wyższe uczelnie, ośrodki krzewienia kultury. Łódź realizowała swoje wieloletnie dążenia, z miasta wyłącznie przemysłowego stawała się ośrodkiem nauki z wyższymi uczelniami. W maju 1945 r. działał już Uniwersytet Łódzki - rektorem został wybitny filozof prof. dr Tadeusz Kotarbiński. Również w maju została dekretowana Politechnika Łódzka.

Dziekanem Wydziału Farmaceutycznego U.Ł. został prof. dr Jan Muszyński, farmakognosta, wybitny uczony - przed wojną, do 1939 r., profesor Wydziału Farmaceutycznego Uniwersytetu Stefana Batorego w Wilnie, twórca i dziekan tego Wydziału. W pierwszym posiedzeniu Komisji Organizacyjnej Wydz. Farm. w Łodzi (4.VII.1945), na którym dokonano wyboru dziekana i ustalono program 4-letnich studiów, wzięli udział Franciszek Skupieński (botanik), Stanisław Krauze (bromatolog) i Robert Rembieliński (historyk farmacji), twórca już w roku 1946/1947 Zakładu Historii Farmacji, a następnie (1959) - pierwszej w Polsce Katedry Historii Farmacji - od 1962 r. pierwszy profesor historii farmacji w Polsce.

1 lub 2 listopada 1945 r. znalazłyśmy się z Matką w Łodzi. Jako repatriantki z niemieckiego obozu uzyskałyśmy nocleg w schronisku zorganizowanym przez Polski Czerwony Krzyż. Niestety, warunki higieniczne tego noclegu pozostawiały wiele do życzenia. Nazajutrz Matka moja wyjechała do Warszawy, aby tam szukać jakiegoś zajęcia, ewentualnie śladów naszej apteki. Miałyśmy adres mojej przyjaciółki, prof. Wandy Polaczkowej, która znalazła pokoik w obrębie Politechniki i wbrew różnym informacjom i pogłoskom wierzyła w uruchomienie tej uczelni. Zostałam w Łodzi i zaraz rano udałam się na spotkanie z prof. Achmatowiczem na ulicę Wodny Rynek, gdzie w dawnym Pałacu Scheiblera zamieszkali tymczasowo profesorowie Politechniki Łódzkiej, a wśród nich prof. Achmatowicz i prof. Dorabialska. Prof. Dorabialska była za moich lat studenckich asystentką kierującą ćwiczeniami z chemii fizycznej. Po raz drugi zetknęłyśmy się we Lwowie w latach 1934-1939, kiedy to prof. Dorabialska była kierownikiem Zakładu Chemii Fizycznej Politechniki Lwowskiej, a ja asystentką na Uniwersytecie Jana Kazimierza; spotykałyśmy się od czasu do czasu na zebraniach Polskiego Towarzystwa Chemicznego. Teraz w 1945 r., w pałacu Scheiblera w Łodzi, spotkałyśmy się po raz trzeci. W swojej świetnej książce pt. Jeszcze jedno życie tak pisze prof. Dorabialska o pierwszym zetknięciu z Łodzią: "Pierwsze wrażenie było oszałamiające, po ruinach i zgliszczach Warszawy piękny park pełen wiosennej zieleni i śpiewu ptaków, kwitnące bzy i magnolie... I czekały na nas, pracowników P.Ł., gościnnie otwarte drzwi pałacu. A wewnątrz każdy znalazł ładny, widny pokój, czysto zasłane łóżko i nie zrujnowaną łazienkę z wodą w kranie. Czy ktoś dziś potrafi zrozumieć, czym dla Warszawiaka była czysta pościel, i woda w kranie..."

Prof. Achmatowicz ucieszył się z mojego przyjazdu do Łodzi; podczas serdecznej rozmowy zasugerował mi od razu objęcie Katedry na Wydziale Farmaceutycznym Uniwersytetu, który był właśnie w toku organizacji. Namówił mnie, abym w tym celu zgłosiła się zaraz do prof. Jana Muszyńskiego. Propozycja była oczywiście bardzo zaszczytna, ale miałam wątpliwości, czy podołałabym przyjętym obowiązkom. Te moje wahania przerwało nadejście prof. Dorabialskiej, która z właściwym sobie humorem i temperamentem potrafiła mnie przekonać, że z pewnością dam sobie radę.

Prof. Muszyński nie znał mnie osobiście przed wojną i niewiele o mnie wiedział, początkowo więc zwrócił się z propozycją objęcia Katedry na Wydziale Farmacji U.Ł. do prof. Achmatowicza, którego znał jeszcze jako adiunkta w Wilnie; a ponadto, gdy Achmatowicz został profesorem chemii farmaceutycznej w Warszawie, łączyły ich wspólne zainteresowania badaniami nad chemią składników roślin. Z inicjatywy prof. Muszyńskiego Achmatowicz rozpoczął piękne prace fitochemiczne nad alkaloidami widłaka (Lycopodium selago L.). Gdy powróciłam do kraju, prof. Achmatowicz uznał, że byłam lepszą kandydatką do objęcia Katedry na Wydz. Farm., ponieważ byłam docentem chemii organicznej, a jednocześnie magistrem farmacji. Sam zaś przyjął propozycję od prof. Bohdana Stefanowskiego, rektora i organizator P.Ł., objęcia Katedry Chemii Organicznej na Politechnice - widząc tam dla siebie o wiele szersze możliwości działania.

Wybrałam się zatem do Dziekana Muszyńskiego do Gmachu przy ul. Lindleya 3, przydzielonego Uniwersytetowi; w budynku tym III piętro i strych przypadły Wydziałowi Farmacji. Dziekan Muszyński przyjął mnie ogromnie serdecznie, zaproponował objęcie Kierownictwa Katedry Chemii Organicznej i od razu nawiązała się między nami jakaś nić ufności i sympatii, która przetrwała do końca Jego życia (a więc ponad 10 lat). Po załatwieniu potrzebnych formalności - uratowało się zaświadczenie, że byłam docentem U.J.K. we Lwowie, a potem P.W., - 1.XII.1945 zostałam zatrudniona najpierw jako profesor kontraktowy, a wkrótce potem zostałam profesorem nadzwyczajnym chemii organicznej na Wydz. Farm. U.Ł. Przydzielono mi pokój mieszkalny w tzw. Hotelu "Monopol" przy ul. Próchnika 5, w pobliżu ul. Piotrkowskiej, głównej ulicy Łodzi. Hotel ten (przed wojną o niezbyt zacnej opinii) oddano na czasowe zamieszkanie (od paru miesięcy do paru lat) profesorom i innym pracownikom Uniwersytetu. W tym naszym - jak go nazwaliśmy "schronisku profesorów" płynęło barwne życie; we wspólnej kuchni (stało tam kilka maszynek gazowych), przygotowując skromne posiłki (często jeszcze w oparciu o dary UNRRA), prowadziliśmy również ożywione dyskusje naukowe.

Na zaproszenie organizatorów uczelni przyjeżdżała teraz do Łodzi dość liczna kadra nauczycieli akademickich, ocalała z pożogi wojennej; byli to głównie b. mieszkańcy Warszawy, wywiezieni do obozów niemieckich po Powstaniu, bądź rozproszeni po całej Polsce. Przyjechała też dość liczna grupa pracowników nauki z Wilna w ramach repatriacji. Stawili się profesorowie i docenci z ogromnym zapałem do pracy dydaktycznej i naukowej, pomimo braku jakichkolwiek pomocy naukowych, pomimo trudnych warunków egzystencji i bardzo skromnych wówczas uposażeń. W tym niezmiernie trudnym okresie dźwigania kraju ze zniszczeń wojennych, kiedy w wyniku wojny i okupacji straciła życie prawie połowa pracowników nauki, a po wojnie - choć znaleźliśmy się po stronie zwycięzców - nie było praktycznie niczego prócz wielkiego entuzjazmu do odbudowy kultury i nauki; niełatwo było organizować życie uczelni. Był zapał i chęć młodzieży do studiowania, a także entuzjazm do pracy i energia garstki profesorów. Brakowało natomiast, realnie biorąc, wszystkiego: pomocniczych pracowników nauki, adiunktów, asystentów, odpowiednio przystosowanych lokali do zajęć z dyscyplin przyrodniczych, książek, czasopism naukowych, sprzętu, aparatury, szkła laboratoryjnego, odczynników. Kiedy obejmowałam kierownictwo Katedry Chemii Organicznej, sytuacja była wręcz paradoksalna - nie było bowiem prawie niczego, co uzasadniałaby istnienie Katedry - byli tylko studenci, garnący się do nauki z ogromnym zapałem i pracowitością. Trudności były na wszystkich odcinkach, np. do wykładów nie miałam się z czego przygotować. W Łodzi nie było jeszcze bibliotek naukowych, posiadających książki chemiczne. Dzięki pomocy dawnych lwowskich kolegów, którzy osiedlili się we Wrocławiu, udało mi się przywieźć dość dobry podręcznik Organische Chemie W. Hűckla. Podręcznik ten ratował mnie w pierwszym roku wykładów. W następnych latach powoli udało się zdobyć nowe podręczniki (angielskie i amerykańskie), w wyniku urzędowych zamówień przez uczelnię. Zakład, dumnie zwany Katedrą, składał się z 2 pokoików na III piętrze gmachu przy ul. Lindleya 3. Obszerne to piętro w budynku Uniwersytetu zostało przydzielone Wydz. Farmacji dzięki niestrudzonym zabiegom prodziekana prof. Adama Czartkowskiego, profesora botaniki. Mieściła się tam sala, na której odbywały się ćwiczenia z botaniki i farmakognozji, zaopatrzona dość dobrze w mikroskopy pochodzące głównie z ofiarności aptekarzy łódzkich. Naprzeciw znajdowała się sala wykładowa dla studentów wszystkich lat studiów. Niewielka ta sala mogła z trudem pomieścić 50-60 osób, a na roku studiujących było znacznie więcej. Ćwiczeń przewidzianych programem studiów z tzw. preparatyki organicznej nie było zupełnie gdzie prowadzić. Jedynie dzięki pomocy kolegi Achmatowicza uzyskaliśmy możność odbywania ćwiczeń ze studentami (trzeciego roku) w obszernej sali laboratoryjnej w Zakładach Widzewskiej Manufaktury (obecnie Widzewskie Zakłady Przemysłu Bawełnianego). Współpracujący z prof. Achmatowiczem młodszy Jego kolega organik, adiunkt, dr Bolesław Bochwic, przyszedł mi z pomocą i poprowadził przez chyba 2 lata ćwiczenia z preparatyki organicznej. Moi pierwsi współpracownicy w Katedrze, Maria Jaworska i Stanisław Bitny-Szlachto, byli wówczas studentami III roku i sami dopiero odrabiali te ćwiczenia. Już w 1946 r. udało mi się zaangażować jako laboranta młodego robotnika, przygotowującego się na specjalnym kursie do pracy w przemyśle bawełnianym jako tzw. kotoniarz. Był to Mieczysław Janas, który wykazał duże uzdolnienia w różnych kierunkach, do prac z zakresu syntezy, a także - co było szczególnie cenne - do szklarstwa. Umiejętności w obu tych kierunkach M. Janas zdobywał sam, często obserwując prace doświadczonego szklarza, np. w sąsiedniej Katedrze W.L., czy też pomagając w pracach laboratoryjnych naszych asystentów i korzystając z ich wskazówek. Ukończył też kilkumiesięczny kurs dla laborantów, zorganizowany przez uczelnię. W roku 1986 p. Mieczysław Janas obchodził uroczyście w naszej Katedrze nieczęstą rocznicę 40 lat pracy w Zakładzie naukowym - ciesząc się przez cały ten czas ogromnym uznaniem, wysoką oceną swojej pracy i ogólną sympatią.

Teraz o studentach "słów kilkoro" - pracy z nimi poświęciłam przeszło 30 lat życia w Łodzi i około 10 w Warszawie i we Lwowie. Pracę dydaktyczną uważałam zawsze za priorytetowy obowiązek profesora, a studenci, szczególnie z najstarszych roczników, byli mi zawsze bliscy sercu; oni również obdarzali mnie zaufaniem i sympatią. Studenci wydziału farmaceutycznego w latach 1946-1948 stanowili środowisko wybitnie niejednorodne; byli wśród nich tacy, którzy rozpoczęli studia na polskich uczelniach przed wojną, potem podczas okupacji znaleźli się bądź w obozach jenieckich, bądź pracowali - najczęściej fizycznie - w kraju bądź byli wywiezieni na roboty do Niemiec. Inni spędzili kilka lat "w lesie", w walce z okupantem, narażając codziennie swoje życie, jeszcze inni studiowali na tajnych kompletach wyższych uczelni. Byli to już dojrzali ludzie, około 25-letni, często mający już rodziny. Wśród dawnych studentów była też ilościowo mniejsza grupa znacznie młodszych, 17-18 letnich, którzy matury robili na tajnych kompletach. To tak bardzo niejednorodne środowisko studenckie łączył zupełnie wyjątkowy zapał do studiowania, koleżeństwo, wzajemna życzliwość, dążenie do jak najszybszego ukończenia studiów, aby co rychlej stanąć do pracy zawodowej tak bardzo potrzebnej krajowi. A uczyć się wtedy wcale nie było łatwo: brakowało książek, skryptów, dobre notatki z dobrych wykładów były szczególnie poszukiwane - w pracowniach brakowało aparatury, a nawet zwykłych mikroskopów. W domach akademickich nie było dostatecznej liczby miejsc, stypendiów było wtedy również niewiele - toteż często młodzież pracowała zarobkowo.

Była to świetna młodzież - w latach 50-60-tych jako prodziekan, potem prorektor brałam udział w komisjach senackich d/s młodzieży, w zebraniach organizacji młodzieżowych, kół naukowych, w imprezach artystycznych, m.in. organizowanych przez studentów zagranicznych (np. z Cypru), w wycieczkach, obozach letnich, a także i w zabawach tanecznych (byłam wtedy jeszcze dość młoda). Zabawy były świetne, choć nie bardzo było się w co ubrać, a z bufetów korzystano oszczędnie z powodu braku pieniędzy. Życzyłabym obecnej młodzieży studenckiej, aby umiała tak się uczyć, organizować prace społeczne i zabawy jak pokolenie rodziców, a nawet dziadków.

Wiele wysiłku i czasu poświęcałam przygotowaniu się do wykładów, starałam się, aby wykład był jak najbardziej nowoczesny, jasny i interesujący. Opierałam się na kilku najnowszych podręcznikach angielskich i amerykańskich, które udało mi się zdobyć. W toku moich wykładów z chemii organicznej, obok właściwej treści przedmiotu podawałam zazwyczaj jakieś interesujące szczegóły autobiograficzne z życia sławnych chemików i farmaceutów, a także z historii ich odkryć. Oczekiwałam na tej drodze oddziaływania pięknych wzorów - poświęcenia nauce, wytrwałości w działaniu, szczególnie w trudnych warunkach, poczucia odpowiedzialności wobec obserwowanych faktów.

Większość moich słuchaczy stanowiły studentki - wielka feminizacja jest od lat pewną klęską zawodu farmaceutycznego; tak trochę dla odprężenia po trudnych rozważaniach teoretycznych dawałam czasem tzw. dobre rady życiowe. Np. radziłam dziewczętom, aby poznania osobowości przyszłego towarzysza życia nie opierały na zachowaniu się w kawiarni, na spacerze, czy na zabawie, lecz np. w toku wycieczki górskiej w dość trudnym terenie, np. w Tatrach. Jak zachowa się towarzysz w takich warunkach jak burza, deszcz, na eksponowanej ścieżce? Czy poda rękę w trudnym miejscu, czy będzie opiekuńczy i roztropny? A z drugiej strony chłopak będzie mógł się przekonać, czy przyszła towarzyszka życia potrafi ugotować wysoko w górach smaczną zupę, czy pomyślała, aby zabrać na wycieczkę potrzebny prowiant. Te i inne moje "wstawki" wykładowe cieszyły się wielkim uznaniem studentów. Czasem, po wielu latach, przy spotkaniu - zawsze ciepłym - z kimś z moich dawnych słuchaczy zdarzało mi się nieraz usłyszeć, że moje "dobre rady" często im się w życiu przydawały.

Powróćmy jeszcze do kłopotów kierownika katedry w pierwszych latach działania uczelni. Po dwóch latach "Widzew" nie zgodził się na dalsze korzystanie przez nas z laboratorium, w którym prowadziliśmy ćwiczenia; stało się ono potrzebne fabryce. Byłam pełna troski i niepokoju, jak znaleźć nowy lokal dla ćwiczeń - sprawa była bardzo pilna. Pamiętam, że około 10-tej godziny wieczorem poszłam do mieszkania niezbyt blisko mi znanego prof. Kiełbasińskiego (profesora Politechniki Łódzkiej, a jednocześnie kierownika Katedry Technologii Chemicznej Środków Leczniczych na naszym Wydziale) z prośbą o jakąś radę czy pomoc. Otworzyła mi drzwi małżonka, z widoczną dezaprobatą dla pory mojej wizyty. Łamanie konwenansów czy dobrych obyczajów nie leżało w mojej naturze, ale gdy chodziło o potrzeby katedry, studentów - milkły skrupuły. Prof. Stanisław Kiełbasiński przyjął mnie bardzo uprzejmie i skierował do swojego kolegi z Politechniki prof. Pawła Prindisza9, mającego koneksje w zakładach przemysłowych Łodzi, a także działacza NOT-u. Prof. Prindisz przyszedł mi z pomocą, otwierając drogę do dużego zakładu przemysłu bawełnianego im. Marchlewskiego (dawna fabryka Poznańskiego) przy ul. Ogrodowej 15. Nie pamiętam już nazwiska dyrektora, z którym rozmawiałam, a który się zgodził udostępnić nam lokal na laboratorium studenckie. Według mojego planu robionego przez prawie całą noc (na szczęście na studiach w Politechnice nauczyłam się rysunku technicznego) wykonano w jednym z pomieszczeń zakładów laboratorium chemiczne, odpowiednio wyposażone do prac z zakresu syntezy organicznej. W tym lokalu prowadziliśmy ćwiczenia z preparatyki organicznej przez 2-3 lata. W tym czasie nasz zespół dydaktyczny powiększył się o 2 osoby, przybyła dr Irena Pietrzykowska (dr chemii) i mgr farm. Eugeniusz Szczucki (absolwent tajnego Wydz. Farm. w Warszawie).

Katedra Chemii Organicznej na Wydziale Farmaceutycznym nie miała żadnych tradycji - takie katedry nie istniały przed wojną na wydziałach farmaceutycznych ani w Warszawie (jedyny wówczas Wydział Farm.), ani zagranicą. Były one częścią zakładów chemii farmaceutycznej albo też studenci farmacji słuchali wykładów i przerabiali program ćwiczeń z chemii organicznej na wydziałach mat.-fiz.-chem. uniwersytetów. Miałam więc teraz w Łodzi niełatwe zadanie pionierskiego opracowania zarówno programu wykładów, jak i ćwiczeń. Program ten w moim rozumieniu miał obejmować kurs nowoczesnej uniwersyteckiej chemii organicznej, a jednocześnie dawać pewne wprowadzenie do chemii leku, do której studiowania chemia organiczna winna przygotować. Program, który wówczas opracowałam (zaakceptowany przez Ministerstwo Zdrowia i Opieki Społecznej) stał się na wiele lat (ok. 20) programem ogólnopolskim.

Po trzech latach pracy w przedstawionych powyżej bardzo trudnych warunkach nieustannej improwizacji, zaistniała możliwość otrzymania - wprawdzie szczupłego - ale już własnego lokalu dla Katedry, mieszczącego się w budynku mieszkalnym przy ul. Lindleya 6. Plan całego Zakładu musiałam także opracować sama (znów przydały się studia na Politechnice, gdzie uczyłam się m.in. i trochę budownictwa), naradzając się z technikiem budowlanym prowadzącym roboty adaptacyjne lokali mieszkalnych na laboratoria. Szczęśliwie w tamtym czasie (r. 1948) nie był potrzebny udział architekta miejskiego i akceptacja na wysokim szczeblu. Roboty poszły szybko i chyba już w roku 1949/1950 wprowadziliśmy się do własnego lokalu - radość była wielka. Nareszcie własna sala ćwiczeń, kilka pokoi asystenckich, ciemnia, malutki sekretariat, gabinet i mały hall, w którym urządziliśmy bibliotekę.

Tworzenie biblioteki, najpierw Zakładowej, która stała się potem podstawą biblioteki wydziałowej, to znów osobny rozdział wielkiego wysiłku i licznych zabiegów. Zdawałam sobie sprawę, że nie można myśleć o rozpoczęciu pracy naukowej (do której zaistniały wreszcie warunki we własnym lokalu), do czego wciąż dążyłam - bez łatwego dostępu do podstawowych dzieł, monografii i międzynarodowych rejestrów. Pomoc dawnych kolegów ze Lwowa, którzy po wojnie w ramach repatriacji osiedlili się we Wrocławiu i stworzyli tam mocne środowisko naukowe w swoich zakładach, pozwoliła mi na zdobycie np. bezcennego dzieła: encyklopedii chemii organicznej, Beilstein Handbuch der Organischen Chemie (87 tomów z I i II uzupełnieniem). Okazało się, że niemieckie wyższe uczelnie we Wrocławiu miały szereg egzemplarzy tego dzieła. Pierwsze tomy przywiozłam osobiście do Łodzi z mgr Szuckim, następnie kilkadziesiąt przysłano.

Chciałabym w tym miejscu podkreślić ogromną życzliwość, koleżeńskość, wielką chęć wzajemnej pomocy, jaka w wybitnym stopniu cechowała moje pokolenie w tamtym czasie odbudowy kraju i nauki. Nie było wtedy własnych egoistycznych, ambicjonalnych celów, własnej kariery czy korzyści materialnych - istniała w szerokim stopniu niemal spontaniczna chęć pomagania innym i służenia celom ogólnym.

Dzięki pracy w różnych komisjach senackich, a potem w wyniku następnych wyjazdów do Warszawy do Ministerstwa Zdrowia i Głównej Biblioteki Lekarskiej, dzięki moim wytrwałym zabiegom, życzliwości niektórych dyrektorów i wyższych urzędników, udało mi się sprowadzić z zagranicy międzynarodowe rejestry streszczające wszystkie prace chemiczne, ukazujące się na świecie, a mianowicie cały komplet Chemical Abstracts (C.A.), dużą część kompletu Chemisches ZentralbZatt, cenną encyklopedię metod analitycznych Houben-Weyla i inne, oraz zaprenumerować na bieżąco czołowe czasopisma zagraniczne, publikujące prace z zakresu chemii organicznej. Biblioteka naszej małej Katedry liczyła w 1956 r. 840 tomów, w tym 8 cennych encyklopedii i szereg monografii; prenumerowaliśmy też w tym czasie około 30 najcenniejszych czasopism zagranicznych i krajowych, chemicznych i farmaceutycznych. W roku 1969 stan posiadania naszej biblioteki wynosił około 1800 tomów - z tej biblioteki, czynnej cały dzień do wieczora, korzystali nie tylko pracownicy Katedry i Wydziału, ale i pracownicy innych uczelni. Niestety, ten okres prosperity - ogromnie korzystny dla rozwoju badań naukowych na Wydziale - trwał tylko około 20 lat. Pod koniec lat sześćdziesiątych przyszły restrykcje dewizowe, zaczęto nam kolejno obcinać bieżące prenumeraty, co zdewaluowało niektóre nasze cenne komplety czasopism zagranicznych - nie przybywały już bieżące nowe zeszyty, tomy. Z chwilą przeniesienia się w 1970 r. do nowego Gmachu Wydziału Farmaceutycznego przy ul. Muszyńskiego 1 biblioteka naszej Katedry została w znacznej części wcielona do nowo utworzonej Biblioteki Wydziałowej, której powstanie zawdzięczamy głównie profesorowi dr Tadeuszowi Lipcowi, Kierownikowi Katedry Chemii Nieorganicznej i Analitycznej. Miałam to szczęście, że prenumerata dalszych uzupełnień Beilsteina (3, 4) jest opłacana dalej i znajduje się obecnie w Bibliotece Wydziałowej - łącznie ok. 250 tomów.

Niezbędne dla działalności naukowej i dydaktycznej chemikalia zdobywałam różnymi drogami. Częściowo poprzez urzędowe zamówienia - stopniowo powstawały różne wytwórnie oraz centrale importowe (np. Ciech). Ponieważ jednak środki finansowe przydzielane nam przez uczelnię (zwłaszcza dewizowe) były bardzo skromne, uciekałam się często do pomocy fabryk rodzimego przemysłu chemicznego i farmaceutycznego. Z tego źródła otrzymywaliśmy w pierwszych latach działania Katedry wiele chemikaliów w postaci darów, po skierowaniu do Dyrektora odpowiedniej prośby czy apelu. Zdarzało się też dość często, że niektórzy dyrektorzy okazywali się moimi przedwojennymi kolegami z Politechniki czy Uniwersytetu - wtedy moje zamówienia załatwiane były pozytywnie i szybko. Dla rozpoczęcia działalności naukowej prócz chemikaliów, szkła laboratoryjnego i podstawowego sprzętu potrzebna była jeszcze choć najskromniejsza aparatura specjalistyczna. Były to lata pięćdziesiąte, z powodu ograniczeń importowych (kiedy ich nie było!) musieliśmy szereg niezbędnych aparatów wykonywać według własnych rysunków i wskazówek przy pomocy specjalistów krajowych.

Dla planowania moich badań potrzebna była aparatura do uwodorniania w skali pół-mikro, do sublimacji i destylacji w wysokiej próżni, komplety aparatury szlifowej itp. Byli wtedy w mieście i na Uniwersytecie nieźli szklarze, a w zakładzie - nieoceniony p. Janas, można więc było przy częściowych zakupach z importu (elementy szkła laboratoryjnego na szlify, pompy wysokopróżniowe) potrzebną aparaturę zmontować w Zakładzie. Oczywiście, zabierało to dużo czasu - o takich kłopotach nie mieli i nie mają pojęcia chemicy zagranicą i współcześnie (w latach osiemdziesiątych) kierownicy katedr chemicznych w kraju. Wówczas zorganizowaliśmy w Katedrze niezbędną dla rozwoju działalności naukowej ilościową analizę elementarną związków organicznych (oznaczenia C, H, N) w skali pół-mikro, tzw. analizę centygramową według prof. Bobrańskiego (metoda ta została opracowana przed wojną we Lwowie, wspólnie z prof. Suchardą). Na dość prymitywnej, ale bardzo cennej wtedy aparaturze, jaką przywiozłam z Krakowa (dar kolegi prof. J. Moszewa, prof. chemii organicznej Uniwersytetu Jagiellońskiego), udało się opanować w/w metodę ilościowego oznaczania C, H, N. Dopiero uruchomienie w Katedrze analizy centygramowej otworzyło nam drogę do działalności naukowej. Najpierw analizy wykonywali asystenci - mgr M. Jaworska i mgr St. Bitny-Szlachto, ale wkrótce metodę opanował także p. Janas i wykonywał na krakowskiej aparaturze setki ilościowych analiz elementarnych związków nowych, nie opisanych, otrzymanych w toku naszych prac badawczych. Nie było w tamtym czasie funduszów z tzw. umów, np. PAN, na określone tematy badawcze, ani takiej pracowni analitycznej, jak obecnie na Politechnice Łódzkiej, gdzie za odpowiednią opłatą można zlecać wykonanie potrzebnej analizy elementarnej. Byliśmy wtedy skazani wyłącznie na własne siły. Znacznie później, w latach siedemdziesiątych, już w nowym gmachu, mieliśmy możność zakupienia dla celów analizy elementarnej (półmikro) aparatury zagranicznej RFN. Powstała wtedy w naszej Katedrze oddzielna pracownia analizy elementarnej i spektroskopowej, zatrudniająca 2-3 pracowników naukowo-technicznych, w której wykonywano analizy także i dla innych Katedr (Zakładów Wydziału). Pracownią tą kierował samodzielnie jeden ze starszych adiunktów (dr Wł. Basiński).

[1]  [2]  [3]  [4]  [5]  [6]  [7]  [8] 
Wiw.pl  |  Na bieżąco  |  Informacje  |  Co nowego  |  Matematyka i przyroda  |  Astronomia  |  Biologia  |  Fizyka  |  Matematyka  |  Modelowanie rzeczywistości  |  Humanistyka  |  Filozofia  |  Historia  |  Kultura antyczna  |  Literatura  |  Sztuka  |  Czytaj  |  Biblioteka  |  Delta  |  Wielcy i więksi  |  Przydatne  |  Słowniki  |  Co i gdzie studiować  |  Wszechświat w obrazkach