Wielcy
  Wiw.pl   Na bieżąco:  Informacje   Co nowego   Matematyka i przyroda:  Astronomia   Biologia   Fizyka   Matematyka   Modelowanie rzeczywistości   Humanistyka:  Filozofia   Historia   Kultura antyczna   Literatura   Sztuka   Czytaj:  Biblioteka   Delta   Wielcy i więksi   Przydatne:  Słowniki   Co i gdzie studiować   Wszechświat w obrazkach    
  Jesteś tutaj:   Wirtualny Wszechświat > Wielcy i więksi > Kwartalnik Historii Nauki i Techniki  



"Kwartalnik Historii Nauki i Techniki"
R. 33:1988 nr 1 s. 3-80
[1]  [2]  [3]  [4]  [5]  [6]  [7]  [8] 
Parę szczegółów z życia osobistego w okresie powojennym

Na zakończenie tej biografii, omawiającej głównie działalność naukową, dydaktyczną i organizacyjno-społeczną, może warto poświęcić jeszcze nieco uwagi sprawom życia osobistego.

Kiedy w listopadzie 1945 r. podjęłam decyzję pozostania w Łodzi, przyjmując zaofiarowane mi kierownictwo Katedry Chemii Organicznej na Wydziale Farmaceutycznym oraz powołanie na stanowisko profesora, Matka moja, z którą łączyły mnie zawsze bardzo serdeczne więzy, wyjechała wkrótce do Warszawy. Była z zamiłowania farmaceutką, pragnęła być niezależna finansowo, pracować w swoim zawodzie (wtedy nie miała jeszcze 60 lat) i to w Warszawie, z którą była związana przez całe swoje życie. Wkrótce potem podjęła heroiczną decyzję odbudowania i uruchomienia naszej dawnej apteki przy placu Kazimierza Wielkiego. Dom, w którym apteka się mieściła, został w znacznym stopniu zburzony podczas Powstania Warszawskiego, ale istniała możliwość jego odbudowy. Częściowo z własnych funduszy, a częściowo za pieniądze pożyczone od kolegi i dawnego wspólnika mojego Ojca, Matka odbudowała jedną izbę apteczną z małym zapleczem i jeden pokój mieszkalny w suterenie, w którym zamieszkała; niestety, panowała tam wielka wilgoć, ściany stale były mokre, co stało się przyczyną nabycia ciężkiej choroby reumatycznej: Matce udało się uruchomić aptekę. Nasza nieoceniona dawna gosposia i towarzyszka życia w obozie niemieckim była teraz pomocą techniczną w aptece i jednocześnie prowadziła gospodarstwo domowe mojej Matce, która pracowała po całych dniach i pełniła również dyżury nocne.

Był tow Polsce to czas, kiedy ludzie podejmowali zadania przekraczające ich normalne siły.

W latach 1947-1949 przyjeżdżałam dość często służbowo do Warszawy w sprawach zaopatrzenia Katedry, biblioteki - do Ministerstwa Zdrowia, czy na jakieś ważne posiedzenie. Wpadałam wtedy do Matki, ale zawsze na krótko, często nie było nawet czasu na zjedzenie wspólnego obiadu, musiałam pośpiesznie wracać do Łodzi - tyle na mnie czekało pilnych spraw. Po blisko trzech latach wyczerpującej pracy w bardzo trudnych warunkach życia (nabycie ciężkiego reumatyzmu), Matkę moją spotkał cios - wysoki podatek (nałożony rzekomo od wzbogacenia się) w zupełności ją zrujnował, pochłonął wszystkie skromne oszczędności, uniemożliwił dalsze prowadzenie apteki. W tej sytuacji przekazała meble, sprzęt, naczynia apteczne i zapas leków jednej z aptek szpitalnych pod Warszawą i przyjechała do mnie, do Łodzi, zupełnie bez pieniędzy. Wprawdzie w niedługim czasie otrzymała pismo z Izby Skarbowej, z powiadomieniem, że podatek został niewłaściwie i niesłusznie wymierzony, ale kwota wpłacona do kasy państwowej nie podlegała już zwrotowi. Prawdopodobnie można się było procesować o zwrot pieniędzy - nie był to jednak czas po temu, w kilka miesięcy później w początku 1951 r. wszystkie apteki prywatne zostały upaństwowione. Przy moich licznych obowiązkach nie miałam absolutnie czasu na zajmowanie się tą sprawą, a Matka była zbyt zrażona niesprawiedliwością, jaka ją spotkała, aby podejmować walkę z Urzędem Podatkowym. Zaczęła pracować w jednej z aptek w Łodzi, po paru jednak miesiącach uznała, że woli przenieść się na prowincję. Pracowała w województwie łódzkim, najpierw w aptece w Piątku, potem w Łęczycy - wszędzie ją tam odwiedzałam, niezbyt niestety często, z powodu chronicznego braku czasu. Była bardzo zadowolona ze swej pracy i stosunków - wszędzie była bardzo ceniona - z Zarządu Aptek w Łodzi otrzymała dyplom uznania. W 1951 r., dzięki staraniom AM, otrzymałam wreszcie własne 2-pokojowe mieszkanie z centralnym ogrzewaniem i wszelkimi wygodami. Radość była wielka. Sporo czasu zajęło mi wówczas wyposażenie mieszkania, zakup mebli, sprzętów gospodarczych - niczego przecież nie miałam. Pobory profesorskie były w latach pięćdziesiątych bardzo skromne. Główną wadą tego wreszcie własnego mieszkania (w dzielnicy Bałuty) było znaczne oddalenie od Zakładu (przy ul. Lindleya 6) - przejazd tramwajem z koniecznością przesiadania się pochłaniał 2 godz. (tam i z powrotem); było to dla mnie dużą stratą czasu. Aby sprostać swoim licznym obowiązkom dydaktycznym i naukowym, pracowałam często w Zakładzie do godz. 10 wieczorem - wtedy powrót do domu był bardzo przykry. Była to pora powrotu robotników z fabryk, głównie tekstylnych, ze zmiany - często ledwo mogłam się wcisnąć do tramwaju.

Po około 3 latach pracy na prowincji stan zdrowia mojej Matki nagle bardzo się pogorszył, ponosiła dramatyczne skutki kilku lat mieszkania w Warszawie w wielkiej wilgoci. Musiała już zaprzestać pracy zawodowej, przyjechała do mnie, na szczęście mogła się jeszcze samodzielnie poruszać, zajęła się więc moim nowym gospodarstwem. Wtedy, zdaje się w 1953 r., znów z pomocą A.M. (cieszyłam się życzliwością władz i urzędników), otrzymałam nowe 2 pokojowe mieszkanie, znacznie korzystniej położone przy ul. Wierzbowej (gdzie dotąd mieszkam) w odległości ok. 25 min. pieszej drogi do Zakładu. W mieszkaniu tym, pomimo braku drogich pięknych mebli (na nie nie było mnie nigdy stać), wytworzył się jakiś miły nastrój (podkreślali to zawsze moi goście). Miałam trochę dobrych książek na nietypowych, ładnych regałach wg projektu znajomego stolarza o dużym poczuciu artyzmu, kilka ładnych lamp w dawnym stylu, żyrandol z epoki napoleońskiej, dużo zielonych roślin, jakieś bibeloty na półkach - najczęściej prezenty. Dobre radio z lat sześćdziesiątych i trochę płyt dawały mi chwile odprężenia przy muzyce. Lubię bardzo muzykę klasyczną, szczególnie Chopina, również Czajkowskiego, Beethovena, Szuberta, Mendelssohna i stare melodyjne piosenki w wykonaniu francuskich śpiewaków. Nie posiadam telewizora, co może uchodzić za dziwactwo, ale wciąż jeszcze brakuje mi czasu na oglądanie najczęściej niezbyt ciekawych i niezbyt inteligentnych programów.

Choroba mojej Matki zaczęła się groźnie rozwijać, pomimo moich licznych wysiłków leczenia jej w kilku różnych klinikach Łodzi i Bydgoszczy (Centrum Kształcenia Podyplomowego). Nastąpiło samoistne pęknięcie kości biodrowej - być może były to skutki kuracji kortykosteroidami. Pomimo zabiegu zagwoździowania, dokonanego w Szpitalu Wojskowym, nie była już w stanie wychodzić z domu, a po mieszkaniu posuwała się z trudem, opierając się na kulach. Nieustanne ostre bóle stawały się nie do zniesienia, pomimo stosowania licznych środków przeciwbólowych. Matka - tak zawsze dzielna - płakała często z bólu. Postępująca nieuchronnie choroba wyniszczała organizm doszczętnie - być może obok reumatyzmu rozwinęła się choroba nowotworowa krwi lub kości - medycyna była bezsilna. W końcu 1959 r. Matka moja zmarła w niezbyt jeszcze zaawansowanym wieku 74 lat. Był to dla mnie cios szczególnie ciężki - zostałam sama, bez żadnej bliskiej rodziny. Pozostały mi natomiast wyrzuty sumienia, że wiele godzin w ciągu dnia była samotna, że poświęciłam Jej zbyt mało czasu, pochłonięta bez reszty pracą. Przez pierwsze tygodnie ratował mnie lek (dystansujący cierpienie), potem - praca i przyjaciele.

Główną cechą mojej natury - poza ambicją - była zawsze pasja pracy, która towarzyszyła mi przez całe życie. Z każdej pracy naukowej, dydaktycznej, pisania podręczników, z pracy społecznej w towarzystwach naukowych czerpałam satysfakcję, która była źródłem równowagi psychicznej, pogody ducha i optymizmu. Posiadałam umiejętność koncentrowania woli na celach, które chciałam osiągnąć, co było źródłem pewnych sukcesów.

Może z powodu tej pasji pracy i nieustannej aktywności, pomimo upływu lat - nie czuję ich ciężaru.

Byłam przez całe życie człowiekiem otwartym, pogodnym, lubiłam spotkania towarzyskie, a zwłaszcza przyjmowanie gości w domu. Bardzo lubiłam tańczyć. Kiedy byłam studentką, bywałam często w Warszawie na balach i wieczorkach studenckich. Mazur, oberek, tango - to były moje ulubione tańce. W wiele lat potem, w Łodzi, kiedy byłam już profesorem i miałam lat "40 z hakiem", tańczyłam z nie mniejszą werwą na balach organizacji młodzieżowych Akademii Medycznej oraz na balach "Farmacji" z kolegami, asystentami, a także i ze studentami. Pomimo morza pracy, w której tak głęboka tkwiłam, przywiązywałam dużą wagę do zewnętrznego wyglądu, do pewnej elegancji (może to była naganna próżność). Byłam zdania, że kobieta - niezależnie od wieku i zajmowanego stanowiska - powinna starać się o to, aby sprawiać estetyczne wrażenie. Po powrocie z międzynarodowych kongresów przywoziłam moim asystentkom zagraniczne żurnale.

Moje życie emocjonalne było również bogate, choć pozornie niezbyt szczęśliwe. Pierwsze małżeństwo trwało krótko (z mojej winy); potem drugie, przez kilka lat oczekiwane małżeństwo nie zostało zawarte, ponieważ na kilka dni przed datą ślubu mój narzeczony (prof. Roman Małachowski) zginął podczas Powstania Warszawskiego - przez 10 następnych lat poszukiwań nie udało mi się dowiedzieć, gdzie i kiedy.

Potem w moim życiu w Łodzi, wypełnionym do późnych godzin nocnych pracą dla nauki, studentów i zawodu farmaceutycznego, nie było już właściwie miejsca dla życia rodzinnego. Zdawałam sobie sprawę z tego, że z chwilą zawarcia małżeństwa pewne moje obowiązki byłyby źle spełniane. Ten okres wypełniły przyjaźnie; jedna, szczególnie nasycona moim zaangażowaniem uczuciowym, trwała blisko 30 lat - niedawna śmierć tego szczególnie mi bliskiego człowieka spowodowała uczucie osobistego osamotnienia. Miałam też kilka serdecznych przyjacielskich kontaktów koleżeńskich - dziś prawie nikt już z moich bliskich kolegów nie żyje.

Moją ulubioną formą odpoczynku, podnoszącą samopoczucie i regenerującą siły fizyczne i umysłowe, był ruch na świeżym powietrzu. Starałam się odbywać długie piesze spacery w każdej wolnej godzinie, jaką udało się wygospodarować. Podczas wakacji robiłam kilkunastokilometrowe piesze wędrówki, najchętniej w terenie górzystym. Ruch, jak wiadomo, przyśpiesza procesy utleniania, zwłaszcza w mózgu, zapobiega postępowi miażdżycy, poprawia nastrój, mobilizuje aktywność, co łącznie zapobiega stanom depresyjnym. Nastroje depresyjne - częste w starszym wieku - które tak bardzo demobilizują i odbierają radość życia, potrafiłam zwalczać - już będąc na emeryturze - zarówno zajęciami intelektualnymi (pisanie artykułów, recenzji, tablic informacyjnych dla aptek), jak i gospodarczymi (gotowanie, sprzątanie), które nawet polubiłam. Urlopy spędzałam częściowo w Ciechocinku, częściowo w górach (Tatry, Pieniny, Karkonosze). Dzięki systematycznej kuracji w Ciechocinku przez lat z górą 25, na którą składały się głównie kąpiele solankowe w basenie, udało mi się zahamować reumatyzm mięśniowy, jaki mnie zaatakował już przed 30 laty, dając bardzo przykre bóle. Jak tuż o tym pisałam, przed wojną byłam zapaloną taterniczką, robiłam trudne wycieczki, w latach trzydziestych uprawiałam nawet wspinaczkę z liną i zdobywałam szczyty i przełęcze drogami ubezpieczonymi klamrami. Po wojnie przez pierwsze lata wyjeżdżałam w Karkonosze (Szklarska Poręba, Karpacz, Śnieżka). Z Karpacza robiłam 4-godzinną wycieczkę przez Polanę, Samotnię (schronisko pięknie położone nad tzw. Małym Stawem) na Śnieżkę, niezbyt ciekawy, ale najwyższy szczyt w Sudetach 1609 m, skąd rozciąga się piękny daleki widok panoramiczny. Wędrowałam też (całodniowa wycieczka) z Karpacza do Szklarskiej Poręby, nie pamiętam już tylko jaką drogą. W latach pięćdziesiątych zwiedziłam również ziemię kłodzką, a tam - popularne uzdrowiska: Polankę, Duszniki, Kudowę u podnóża Gór Stołowych, żeby poznać tamte strony. W Tatrach odczuwałabym zbyt boleśnie brak towarzysza wielu wypraw taternickich przez blisko 10 lat - profesora R.M.

Ale czas leczy wszelkie rany - po kilku latach wyjeżdżałam znów do Zakopanego i robiłam w Tatrach wycieczki, już nie linowe, ale ubezpieczone klamrami, na szczyty: Granaty, Orlą Perć, Świnicę i kilka innych, których już nie pamiętam. W miarę upływu lat moje ambicje turystyczne znacznie malały, ostatnio zdobywałam już tylko takie szczyty jak Czerwone Wierchy, Gęsia Szyja itp., odbywałam też długie wędrówki z przejściami przez przełęcze, np. różne odcinki ścieżki nad Reglami, Długi Upłaz w Tatrach Zachodnich itp. Od dawna już towarzyszami w moich wycieczkach byli ludzie młodsi o 10-20 lat, ponieważ ludzie mojego pokolenia przeważnie już nie żyli albo chodzili najwyżej na małe spacery. Miłość do Tatr i wędrówek górskich starałam się rozbudzić w moich współpracownikach w Katedrze - w latach pięćdziesiątych zorganizowałam wycieczkę całego zespołu do Zakopanego. Odbyliśmy wtedy razem piękną wędrówkę popularną trasą przez Halę Gąsienicową, Zawrat, Pięć Stawów do Morskiego Oka. Po tej wycieczce kilka osób nabrało zamiłowania i zaczęło wędrować po górach, a do tego właśnie dążyłam. Ceniłam i lubiłam nie tylko wędrówki w górach, ale wszelką turystykę pieszą z uwagi na bezpośredni kontakt z żywą przyrodą (drzewa, kwiaty na łąkach, czasem jakiś zwierzaczek) i niezapomniane piękne widoki - na wzgórza pokryte lasami, a w dalszej perspektywie wysokie szczyty często ośnieżone, polne ścieżki, porosłe ziołami, przecinające zbocza wzgórz.

W późniejszych latach rozbudziło się we mnie zamiłowanie do zwiedzania zabytków architektury w naszych miastach. Lubiłam oglądać stare kościoły, zamki, pałace (niestety, jest ich coraz mniej), zabytkowe kamieniczki na rynkach miast i miasteczek. Wielką pasją mojego życia były zawsze podróże - nie tylko zagraniczne, ale i po kraju. W latach sześćdziesiątych otrzymałam urzędowy przydział samochodu, wykupiłam Wartburga, w czym pomogła mi niewielka kwota, jaką pozostawiła mi Matka, zrobiłam prawo jazdy i zaczęłam podróżować po Polsce, głównie z zaprzyjaźnionym małżeństwem W. i Cz. Z. Nie byłam nigdy dobrym kierowcą, ponieważ w zbyt późnym wieku zaczęłam uprawiać ten sport, ale na niezbyt zatłoczonych szosach i autostradach dawałam sobie nieźle radę, zwłaszcza jeżeli siedział koło mnie dobry pilot i kierowca, np. dyr. Zachotny. Potrafiłam w ciągu jednego dnia przejechać z Łodzi do Gdańska lub do Zakopanego - kiedyś nawet tylko w towarzystwie młodszych koleżanek, nie znających się na prowadzeniu samochodu. Dzięki tym podróżom Wartburgiem poznałam dość dobrze prawie cały nasz kraj.

O moich służbowych podróżach zagranicę pisałam już poprzednio; dzięki nim zwiedziłam prawie całą Europę Zachodnią i Południową, byłam też na Wschodzie, w Związku Radzieckim (Wilno, Ryga, Moskwa, Leningrad), a także Gruzja (Soczi, Tbilisi). Wspomniałam też o dwumiesięcznym naukowym pobycie w Wiedniu. Zatrzymałam się wtedy w domu rodzinnym zaprzyjaźnionego jeszcze od 1937 r. prof. Friedricha Kuffnera. Potem byłam zapraszana przez żonę profesora co kilka lat do ich domu, do Wiednia. Podczas jednego z tych pobytów, w 1977 r., wybraliśmy się samochodem kolegi Kuffnera w piękną podróż po Austrii, m.in. do Salzburga i Innsbrucku, zwiedzając po drodze miasteczka i doliny pięknego Tyrolu. W jednej z uroczych miejscowości, położonych już dość wysoko u stóp Alp, zatrzymaliśmy się przez kilka dni w małym tyrolskim hoteliku. W 1980 r. odbyliśmy znów piękną wspólną podróż, tym razem zwiedzaliśmy Alzację (Strassburg) i Niemcy Zachodnie (Monachium, Norymberga). Poznałam Jezioro Bodeńskie, położone na granicy Niemiec, Austrii i Szwajcarii, oraz niewielkie, uroczo położone jezioro Titi w Szwarzwaldzie.

W ciągu roku akademickiego, w wolne wieczory, których miałam bardzo niewiele, ponieważ zazwyczaj pisałam publikacje czy przygotowywałam się do wykładów, chodziłam czasem do kina (unikając sztuk amerykańskich), rzadziej do teatru. Większość dobrych sztuk znalom sprzed wojny, nowoczesnych nie byłam ciekawa. Brałam dość często udział w spotkaniach towarzyskich w zaprzyjaźnionych domach i przyjmowałam gości u siebie, zwłaszcza lubiłam godziny przygotowywania jakichś przysmaków (to wszak jest także chemia). Na lektury tygodników polityczno-kulturalnych czy książek pozostawało bardzo niewiele czasu - czytałam je głównie podczas wakacji. Chemia organiczna rozwijała się po wojnie tak lawinowo, że czytanie literatury fachowej, aby być "na bieżąco" - co uważałam za obowiązek profesora - pochłaniało dużo czasu, często zabierając godziny życia prywatnego. Stąd literaturę piękną trzeba było bardzo ograniczać, najchętniej czytałam wtedy biografie uczonych, pisarzy, aktorów. Mogę jednak powiedzieć, że znam dość dobrze literaturę drugiej połowy XIX i pierwszej połowy XX wieku, a także literaturę francuską, przynajmniej wybitniejsze pozycje tych samych okresów. Jeszcze w czasach gimnazjalnym, potem w okresie studiów i w pierwszych latach pracy naukowej - aż do doktoratu - czytałam bardzo dużo, z różnych dziedzin i do późnych godzin nocnych. Było w tym może i trochę próżności czy snobizmu, podobnie jak z uczęszczaniem na poranki muzyczne i koncerty.

Mojemu pokoleniu przyszło żyć w bardzo trudnym czasie: z możliwości jakiejkolwiek pracy twórczej i rozwijania kultury skreślone zostały, i to w najwydajniejszym okresie życia, lata wojny i czarnej nocy okupacji, a potem następne 4-5 lat poświęconych organizowaniu nauki, dydaktyki, pisania podręczników. Żyliśmy i działaliśmy w okresie, kiedy nie było prawie niczego prócz entuzjazmu do pracy. Po tych kilkunastu straconych latach, często z nadwerężonym zdrowiem wskutek przebywania w obozach i w oflagach, niełatwo było mojemu pokoleniu sprostać wszystkim obowiązkom naukowym, zawodowym, społecznym i kulturalnym.

W nauce - być może - wiele nie osiągnęłam; znaczące wyniki były nieliczne, oryginalne prace doświadczalne były na średnim poziomie europejskim. Kiedyś profesor Achmatowicz - mój starszy kolega, wybitny uczony, chemik-organik, takie oto wypowiedział słowa: "wyrastanie wybitnych uczonych jest możliwe tylko w kraju o licznym i mocnym środowisku naukowym na średnim poziomie". W tworzeniu tego środowiska widziałam swoje miejsce w życiu.

Miałam to szczęście, że mogłam wykształcić i wychować dość liczną (jak na możliwości istniejące na Wydziałach Farmaceutycznych w Polsce) kadrę samodzielnych pracowników nauki - pięciu profesorów, jednego docenta. Mam podstawy by sądzić, że Oni pójdą dalej i osiągną więcej, rozwijając częściowo również i moją tematykę, a ich badania, prowadzone z młodymi współpracownikami, osiągną liczący się poziom naukowy.

Dużo radości dawała mi zawsze pamięć i życzliwość, okazywana przy każdym spotkaniu przez moich byłych studentów, pracowników tak bliskiego mi zawsze zawodu farmaceutycznego, najczęściej - pracowników aptek. Wspominali często o znaczeniu moich wykładów w ich życiu, a szczególnie - różnych refleksji o życiu: co w nim najcenniejsze, do czego należy dążyć, jakie znaczenie dla drogi życiowej mają sprawy emocjonalne. Cytowałam pisarzy i często mówiłam o cechach charakteru wybitnych uczonych.

Kiedy na zachodzie mojego długiego już życia spoglądałam wstecz na minione lata, myślę, że było ono bogate, pełne treści emocjonalnej i intelektualnej. Było w nim wiele godzin i dni trudnych, ale też wiele radosnych przeżyć. Na zakończenie chciałabym powiedzieć, że wiele satysfakcji i radości daje pasjonująca praca, szeroki zakres zainteresowań i oddani przyjaciele.

Trzeba w ciągu całego życia przede wszystkim dawać jak najwięcej z siebie i to w każdej dziedzinie życia, na każdym jej odcinku - życzliwość ludzi, która potem przychodzi, rozsłonecznia zachód życia promieniami ciepła i pogody.

Zofia Jerzmanowska

Przypisy

1. Prof. K. Smoliński zginął śmiercią tragiczną z rąk gestapo, rozstrzelany w 1843 r. w Warszawie na Pawiaku.

2. Prof. B. Koskowski był głównym organizatorem i współtwórcą Wydziału Farmaceutycznego U.W: (jedynego Wydziału w II R.P.). Jest autorem znakomitych podręczników i monografii z zakresu farmacji aptecznej (stosowanej).

3. Prof. L. Hirszfeld (1884-1954) jest autorem ciekawej autobiografii Historia jednego życia.

4. Włodzimierz Koskowski był synem prof. Bronisława Koskowskiego, jednego z najbardziej zasłużonych profesorów farmaceutów XX w.

5. Prof. Späth wprowadził wtedy priorytetowo (stosowane później w Niemczech i Szwajcarii) ogrzewanie palnikami gazowymi piecyka oszklonego, w którym umieszczano rurkę 3-kulkową z substancją i w toku sublimacji jedna lub dwie kulki znajdowały się na zewnątrz piecyka; w nich gromadził się sublimat (destylat).

6. Stefania Kłosówna, zmarła na gruźlicę wkrótce po ukończeniu studiów.

7. Prof. Zawadzki był ojcem Tadeusza Zawadzkiego, bohatera Polski Walczącej, dowódcy batalionu "Zośka". Tadeusz Zawadzki walczył w Szarych Szeregach, w Grupach Szturmowych. Zginął 20.III.1943 r. w brawurowym ataku na posterunek żandarmerii niemieckiej pod Wyszkowem.

8. Prof. dr Osman Achmatowicz, chemik-organik, członek rzeczywisty PAN, prof. chemii organicznej P.Ł. (1945-1953), rektor P.Ł., następnie (1953-1989) prof. chemii organicznej U.W. Wiceminister Nauki i Szkół Wyższych, Radca do Spraw Kultury w Ambasadzie Polskiej w Londynie (1964-1969), obecnie na emeryturze.

9. Prof. inż. Paweł Prindisz, profesor P.Ł., pionier rozwoju technologii włókna, kierownik Katedry Włókiennictwa II (1947-1965). Był wówczas dyrektorem Zakładów Przemysłu Bawełnianego N1, największych zakładów bawełnianych w Polsce (przed wojną fabryka Scheiblera-Grohmanna). Przyjął mnie ogromnie miło w swoim gabinecie przy ul. Targowej. Prof. Prindisz był założycielem, a następnie wielce zasłużonym przewodniczącym Z.G. Stowarzyszenia Włókienników Polskich.

10. W późniejszych latach, kiedy wprowadzano "kierunki" na studiach i w związku z różnymi reformami programu, kiedy nie miałam już na to wpływu, obcięto łączną ilość godzin z chemii organicznej o ok. 24%.

11. Mając w pamięci okres własnych studiów na P.W., kiedy to złe, nieodtwarzalne przepisy powodowały w jakimś sensie niemoralne zabiegi dosypywania finalnego produktu syntezy do zadania, które nie wychodziło (np. barwnik indygo), postanowiłam stworzyć studentom takie warunki pracy, aby nie mieli żadnego powodu do łamania jakichkolwiek zasad moralnych. Oswajanie się z brakiem etyki nawet w sprawach drobnych może być szczególnie niebezpieczne dla przyszłych postaw moralnych pracowników zawodu farmaceutycznego i lekarskiego.

12. Spośród syntetycznych pochodnych flawonu największe zastosowanie znajduje Venoruton trój(hydroksyetylo)rutyna, szczególnie w leczeniu zaburzeń krążenia żylnego i obwodowego.

Aneks

Doktoraty przygotowane pod kierunkiem prof. Zofii Jerzmanowskiej:

a) Pracowników Katedry Chemii Organicznej Wydz. Farm. A.M.

1. Stanisław Bitny-Szlachto - Synteza nowych sulfamidowych pochodnych mocnika ż tiomocznika (1951 r. - dr n. farm.).
2. Maria Jaworska-Królikowska - Synteza kwasu fenyloetylenotrójkarboksylowego i jego azotowych pochodnych (1951 r. - dr n. farm.).
3. Jerzy Sykulski - Euparyna i jej przemiany chemiczne. O dimeryzacji i polimeryzacji euparyny (1951 r. - kand. n. farm.).
4. Maria Michalska - Badania nad syntezą glikozydów polihydroksyflawonów (1958 r. - kand. nauk chem.).
5. Jan Bartoszewski - Kondensacja symetrycznych dwuarylotiomoczników z chloroacetonem (1960 r. - dr n. farm.).
6. Jadwiga Grzybowska - Flawonoidy w kwiatostanach kocanki piaskowej, Helichrysum arenarium (1960 r. - dr n. farm.).
7. Lucyna Pijewska - O reakcji kondensacji alfa-ketonokwasów z malonianem etylu (1960 r. - dr n. farm.).
8. Krzysztof Kostka - Reakcja amin z estrami kwasu chroniono-2-karboksylowego (1961 r. - dr n. farm.).
9. Bohdan Podwiński - Synteza C-3 pochodnych flawonu - niektóre ich przemiany, Badanie trwałości pierścienia gamma-piropu w obecności amin (198 r r. - dr n. farm.).
10. Zdzisław Bilewicz (Studium doktoranckie) - Synteza pochodnych i analogów naturalnych flawonów (1967 r. - dr n. farm.).
11. Jerzy Kamecki - Analiza składu chemicznego kwiatostanów jarzębu pospolitego Sorbus aucuparia L. (1971 r. - dr n. farm.).
12. Włodzimierz Basiński - Reakcja pochodnych chromonu flawonu i ich prekursorów z hydroksyloaminą (1975 r. - dr n. farm.).
13. Piotr Maib - Reakcja pochodnych chromonu z niektórymi odczynnikami nukleofilowymi (1982 r. - dr n. farm.).

b) Pracowników innych placówek

14. Zofia Sykulska - Badania alkaloidów ostrzenia pospolitego Cynoglossum off. L. (1962 r. - dr n. farm.).
15. Kazimierz Samuła - Analiza fitochemiczna igieł jałowca pospolitego Juniperus communis L. (1965 r. - dr n. techn. P.Gd.).
16. Ewa Jurkowska- Kowalczyk - Zasady Mannicha w układzie polihydroksyflawonu i niektóre ich przemiany (1968 r. - dr n. farm.).

Ponadto byłam formalnym promotorem (pomagałam w redagowaniu rozpraw) w pięciu przypadkach, kiedy nie byłam kierownikiem badań pracowników innych placówek:

1. Stefan Grudziński (1960 r. - dr n. farm.).
2. Tadeusz Tkaczyński (1960 r. - dr n. farm.).
3. Barbara Zajączkowska (1966 r. - dr n. farm.).
4. Kazimierz Pilek (1963 r. - dr n. farm)
5. Stefan Groszkowski (1963 r. - dr n. farm.).

Habilitacje przeprowadzone pod opieką naukową prof. dr Zofii Jerzmanowskiej.

1. Maria Królikowska - Składniki ziela świetlika łąkowego Euphrasia rostkoviana Hayne (1966 r. - dr hab. n. farm.). Obecnie profesor - Kierownik Zakładu Farmakognozji Wydz. Farm. A.M. w Łodzi.
2. Jerzy Sykulski - Studium reakcji glikozydowania w klasie aminoflawonidów (1966 r, - dr hab. n. farm. ). Obecnie profesor - Kierownik Zakładu Farmacji Stosowanej Wydz. Farm. A.M. w Łodzi.
3. Maria Michalska - Synteza i budowa glikozydowych i niektórych alkilowych pochodnych izonitrozoflawanonu (1969 r. - dr hab. n. farm,). Obecnie profesor - Kierownik Zakładu Chemii Organicznej Wydz Farm. A.M. w Łodzi.
4. Lucyna Pijewska - Związki polifenolowe ziela posłonka pospolitego - Helianthemum ovatum (Viv.) Dun. (1974 r. - dr hab. n. farm.). Obecnie Docent w Zakładzie Chemii Organicznej Wydz. Farm. A.M. w Łodzi.
5. Krzysztof Kostka - Działanie odczynników nukleofilowych, a w szczególności amin na układ chromonu i o-hydroksyfenylo-1,3-dwuketony (1973 r. - dr hab. n. farm.). Obecnie profesor - Kierownik Zakładu Chemii Nieorganicznej Wydz. Farm. A.M. w Łodzi, Dyrektor Instytutu Chemii W.F. A.M.
Na Wydziale Farm. A.M. w Łodzi habilitował się ponadto Stanisław Bitny-Szlachto (mój uczeń i doktorant) na podstawie pracy "Reakcje merkaptanów z dwusiarczkami niesymetrycznymi" (1961 r. - dr hab. n. farm.), wykonanej w Instytucie Higieny i Epidemiologii w Warszawie. Obecnie kierownik Zakładu Biochemii W.I.H.E.
[1]  [2]  [3]  [4]  [5]  [6]  [7]  [8] 
Wiw.pl  |  Na bieżąco  |  Informacje  |  Co nowego  |  Matematyka i przyroda  |  Astronomia  |  Biologia  |  Fizyka  |  Matematyka  |  Modelowanie rzeczywistości  |  Humanistyka  |  Filozofia  |  Historia  |  Kultura antyczna  |  Literatura  |  Sztuka  |  Czytaj  |  Biblioteka  |  Delta  |  Wielcy i więksi  |  Przydatne  |  Słowniki  |  Co i gdzie studiować  |  Wszechświat w obrazkach