Wielcy
  Wiw.pl   Na bieżąco:  Informacje   Co nowego   Matematyka i przyroda:  Astronomia   Biologia   Fizyka   Matematyka   Modelowanie rzeczywistości   Humanistyka:  Filozofia   Historia   Kultura antyczna   Literatura   Sztuka   Czytaj:  Biblioteka   Delta   Wielcy i więksi   Przydatne:  Słowniki   Co i gdzie studiować   Wszechświat w obrazkach    
  Jesteś tutaj:   Wirtualny Wszechświat > Wielcy i więksi > Kwartalnik Historii Nauki i Techniki  



"Kwartalnik Historii Nauki i Techniki",
R. 23:1978: nr 3-4 s. 561-592
[1]  [2]  [3]  [4]  [5]  [6]  [7]  [8] 
8. Budowa Akademii Medycznej w Białymstoku

Ale ja jednak naprawdę marzyłem o opuszczeniu Lublina, uniwersytetu, chciałem wrócić do pracy klinicznej w dziedzinie ftyzjatrii, gdziekolwiek, choćby w Zakopanem, i mówiłem o tym Sztachelskiemu. Powstanie wydzielonych akademii medycznych powitałem więc z zachwytem.

Propozycja budowania nowej akademii w Białymstoku wydała mi się interesująca, choć nie znałem miasta, o którym znający je sprzed wojny lub obecnie wyrażali się albo z przekąsem, albo ze śmiechem. Pojechałem tam w marcu 1950 r. (do marca urzędowałem wciąż jako rektor UMCS) samochodem Sztachelskiego i zobaczyłem spalone miasteczko, ze spalonym pałacem, którego odbudowę dopiero rozpoczęto, a który miał być odrestaurowany wraz z przylegającą doń dużą dawną szkołą z epoki carskiej, bazą przyszłej akademii. Prymityw szpitali był taki, że w zakaźnym leżały nawet kobiety z mężczyznami na jednej sali ("chorym na tyfus, półprzytomnym albo nieprzytomnym to nie przeszkadza"), a nie wszystkim chorym na internie badano mocz... Lublin, nawet ten, który zastaliśmy bezpośrednio po okupacji w 1944 roku, był w stosunku do Białegostoku europejską stolicą.

Po Białymstoku oprowadzał mnie dr Witold Stasiewicz, kierownik Wojewódzkiego Wydziału Zdrowia, człowiek miły, bardzo kulturalny, a - jak się miałem później przekonać - znakomity organizator i w każdym znaczeniu człowiek bardzo mądry. Kiedy mu oświadczyłem, że moim zdaniem w tym mieście - nie tylko w ogóle nie posiadającym gazowni, ale mającym zupełnie niedostatecznie sprawne wodociągi i tak słabą elektrownię, że się żarówki wieczorem rzeczywiście tylko "żarzyły" - akademii medycznej tworzyć się nie da, posmutniał i zaproponował, abym na pożegnanie pojechał jeszcze zobaczyć w okolicy miasteczko Supraśl, jakoby ciekawe i piękne. Zanim przebyliśmy jednak tych około dziesięciu kilometrów, zobaczyłem coś, za czym tęskniłem boleśnie od wielu lat: prawdziwy, piękny, stary las, przepiękny las puszczy Knyszyńskiej, podchodzącej pod sam Białystok. Poprosiłem o zatrzymanie samochodu i nie wiedzącemu o co chodzi doktorowi Stasiewiczowi powiedziałem: "panie doktorze, a jednak budujemy akademię!". Była to najbardziej romantyczna, najbardziej lekkomyślna, rzekłbym najbardziej polska decyzja w moim życiu. Niemniej Sztachelski powiedział w Warszawie tylko te słowa: "spodziewałem się po panu tej decyzji", a ja sam tej decyzji nigdy nie żałowałem.

Nie będę tu opisywał, jak tę uczelnię budowaliśmy, choć gdzieś, kiedyś warto by to szczegółowo utrwalić na piśmie. Tu notuję tylko, że – oczywiście - nie pracowałem sam, ale na czele gromady kilkunastu lekarzy i lekarek, moich uczniów, absolwentów Akademii Medycznej w Lublinie, ludzi młodych, którzy zdecydowali się jechać ze mną. Władze miejskie, wojewódzkie, komitety partyjne z wojewódzkim na czele, były do idei budowania uczelni ustosunkowane nad wyraz pozytywnie, ale jak to bywa w życiu, nie wszyscy rozumieli, że sprowadzając ludzi z zewnątrz, trzeba także ponosić ofiary, np. dawać im mieszkania. Zapomnijmy jednak o trudnościach.

Pierwszym nauczycielem akademickim, którego pozyskałem do nowej uczelni i nakłoniłem do objęcia kierownictwa katedry anatomii prawidłowej, choć z wykształcenia był magistrem antropologii i doktorem medycyny, był 32-letni wówczas Tadeusz Dzierżykray-Rogalski, dziś znany, wybitny afrykanista paleopatolog. Był młody, pracowity, pełen inwencji i nie tylko zbudował naprawdę piękny zakład naukowy i pełnił funkcje pierwszego historycznie dziekana uczelni, ale zainicjował pierwsze na tych ziemiach prace badawcze, których celem było poszukiwanie grobowców i śladów kultury materialnej wymarłego narodu Jaćwingów. Poszukiwania dały bogaty plon. Pierwszym krajowym Zjazdem Naukowym, jaki się odbył w Białymstoku w oparciu o Akademię, był zorganizowany przez Dzierżykray-Rogalskiego Zjazd Anatomów.

Drugim współpracownikiem, tym razem ochotnikiem, którego nie musiałem namawiać, był biochemik, przyrodnik, botanik, profesor zwyczajny UMCS - dr Witold Sławiński, który objął katedrę biologii, ale poza uczelnią rozwinął od razu żywą działalność naukową i popularyzacyjno-naukową. Niestety, nie mogę tu opisywać kolejnych sukcesów i niepowodzeń w obsadzaniu dalszych katedr, bo piszę swój życiorys, a nie historię uczelni.

Fakt tworzenia akademii medycznej, a więc uczelni akademickiej, w Białymstoku mnóstwo ludzi przyjęło z niewiarą, ze śmiechem, z kpinami, a nawet z pewnego rodzaju złością. Dla wielu ludzi ze środowisk akademickich było rzeczą zaskakującą, że ową inicjatywę rządu i partii, ów niewydarzony - jak mówiono - pomysł realizuje profesor habilitowany, były dziekan i rektor uniwersytetu wprawdzie młodego, ale przecież "prawdziwego"; z istnieniem UMCS już się bowiem na ogół pogodzono. Ktoś wpadł na pomysł, że zostałem przeniesiony do Białegostoku za karę i pytał mnie, co ja takiego w Lublinie zbroiłem. Mnóstwo ludzi zaś sądziło całkiem serio, że białostocka akademia zostanie przy najbliższej okazji porządkowania naszej gospodarki - zlikwidowana.

Cóż mogę o tym dziś, po prawie trzydziestu latach, powiedzieć? Uczelnia nie została zlikwidowana, a jej zakłady naukowe i kliniki należą do najnowocześniejszych i najpiękniejszych w kraju, wychowankowie Akademii zaś nie tylko zmienili oblicze sanitarne ziem północno-wschodnich, ale zajmują liczne wysokie i najwyższe stanowiska naukowe i organizacyjne w całym kraju, nie wyłączając stolicy. A ja w dniach starości wspominam z sentymentem piękno Białostocczyzny, jej lasów, jej surowych zim, oraz czasy, kiedy byłem codziennie przed robotnikami, bo już o piątej rano, na niejednej budowie, a później niejedną cegłę sam kładłem - w przenośni, a czasem dosłownie.

W Białymstoku niemal od początku udało mi się założyć (dzięki pomysłom Dra Stasiewicza, który "zagęścił" administrację) i poprowadzić klinikę ftyzjatryczną. Wprowadzaliśmy kolejno wszystkie nowości diagnostyczne i lecznicze, a po sprowadzeniu ze Szpitala w Hajnówce, spośród pierwszych drzew Puszczy Białowieskiej, zakochanego w niej Dra Adama Dowgirda (później docenta) - mieliśmy już wielką chirurgię płuc oraz odwiedziny i konsultacje czołowych torakochirurgów polskich.

Nadszedł moment w roku 1955, w którym pierwsi absolwenci białostockiej akademii mieli otrzymać dyplomy. Zrozumiałem, że czas już najwyższy, by zacząć żyć normalnie, zająć się swoim lekarskim i nauczycielskim zawodem, coś napisać i coś wydać i przestać stanowić wreszcie tarczę strzelniczą dla zawistnych, intrygantów i psychopatów. Sztachelski obiecał mi więc, że mnie zwolni z funkcji rektora od nowego roku akademickiego i przyjął moje podanie. W dniu wydania pierwszych dyplomów udekorował mnie Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski.

9. Gdańsk. Kierownictwo kliniki. Praca naukowa i społeczna, publicystyka, książki, podróże naukowe. Akademia Nauk Medycznych w Paryżu. Telefon Zaufania. Emerytura.

W marcu 1956 roku objąłem kierownictwo Katedry Ftyzjatrii Akademii Medycznej w Gdańsku, osieroconej przez cenionego przeze mnie organizatora ftyzjatrii polskiej - profesora Michała Telatyckiego. Moja decyzja pozostania już na tym stanowisku na stałe była kategoryczna, nie przyjąłem więc nawet narzucanej mi w dwa lata później, w 1958 roku, dyrektury Instytutu Gruźlicy w Warszawie. Chciałem być, jak pisałem i powtarzam, wreszcie lekarzem i nauczycielem akademickim, a nie administratorem, urzędnikiem.

Dwie osoby spośród dziewięciu lekarzy, zaangażowanych przez Telatyckiego, osoby po pięćdziesiątce, odeszły; młodsi przyjęli chętnie i ze zrozumieniem do wiadomości zasadę, że klinika akademicka to tylko i przede wszystkim dobry szpital. W związku z tym leczenie chorych jest naszym pierwszym obowiązkiem, drugim dopiero - nauczanie studentów, a trzecim - praca naukowa. Drugi i trzeci obowiązek nie mogą nigdy, ani pod żadnym warunkiem, naruszać interesów ludzi, którzy nam swoje życie powierzyli i chcą wyzdrowieć.

Kierownikiem gdańskiej kliniki pozostałem do emerytury, to jest prawie dwadzieścia lat, zrzekając się tylko stopniowo obowiązków administracyjnych na rzecz adiunktów.

Prac naukowych dotyczących głównie (ale nie wyłącznie) gruźlicy wykonano w klinice w tym czasie i ogłoszono drukiem ponad sto, ale nie wiem dokładnie ile, bo ich nigdy nie rachowałem. Były to prace asystentów; mojego nazwiska jako współautora nie dopisywałem. Odbitki tych prac mam zebrane, pięknie oprawione w czerwoną skórę w dwóch tomach. Niemal wszyscy asystenci uzyskali stopnie doktorskie, tak iż mój dorobek jako promotora doszedł do liczby 30. Nie jest to zbyt dużo jak na 31 lat wykonywania profesorskiego zawodu, ale przypominam, że przede wszystkim byliśmy lekarzami i nauczycielami, a ja prócz tego byłem długo dziekanem i rektorem. W oparciu o gdańską klinikę habilitowały się cztery osoby, z tego tylko jeden lekarz będący istotnie i w pełni jej uczniem.

I wreszcie rzecz najważniejsza: w ciągu tych kilkudziesięciu lat, które poświęciłem mojej lekarskiej specjalności - leczeniu gruźlicy i walce z gruźlicą - choroba to przerodziła się z groźnej, zabójczej epidemii w schorzenie o wiele, wiele rzadsze i bardzo dobrze uleczalne; odczułem to tak jak żołnierz odczuwa zwycięstwo, bo nie byłem wprawdzie zwycięskim wodzem jak Selman Waksman, odkrywca streptomycyny, ale szeregowym żołnierzem byłem na pewno. Waksmana poznać miałem osobiście w Konstantynopolu w 1959 roku na Międzynarodowym Kongresie; tym razem wielki uczony i dobroczyńca ludzkości okazał się człowiekiem skromnym, uroczym, który cieszył się jak dziecko, że Rosjanie (mówił wszak płynnie i chętnie po rosyjsku, bo tam się urodził i wychował) zdołali "trafić w księżyc" rakietą z emblematem swojej ojczyzny. Ale nie odbiegajmy od tematu.

W latach od 1961 do 1973 ukazały się cztery polskie i jedno rosyjskie wydanie mojej książki zatytułowanej Propedeutyka medycyny. Miała to być w mojej intencji pierwsza książka studenta medycyny pierwszego roku studiów, coś w rodzaju podręcznika, ale nie do nauki, lecz do przeczytania i przemyślenia. Książka miała powodzenie także u czytelników spoza zawodu i otrzymałem za nią nagrodę I-go stopnia Ministra Zdrowia. Chciałem napisać podobnie ujętą książkę dla studentów kończących studia, ale nigdy się na to nie zdobyłem, choć w zarysie wiem doskonale, o czym w niej będzie mowa. Czyżbym miał stracić nadzieję na napisanie jej już w ogóle?

Tragikomiczna, ale pouczająca jest historia wydania przez pewne wydawnictwo mojej monografii pt. Elementy etiologii gruźlicy człowieka. Problem przyczyn choroby gruźliczej człowieka jest tam przedstawiony oryginalnie, inaczej niż w klasycznych podręcznikach, omówione są nowe dowody dziedziczenia skłonności do tej choroby, oparte na pracy porównawczej, wykonanej równocześnie w mojej klinice i klinice paryskiej profesora Etienne Bernard itd. Niestety, nie zauważyli tego dwaj recenzenci, omawiający ją w fachowej prasie, bo jej nie przeczytali! A nie przeczytali, bo była wydana tak beznadziejnie brzydko, drobnym drukiem na niemal gazetowym papierze. Taka była w roku 1965 oszczędnościowa moda, ale i tak niesumienni byli koledzy recenzenci. Nie chciało mi się wszczynać z nimi polemiki, do jednego tylko (St. H.) napisałem list, zapytując go, czemu nie przeczytał?

Z innych przyczyn nie znalazła pełnego zrozumienia książka o odpowiedzialności uczonych, którą wydałem w roku 1970 i której tez broniłbym do dziś. Jest u nas jednak jeszcze sporo uczonych, którzy pojęcie wolności nauki interpretują - jakby to delikatnie powiedzieć? - bez głębszego zastanowienia się nad tym pojęciem. Wolność nauki to, oczywiście, prawo do interpretowania faktów tak, jak się sądzi, że należy je rozumieć, interpretować i głosić, ale to nie jest równocześnie prawo do prowadzenia takich badań, jakie dyktuje fantazja. Fundusze na badania nie są nieograniczone, trzeba więc dokonywać selekcji tematów, a selekcji nie można, niestety, pozostawić fantazji samego badacza. Moralne oblicze posiadają poza tym nie tylko i dopiero zastosowania odkryć, dobre lub złe ("nożem można krajać chleb albo zabić człowieka" - jak pisał Stanisław Mazur), ale mogą być dobre lub złe już w samej intencji - np. poszukiwanie nowych leków albo poszukiwanie nowych broni ludobójczych.

Dość dużą popularność zdobyła moja książka o śmierci, pod nieco eufemistycznym tytułem Rozmyślania o przemijaniu, wydana w roku 1975 i ponownie w 1976. Książka ta zrobiła mi opinię znawcy zagadnienia śmierci, tanatologa, opinię niekoniecznie przyjemną dla klinicysty, który chce przecież przede wszystkim leczyć. Pojęcie leczenia, jak wyjaśniałem w wielu artykułach w prasie fachowej i ogólnie dostępnej, nie jest jednak synonimem przywracania zdrowia. Ludzi chorych beznadziejnie - a wszyscy raz w życiu przecież beznadziejnie chorujemy - także trzeba leczyć, bo należy zwalczać ich cierpienie, co również jest jednym z podstawowych zadań lekarza.

Sprawą sztuki przynoszenia ulgi cierpiącym fizycznie i moralnie w ostatniej chorobie zajmowała się kierowana przeze mnie klinika przez kilka lat dlatego, że miejsce chorych na gruźlicę zajęli w niej chorzy na nieuleczalnego raka oskrzela (raka płuc). Twierdziłem i twierdzę, że sztuka przynoszenia ulgi umierającym jest niedoskonała, ale mogłaby zostać znacznie udoskonalona, gdyby nie panowała zasada, iż człowiek nieuleczalnie chory zajmuje niepotrzebnie w szpitalu miejsce, na którym można by położyć z pożytkiem (może i ekonomicznym? - bo ekonomia rządzi światem, a nie abstrakcyjna etyka) człowieka uleczalnego. Jest to bardzo brutalna zasada, a niesłuszna tym bardziej, że istnieje wiele innych sposobów rozładowania tłoku w szpitalach.

Tyle o moich publikacjach, a teraz parę słów o moich powojennych kontaktach z Francją i w ogóle podróżach naukowych.

Byłem po wojnie jako profesor kilka razy w Anglii i we Francji, byłem w Turcji, we Włoszech, w Finlandii, nawet w Indiach, ale w sumie podróżowałem mało. Wiele razy rezygnowałem z atrakcyjnego wyjazdu, bo nie zezwalała na to praca w dziekanacie lub rektoracie, a później, kiedy się z prac w administracji akademickiej wyzwoliłem, podróżowali już inni - koledzy, którzy sobie odpowiednie pozycje zdobyli, a zresztą byli dzielni, wartościowi, młodsi.

W roku 1958 byłem kilka tygodni we Francji i zwiedzałem akademickie domy posanatoryjne, założone, jak pisałem, według moich projektów, a nawet regulaminów. Znano mnie tam z nazwiska jako "przodka", bo moje nazwisko było cytowane we francuskich podręcznikach, dziwiono się więc, że nie jestem "starcem z siwą brodą" jak na podręcznikowego mędrca przystało. Byłem w Paryżu, pod Paryżem, w Alpach i na Riwierze (w Vence).

W Paryżu odwiedzałem stare kąty i starych przyjaciół, w tym prof. Van Deinse, pracującego jeszcze (ostatni rok przed emeryturą) w Instytucie Pasteura. Zaprosił mnie na obiad do domu, żeby mi przedstawić syna - lotnika wojskowego, który właśnie wrócił z Algierii, gdzie walczył przeciwko powstańcom. Podzielałem radość rodziców z odzyskania syna i zapytałem młodego lotnika, czy się nie bał. "A czegóż mógłbym się bać" - odpowiedział. "Latałem wszak odrzutowcem, a przeciwko moim karabinom maszynowym mogli Algierczycy wystawiać tylko swoje pięści lub rzucać kamieniami, bo są przecież prawie nie uzbrojeni!". Moja stara miłość do Francji narażona była na ciężką próbę...

Dwa razy wygłaszałem na zaproszenie referaty na posiedzeniach Académie Nationale de Médecine, której członkiem korespondentem wybrano mnie wreszcie w roku 1963 jako wówczas jedynego Polaka w jej składzie i pierwszego Polaka od kilkudziesięciu lat. Wybory były tajne, wszyscy członkowie rzeczywiści (około stu osób) otrzymali francuskie streszczenia moich prac i osiągnięć, w ostatniej jednak chwili okazało się, że moim kontrkandydatem na wakujący fotel jest Amerykanin, Filip Hench, który w roku 1950 otrzymał nagrodę Nobla za wprowadzenie kortyzonu do terapii. Groźny rywal! W tajnym głosowaniu pokonałem jednak laureata nagrody Nobla. Dlaczego? Myślę, że dlatego, że mnie wielu członków Akademii osobiście znało, a jego nie, że ja mówiłem bardzo dobrze po francusku, a on nie i że Amerykanów było zawsze wielu wśród korespondentów zagranicznych, a oto nawinął się egzotyczny Polak. Tak to jest z wyborami do wszystkich akademii nauk świata. Hench otrzymał kolejny wolny fotel.

Z okazji swego 15-lecia, obchodzonego w roku 1972, uczyniła mi paryska Akademia wielki zaszczyt, zlecając wygłoszenie na uroczystym posiedzeniu jednego z programowych sześciu referatów; tytuł mojego referatu brzmiał Le droit à, la santé et le droit d'ętre malade, a jego tezą była obrona społecznych i obywatelskich praw ludzi chorych oraz fizycznie lub psychicznie niedoskonałych. Akademia przyznała mi też nagrodę naukową i dożywotni tytuł jej laureata; moim rewanżem za to było kierownictwo naukowe francusko-polskiego i polsko-francuskiego słownika lekarskiego, opracowanego przez Dra Brunona Neumana. W kraju uzyskałem dwa wyróżnienia, które cenię sobie wysoko: doktoraty honoris causa Akademii Medycznych w Białymstoku (1965) i Lublinie (1975). Cenię sobie także nagrody naukowe i członkostwa honorowe Towarzystw Naukowych, którymi mnie zaszczycono.

Publicystycznie angażowałem się wiele razy w walkach o sprawy, które wydawały mi się słuszne. W latach 1957 i 1958 polemizowałem w prasie z pasją, jeszcze wówczas prawie młodzieńczą, z przeciwnikami legalizacji przerywania ciąży ze wskazań społecznych. Nie po raz pierwszy obserwowałem wówczas stosowanie nieetycznych metod polemicznych przez środowiska mieniące się obrońcami moralności. Nazywano mnie "zwolennikiem przerywania ciąży", choć powtarzałem raz po raz, że jestem zwolennikiem planowania ciąży, a przeciwnikiem umierania kobiet i dziewcząt w następstwie zabiegów wykonywanych nielegalnie, brudno, prymitywnie, przez osoby do tego fachowo nie kwalifikujące się. Nie cofano się też przed innymi oszczerstwami, co przypomniało mi czasy Boya, którego zresztą znałem i radziłem się, próbując kilka lat przed wojną założyć wspólnie z dr Michaliną Pawlukową drugą po Warszawie poradnię świadomego macierzyństwa we Lwowie. Boy nam odradził, kazał czekać, aż poradnia warszawska przełamie lody ciemnoty i złej woli. Nie przeczuwał nieszczęsny Boy, jak długo trzeba będzie czekać.

***

W roku 1965 odwiedziłem w Londynie założyciela pierwszego na świecie telefonu zaufania, jedynego dotąd wartościowego oręża w walce z samobójstwami, rektora anglikańskiej parafii w City - Edwarda Chad Varah. Parafia ta tym się charakteryzuje, że nie ma parafian, bo nikt w tej dzielnicy nie mieszka i rektor może poświęcać się całkowicie swojej specjalności - walce z plagą samobójstw. Zaprzyjaźniliśmy się szczerze z Chad Varah, odwiedzałem go ponownie w Londynie, a on sam był dwa razy w Polsce i pomógł nam założyć w Gdańsku pierwszy polski telefon zaufania.

W gdańskim telefonie zaufania dyżurują pod łatwym do zapamiętania numerem 31 00 00 wyłącznie ochotnicy, a więc ludzie pracujący społecznie, przez nikogo nie opłacani. Tak jak Chad Varah jesteśmy w Gdańsku zdania, że człowiek zrozpaczony, który by poszukiwał porady kapłana (dowolnej religii) lub lekarza (np. psychiatry), łatwo ich znajdzie i poradę uzyska; ale człowiek zrozpaczony szuka nie kapłana czy lekarza, ale przyjaciela, który by go chciał wysłuchać, trudno zaś sobie wyobrazić, by można było być przyjacielem za pieniądze, przyjacielem "zawodowym", opłacanym. W Gdańsku liczni specjaliści, a więc psychiatrzy i lekarze innych specjalności, adwokaci i sędziowie dla nieletnich, działacze społeczni itd., są doradcami organizatorów telefonu, natomiast dyżurują ludzie młodzi i starsi wszelkich możliwych zawodów, jeżeli w okresie próbnym wykażą się zdolnością prawdziwego i szczerego współczucia ludzkim kłopotom, z jakim zrozpaczeni telefonujący się zwracają.

Jako że pisałem życiorys naukowy i zawodowy, a nie życiorys prywatny, prawie nie pisałem, poza wstępem, o moich sprawach rodzinnych i osobistych. Na zakończenie podam nieco danych stylem telegraficznym.

Ożeniłem się w 45-ym roku życia, a więc w wieku o rok młodszym niż mój dziadek Władysław. Żona moja nosi dobrze pasujące do Tadeusza imię Zofii i cierpliwie znosi pewną abnegację życiową charakteryzującą jej zbyt wiele czytającego i pisującego męża. Syn nasz - Maciej - jest prawnikiem.

Doceniałem w życiu znaczenie wypoczynku, rozrywki, wakacji, sportu. Polskę w granicach powojennych przejeździłem samochodem drogami i niemal ścieżkami, poznając kąty i zakątki. Póki mogłem, chodziłem w Tatry, poznając większość dróg turystycznych i niektóre wspinaczkowe, do czego nakłaniał mnie dobry kolega lwowski Stanisław Groński, późniejszy "Mojżesz", tragicznie zaginiony w lodowcach Mont Blanc. W roku 1929 zdobyłem parę łatwych dróg w Dolomitach włoskich w okolicy Corona d'Ampezzo i w Alpach francuskich.

W czerwcu roku 1933 uległem ciężkiemu wypadkowi motocyklowemu z pęknięciem podstawy czaszki. Spieszony, nabyłem już w roku 1934 stary samochód. Na wiosnę roku 1939 uczyłem się wspaniałej sztuki latania na szybowcu w Czerwonym Kamieniu pod Lwowem i gdyby nie wojna, byłbym na pewno pozostał wierny tej sztuce.

Muzyka odgrywała zawsze i odgrywa wielką rolę w moim życiu, ale po wojnie nie mogłem już ćwiczyć ani nawet grać na skrzypcach. Moje gusta muzyczne zmieniały się; moimi bogami byli i Bach, i Beethoven, Rachmaninow, Czajkowski, Prokofiew i Borodin, ale także Ryszard Strauss, wreszcie Igor Strawiński. Nie lubiłem i nie lubię Szymanowskiego, interesuje mnie Penderecki, ale królem kompozytorów mojego wieku dojrzałego i starości jest znowu romantyk, Robert Schumann.

Psy, małe i duże, rasowe, choć może raczej kundle, były zawsze i są mi istotami prawie tak bliskimi jak ludzie. Niemal zawsze miałem własne, bo żona wcale nie różni się pod względem tej miłości ode mnie. W czasie długich godzin samotności, które są nieodłącznym atrybutem starości, rozmawiam z psami na różne tematy, bo znam psi język doskonale. Niezwykle piękne i ciekawe rzeczy opowiadają mi te szlachetne istoty, ale tych tajemnic nie wolno mi, niestety, zdradzać nikomu.

***

Czytam chętnie i dużo. Wcale nie pogardzam dobrą powieścią, kryminałem. Zdaje mi się, że pod niektórymi względami pozostałem młody; nie mogąc już na przykład uprawiać sportu, pozostałem zapalonym kibicem i dyskutuję na tematy sportowe z młodymi bez obawy o kompromitację. Kiedy byłem rektorem UMCS, studenci urządzili turniej pingponga i poprosili mnie o udział. Przyjąłem zaproszenie chętnie, grałem przecież nieźle, mimo że z młodzieżą przegrywałem. Poważni ludzie mieli jednak udział w tym turnieju Jego Magnificencji bardzo za złe i może mieli rację; dlatego przyznaję się do winy dopiero w ostatnich słowach naukowego życiorysu.

Tadeusz Kielanowski
Gdańsk, sierpień 1977 r
[1]  [2]  [3]  [4]  [5]  [6]  [7]  [8] 


Wiw.pl  |  Na bieżąco  |  Informacje  |  Co nowego  |  Matematyka i przyroda  |  Astronomia  |  Biologia  |  Fizyka  |  Matematyka  |  Modelowanie rzeczywistości  |  Humanistyka  |  Filozofia  |  Historia  |  Kultura antyczna  |  Literatura  |  Sztuka  |  Czytaj  |  Biblioteka  |  Delta  |  Wielcy i więksi  |  Przydatne  |  Słowniki  |  Co i gdzie studiować  |  Wszechświat w obrazkach