Wielcy
  Wiw.pl   Na bieżąco:  Informacje   Co nowego   Matematyka i przyroda:  Astronomia   Biologia   Fizyka   Matematyka   Modelowanie rzeczywistości   Humanistyka:  Filozofia   Historia   Kultura antyczna   Literatura   Sztuka   Czytaj:  Biblioteka   Delta   Wielcy i więksi   Przydatne:  Słowniki   Co i gdzie studiować   Wszechświat w obrazkach    
  Jesteś tutaj:   Wirtualny Wszechświat > Wielcy i więksi > Kwartalnik Historii Nauki i Techniki  



"Kwartalnik Historii Nauki i Techniki",
R. 23:1978: nr 3-4 s. 561-592
[1]  [2]  [3]  [4]  [5]  [6]  [7]  [8] 
7. Rok 1944. W wojsku. Powstanie Uniwersytetu Marii Curie Skłodowskiej. Funkcje dziekana i rektora. Londyn 1949

W pierwszych dniach października 1944 chodziłem już po ulicach Lublina w mundurze polskiego oficera-lekarza. Co krok spotykałem lwowskich kolegów, również w mundurach, a mimo srogich przestróg podziemnych władz polskich, którym w czasie okupacji podlegaliśmy, nikt z nas nie miał wątpliwości, że należy się brać natychmiast do pracy, każdy w swoim zawodzie i każdy w miarę swoich najlepszych możliwości.

W wojsku byłem i miałem pozostać prawie do końca listopada szefem służby zdrowia podchorążówki, ulokowanej w samym Lublinie, i nie brakowało mi wolnego czasu mimo pewnych zajęć patrolowych i inspekcyjnych, nieraz nocnych, a nawet niebezpiecznych, nakazywanych mi - do dziś nie wiem po co - przez pewnego majora W. W wojsku, w czasie wojny, tuż pod frontem, pytań się nie stawia, ale miałem szczęście i nic mi się nie stało.

Już w pierwszych dniach października odszukał mnie mój kolega ze studiów, dr Edward Grzegorzewski, i zaproponował współpracę przy tworzeniu wydziału lekarskiego zakładanego właśnie uniwersytetu, mającego się nazywać Uniwersytetem Marii Curie-Skłodowskiej. Okazało się, że na tym małym skrawku wyzwolonej dotąd polskiej ziemi jestem jedynym wyszkolonym anatomopatologiem i jedynym lekarzem zdolnym do prowadzenia również wykładów patologii ogólnej. Bez mojego udziału nie można więc było uruchamiać wyższych, klinicznych lat studiów.

Nie wahałem się długo i już nazajutrz rozmawiałem z profesorem Ludwikiem Hirszfeldem, a zaraz potem z rektorem Henrykiem Raabe. Obaj byli ludźmi wybitnymi i odegrali - Raabe w Lublinie, a Hirszfeld we Wrocławiu - dużą rolę w odrodzeniu się nauki polskiej po Drugiej Wojnie Światowej. O ile jednak z Ludwikiem Hirszfeldem, a jeszcze bardziej z panią Hanną Hirszfeldową, bliska współpraca przerodziła się w serdeczną przyjaźń, o tyle stosunki moje z Raabem nie były nigdy, niestety, naprawdę dobre.

Chcę pisać prawdę, chcę przedstawić krótko moje racje, ale nie chciałbym, żeby ktokolwiek sądził, że obwiniam Raabego o cokolwiek. Byliśmy po prostu bardzo często w wielu sprawach odmiennego zdania, a rektor Raabe nie lubił odmiennego zdania. Odmienność zapatrywań wynikała zaś głównie z tego, że studia medyczne były zawsze i muszą być w pewnym stopniu szkołą zawodową, a nie liberalnym studium uniwersyteckim, takim na przykład jak matematyka, zoologia lub którakolwiek z nauk humanistycznych. Przechodząc z roku na rok wyższy, student musi mieć opanowane pewne minimum wiedzy z pewnych dziedzin, np. z anatomii, fizjologii czy farmakologii, bo bez tego nie można go dopuścić do łóżka chorego ani do sali zabiegowej. Rektor Raabe żądał zaś ode mnie jako od dziekana, bym dopuszczał na lata wyższe niejako "na kredyt", bo bez egzaminów, studentów zasłużonych w pracy społecznej, pomagających mu w organizacji uczelni, a na takie wyjątki, zresztą liczne, godzić się nie mogłem ani nie chciałem. Zdarzyło się wreszcie, że Raabe odwołał się od mojej decyzji do Rady Wydziału Lekarskiego, na której posiedzenie przybył osobiście, by bronić swojej sprawy i swego, moim zdaniem źle pojętego, autorytetu rektora. Kiedy jednak przegrał definitywnie, bo Rada Wydziału poparła moje stanowisko, wyszedł, ostatecznie już na Wydział Lekarski obrażony.

Opisałem przed laty wielokrotnie odtąd cytowane i przedrukowywane wspomnienia o pierwszym wykładzie, jaki wygłosiłem 3 stycznia 1945 roku w sali pozbawionej szyb i oświetlonej wciąż gasnącą świecą. Był to na pewno pierwszy wykład medyczny w wolnej, choć jeszcze walczącej Polsce. Byłem w mundurze majora i wszyscy moi słuchacze byli w mundurach, przy czym wielu miało już za sobą służbę frontową; część miała niebawem wrócić na front, gdzie student Aleksander Dawidowicz (dziś docent interny) został ciężko ranny, a student Leopold Jakobson zginął.

W zespole nauczycieli akademickich Wydziału Lekarskiego znaleźli się przedwojenni profesorowie i docenci: Ludwik Hirszfeld, Jan Henryk Lubieniecki, Feliks Skubiszewski, Sergiusz Schilling-Siengalewicz, Jakub Węgierko, zaawansowani pracownicy nauki, których habilitacji przeszkodziła wojna, a którą przeprowadzono zgodnie z przedwojennymi przepisami (ja do nich należałem, a obok mnie koledzy Jerzy Morzycki, Edward Grzegorzewski, Wiesław Hołobut, Tadeusz Jacyna-Onyszkiewicz i kilku innych), oraz młodzi, bardzo zdolni i ambitni lekarze, którzy przeprowadzili postępowanie doktorskie już w Lublinie, potem habilitowali się i zdobyli wysokie pozycje w polskim świecie nauki medycznej. Nie pisząc historii Wydziału Lekarskiego UMCS, ale moje własne wspomnienia, muszę jednak przytoczyć dwa nazwiska ludzi wówczas młodych, lecz zupełnie wyjątkowo ofiarnych i zasłużonych: są to obecni profesorowie Stanisław Grzycki, histolog, i Mieczysław Stelmasiak, anatom.

Przez kilka jesiennych i zimowych miesięcy przełomu lat 1944/1945 pomagali nam, prowadzili kliniki, wykładali dla studentów, chodzili pilnie na posiedzenia Rady Wydziału dwaj profesorowie Wojskowej Akademii Medycznej w Leningradzie: Witold Nowodworski - internista i Zbigniew (nie jestem całkiem pewny imienia) Szacki - chirurg. Obaj byli polskiego pochodzenia, obaj byli generałami brygady w polskich mundurach, Szacki mówił po polsku znakomicie, tak jak my, a Nowodworski niestety słabo. Po wojnie wrócili do Leningradu.

Jak wspomniałem, nie moje właściwe kwalifikacje naukowe okazały się nieodzowne do powstania wyższych lat studiów, ale mój wieloletni staż anatomopatologiczny. Znowu mnie więc jakaś fatalna siła odsuwała od mojego właściwego powołania. Chwilowo nie było na to jednak rady i musiałem w jakiś sposób, graniczący z cudem i nieprawdopodobieństwem, zorganizować ćwiczenia z zakresu anatomopatologicznej sekcji zwłok dla studentów rozpoczynających lata kliniczne. Było o to dlatego tak trudno, że żaden z lubelskich przedwojennych szpitali nie miał prosektorium i w żadnym nigdy zwłok zmarłych nie sekcjonowano. Szpitale były zresztą w ogóle małe i prymitywne i nie miały również pracowni analitycznych; mocz badano w ubikacji, a jeśli uznawano potrzebę innych badań, posyłano materiał do prywatnego lekarza analityka.

Wykorzystując mój oficerski status i mundur stwierdziłem, że w środku dużego dziedzińca Szpitala Ewakuacyjnego przy ul. Wyszyńskiego (dzisiejsza - Sławińskiego) stoi drewniana buda, w której składane są zwłoki zmarłych żołnierzy. Przy pomocy sympatycznego kaprala Władysława Kozaka, który rządził tym przybytkiem, ustawiliśmy tam coś w rodzaju blaszanego stołu i doprowadziliśmy światło, a potem ustawiliśmy żelazny piecyk, nad którym rozmrażaliśmy skamieniałe zwłoki. Kapral "zorganizował" na chirurgii jakieś duże nożyce, a nóż znaleźliśmy w kieszeni zmarłego na dyfterię francuskiego byłego jeńca wojennego. Zakład anatomii patologicznej w Lublinie przechowuje ten nożyk do dziś jako pamiątkę. W tak stworzonych warunkach mogło się przyglądać sekcji około dziesięciu studentów.

Żeby się jednak dostać do owego przybytku nauki, trzeba było staczać dosłownie corridy! Przestrzeń dookoła szopy była bowiem otoczona wysokim drewnianym parkanem, wewnątrz którego czekały na swój los wygłodzone jałówki i krowy, przeznaczone na ubój dla szpitalnej kuchni. Od wchodzących oczekiwały - biedne - pokarmu i niełatwo dawały się odpędzać. I tu, jako torreador, kapral Kozak był nieoceniony.

Ktoś - niestety nie pamiętam, kto, ale niech mu będzie chwała - ofiarował uczelni dwutomowy podręcznik anatomii patologicznej Nowickiego, a ktoś inny piękny komplet histologicznych preparatów anatomopatologicznych. Wydział miał już ze dwadzieścia pięć mikroskopów, starych, cudem gdzieś pozbieranych; ustawiałem pod każdym inny preparat, sadzałem studenta, a potem szedłem od jednego do drugiego i wyjaśniałem. Do jesieni 1945 roku byłem bowiem kierownikiem zakładu i asystentem w jednej osobie, a moja elokwencja i gestykulacja były jedynymi pomocami naukowymi. Kiedy więc w jesieni 1945 roku repatriował się z Wilna profesor Stanisław Mahrburg, witałem go jak zbawcę, przekazując mu "katedrę wraz z inwentarzem". Właściwym twórcą lubelskiej anatomii patologicznej jest więc Mahrburg, a ja byłem tylko partyzantem w najcięższej epoce.

Ale wróćmy do stycznia 1945 roku. Dziekanem mianowano naszego seniora, profesora Jana Lubienieckiego, człowieka wielkiej zacności, świetnego internistę, ale - niestety - dobiegającego siedemdziesiątki, spowolniałego, wciąż chorującego i wciąż pełnego wątpliwości. Rozumowano tak, jakby dziekaństwo było zaszczytem, a nie bardzo ciężkim obowiązkiem, wymagającym zawsze, a już szczególnie w tych czasach, dużych sił, zdrowia, wytrzymałości nerwowej, zdolności improwizacyjnych, fantazji, a więc cech posiadanych raczej przez ludzi młodych. Lubieniecki nie dawał sobie rady; otoczony stosami podań przedwojennych studentów, nie mogących najczęściej, co jest oczywiste, przedłożyć żadnych dokumentów, nie wiedział komu ufać, komu nie, radził się kogo mógł, wreszcie odkładał decyzję do jutra i - co najgorsze - nie uruchamiał zajęć. Doszło więc do tego, że na grudniowym posiedzeniu Rady Wydziału pułkownik Kornel Mikulewicz, komendant Katedry Medycyny Wojskowej, oświadczył, że będzie musiał odesłać do czynnej służby, a więc na front tych studentów, których z frontu odwołano i skoszarowano w Lublinie po to, żeby kończyli studia, a nie po to, żeby próżnowali. Bo wojna trwa! Zapadły wtedy decyzje uruchomienia wykładów natychmiast i udzielenia dziekanowi pomocy. O moim wykładzie z 3 stycznia jako następstwie tych decyzji wspomniałem, dodaję więc tylko, że z prof. Hirszfeldową i drem Grzyckim we troje załatwiliśmy wszystkie dziekańskie zaległości w ciągu trzech dni. A potem, gdzieś od połowy lutego, prof. Lubieniecki nie wychodził już prawie z domu, tylko czasem, kiedy studenci składali się i posyłali po niego dorożkę, jeszcze wykładał; dużo leżał w łóżku, na ulicy czasem tracił przytomność, jeżeli próbował wyjść. Odwiedzałem go w domu, bo do końca roku akademickiego, który przeciągnęliśmy ze względu na późny początek do 31 lipca, wszelkie obowiązki dziekana pełniłem ja, człowiek wówczas niespełna czterdziestoletni, a więc wytrzymały. Profesor Lubieniecki udzielał mi cennych rad i sądzę, że sytuacja była prawidłowa: młodzi powinni działać i decydować, ale zawsze po wysłuchaniu opinii starszych i starych, dokładnie tak jak za czasów antycznej demokracji greckiej.

***

Wojna się skończyła, nie chciałem pozostać w Lublinie na stałe, z przyjezdnych zresztą mało kto chciał. Nie udało mi się przeniesienie do Gdańska (byłem wciąż w wojsku, zależny od decyzji MON), gdzie Grzegorzewski, Morzycki i Abramowicz tworzyli atrakcyjną Akademię Medyczną; pozostałem więc na razie w Lublinie, pełniąc w roku akademickim 1945/46 bardzo aktywnie funkcję prodziekana. W listopadzie 1945 zdemobilizowano mnie, ale jeszcze rok chodziłem w mundurze, z braku cywilnego ubrania. Wykładałem patologię ogólną i wreszcie mój przedmiot właściwy, ftyzjatrię. Kliniką ftyzjatryczną była połowa szpitalnego Oddziału Gruźliczego Szpitala Jana Bożego, odstąpiona życzliwie i ze zrozumieniem przez długoletniego ordynatora, dr Helenę Mysakowską. Było tam więcej niż skromnie, ale można było leczyć odmą, prześwietlać i robić zdjęcia rentgenowskie, a nawet przepalać zrosty metodą Jacoboeusa, w czym dr Mysakowska była mistrzem. Nie miałem, niestety, asystentów lekarzy, angażowałem więc studentów, ucząc ich alfabetu, od badania chorego i pisania historii choroby począwszy. Nie zawiedli mnie, wszyscy zajęli patem wysokie stanowiska w tej specjalności: dr Stanisław Grodzki i dr Kazimierz Podobiński w Lublinie, dr Jan Krupka w Sanatorium Adampol, dr Stanisław Brokman w Białmstoku, dr Jerzy Zdziechowski w Warszawie, Witold Koziejowski na Śląsku itd. Biruta Tomaszunas, później Fąfrowicz, która rozpoczęła studia w Lublinie w 1944 roku, jest dziś kierownikiem Kliniki Chorób Płuc w swoim mieście, ale nie w tym ubogim przybytku z lat czterdziestych, lecz w znakomitym, pięknym, nowoczesnym obiekcie, zaplanowanym i zbudowanym przez profesor Helenę Mysakowską.

We wrześniu 1946 Rada Wydziału wybrała mnie dziekanem jednym głosem przewagi nad moim kontrkandydatem, dziekanem ustępującym. Czekała mnie kadencja niezwykle trudna.

Wydział rozwijał się, krzepł bez wątpienia, ale równocześnie tracił najznamienitsze kadry kierownicze, czyli te osoby, których nazwiska firmowały uczelnię, nadawały jej w opinii kraju rangę. Hirszfeldowie wyjechali zaraz w jesieni 1945 roku do Wrocławia; bakteriolog Ludwik Fleck był uczonym z prawdziwego zdarzenia, ale nie zastąpił Hirszfelda, bo nie miał jego fantazji, jego osobistego uroku. Ignacy Abramowicz przeniósł się do Gdańska, a okulista, który go zastąpił, okazał się tak żenującym nieukiem, że musiałem z nim rozwiązać umowę o pracę (był kontraktowym zastępcą profesora), co było niezmiernie przykre, a co musiałem, niestety, powtórzyć z osobą kierownika katedry psychiatrii, człowiekiem pełnym walorów, ale dypsomanem, a więc pijakiem leżącym co parę tygodni po trzy dni w jakichś najgorszych spelunkach dosłownie pod stołem. Profesorowie Grzegorzewski i Morzycki przenieśli się już w jesieni 1945 do Gdańska, za mojej kadencji Siengalewicz poszedł do Poznania (ubłagałem prof. W. Grzywo-Dąbrowskiego, ażeby dojeżdżał z wykładami z Warszawy), a profesorowie Węgierko i Murczyński do Szczecina.

We wrześniu 1947 wybrano mnie po raz drugi z rzędu dziekanem, na trwającą wówczas zasadniczo rok następną kadencję. Nie było łatwiej, trwały trudności kadrowe, a coraz dokuczliwsze stawały się trudności lokalowe, bo trwająca zbyt długo improwizacja niecierpliwi. Jak to bywa w ubóstwie, pojawiały się spory "rodzinne" między wydziałami, a rektor Raabe nie rozstrzygał ich nigdy na korzyść Wydziału Lekarskiego, który nazywał chętnie "kukułczym jajem uniwersytetu", nie pamiętając widać, że PKWN chciał przede wszystkim tworzyć Wydział Lekarski, bo właśnie lekarzy najbardziej wówczas społeczeństwu brakowało. Ale oto przykład przegranej przeze mnie wojny domowej: kiedy Senat postanowił dzielić budżet uniwersytetu "sprawiedliwie", to jest dotować każdą katedrę jednakową kwotą - tyle samo zoologii, co chemii organicznej, a matematyce i fizyce teoretycznej tyle co chirurgii - wystąpiłem do Ministerstwa Zdrowia (choć uniwersytet podlegał Ministerstwu Oświaty) z prośbą, aby dofinansowywało kliniki ze swojego budżetu. Uzyskałem zrozumienie, zgodę i jakąś sporą na owe czasy sumę w postaci comiesięcznej dotacji. Rektor Raabe - otrzymując zawiadomienie - powiedział jednak wtedy, że "kliniki" ma uniwersytet także na Wydziale Weterynarii i znowu podzielił wszystko "sprawiedliwie", a moje reklamacje w Ministerstwie Zdrowia nic nie pomogły; nie chciano interweniować, tyle innych było wtedy zgryzot. Myślano już jednak o wydzieleniu wydziałów lekarskich z uniwersytetów i nie ma się co dziwić, że nie tylko z tej jednej opisanej tu przyczyny byłem gorącym zwolennikiem wzmiankowanej reformy.

W roku 1947, z mojej inicjatywy, ale staraniem profesora Janusza Sobańskiego, odbyła się w Łodzi trzydniowa konferencja dziekanów wydziałów lekarskich. Przygotowałem na nią mnóstwo zagadnień wymagających przedyskutowania i ogólnokrajowego uzgodnienia, ale ku mojemu osłupieniu... nie zostałem dopuszczony do głosu ani pierwszego dnia, kiedy przewodniczył senior - profesor Jan Glatzel z Krakowa, ani drugiego, kiedy przewodniczył senior - profesor Franciszek Czubalski z Warszawy. Obaj czcigodni dziekani atakowali natomiast bez przerwy w sposób agresywny i nietaktowny (działo się to wszak w Łodzi!) wszystkie powojenne inicjatywy w dziedzinie tworzenia nowych uniwersytetów i nowych wydziałów lekarskich. Prof. Glatzel pouczał nas, że trzeba, tak jak Amerykanie, sypnąć milionami dolarów, pobudować zakłady i kliniki, sprowadzić ze świata znakomite siły i popracować stulecie; wtedy może coś z tego być. Prof. Czubalski - niestety - Glatzlowi basował, ale na szczęście żył jeszcze potem długo i zapewne zmienił zdanie. Trzeciego dnia starsi panowie byli już jednak bardzo zmęczeni, przewodniczył prof. Sobański, otrzymałem prawo zabrania głosu i ku mojej satysfakcji zostałem wysłuchany z zaciekawieniem. Wyjechałem umocniony w przekonaniu, że błędem jest powierzanie trudnych funkcji w trudnych czasach ludziom starym, nawet jeżeli są tak szlachetni i pełni dobrej woli jak Lubieniecki lub w swoim fachu tak znakomici jak Glatzel i Czubalski.

***

Często w tym czasie jeździłem do Warszawy, której opisywać chyba nie muszę, choć wspomnień mam wiele. Podróż z Lublina do Warszawy trwała wówczas całą noc, a wagony nie miały szyb ani nie były oświetlone. Postępem były aluminiowe lampki z szybką, za którą paliła się świeca; ciekaw jestem, czy w muzeum kolejnictwa zostały ich okazy. Między piątą a ósmą rano, przed otwarciem biur ministerstw nie było się gdzie podziać w zburzonym, ciemnym mieście, szczególnie w zimie. Przyjemnie było jednak obserwować szybkie postępy w odgruzowywaniu, uruchamianiu coraz to nowych linii tramwajowych, otwieraniu kawiarenek w parterowej Warszawie, powstawaniu prawdziwych restauracji, a nawet baru przy którejś z bocznic Marszałkowskiej, w którym zawsze były flaki.

Pamiętam generała Michała Rolę-Żymierskiego, bo mnie za udział w wojnie osobiście dekorował w maju 1947 roku. Pamiętam też Bolesława Bieruta, którego spotkałem jeszcze w Lublinie w 1944 roku na uroczystości otwarcia Uniwersytetu, kiedy siedział z początku sam w pustym pierwszym rzędzie krzeseł auli gimnazjum im. Staszica, a rektor Raabe posłał mnie do niego. A potem, znacznie później, wydelegował mnie Raabe do Warszawy na kolację wydaną przez Prezydenta Bieruta w Belwederze ku czci bawiącej w Warszawie pary uczonych Fryderyka i Ireny Jolliot-Curie. W czasie bankietu wznoszono toast po polsku, ja swój wygłosiłem jednak po francusku, za co mi Fryderyk i Irena później serdecznie dziękowali, szczególnie kiedy wspomniałem, że znałem Marię; nie było potrzeby precyzowania okoliczności z dyplomem, które opisałem poprzednio... Irena wyglądała bardzo źle. Nie wiedziałem, że jest beznadziejnie chora na gruźlicę płuc i długo już nie miała żyć. Zakończeniem bankietu było dłuższe przemówienie polityczne Bieruta, wygłoszone znakomicie, piękną polszczyzną, ex promptu, bez kartki.

Pod koniec drugiej kadencji dziekańskiej poznałem blisko wiceministrów, z którymi miałem potem współpracować przez wiele lat. Wiceminister Oświaty Eugenia Krassowska była osobą o silnym charakterze, toteż mimo wzajemnej sympatii dosłownie skakaliśmy sobie do oczu, tak różne bywały nasze opinie i zapatrywania na tematy codzienne, robocze, w gruncie rzeczy drugorzędne. Przekonałem się raz jeszcze, że ludzie energiczni a inteligentni, a taką była Krassowska, walczą o swoje zdanie, ale cenią także przeciwników umiejących walczyć o zdanie przeciwne.

Wiceminister Zdrowia Jerzy Sztachelski był człowiekiem, o którym trudno mi pisać krótko, bo chciałbym napisać tom. Nasze kontakty trwały blisko trzydzieści lat, a na różne tematy, nie tylko medycyny dotyczące, dyskutowaliśmy jeszcze kilka tygodni przed jego śmiercią. Wszystkie hasła i idee socjalizmu i komunizmu, widziane oczyma Sztachelskiego (powiedziałbym "oczyma duszy", gdyby to nie brzmiało zbyt afektowanie, co nie pasowałoby do postaci) i przez niego interpretowane, były dobre, piękne i szlachetne.

Wspominam Krassowską i Sztachelskiego w tym miejscu dlatego, że w czerwcu 1948 roku, kiedy zbliżały się wakacje akademickie, lato, a potem wreszcie wymarzony koniec mojej straszliwie męczącej kadencji dziekańskiej, kiedy świtała nadzieja zajęcia się wreszcie ftyzjatrią, kliniką - zostałem wezwany do Warszawy, gdzie właśnie oni oboje oświadczyli mi, że postanowiono mnie mianować rektorem UMCS. Samochodem ministerialnym (tzw. wówczas "demokratką") jeździłem ruchem wahadłowym między ministerstwami Zdrowia i Oświaty, tłumacząc, że się proponowanej mi funkcji podjąć nie mogę. Wreszcie jednak uległem, kiedy mi powiedziano, że mam jako rektor dbać szczególnie o krzywdzony dotąd Wydział Lekarski; miałem zresztą nadzieję, że do nominacji nie dojdzie, bo wbrew prośbie władz poinformowałem po powrocie do Lublina H. Raabego o planach zmiany na stanowisku rektora, a wiedząc, że Raabe chce kontynuować to, co tak pięknie zaczął - byłem pewny, że Warszawę przekona. Pojechałem więc na długi urlop w Tatry, pogodę miałem świetną, byłem na wszystkich szczytach polskich Tatr (słowackie nie były jeszcze dostępne), na każdym po dwa razy, różnymi drogami.

Wiadomo mi, że Raabe walczył, wiem nawet jak, ale chcę, żeby to poszło w zapomnienie, bo 1 września przyszła nominacja i rozpocząłem znowu pracę, na pewno ważną, zaszczytną i odpowiedzialną, ale znowu uniemożliwiającą mi całkowite oddanie się pracy klinicznej.

***

Byłem rektorem UMCS do czasu wydzielenia wydziałów lekarskich z uniwersytetów. Nie ze względu na wymogi funkcji, bo doświadczenia organizacyjnego i znajomości spraw uniwersyteckich już mi nie brakowało, ale ze względu na panującą wtedy w Lublinie i w kraju atmosferę (tzw. okres błędów i wypaczeń) był to najtrudniejszy okres w moim życiu.

Prorektorem mianowano przedziwną postać - lekarza weterynarii Józefa P. Nie podaję jego tytułów uniwersyteckich, bo mu je później odebrano jako nienależne i wyłudzone; był bardzo ruchliwy i miał reprezentować element polityczny u boku bezpartyjnego rektora, ale dziwne było to jego zaangażowanie, bo pisał na przykład listy do papieża z prośbą o błogosławieństwo (choć nie był katolickiego pochodzenia); lecz to nie była, ani nie jest moja sprawa. Moją sprawą było, iż stale wkraczał w moje kompetencje, a zarazem pisywał niemal co tygodnia długie skargi i donosy na mnie do ministerstw i wszelkich innych władz. Wiele z tych listów mi w Warszawie pokazywano, prosiłem więc, żeby mnie z funkcji rektora zwolniono, ale mówiono, że nie ma o tym mowy i że pan P. może sobie dalej pisać, co chce. Dziś sądzę, że P. był chory psychicznie, ale także, że były już wtedy osoby, które wiedziały, że nie jest on tym, za kogo się podaje. Tak czy owak był to człowiek niebezpieczny i szkodnik.

Pierwszą moją czynnością po nominacji było zwrócenie się z prośbą do Raabego, by mi zechciał pomagać. Zdaje się, iż Raabe zrozumiał, że mu jestem życzliwy, że wysoko cenię jego osiągnięcia i że będę kontynuował wytyczoną przez niego linę rozwojową.

Za mojej kadencji rektorskiej powstał w Uniwersytecie nowy, ważny wydział - Wydział Prawa. Równocześnie z jego kreowaniem został zniesiony Wydział Prawa Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego, co było oczywiście przykre dla jego władz i przyjaciół, ale chyba nie dla większości profesorów, którzy przeszli chętnie do uniwersytetu państwowego, ani też dla młodzieży, która uważała w istniejących warunkach dyplom szkoły państwowej za praktycznie cenniejszy. Dziekanem i organizatorem nowego wydziału został profesor Aleksander Wolter z Krakowa, a bardzo aktywnym działaczem prof. Leon Halban z KUL-u, ostatni potomek zasłużonego rodu Halbanów - syn profesora prawa Alberta, bratanek neurologa Henryka, o którym pisałem.

W lutym 1949 roku byłem po wojnie po raz pierwszy w Londynie jako członek delegacji polskiej nauki medycznej, wraz z profesorami Adamem Grucą, Antonim Dobrzańskim, Mściwojem Semerau-Siemianowskim i Karolem Jonscherem. Widziałem zniszczenia wojenne Londynu, znikome w stosunku do znanych nam zniszczeń miast polskich, spotkałem mnóstwo polskich emigrantów, kolegów, przyjaciół i krewnych; wiele by o tym opowiadać, ale ograniczę się tylko do faktów charakteryzujących epokę.

Wożono nas po Londynie Rolls-Roycem, a ja, jako najwyższy wzrostem, siadywałem koło kierowcy i gawędziłem z nim mile do czasu aż mi powiedział, że był także żołnierzem, ale lubi Niemców, bo to naród dżentelmenów. Powiedziałem mu wtedy, co ja widziałem i co mi nie pozwala podzielać jego zdania i odtąd nie miałem ochoty jeżdżenia obok kierowcy.

Plan wizyty obejmował nawiązanie kontaktów z różnymi lekarzami, w tym z Sir Aleksandrem Flemingiem, odkrywcą penicyliny - człowiekiem, który otworzył nową erę w medycynie. Fleming, wciąż pracujący w swoim skromniutkim laboratorium na najwyższym piętrze St. Mary Hospital, pokazał nam słynną, historyczną płytkę Petriego z przypadkowo rosnącym na niej grzybkiem Penicilium notatum, po czym poszliśmy razem na obiad do stołówki szpitalnej. Przy obiedzie Fleming milczał, o nic nas nie pytał, a moje wysiłki nawiązania konwersacji załamywały się już przy omawianiu pogody. Powiedziałem wreszcie, że mamy nadzieję, iż odwiedzi nas kiedyś w Polsce, na co usłyszeliśmy oschłe: "A po co? W Polsce nie ma nic ciekawego do zobaczenia". Byłem zmrożony, myślałem, że profesor uległ jakimś wrogim nam wpływom propagandowym i milczałem już do końca. Ale Anglicy wyjaśnili mi ze śmiechem, że to typowe, że Sir Alexander jest zawsze taki. Oczywiście ani przygoda z szoferem, ani z wielkim Flemingiem, zresztą Szkotem, nie zmieniły mojej szczerej i trwałej sympatii do Anglików.

W hotelu usługiwał nam prawie stale miły młody człowiek, kelner o nienagannych manierach, Brytyjczyk w każdym calu. Ostatniego dnia pobytu przemówił do nas ów Brytyjczyk... najczystszą polszczyzną i wyjaśnił nam, zdumionym, że miał polecenie (nie wiem od kogo) słuchania i przekazywania treści naszych rozmów, ale że niczego nie przekazał, bo o polityce nie mówiliśmy.

I wreszcie kiedy wracaliśmy samolotem RAF-u, bo cywilnych linii lotniczych jeszcze między Polską a Anglią wtedy nie było, okazało się w dniu wyjazdu, że są tylko dwa wolne miejsca i trzech z nas musiało czekać dwa dni. Po dwóch dniach były znowu dwa miejsca i ja, jako najmłodszy, musiałem czekać... tydzień, wciąż się pytając w biurze, kiedy polecę. Kiedy wreszcie miałem lecieć, ważono mnie i moje skromne walizki wiele razy i wciąż kazano je otwierać i opróżniać z czegoś, bo uznawano je za zbyt ciężkie. Pozbywałem się takich skarbów (na owe czasy! w domu były dzieci!) jak pomarańcze, cytryny, banany i daktyle; wreszcie poleciałem 24-osobowym samolotem pasażerskim RAF-u... sam jeden. Pierwszy i jedyny raz w życiu jako jedyny pasażer.

W Lublinie okazało się, że wiadomość o powrocie do kraju Grucy, Dobrzańskiego i innych, a moim pozostawaniu (nie pozostaniu, ale pozostawaniu przecież) w Londynie już do uniwersytetu doszła i że prorektor P. urzędował już z wielką powagą w moim gabinecie. Było więcej takich, którym wracając do kraju (mimo że kawaler! znający języki i mający dobry zawód!) popsułem humor, ale Sztachelski śmiał się i mówił, że za mnie gwarantował i wiedział, że wrócę.

[1]  [2]  [3]  [4]  [5]  [6]  [7]  [8] 


Wiw.pl  |  Na bieżąco  |  Informacje  |  Co nowego  |  Matematyka i przyroda  |  Astronomia  |  Biologia  |  Fizyka  |  Matematyka  |  Modelowanie rzeczywistości  |  Humanistyka  |  Filozofia  |  Historia  |  Kultura antyczna  |  Literatura  |  Sztuka  |  Czytaj  |  Biblioteka  |  Delta  |  Wielcy i więksi  |  Przydatne  |  Słowniki  |  Co i gdzie studiować  |  Wszechświat w obrazkach