Wielcy
  Wiw.pl   Na bieżąco:  Informacje   Co nowego   Matematyka i przyroda:  Astronomia   Biologia   Fizyka   Matematyka   Modelowanie rzeczywistości   Humanistyka:  Filozofia   Historia   Kultura antyczna   Literatura   Sztuka   Czytaj:  Biblioteka   Delta   Wielcy i więksi   Przydatne:  Słowniki   Co i gdzie studiować   Wszechświat w obrazkach    
  Jesteś tutaj:   Wirtualny Wszechświat > Wielcy i więksi > Kwartalnik Historii Nauki i Techniki  



"Kwartalnik Historii Nauki i Techniki",
R. 23:1978: nr 3-4 s. 561-592
[1]  [2]  [3]  [4]  [5]  [6]  [7]  [8] 
6. Wojna i okupacja we Lwowie. Praca zawodowa. Los profesorów. Tajne uprawianie muzyki

Wojna stwarza przerwę w każdym niemal naukowym życiorysie i gdybym był tylko pracownikiem nauki, mógłbym zapewne skreślić tych kilka lat wojny i okupacji z moich naukowych wspomnień. Byłem jednak zawsze przede wszystkim lekarzem i wciąż powtarzałem sobie i swoim uczniom, że nawet w klinice, choćby naukowo najambitniejszej i twórczej, pierwszym obowiązkiem lekarza pozostaje zawsze leczenie chorego, drugim szkolenie studentów i lekarzy, a dopiero trzecim - praca badawcza.

Pracowałem jako lekarz całą wojnę, a choć - będąc w mundurze - opatrywałem także czasem rannych lub wizytowałem szpitale polowe, frontowe i ewakuacyjne, pracowałem głównie w swojej specjalności, to jest w szpitalach i klinikach chorób płuc.

"Dom C" szybko uległ likwidacji. Za czasów radzieckich pozostałem asystentem (nazywało się to "ordynator szpitalny") oddziału gruźliczego kliniki (zwanej "fakultecką") Chorób Wewnętrznych Państwowego Instytutu Medycznego we Lwowie. Dziekanem Wydziału Lekarskiego był mój serdeczny przyjaciel - profesor Bolesław Jałowy, z taktem i rozumem likwidujący w zarodku ewentualne konflikty między polskimi lekarzami a nie znającymi zwyczajów i warunków lokalnych akademickimi władzami radzieckimi.

W zasadzie obowiązywała nas praca naukowa, ale w praktyce nie było po temu nastroju; w świecie toczyła się wojna i tylko o niej potrafiliśmy myśleć i dyskutować po wykonaniu podstawowej pracy rozpoznawczej i leczniczej.

Mimo takich czy innych zmian administracyjnych istniał Wydział Lekarski ze swoimi profesorami i asystentami, w mało zmienionym składzie personalnym, bo władze otaczały profesorów szczególnym szacunkiem. Profesor Nowicki martwił się o syna Jerzego, młodego lekarza, który - zmobilizowany w 1939 r. - został internowany przez władze radzieckie. Intensywne starania Nowickiego o zwolnienie syna zostały uwieńczone powodzeniem późną wiosną 1941 roku, ale nikt nie przeczuwał, że miało to mieć dla niego następstwa tragiczne.

W czerwcu 1941 Niemcy napadły na Związek Radziecki i niebawem rozpoczęła się okupacja Lwowa, równie tragiczna jak okupacja wszystkich innych podbitych miast. Katowanie i zabijanie Żydów rozpoczęło się natychmiast. Wydział Lekarski zamknięto wraz z całym uniwersytetem, nas zwolniono z pracy, a kliniki zajęli dla swoich rannych Niemcy.

Na szpital dla ludności chorej na gruźlicę oddano nam budynek przy ul. Teatyńskiej 1, będący kiedyś Zakładem dla Nieuleczalnych im. św. Wincentego à Paulo, a ostatnio więzieniem dla nieletnich. Dyrektorem szpitala został nieprzyjemny lekarz z Trembowli, dr Tomasz W., nie odzywający się nigdy ani słowem po polsku; w roku 1943 mianowano go lekarzem Ukraińskiej Dywizji SS-Galizien i wtedy odetchnęliśmy z ulgą, bo nowym dyrektorem został przezacny kolega dr Grzegorz Czemerys, mówiący równie dobrze i równie chętnie po polsku i po ukraińsku, człowiek wolny od wszelkich nienawiści, przede wszystkim lekarz.

Jako że dr W. był półwiejskim praktykiem i nie miał pojęcia o ftyzjatrii, Hornung został fachowym kierownikiem całości, ja - czymś w rodzaju pierwszego adiunkta ("Oberarzt"), a oddziały prowadzili dr Wojciech Batycki, dr Adam Wróblewski i inni, w tym z początku jeszcze lekarze Żydzi, a wśród nich jeden z seniorów, znakomity ftyzjatra dr Zygmunt Oxner. W doskonałym laboratorium, które udało nam się z biegiem czasu stworzyć, pracował jedyny kolega żydowskiego pochodzenia, któremu udało się wyjść z wojny z życiem dzięki "aryjskim" rysom twarzy i świetnej znajomości niemieckiego - dr Eryk Obständer. Wiele czasu spędzałem z nim na ciekawych rozmowach na wszelkie możliwe tematy; pożywialiśmy się jajkami, przeznaczonymi w zasadzie na pożywki bakteriologiczne, a smażonymi na oleju rycynowym, którego mieliśmy olbrzymie, do niczego poza tym nie służące zapasy. (Olej rycynowy traci w temperaturze smażenia przykry zapach i swoje znane własności farmakologiczne). Odwdzięczałem się za przyjęcia lekcjami religii, dzięki którym kolega Eryk znał teksty polskich, katolickich modlitw aż podejrzanie dobrze. Kiedy Gestapo zabrało z domu Oxnera (o czym doniósł nam jego syn, który zdołał umknąć), poleciałem go szukać na plac Misjonarski, niestety bez skutku, bo były tam tysiące połapanych, pobitych, pokrwawionych Żydów, stojących lub prowadzonych przez policjantów w grupach, czasem leżących na ziemi, załadowanych już na samochody itd. W licznych ogniskach porozpalanych na ulicach płonęły opaski z gwiazdą Dawida i żydowskie dokumenty pracy.

Przez cały okres okupacji trwała rozbudowa i przebudowa naszego szpitala, nazywanego miejską kliniką. Ściągaliśmy do pracy w klinice kogo się tylko dało, żeby mu dać "Ausweis" (dowód zatrudnienia) i dać mu coś zarobić. Przybył więc dr Tadeusz Korzybski, biochemik, później doszedł Mieczysław Wierzuchowski, fizjolog, Oddział Chirurgiczny prowadzili docent Wiktor Bross i dr Stefan Koczorowski itd. Było też wielu młodych lekarzy Ukraińców, serdecznie z nami współżyjących. Moi asystenci Ukraińcy - Jerzy Manacki i Stefania Terszakowieć - byli karani przez dyrektora W. za to, że mówili do mnie po polsku, ale mimo to mówili po polsku nadal. Historie choroby, nota bene, wolno nam było pisać tylko po niemiecku albo po ukraińsku. Moje były ukraińskie, ale mam nadzieję, że mi przyjaciele ukraińscy zechcą wybaczyć jakość języka.

Jako że z poborów szpitalnych nie można było żyć nawet najskromniej, praktykowałem wtedy po raz pierwszy w życiu prywatnie, zarabiając także trochę w naturze w postaci jajek, kur, ryb, ba! - parę razy nawet gęsi. Zdarzyło mi się mieć wśród pacjentów ukraińskiego chłopa analfabetę, który umiał zarabiać mnóstwo pieniędzy hurtowym handlem owocami; dopełniał u mnie odmę, doskonale płacił, ale tytułował mnie... panem kardynałem! Nie miałem pojęcia, skąd mu to przyszło na myśl, kto mu to podsunął, a śmieszyło mnie to tak, że nie potrafiłem mu zwrócić uwagi. Dopiero kiedy zobaczyłem go w poczekalni obok pacjentki Ukrainki, inteligentnej, sympatycznej i dobrze mi znanej, poprosiłem ją, żeby go jakoś pouczyła, nie powodując jednak jego nadmiernego zażenowania. Udało się, ale wspomnienie zostało, bo był to mój najwyższy tytuł w życiu i nawet tytuł magnificencji już mi nie zaimponował w przyszłości.

Nie chciałbym odbiegać nadmiernie od tematu, którym jest mój życiorys naukowy i zawodowy, nie wdaję się więc w opisy okresu wojny i okupacji we Lwowie. Pominąłem wiele, w tym sprawę aresztowania przez hitlerowców lwowskich profesorów, chcę teraz tylko wspomnieć raz jeszcze moich dwu nauczycieli, profesorów Nowickiego i Renckiego.

Nowickiego aresztowano i - jak się potem okazało - natychmiast rozstrzelano wraz z jedynakiem Jerzym, którego krótko przedtem, jak pisałem, z takim trudem zdołał sprowadzić do Lwowa.

Rencki spędził dwa lata w więzieniu radzieckim, nikt nie wiedział dlaczego. Rencki nie był w ogóle politycznie zaangażowany, a zresztą nawet politycznie prawicowo zaangażowanych profesorów władze radzieckie nie dyskryminowały; wszak profesor Bolesław Jałowy mianowany nawet został dziekanem, choć nie miał opinii sympatyzującego z lewicą. Rencki miał jednak wielu wrogów; oskarżono go o spekulacje gruntami i parcelami w Morszynie. O hojności Renckiego na szlachetne cele społeczne, fundowane stypendia itd. prawie nikt, jak pisałem, nie wiedział, bo tak on sobie życzył, natomiast wszyscy znali jego sposób odnoszenia się do ludzi bezpośrednio. Kiedy na przykład moją matkę w czasie walk pod Lwowem we wrześniu 1939 przyniosła w nocy straż pożarna do kliniki, bo dom zaczynał się palić, a matka była porażona i, jak pisałem, w tej klinice okresowo naświetlana - Rencki zrobił rano w czasie obchodu w obecności pacjentki awanturę o to, że przyjęto ją bez jego zgody i wiedzy. Kiedy powiedziałem, że był pożar i dom pod obstrzałem, odparł, iż "trzeba było w takim razie zawieźć do hotelu, a to nie jest hotel". Jedyny raz wtedy, w czasie długiej, śmiertelnej choroby moja matka zapłakała.

Gdy Rencki wyszedł z więzienia w nocy w czerwcu 1941 w czasie walk o Lwów, po napaści hitlerowskiej na Związek Radziecki, nie mogąc się dostać do domu zaszedł do mojego ojca do naszego mieszkania przy ul. Rutkowskiego 23. Tam się nim zajęto (matka moja już dawno nie żyła), umyto go, przebrano w moją czystą bieliznę i tam przenocował w moim łóżku. Sam Renckiego nie spotkałem, bo spędzałem wtedy dnie i noce w szpitalu, opatrując rannych. Jako że go w kilka dni potem hitlerowcy zabrali i rozstrzelali, nie widziałem go już nigdy, a ostatnim spotkaniem pozostało spotkanie z września 1939 przy łóżku mojej umierającej matki.

We wrześniu i częściowo w październiku 1943 przebywałem poza Lwowem, bo groziła większa wsypa grupy AK, której byłem członkiem. Nie byłem więc na pogrzebie przyjaciela Bolesława Jałowego, zamordowanego na ulicy przez ukraińskiego nacjonalistę. Pacjent Ukrainiec, który mi zawdzięczał zdrowie; a może życie, poinformował mnie wkrótce potem, że kolejnymi ofiarami polskimi będą profesorowie Tadeusz Baranowski i Adam Gruca. Starałem się ich przestrzec; Baranowski mało się tym przejął, a Grucy nie było już we Lwowie. Obaj przeżyli wojnę.

Przez cały okres okupacji grałem jeszcze wiele na skrzypcach i ćwiczyłem z uporem klasyczne koncerty D-dur Beethovena, Czajkowskiego i Brahmsa oraz sonaty Beethovena z sonatą zwaną Kreutzerowską, niezwykle piękną nie tylko dzięki reklamie, jaką jej zrobił Lew Tołstoj. Gdyby tak okupacja trwała dwadzieścia lat, byłbym może do czegoś doszedł, ale tymczasem urządzałem w mieszkaniu p. Heleny Bruchnalskiej (przy ul. Zyblikiewicza 5) tajne środowe koncerty muzyki poważnej. Nie tu miejsce na ich opis, już zresztą dokonany i opublikowany [Z okupowanego Lwowa, "Przegląd Lekarski" R. 27:1971 z. 1 s. 109-113], podaję tylko nazwiska artystów, którzy występowali, a liczą się w polskiej muzyce: Felicja Andruchowicz-Międlar - świetna skrzypaczka, Henryk Statkiewicz - znakomity skrzypek wirtuoz, po wojnie profesor konserwatorium w Bydgoszczy, Stanisław Skrowaczeski - wówczas młody pianista i kompozytor, dziś dyrygent światowej sławy, śpiewacy - Andrzej Hiolski i Władysław Malczewski, śpiewaczki - H. Green-Skazowa i Teresa Manasterska, pianista - Jerzy Broszkiewicz, który znakomity talent muzyczny zamienił po wojnie na nie mniej świetny talent pisarski, i inni. Przychodziło na te koncerty do czterdziestu osób, aż pewnego dnia wezwał mojego ojca, który był lekarzem w elektrowni, jego niemiecki szef Roth i powiedział w cztery oczy, zamknąwszy starannie drzwi, że "Niemcy już wiedzą o koncertach w domu pańskiego syna. Pan wie, jacy oni są. Lepiej nich on to zlikwiduje". Tak też się stało, a piszę o tym dlatego, że byli też przyzwoici Niemcy. Był to już zresztą rok 1944.

[1]  [2]  [3]  [4]  [5]  [6]  [7]  [8] 


Wiw.pl  |  Na bieżąco  |  Informacje  |  Co nowego  |  Matematyka i przyroda  |  Astronomia  |  Biologia  |  Fizyka  |  Matematyka  |  Modelowanie rzeczywistości  |  Humanistyka  |  Filozofia  |  Historia  |  Kultura antyczna  |  Literatura  |  Sztuka  |  Czytaj  |  Biblioteka  |  Delta  |  Wielcy i więksi  |  Przydatne  |  Słowniki  |  Co i gdzie studiować  |  Wszechświat w obrazkach