Wielcy
  Wiw.pl   Na bieżąco:  Informacje   Co nowego   Matematyka i przyroda:  Astronomia   Biologia   Fizyka   Matematyka   Modelowanie rzeczywistości   Humanistyka:  Filozofia   Historia   Kultura antyczna   Literatura   Sztuka   Czytaj:  Biblioteka   Delta   Wielcy i więksi   Przydatne:  Słowniki   Co i gdzie studiować   Wszechświat w obrazkach    
  Jesteś tutaj:   Wirtualny Wszechświat > Wielcy i więksi > Kwartalnik Historii Nauki i Techniki  



"Kwartalnik Historii Nauki i Techniki",
R. 23:1978: nr 3-4 s. 561-592
Tadeusz Kielanowski (1905-1992)
[1]  [2]  [3]  [4]  [5]  [6]  [7]  [8] 
MÓJ ŻYCIORYS NAUKOWY

Zwykły przypadek, najzwyklejszy zbieg okoliczności, jakiś zamiar, który się powiódł albo właśnie nie powiódł, wpływają często w sposób decydujący na życie każdego z nas. Losy ludzi mojego pokolenia, które przeżyło dwie wojny światowe, zależały od kierunku, w jakim przypadek kazał lecieć pociskom karabinowym i odłamkom bomb. Mnie los pozwolił dożyć starości, choć w drugiej wojnie nosiłem nawet mundur polskiego żołnierza, a młodość i wiek dojrzały spędzałem wśród chorych na chorobę zakaźną i zabójczą.

Przypadek wielokrotnie odegrał ważną rolę także w moim życiu, ale wspominam o tym dlatego, że wyboru zawodu przypadkowi jednak raczej nie zawdzięczam. Na odwrót: przypadek wiele razy mnie od pracy we właściwym zawodzie odsuwał i odrywał.

Oto mój życiorys, moja zawodowa biografia, poprzedzona krótkim wstępem i pokazana na tle wydarzeń, których byłem świadkiem lub czasem uczestnikiem.

1. Rodzina. Muzyka, języki obce. Pierwsza wojna światowa. Szkoła i matura we Francji

Urodziłem się we Lwowie 12 września 1905 roku jako drugie dziecko lekarza, Bolesława. Moja matka, Maria, była córką lekarza, dra Leopolda Lityńskiego, który wykonywał swój zawód we własnym majątku ziemskim na zachodnim Podkarpaciu, gdzie podobno trzeba było orać czwórką koni. Jeżeli istnieje atawizm, to stąd pochodzić może moja wielka miłość do gór. Dziadka Leopolda jednak nie znałem, ale dziadek Władysław Kielanowski, którego znałem i pamiętam doskonale, był postacią tajemniczą. Lubił mnie i opowiadał mi o Powstaniu Styczniowym i o jakichś walkach w Paryżu, gdzie mieszkał do roku 1873, ale w domu niemile patrzono na to opowiadania, zawsze przerywane. Ponieważ brat dziadka, Karol, zginął w Powstaniu - pozostała po nim tylko bezcenna pamiątka, fotografia - a dziadek opisywał mi walki w Paryżu, przyszło mi na myśl już po drugiej wojnie, że mógł brać udział w walkach Komuny Paryskiej, lub przynajmniej z nią sympatyzować. To właśnie stało się - być może - przyczyną pewnej tajemniczości, jaka otaczała osobę dziadka, człowieka zresztą tak jak mój ojciec niewierzącego i nie praktykującego, a więc w tej epoce szokującego.

Dom nasz był zamożny mieszczańską zamożnością dziewiętnastowieczną (wiek XIX trwał wszak chyba do 1914 roku), na czym skorzystałem, mówiąc od dziecka, a raczej "od zawsze" po niemiecku i po francusku, dzięki bonom i nauczycielkom, spędzającym z nami cały dzień lub mieszkającym a nas. Jako dziecko rozpocząłem też naukę muzyki i tu od razu pojawia się pierwsza okoliczność, która mogła mnie odsunąć od mojego przyszłego zawodu. Okazało się bowiem, że byłem muzycznie utalentowany, miałem dobry słuch muzyczny i wyjątkową, jak na ten wiek, pamięć muzyczną, że ręce moje były jakby stworzone do fortepianu itd. Pamiętam, że badało mnie szereg coraz ważniejszych i coraz bardziej mnie irytujących muzyków i znawców (wśród nich Jan Gall, mieszkający w tym samym domu, piętro wyżej nad nami), aż... zrobiłem piekielną awanturę (miałem sześć lat) i kategorycznie odmówiłem zgody na uczenie się gry na fortepianie. Zgodziłem się na skrzypce i grałem potem na skrzypcach przez lat kilkadziesiąt, solo, z fortepianem, w kościele w czasie cichych mszy (co za akustyka!), w kwartetach i w orkiestrze symfonicznej (2 lata), poznając na własny użytek cały repertuar klasyczny, nie wyłączając Paganiniego, ale zawsze z uczuciem, że gram źle, bo mam palce źle dla skrzypiec zbudowane i inne wady. Kiedy miałem lat 10, sądzono, że będę wirtuozem, ale kiedy miałem lat 14, rozmawiałem z serdecznym przyjacielem Stefanem Langierem - zginął w Oświęcimiu - i zapewniałem go, że muzyka to czysta forma, że nie ma w niej treści i że nigdy bym życia takiej pustej formie nie poświęcił. Nie zmieniłem zdania do dziś i jest mi obojętne, czy dobrze, czy też źle o mnie świadczy taka niezmienność zdania, przetrwałego z dzieciństwa do starości.

Kiedy się już przedstawiłem, mogę szybko iść dalej. Część Pierwszej Wojny Światowej spędziłem w Grazu, w Austrii, tam chodziłem do gimnazjum i udoskonaliłem niemiecki do perfekcji, ale po powrocie do Lwowa były ze mną kłopoty, bo źle pisałem po polsku, nie mogąc na przykład pojąć, jak można rzeczowniki pisać małą literą. Dzięki jedynej w życiu korepetycji (mój korepetytor kaszlał i miał wkrótce umrzeć na gruźlicę) stałem się szybko dobrym polonistą, ale znowu nie na długo. W roku 1921 wysłano mnie bowiem z grupą 18 prymusów z całej Polski do Nancy we Francji, gdzie w internacie, w bardzo surowej dyscyplinie spędziłem dwa lata i zdałem maturę. Teraz z kolei język francuski, który znałem zresztą, jak wspomniałem, "od zawsze", stał się moim językiem codziennym, a w listach do rodziców zaczęły się pojawiać błędy, surowo przez ojca wytykane i poprawiane.

[1]  [2]  [3]  [4]  [5]  [6]  [7]  [8] 
Wiw.pl  |  Na bieżąco  |  Informacje  |  Co nowego  |  Matematyka i przyroda  |  Astronomia  |  Biologia  |  Fizyka  |  Matematyka  |  Modelowanie rzeczywistości  |  Humanistyka  |  Filozofia  |  Historia  |  Kultura antyczna  |  Literatura  |  Sztuka  |  Czytaj  |  Biblioteka  |  Delta  |  Wielcy i więksi  |  Przydatne  |  Słowniki  |  Co i gdzie studiować  |  Wszechświat w obrazkach