Wielcy
  Wiw.pl   Na bieżąco:  Informacje   Co nowego   Matematyka i przyroda:  Astronomia   Biologia   Fizyka   Matematyka   Modelowanie rzeczywistości   Humanistyka:  Filozofia   Historia   Kultura antyczna   Literatura   Sztuka   Czytaj:  Biblioteka   Delta   Wielcy i więksi   Przydatne:  Słowniki   Co i gdzie studiować   Wszechświat w obrazkach    
  Jesteś tutaj:   Wirtualny Wszechświat > Wielcy i więksi > Kwartalnik Historii Nauki i Techniki  



"Kwartalnik Historii Nauki i Techniki",
R. 23:1978: nr 3-4 s. 561-592
[1]  [2]  [3]  [4]  [5]  [6]  [7]  [8] 
4. Specjalizacja za granicą: Berlin, Düsseldorf, Paryż (Instytut Pasteura), Anglia

Roczne stypendium Funduszu Kultury Narodowej otrzymałem bez trudności i rok akademicki 1935/36 spędziłem w Niemczech, we Francji i krótko w Anglii.

Pobyt w Niemczech, planowany na miesiące, skróciłem do kilku tygodni, bo atmosfera w tym kraju była już nie do zniesienia. Zwiedziłem w Berlinie słynny Zakład Anatomii Patologicznej Szpitala Charité, pełen pamiątek po Rudolfie Virchowie; zaimponowała mi dokładność i precyzja pracy, a także szacunek dla czasu sił kwalifikowanych. Już wtedy, przed czterdziestu laty, lekarze nie pisali protokołów sekcyjnych, ale dyktowali je stenografistkom albo rejestrowali na dość prymitywnych jak na dzisiejsze pojęcia, ale zupełnie dostatecznie sprawnych magnetofonach, zwanych dyktafonami. Wszystko było nazajutrz czyściutko przepisane na maszynie przez sekretarki.

W Berlinie widziałem przypadkiem zupełnie z bliska Hitlera. Był w kinie na premierze filmu Unsere Wehrmacht w dniu Sylwestra 1935; jego wyjścia oczekiwał przed kinem tak luźny tłumek, że mogłem się przedostać bez trudu do pierwszego rzędu, strzeżonego przez kilku czarno umundurowanych SS-manów. Hitler wydał mi się znacznie niższy niżby wynikało ze zdjęć, a twarz jego, jakże dobrze światu już wtedy znana, była już wówczas uderzająco szaro-blada, bezbarwna.

Zwiedziłem jeszcze zakłady naukowe w innych miastach, po czym zgodnie z planem rozpocząłem pracę u znakomitego specjalisty patologii gruźlicy, profesora H. Huebschmanna w Düsseldorfie. Znałem doskonale prace Huebschmanna, w tym jego książkę, mówiłem dobrze po niemiecku, a to ułatwiło mi szybkie nawiązanie kontaktu z człowiekiem zacnym, łagodnym i mądrym, czyniącym duże wysiłki, żeby wyglądać ostro, sztywno, a więc "stramm", jak na niemieckiego profesora i w ogóle Niemca tej epoki przystało. W rzeczywistości profesor bał się asystentów, studentów, władz akademickich, całego świata. Woził mnie swoim samochodem do różnych szpitali Nadrenii, rozmawialiśmy na różne tematy, ale nie na tematy polityczne, bo i mnie się bał. Raz tylko, pamiętam, śmiał się profesor serdecznie, kiedy zwróciłem w rozmowie uwagę na dziwny dla mnie fakt, że wśród profesorów Akademii Medycznej (nie był to uniwersytet, tylko samodzielna "Medizinische Akademie") jest wielu bardzo młodych i wielu dziwnie starych nauczycieli akademickich. Wyjaśnił mi, że po usunięciu z katedr profesorów Żydów, obsadzono wakanse ludźmi bardzo młodymi (tu się profesor trochę skrzywił) lub profesorami "ekshumowanymi". Ci ostatni - to emeryci, powołani ponownie do pracy, jak np. profesor Czerny, do niedawna czołowy pediatra europejski.

Poza kontaktami z profesorem naukowo w Zakładzie niewiele korzystałem, bo jak tylko profesor Zakład opuszczał, niemieccy asystenci zdejmowali kitle i pozostawali w swoich mundurach SA, które większość nosiła na co dzień, rajcowali i rozchodzili się. Asystenci obcokrajowcy - Holender, Argentyńczyk, dwóch Szwajcarów - rozpoczynali zaraz najczęściej w świetlicy... międzynarodowy turniej pingpongowy. Odniosłem i ja w nim parę międzynarodowych sukcesów sportowych, ale jako że nie po to przebywałem w tym niegościnnym kraju, uzgodniłem z konsulatem polskim w Essen, że skrócę pobyt. Mapy "Grossdeutschland", obejmujące polski Śląsk i Pomorze, wieszane w korytarzu Zakładu, uliczne pochody, wymagające szybkiego uchodzenia w boczne ulice, żeby nie być zmuszonym do pozdrawiania ich "aryjskim ukłonem", złośliwości docenta Randeratha, pierwszego adiunkta Huebschmanna - a potem, w czasie wojny, źle zapisanego przedstawiciela medycyny hitlerowskiej w Krakowie - przyśpieszyły moją decyzję.

W Paryżu, jakże mi dobrze znanym, choć w stosunku do lat dwudziestych zmienionym, zamerykanizowanym, poczułem się od razu dobrze i w domu. W Paryżu miałem zresztą przyjaciół i bliską rodzinę. Było tu gwarno, trochę brudno, ale nikt nigdzie nie maszerował, nie tupał nogami i nie krzyczał "Heil!".

Plan mojej pracy w Laboratoires de la Tuberculose Expérimentale Instytutu Pasteura miałem korespondencyjnie ustalony, przyjęto mnie więc bez żadnych formalności, wyznaczono miejsce w pracowni, przedstawiono komu trzeba, w tym profesorowi Jean Marie Guérin, czyli panu "G" ze szczepionki przeciwgruźliczej BCG, której był współwynalazcą. Był to bardzo surowo wyglądający pan z francuską, dziewiętnastowieczną bródką, patrzący na wszystkich nieufnie, bo każdy nieznajomy mógł być chory na gruźlicę i zainfekować mu szczepy, z których osobiście produkował szczepionkę, rozsyłaną wtedy tylko przez niego na cały świat. Dyrektor Instytutu Pasteura, Louis Martin, w ogóle mnie nie przyjął, nie przyjmował bowiem nikogo; jak się dowiedziałem; bał się grypy, a każdy obcy mógł mu przynieść jakąś złośliwą jej odmianę... Moim bezpośrednim szefem pracowni był Dr Fréderic Van Deinse, naturalizowany Francuz holenderskiego pochodzenia, człowiek łatwy, serdeczny, ludziom życzliwy. Był bardzo pobożny, a w jego pracowni wisiał obrazek Matki Boskiej... Częstochowskiej; będąc w Polsce w roku 1934 na Międzynarodowym Kongresie Przeciwgruźliczym odbył pielgrzymkę do Częstochowy i przywiózł sobie ten obrazek.

Atmosfera pracy w Instytucie pozostawiła mi najmilsze wspomnienia, choć i tam dochodziły echa coraz bardziej napiętej sytuacji politycznej w Europie. Spotykaliśmy się wszyscy, nieraz i trzydzieści osób, profesorowie, asystenci, praktykanci, Francuzi i obcokrajowcy, a także laboranci, w dużej sali na parterze naszego budynku (w tym czasie najnowszego w Instytucie Pasteura), gdzie przygotowane były do sekcji i jałowego pobierania materiału króliki i świnki morskie, padłe w ciągu minionej doby. Była ósma rano, wszyscy czytali już w metrze po drodze z domu poranne gazety, a teraz rozpoczynali z francuskim temperamentem komentarze i dyskusje. Jako że Polska uchodziła wtedy nieomal za sojusznika Niemiec, atakowano ministra Becka i... mnie! Musiałem się odcinać ostro, byle dowcipnie, po czym na całą resztę dnia o polityce zapominano.

Wykonałem w Instytucie piękną pracę na temat bakteriemii gruźliczej u królików i ogłosiłem ją wspólnie z Grekiem Ewangelosem Lukidisem po francusku, a potem po polsku. Skorzystałem z pobytu i pracy w Instytucie pod każdym względem bardzo dużo, tak fachowo, jak i organizacyjnie. Nie tu miejsce na obszerne omawianie różnych wrażeń, które odniosłem, ograniczam się więc do wspomnienia dwóch zasad, które wtedy obowiązywały. Pierwsza to stała współpraca i współobecność całego zespołu, bez wydzielania specjalnych, zamkniętych gabinetów dla szefów, kierowników czy profesorów. Druga to obowiązująca teoretyków, patologów, bakteriologów i innych zasada utrzymywania kontaktu z medycyną kliniczną. Co najmniej raz w tygodniu obowiązywała więc wszystkich wizyta w Szpitalu Instytutu Pasteura. O słuszności tych zasad pozostałem przekonany i nadal trwam przy tym, że inspiracje pomysłów prac z zakresu tzw. teorii medycyny wynosi się z sali szpitalnej.

W innych pracowniach Instytutu Pasteura, zajmujących się odmienną problematyką, poznawałem i znałem wielu ciekawych ludzi. Jednym z nich był Polak z Krakowa, dr Ludwik Gross, który pracował - z przerwami - kilka lat u profesora Konstantyna Levaditiego. W Polsce Gross znany był z tego, że redagował tygodniowy dodatek medyczny w "Ilustrowanym Kurierze Codziennym" ("Ikacu"), a w dodatku tym pisał wiele o sobie i swoich pracach, przy czym w okresie pobytu w kraju umieszczał na samym środku strony zawiadomienie, że "po powrocie z Paryża przyjmuje znowu od 3 do 5-tej". Dokuczano Grossowi, żartowano sobie z niego, bo się uparł, że w etiologii nowotworów odgrywają rolę wirusy. Pamiętam, jak mu autorytety odpowiadały w naszej prasie fachowej, że "jedyne, co wiemy naprawdę o nowotworach, to fakt, że wirusy nie odgrywają w ich etiologii żadnej roli!". A jednak Gross, człowiek prywatnie miły, serdeczny i właściwie skromny, choć uparty - udowodnił później w Ameryce, że miał rację i wyosobnił nawet wirusa, wywołującego w eksperymencie białaczkę u myszy, zdobywając uznanie i sławę.

Postacią godną zapamiętania był też w Instytucie słynny gastronom i fizjolog - profesor Edward Pomian-Pożerski, chętnie widujący Polaków pracujących w Instytucie, żeby z nimi porozmawiać pięć minut po polsku. Po pięciu minutach wyczerpywał się zasób znanych mu słów i przechodził na francuski. Pożerskiego spotkałem znowu po wojnie i należę do tych szczęśliwców, którzy brali udział w bankietach, przygotowywanych w luksusowych hotelach pod osobistym nadzorem profesora - ale to już sprawa wykraczająca poza mój życiorys naukowy.

Stypendystami Funduszu Kultury Narodowej w Paryżu byli - w tym samym czasie co ja - również moi lwowscy koledzy: Wiktor Bross, chirurg, i Piotr Kubikowski, farmakolog. Spotykaliśmy się często, dzieliliśmy się spostrzeżeniami, a w kwietniu 1936 razem... głodowaliśmy, bo w Polsce wprowadzono ograniczenia dewizowe i po prostu nie przysłano nam pieniędzy. Konsulat i ambasada były bezradne, miały własne, podobne kłopoty. Przez cały kwiecień jadaliśmy więc tylko raz na dobę obiad w taniej restauracji, napychając sobie przy okazji kieszenie i teczki chlebem, za który się we Francji w restauracji nie płaci.

Wspólnie z Brossem wysłuchaliśmy w Collège de France całego cyklu wykładów profesora chirurgii René Leriche'a, jednego z twórców, a może w ogóle twórcy chirurgii bólu. Do dziś pozostałem pod ich wrażeniem. Od czasów Leriche'a rozwinęła się farmakologia walki z bólem i zmieniło się chirurgiczne leczenie bólu, ale istnieje czasem wśród lekarzy coś w rodzaju obserwacji bólu zamiast zwalczania bólu. Postawy takiej nie tolerował Leriche i pod tym względem byłem przez całe życie jego wiernym uczniem jako klinicysta i nauczyciel akademicki. Sam Leriche, naukowo na pewno wielki, był fizycznie mały, gruby, miał łysinkę otoczoną zabawnym wianuszkiem włosów; a raczej loczków, a wykładając o tym, jakie bóle znosili jego pacjenci (ranni i amputowani w czasie Pierwszej Wojny Światowej), schodził z katedry i płakał, szlochał, potem wycierał łzy, przepraszał słuchaczy i kontynuował wykład.

Krótki pobyt w Anglii był moją pierwszą wizytą w tym kraju, ale na szczęście nie ostatnią. Zrodzona wówczas sympatia do angielskiej medycyny (i nie tylko medycyny) miała się stać czymś trwałym i jeszcze będę o tym pisał. Tymczasem zaimponowały mi inteligentnie zorganizowane muzea medyczne, świetne instytuty badawcze z miłymi ludźmi, a straszyły szpitale z ponurymi salami na kilkadziesiąt osób. Obok lekko chorych, obok nowo przyjętych, leżeli też najciężej chorzy i codziennie ktoś na tych salach umierał. Jeszcze bardziej przerażał mnie przepisowy chłód angielskich pielęgniarek i wytworna, schematyczna bezosobowość matron, czyli pielęgniarek przełożonych.

Niedobre wspomnienia łączą mi się z rokiem akademickim 1936/37, który spędziłem jeszcze jako asystent anatomii patologicznej, choć oświadczyłem profesorowi lojalnie, że pragnę się poświęcić pracy klinicznej. Profesor miał o to do mnie duży żal, jako że nikogo dotąd poza siostrą swojej żony - dr Heleną Schuster - nie habilitował i liczył na mnie; nasze pożegnanie nie było, niestety, serdeczne, ale nie chciałem spędzać życia wśród zwłok. Wobec tego że odchodziłem, profesor nie chciał wprowadzić w Zakładzie żadnego z drobnych udogodnień, które podpatrzyłem zagranicą, a to także sprawiało mi, oczywiście, przykrość.

[1]  [2]  [3]  [4]  [5]  [6]  [7]  [8] 
Wiw.pl  |  Na bieżąco  |  Informacje  |  Co nowego  |  Matematyka i przyroda  |  Astronomia  |  Biologia  |  Fizyka  |  Matematyka  |  Modelowanie rzeczywistości  |  Humanistyka  |  Filozofia  |  Historia  |  Kultura antyczna  |  Literatura  |  Sztuka  |  Czytaj  |  Biblioteka  |  Delta  |  Wielcy i więksi  |  Przydatne  |  Słowniki  |  Co i gdzie studiować  |  Wszechświat w obrazkach