Wielcy
  Wiw.pl   Na bieżąco:  Informacje   Co nowego   Matematyka i przyroda:  Astronomia   Biologia   Fizyka   Matematyka   Modelowanie rzeczywistości   Humanistyka:  Filozofia   Historia   Kultura antyczna   Literatura   Sztuka   Czytaj:  Biblioteka   Delta   Wielcy i więksi   Przydatne:  Słowniki   Co i gdzie studiować   Wszechświat w obrazkach    
  Jesteś tutaj:   Wirtualny Wszechświat > Wielcy i więksi > Kwartalnik Historii Nauki i Techniki  



"Kwartalnik Historii Nauki i Techniki",
R. 23:1978: nr 3-4 s. 561-592
[1]  [2]  [3]  [4]  [5]  [6]  [7]  [8] 
2. Studia prawnicze w Paryżu. Lektury. Polacy w Paryżu lat dwudziestych

Po maturze chciałem studiować medycynę, ale ojciec, koledzy ojca, wszyscy moi koledzy i znajomi we Lwowie, dokąd przyjechałem na wakacje, krytykowali mój zamiar, a nawet wyśmiewali. "Po co ci to? Żeby całe życie cudzą nędzę oglądać? A świat przed tobą otwarty, masz warunki fizyczne (miałem 186 cm wzrostu, co było wówczas wzrostem wysokim), elokwencję, znasz języki, zostań dyplomatą...". Czułem bezsens tych słów, ale nie miałem dość siły charakteru, by im się oprzeć. Wróciłem do Paryża, studiowałem na wydziale prawa i równocześnie w Szkole Nauk Politycznych.

Nie było mi potem łatwo zmienić kierunek studiów, choć zorientowałem się rychło, że błądzę. Prawo, podobnie jak muzyka, wydało mi się formą pozbawioną konkretnej treści; chciałem zostać lekarzem, bo treścią medycyny było w moim pojęciu rzemiosło, przynoszące uchwytne, niedwuznaczne i pożyteczne efekty. W dyskusji na podobne tematy nie broniłbym dziś tak kategorycznych sądów, wtedy byłem jednak młody, a w młodości wszelkie barwy widzi się żywo.

Lata spędzone w Paryżu były ciekawe, nie uważam dziś, by to były lata dla mnie stracone. Chodziłem pilnie na wykłady i wiele przesiadywałem w bibliotece wydziału prawa i położonej niedaleko, za Panteonem, Bibliotece Św. Genowefy. Czytałem klasyków, klasyków filozofii i klasyków historii ruchów robotniczych, którymi zainteresowałem się dość przypadkowo. Poznałem mianowicie nieco starszego ode mnie (bo przygotowującego już doktorat) Władysława Grabskiego i zaprzyjaźniłem się z nim, mimo że - a może właśnie dzięki temu że - poza wysokim wzrostem różniliśmy się zamiłowaniami, temperamentem, charakterem (Władek miał bardzo dobry charakter), planami na przyszłość i wszystkim innym. Grabski, który później zasłynął jako powieściopisarz katolicki - Władysław Jan Grabski - pisał wtedy wiersze (w tym niekończące się wieńce sonetów) oraz dzieło o prekursorze socjalizmu utopijnego, Karolu Fourier. Robił to bardzo sumiennie, dawał mi do czytania dzieła Fouriera, dyskutowaliśmy (mieszkaliśmy obok siebie w tym samym pensjonacie przy ul. Lhomond nr 9) o różnych innych twórcach utopijnego socjalizmu, których prace znajdowałem łatwo w bibliotekach publicznych Paryża i przyznaję, że wrażenie, jakie na mnie, wówczas niespełna dwudziestoletnim młodzieńcu, wywarła ta lektura, było duże i nieprzemijające. Było tym większe, że przygotował mnie niejako do tej lektury już Emil Zola, którego parę książek pochłonąłem jeszcze we Lwowie jako uczeń i że związana z tym była niemała awantura. Powiedziałem na lekcji religii, że czytałem AssomoirNanę Zoli, że jestem zachwycony i poszukuję Germinalu, a ksiądz katecheta kazał mi się z tego spowiadać. Spowiedź była wtedy w szkole obowiązkowa, powtórzyłem spowiednikowi co mi kazano, a on uzależnił rozgrzeszenie od przyrzeczenia, że nie wezmę więcej Zoli do ręki. Nie dałem przyrzeczenia, nie otrzymałem rozgrzeszenia, ale nie było kłopotu, bo wyjechałem właśnie do Francji i spowiedź przestała mnie obowiązywać.

Moje dalsze lektury były chaotyczne, bo czytałem teksty oryginalne, ale nie czytałem komentarzy, ani nawet przedmów do książek, jeżeli takowe były. Poznałem więc dzieła Bakunina i Kropotkina, zachwyciłem się ich szlachetnym anarchizmem, ale nie poznałem dzieł ich krytyków piszących z pozycji socjalizmu naukowego. Rewelacją była dla mnie książka Proudhona o filozofii nędzy (pamiętam, że tytuł dzieła był długi), ale miało minąć wiele lat, zanim się dowiedziałem o ripoście Marksa pod tytułem Nędza filozofii. W pewnym momencie zresztą "odkryłem" atrakcyjność dzieł Woltera i Jana Jakuba Rousseau, czytanych w oryginale, a nie w szkolnych wypisach i czytankach, i pogrążyłem się w wieku osiemnastym, słusznie nazywanym przez Francuzów "le grand siecle".

Mimo że wiedziałem, iż prawo porzucę, chodziłem dalej pilnie na wykłady i pamiętam z nich wiele. Szkoda, że ta forma bezpośredniego obcowania młodzieży z mistrzem przeżywa dziś w Polsce jakiś niezrozumiały kryzys.

Wiosną 1925 roku mogło się wydawać, że moja droga ku karierze dyplomatycznej, wybranej dla mnie przez rodzinę i przyjaciół rodziny, staje się coraz bardziej realna. Kolega mój, a może nawet przyjaciel, Józef Mościcki, z którym studiowaliśmy razem, albo lepiej powiedzieć: z którym spotykaliśmy się popołudniami w Szkole Nauk Politycznych, zaproponował mi na okres letni zastępstwo wicekonsula polskiego w Hadze. Brat jego, Michał, był już dyplomatą, ojciec, profesor Politechniki Lwowskiej, Ignacy, zarabiał mnóstwo pieniędzy za patenty chemiczne, kupowane przez cały świat, i hojnie finansował synów, a Mościccy mnie lubili i kusili karierą w swoim fachu. A jednak odmówiłem i mimo że moja kariera naukowa i w ogóle medyczna miała być znacznie mniej błyskotliwa niż kariera dyplomaty - nigdy tego nie żałowałem. Nawet po maju 1926, kiedy papa Ignacy został prezydentem...

Z okresu moich studiów paryskich godnym zanotowania wydaje mi się jeszcze fakt, że przez dwie kadencje pełniłem z wyboru funkcję sekretarza Stowarzyszenia Studentów Polskich w Paryżu, towarzystwa na poły reprezentacyjnego, a na poły samopomocowego, istniejącego podobno już przed pierwszą wojną, a więc w okresie zaborów. Organizowałem występy polskich artystów (deklamatorki Kazimiery Rychterówny, wiolonczelisty Andrzeja Komorowskiego, pianisty Artura Hermelina i innych, wspólne wigilie, szukałem pracy dla polskich studentów itd. Z okazji obchodzonej przez cały świat XXV rocznicy odkrycia radu wybraliśmy na walnym zebraniu członkiem honorowym Towarzystwa, drugim w jego historii po Maurycym Zamoyskim (nawet kandydatura Władysława Mickiewicza upadła!), panią Marię Skłodowską-Curie; wydaliśmy mnóstwo pieniędzy na druk pięknego dyplomu i poszliśmy do naszej uczonej do domu. Dyplomu nie przyjęła, nie prosiła nas siadać, oświadczając szorstko, że zbrzydły jej hołdy składane obecnie; należało o niej pamiętać, kiedy była młoda i biedna, a nie dziś. Wyszliśmy jak zmyci, żałując, że w roku 1898 nikogo z nas nie było jeszcze na świecie; ja zaś pomyślałem po raz pierwszy, ale nie ostatni w życiu, że gdybym miał zostać w przyszłości uczonym czy profesorem, nie we wszystkim naśladowałbym ludzi skądinąd wielkich i znakomitych.

[1]  [2]  [3]  [4]  [5]  [6]  [7]  [8] 
Wiw.pl  |  Na bieżąco  |  Informacje  |  Co nowego  |  Matematyka i przyroda  |  Astronomia  |  Biologia  |  Fizyka  |  Matematyka  |  Modelowanie rzeczywistości  |  Humanistyka  |  Filozofia  |  Historia  |  Kultura antyczna  |  Literatura  |  Sztuka  |  Czytaj  |  Biblioteka  |  Delta  |  Wielcy i więksi  |  Przydatne  |  Słowniki  |  Co i gdzie studiować  |  Wszechświat w obrazkach