Wielcy
  Wiw.pl   Na bieżąco:  Informacje   Co nowego   Matematyka i przyroda:  Astronomia   Biologia   Fizyka   Matematyka   Modelowanie rzeczywistości   Humanistyka:  Filozofia   Historia   Kultura antyczna   Literatura   Sztuka   Czytaj:  Biblioteka   Delta   Wielcy i więksi   Przydatne:  Słowniki   Co i gdzie studiować   Wszechświat w obrazkach    
  Jesteś tutaj:   Wirtualny Wszechświat > Wielcy i więksi > Kwartalnik Historii Nauki i Techniki  



"Kwartalnik Historii Nauki i Techniki",
R. 36:1991 z. 3 s. 1-54
Stanisław Marian Leszczycki
(8.V.1907 - 17.VI.1996)
[1]  [2]  [3]  [4]  [5] 
ŻYCIE NA PRZEŁOMIE: 1907-1990

Dzieciństwo i lata gimnazjalne

Urodziłem się dnia 8 maja 1907 r. w Mielcu w rodzinie inteligenckiej. Mój ojciec, Bronisław Leszczycki, był notariuszem. Dziadek Robert Leszczycki był sędzią Sądu Krajowego w Krakowie, a dziadek Henryk Macharski jako prawnik pracował w starostwie. Pradziadkowie także mieli studia wyższe.

Miałem siostrę o 7 lat ode mnie starszą. Jako o tyle młodszy, byłem ukochanym synem, bratem i wnukiem. Dzieciństwo moje płynęło w serdecznej atmosferze rodzinnej i w dość znacznym dobrobycie. Jeszcze w Mielcu zacząłem chodzić do szkoły.

Ten szczęśliwy okres życia przerwała I wojna światowa, ewakuacja ojca, a więc całej rodziny do Pczerowa w Czechosłowacji. W 1915 r. przeniesiono ojca jako notariusza do Andrychowa. I tu nastąpiła tragedia: jego nagła śmierć. Moje dzieciństwo się skończyło. Matka została w ciężkich warunkach. Dalszy pobyt w Andrychowie stał się trudny. Na wniosek stryja Matki, Franciszka Macharskiego, przenieśliśmy się do Krakowa i tam dzięki jego pomocy finansowej (200 zł miesięcznie) żyliśmy w bardzo skromnych warunkach.

Przez wojnę i przejścia rodzinne straciłem rok szkolny 1914/15. Skończyłem 4-letnią szkołę podstawową w Krakowie i w latach 1918-1926 byłem uczniem IV gimnazjum w Krakowie.

W pierwszych latach gimnazjum uczyłem się raczej słabo. Przełom nastąpił dopiero w klasie V, kiedy awansowałem do grupy lepiej uczących się chłopców. Słabą moją stroną były języki obce, łacinę uważałem za język zupełnie niepotrzebny, niemieckiego zaś nie uczyłem się ze względów "patriotycznych". W IV gimnazjum w moich czasach panowało wśród młodzieży szaleństwo footballu guzikowego. Mecze były rozgrywane na dużym stole, a reguły obowiązywały takie jak w piłce nożnej, tylko że graczami były guziki, a piłką - płaski krążek korka. Prawie każdy z nas miał swoją drużynę guzikową, nazywały się one tak jak kluby krakowskie, polskie, a jak tych nazw zabrakło, to i zagraniczne. Stale trwały rozgrywki o mistrzostwa. Ja, poza zajmowaniem się rozgrywkami mojej drużyny, prowadziłem odbijane na hektografie cotygodniowe "pismo", zawierające wyniki meczów z poprzedniego tygodnia i zapowiadające mecze przewidziane na tydzień następny. Była to pierwsza w moim życiu praca redakcyjna.

W gimnazjum duży wpływ wywierał na mnie nasz katecheta, ks. dr Józef Rychlicki. Umiał on z nami postępować, wielu z nas należało wówczas do Sodalicji Mariańskiej. Utrzymywałem z nim kontakt aż do jego śmierci. Główne moje zainteresowania tego okresu koncentrowały się jednak poza gimnazjum.

Pełne wyżycie znajdowałem w harcerstwie. Należałem do niego już w szkole podstawowej, od 1917 r. W rok później, 3 V 1918 r., złożyłem ślubowanie harcerskie i już w tym roku jesienią żywo uczestniczyłem we wszystkich wydarzeniach związanych z odzyskiwaniem przez Polskę niepodległości. Potwierdza to otrzymany przeze mnie dyplom, wydany dnia 4 czerwca 1939 r. przez Zarząd Okręgowy Koła Harcerzy z Czasów Walk o Niepodległość "za pracę harcerską w latach niewoli".

W dwa lata później, w 1920 r., zdobyłem następne wyróżnienie. Dyplom i odznaczenie "Stanął w Potrzebie" za pracę gońca i naklejanie afiszy w służbie w Wojskowym Biurze Werbującym Ochotników do walki z Rosją bolszewicką.

W harcerstwie przeszedłem wszystkie kolejne stopnie i funkcje aż do drużynowego. W ostatnich latach mojego harcerstwa, w latach 1926, 1927 i 1929, samodzielnie prowadziłem obozy wakacyjne.

Harcerstwo, a przede wszystkim zorganizowanie i prowadzenie jeszcze w latach gimnazjalnych nieoficjalnej drużyny harcerskiej, wyrobiły we mnie pewną samodzielność i umiejętność podejmowania odpowiedzialnych decyzji. Harcerstwo zaspokajało moje zamiłowania krajoznawcze i turystyczne. Początkowo terenem moich wypraw były okolice Krakowa, a zwłaszcza pięknej Jury Krakowskiej. Każdą sobotę i niedzielę spędzałem samotnie lub w kilku na wędrówkach, wspinaczkach, noclegach w jaskiniach. Chyba mając lat dwanaście postanowiliśmy we trzech "uciec" w Tatry i tam żyć samodzielnie. Niestety, nakryto nas na ostatniej zbiórce w Parku Krakowskim, gdzie spotkaliśmy się w pełnym rynsztunku, gotowi do wymarszu. Tatry i góry w lecie i w zimie pozostały moją pasją aż do późnych lat życia.

W harcerstwie zetknąłem się z Ignacym Fikiem. Jako student polonistyki był on przez kilka lat moim drużynowym. Potem już jako dr Fik znany był jako poeta i krytyk literacki. Już wtedy, kiedy był moim drużynowym, miał zapatrywania lewicowe i w długich ze mną rozmowach otwierał przede mną nieznane horyzonty, wprowadzając w mój katolicki światopogląd zupełnie nowe idee. Swoją wielką indywidualnością, postawą życiową i charakterem wywierał na mnie ogromny wpływ. Stał się wzorem godnym naśladowania. Moje kontakty z nim utrzymywały się aż do jego aresztowania i rozstrzelania przez Gestapo w 1942 r.

Jako harcerz przeszedłem w 1924 r. kurs dla przewodników po Krakowie. Zainteresowałem się wtedy herbami. Tyle ich było w kościołach, na nagrobkach. W domu miałem po dziadku starą pieczątkę z herbem "Leszczyc". Zainteresowanie to doprowadziło mnie do studiowania w Bibliotece Muzeum Przemysłowego różnych herbarzy. Doszedłszy zaś do wniosku. że żaden z herbarzy nie obejmuje wszystkich herbów, wymienianych też w rękopiśmiennych herbarzach, postanowiłem zrobić własny herbarz obejmujący możliwie wszystkie herby używane w Polsce. Odrysowywałem herby z różnych herbarzy na tarczach, które wcześniej odbijałem sobie na hektografie, zaznaczałem kolory, a w domu wykańczałem je kolorowymi tuszami i farbami. Wymalowałem tak ponad 100 herbów na literę "A". Kiedy już rozpocząłem pracę nad literą "B", wzbudziłem podejrzenie. że kalkuję herby z rękopiśmiennych materiałów, co je niszczy. I dyrektor Muzeum zabronił mi kontynuowania tej pracy. Tak zakończyła się moja benedyktyńska praca nad własnym herbarzem. Zostały mi tylko opracowane herby, które pięknie zachowały kolory.

Jeszcze jednym moim zajęciem pozaszkolnym była nauka esperanto. Uważałem wtedy, że znajomość tego sztucznego języka zastąpi mi inne języki, których nie lubiłem się uczyć. Już w latach gimnazjalnych doszedłem do takiej wprawy, że swobodnie czytałem esperanckie broszury. Korespondowałem z wieloma esperantystami na całym świecie. Punktem zwrotnym, kończącym moją karierę esperantysty była konferencja skautów esperantystów, zorganizowana na międzynarodowym Jamboree harcerskim w Birkenhead w Anglii w 1929 r. Okazało się, że o prawdziwym porozumieniu nie było mowy - każda nacja mówiła po esperancku inaczej.

Już także w okresie gimnazjalnym zainteresowałem się kulturą ludową, zwiedzając Muzeum Etnograficzne, mieszczące się wówczas na wzgórzu wawelskim. Zwrócił na mnie uwagę dyrektor Muzeum S. Udziela, traktował mnie jak dorosłego miłośnika kultury ludowej. Rozmawiał ze mną, ofiarowywał mi wydawnictwa Muzeum, które stały się głównym źródłem mojej wiedzy w tym zakresie. Za namową dyr. Udzieli, któremu opowiadałem, że na wsi widziałem dużo ciekawych przedmiotów, zacząłem zbierać stare eksponaty etnograficzne podczas moich wyjazdów wakacyjnych pod opieką siostry i szwagra do Krzczonowa. A było tego dużo w chatach i na strychach. Zebrałem sporo przedmiotów i po powrocie do Krakowa ofiarowałem je dyr. S. Udzieli. Przez ostatnie dwa czy trzy lata gimnazjum było to jedno z moich zajęć wakacyjnych.

W 1925 r. zostałem zaproszony do Nadwórnej przez mego kolegę Bolka Zubrzyckiego, którego ojciec był nafciarzem i pracował w przedsiębiorstwie "Pionier". Porwała mnie jego praca, niezmiernie ciekawe poszukiwania, ryzyko wierceń i ogromny sukces, gdy trafi się na wytrysk ropy. Nie bez wpływu na moją fascynację tym zawodem był dobrobyt panujący w ich domu, którego tak bardzo brakowało w domu mojej Matki. Postanowiłem, że nafciarstwo będzie moim przyszłym zawodem, zamierzałem zatem studiować geologię.

Wreszcie nadeszła matura. Tymczasem stwierdzono u mnie ostre zapalenie ślepej kiszki. Nie zgodziłem się na operację przed zdaniem matury. Najgorsze nasilenie choroby wypadło w dniach matury. Zdawałem ją kilka dni później niż cała klasa. Gdy zdałem maturę, prosto ze szkoły zawiozła mnie Matka do szpitala. Stan był na tyle poważny, że długo po operacji leżałem w szpitalu z drenem odprowadzającym ropę. Ominęły mnie wszystkie przyjemności pomaturalne, nie zobaczyłem przed wakacjami dziewczyny, w której się wtedy kochałem.

Na szczęście zdążyłem wyzdrowieć na czas, aby prowadzić samodzielnie miesięczny obóz harcerski w Rabie Wyżnej. Wprawdzie byłem jeszcze osłabiony i zmuszony do noszenia specjalnego pasa, ale mogłem już cieszyć się i maturą i odzyskanym zdrowiem.

[1]  [2]  [3]  [4]  [5] 


Wiw.pl  |  Na bieżąco  |  Informacje  |  Co nowego  |  Matematyka i przyroda  |  Astronomia  |  Biologia  |  Fizyka  |  Matematyka  |  Modelowanie rzeczywistości  |  Humanistyka  |  Filozofia  |  Historia  |  Kultura antyczna  |  Literatura  |  Sztuka  |  Czytaj  |  Biblioteka  |  Delta  |  Wielcy i więksi  |  Przydatne  |  Słowniki  |  Co i gdzie studiować  |  Wszechświat w obrazkach