Wielcy
  Wiw.pl   Na bieżąco:  Informacje   Co nowego   Matematyka i przyroda:  Astronomia   Biologia   Fizyka   Matematyka   Modelowanie rzeczywistości   Humanistyka:  Filozofia   Historia   Kultura antyczna   Literatura   Sztuka   Czytaj:  Biblioteka   Delta   Wielcy i więksi   Przydatne:  Słowniki   Co i gdzie studiować   Wszechświat w obrazkach    
  Jesteś tutaj:   Wirtualny Wszechświat > Wielcy i więksi > Kwartalnik Historii Nauki i Techniki  



"Kwartalnik Historii Nauki i Techniki",
R. 23:1978: nr 3-4 s. 561-592
[1]  [2]  [3]  [4]  [5]  [6]  [7]  [8] 
3. Studia medyczne we Lwowie. Społeczny problem gruźlicy. Dyplom, doktorat, asystentura

Moja decyzja porzucenia kariery prawniczej i "dyplomatycznej" była szokiem dla ojca i wielu osób z kręgu znajomych i krewnych we Lwowie. Przestałem być interesujący, stałem się zwykłym sztubakiem rozpoczynającym studia, ale także kimś podejrzanym o bankructwo, bo "bez przyczyny nikt Paryża i kariery nie porzuca". Tylko matka wierzyła we mnie i ja sam wierzyłem w siebie. Lekceważący, protekcyjny, lekko pogardliwy stosunek do mnie tych środowisk moich znajomych i krewnych, które mnie poprzednio niemal honorowały, zbliżył mnie do kolegów ze studiów medycznych, noszących całkiem "prostackie" nazwiska. Oni też, mimo opozycji rosnących w potęgę korporacji akademickich, wybrali mnie niebawem, bo już jako studenta III-go roku, prezesem bratniaka, nazywającego się we Lwowie "Towarzystwem Wzajemnej Pomocy Medyków".

Wspominam o tym w moim życiorysie naukowym dlatego, że wybór ten miał wpłynąć decydująco na całe moje późniejsze życie zawodowe. Jako prezes stałem się bowiem członkiem Senackiej Komisji Zdrowia Młodzieży Akademickiej, pracującej pod pełnym inicjatywy przewodnictwem profesora neurologii dra Henryka Halbana. Na comiesięcznych zebraniach poznawałem syntetycznie, lepiej niż w bratniaku, sytuację materialną i zdrowotną młodzieży akademickiej i przeraził mnie znany mi, ale nie doceniany w swej grozie fakt dziesiątkowania jej przez gruźlicę płuc, czyli - jak jeszcze wówczas mówiono - suchoty. Nie co dziesiąty, ale co piąty student przyjęty na pierwszy rok nie kończył studiów, bo także lżej chorzy, być może uleczalni, musieli studia przerywać, usuwani z domów akademickich, "żeby nie zarażali zdrowych". O suchotach wiedziałem to i owo z opowiadań ojca lekarza, wiedziałem, że ten i ów ze znajomych i kolegów szkolnych na chorobę tę umarł, pisali o niej moi utopijni, dziewiętnastowieczni socjaliści, ale nie wiedziałem, że groza w całej pełni trwa!

Profesor Halban wysunął projekt stworzenia osobnego domu akademickiego dla lżej chorych na gruźlicę, chcących i mogących kontynuować studia. Wyśmiano go, że nikt w takim domu, takim nowoczesnym "leprozorium", nie zechce mieszkać, ale Halban uparcie dążył do realizacji swojej myśli i przy pomocy jednego z moich poprzedników na stanowisku prezesa Wzajemnej Pomocy Medyków, dra Stanisława Hornunga, stworzył go w roku 1934. Nie wiedziałem oczywiście wtedy, że moją rolą, moim zadaniem stanie się doprowadzenie tej sprawy do końca i rozpropagowanie jej za granicą.

Na złość całemu światu zdawałem wszystkie egzaminy na piątki i ukończyłem studia w najkrótszym możliwie terminie, w pierwszej promowanej grupie. Wśród kolegów ze studiów - a moje stosunki z nimi układały się bardzo dobrze, nawet serdecznie, w tym także z kolegami Ukraińcami i Żydami - miałem opinię "lewicującego liberała", bo nie byłem korporantem i nie podobały mi się korporacje. Jakieś związane z tym nieżyczliwe komentarze musiały dojść do konsulatu włoskiego, bo kiedy w roku 1929 zamierzałem wyjechać z rodzicami do Włoch (chodziło mi głównie o włoskie Dolomity), odmówiono mi wizy. Pomogła dopiero interwencja profesora chirurgii, Tadeusza Ostrowskiego, w którego domu byłem częstym gościem i który zapewnił, że jestem "chłopcem z bardzo dobrej rodziny". Przypominam, że we Włoszech rządził już wtedy Mussolini.

Po dyplomie pozostałem wierny zainteresowaniom i rozpocząłem bezpłatny staż na internie w szpitalu, z przydziałem na salę gruźliczą. Boleśnie przeżywałem śmierć młodych pacjentów na gruźlicę prosówkową, albo tak zwane wówczas suchoty galopujące; byłem pełny pomysłów terapeutycznych i badawczych, ale atmosfera szpitalna nie sprzyjała nawet dyskusji nad nimi. Ordynator zajmował się historią medycyny i wpadał na oddział najwyżej raz na tydzień na chwilę, a jego zastępca, przemiły lekarz, do niedawna członek zespołu drużyny piłkarskiej Pogoni, która cztery razy z rzędu zdobywała mistrzostwo Polski, nie rozmawiał w ogóle na tematy medyczne. Po błyskawicznym obchodzie grał w szachy i dyskutował chętnie na temat przyczyn upadku poziomu polskiego piłkarstwa. Zajmować się leczeniem gruźlicy - jego zdaniem - nie było warto, bo prątek otoczony jest jak czołg pancernym płaszczem i nie jest, a także nigdy nie będzie wrażliwy na żadne leki. Ciężko chorzy umrzeć muszą, a lekko chorzy mogą jechać .do Zakopanego, jeżeli mają za co; "ja im podróży nie opłacę, szach królowi".

Zgnębiony, zbuntowany, szukałem innych bogów i dowiedziałem się, że jest wolny etat asystenta anatomii patologicznej. Nie miałem trudności w otrzymaniu go, nie było nawet kontrkandydata, rozpocząłem więc pracę na stanowisku może nie wymarzonym, ale interesującym i miałem spędzić w Zakładzie dobrych i mniej dobrych lat sześć.

Kierownikiem Zakładu był profesor Witold Nowicki, człowiek wówczas niewiele ponad pięćdziesięcioletni, a więc nie stary, ale mimo to zrutynizowany, niechętny nowinkom. Nie chciałbym, aby to określenie było rozumiane jako obraźliwe, by rzucało cień na pamięć o człowieku, od którego nauczyłem się wiele, a który wraz z synem poniósł śmierć z rąk hitlerowców. Muszę jednak pisać prawdę, a prawdą jest, że Nowicki najwyżej cenił porządek, klasyfikację, jasność, mnogość materiału. Nie lubił natomiast tego, co w nauce jest takie istotne, mianowicie podawania w wątpliwość tego, co pozornie jasne i uporządkowane; nie lubił prób odmiennych spojrzeń czy klasyfikacji, wreszcie niczego, co by przekraczało granice morfologii opisowej, a wkraczało w dziedziny pokrewne, choćby nią była patologia czynnościowa.

Z kilkunastu prac, które wykonałem i ogłosiłem w czasie sześciu lat spędzonych w Zakładzie Anatomii Patologicznej, większość dotyczyła gruźlicy i była oparta na bogatym ówczesnym materiale sekcyjnym. Niestety, nie wszystkie spostrzeżenia pozwalał mi profesor publikować, a nawet opracowywać. I tak widziałem na przykład bardzo często zmiany gruźlicze w ścianach oskrzeli zmarłych na gruźlicę płuc i zaczynałem rozumieć znaczenie tych zmian dla mechanizmu gojenia, lub częściej właśnie niegojenia się jam w płucach. Pokazywałem preparaty profesorowi, ale nie chciał ich nawet oglądać, nie zakładał okularów, tylko powtarzał: "to, co się panu wydaje, że pan widzi, to nonsens. W każdym podręczniku przeczyta pan, że w oskrzelach zmian gruźliczych nie bywa". Zniechęcało mnie to do tematu, a nieraz w ogóle do pracy naukowej, a przecież w wypadku oskrzeli miałem rację, jak wykazały prace obce, publikowane znacznie później, po wojnie.

Na szczęście nie był profesor Nowicki złośliwy (a bywają tacy szefowie, bywają!) ani zbyt kategoryczny i pozwolił mi wykonywać badania doświadczalne na królikach, mające na celu wyjaśnienie mechanizmu krwawień w uczuleniach krwotocznych (tzw. zjawisko Shwartzmana). Wyniki, które ogłosiłem po francusku i po niemiecku, dały mi pierwszy sukces naukowy w życiu i stanowią chyba trwałą zdobycz nauki, bo omawiał je obszernie w swojej monografii sam Shwartzman, a znacznie później, bo w roku 1965, całkiem niespodziewanie dla mnie, uczynił to w jednej ze swoich książek Hans Selye, autor nauki o stressie.

Do pomocy przy wykonywaniu części tych prac przyjąłem za zgodą profesora, a na prośbę mojego ojca, studenta III-go roku medycyny Artura Selzera, którego ojciec, lekarz, zginął właśnie tragicznie w karetce pogotowia, zmiażdżonej na przejeździe przez pociąg. Artur okazał się tak miłym, inteligentnym i kulturalnym chłopcem, że dopisałem parę razy jego nazwisko jako współautora pracy. Spotkały mnie za to ataki ze strony coraz agresywniejszych wówczas środowisk antysemickich, które zatruwały atmosferę kraju. Selzer, nakłaniany do tego także przeze mnie, wyemigrował i zasłynął w Stanach Zjednoczonych jako jeden z czołowych kardiologów, profesor w San Francisco. Jego stosunek do Polski jest pełen przyjaźni, a w jego klinice szkoliło się wielu polskich kardiologów.

Wprawdzie nie zerwałem w tym okresie całkowicie z medycyną kliniczną, odbyłem nawet półroczny staż w klinice chirurgicznej i wykonywałem tam liczne zabiegi (operowałem nawet przepuklinę!), ale niepokoił mnie coraz bardziej fakt "grożącej mi" habilitacji z przedmiotu teoretycznego. Postanowiłem więc ukończyć teoretyczną edukację za granicą, a potem poświęcić się już definitywnie pracy w klinice chorób płuc.

[1]  [2]  [3]  [4]  [5]  [6]  [7]  [8] 
Wiw.pl  |  Na bieżąco  |  Informacje  |  Co nowego  |  Matematyka i przyroda  |  Astronomia  |  Biologia  |  Fizyka  |  Matematyka  |  Modelowanie rzeczywistości  |  Humanistyka  |  Filozofia  |  Historia  |  Kultura antyczna  |  Literatura  |  Sztuka  |  Czytaj  |  Biblioteka  |  Delta  |  Wielcy i więksi  |  Przydatne  |  Słowniki  |  Co i gdzie studiować  |  Wszechświat w obrazkach