Wielcy
  Wiw.pl   Na bieżąco:  Informacje   Co nowego   Matematyka i przyroda:  Astronomia   Biologia   Fizyka   Matematyka   Modelowanie rzeczywistości   Humanistyka:  Filozofia   Historia   Kultura antyczna   Literatura   Sztuka   Czytaj:  Biblioteka   Delta   Wielcy i więksi   Przydatne:  Słowniki   Co i gdzie studiować   Wszechświat w obrazkach    
  Jesteś tutaj:   Wirtualny Wszechświat > Wielcy i więksi > Kwartalnik Historii Nauki i Techniki  



"Kwartalnik Historii Nauki i Techniki",
R. 36:1991 z. 3 s. 1-54
[1]  [2]  [3]  [4]  [5] 
Współpraca z zagranicą

Przed wojną współpraca polskich geografów z geografami zagranicznymi była dobrze rozwinięta. Dbał o to prof. E. Romer, który został wiceprezydentem IGU i zorganizował jej XIV Kongres w Polsce. Po wojnie E. Romer także starał się, aby Polska wzięła udział w Kongresie IGU w Lizbonie (1949) i w Waszyngtonie (1952). Niestety, jego i moje starania ze względów politycznych nie dały rezultatu. Dopiero po politycznej odnowie w naszym kraju w 1956 r. na Kongres w Rio de Janeiro wyjechało 5 polskich geografów. Nie byłem wśród nich - zrzekłem się tej możliwości na korzyść jednego z kolegów. Byłem dwa lata wcześniej na konferencji UNESCO w Urugwaju i chciałem, aby i inni mogli zetknąć się z Ameryką Płd. Mimo jednak nieobecności na Kongresie zostałem wybrany, na wniosek Rosjanina, prof. K. Saliszczewa, członkiem Komisji Atlasów IGU.

Do 1956 r. oficjalne kontakty zagraniczne geografów siłą rzeczy ograniczały się głównie do krajów socjalistycznych. Wprawdzie pojedynczy geografowie już wcześniej bywali za granicą (ja np. byłem w Moskwie już w 1945 r. w charakterze eksperta do delimitacji naszej granicy wschodniej), ale dopiero w 1954 r. odbyła się pierwsza oficjalna wizyta w Polsce geografów radzieckich. Byli to: leningradzki profesor S. Kalesnik i prof. J. Sauszkin z Moskwy. Prof. Stanisław Kalesnik był Polakiem i mówił piękną polszczyzną; prof. J. Sauszkin twierdził, że jego matka była Polką, że on sam urodził się w Warszawie, w 1913 r., a matka zginęła w czasie I wojny. Muszę tu zatrzymać się na niezwykłym zbiegu okoliczności, który zdarzył się w konsekwencji tej wizyty. Po pobycie w Warszawie obaj profesorowie pojechali do Torunia, gdzie na uniwersytecie prof. Sauszkin miał wykład; był on ogłoszony w prasie. Kiedy obaj wyjechali z Polski, zgłosił się do prof. R. Galona w Toruniu brat matki Sauszkina. Okazało się, że matka żyje, że wyszła drugi raz za mąż sądząc, że jej pierwszy mąż i kilkuletni synek nie żyją. Ojciec profesora, Rosjanin, uważając żonę za zmarłą, zabrał chłopca do Rosji i zmienił mu imię Juliusz, nadane na chrzcie na pamiątkę Słowackiego, na Julian, jako bardziej ruskie. Zawiadomiliśmy o całej sprawie prof. Sauszkina. Przy najbliższej bytności w Polsce odwiedził matkę, ale bliskie rodzinne stosunki nawiązał przede wszystkim ze swym przyrodnim rodzeństwem. Tak to dwaj pierwsi geografowie radzieccy odwiedzający Polskę byli z nią związani więzami krwi.

Pierwszym geografem zachodnim, który odwiedził Polskę, był w 1949 r. Francuz, prof. P. George. Z nim jako jednym z redaktorów Międzynarodowej Bibliografii Geograficznej mieliśmy później stały kontakt. Bliższą jednak współpracę z geografami francuskimi nawiązaliśmy znacznie później.

Po wojnie, z racji swych wyjazdów związanych z działalnością polityczną, zawsze nawiązywałem kontakty geograficzne. Z Czechosłowacją np. wcześnie nawiązałem bliskie stosunki. W 1946 r. na zjeździe Czechosłowackiego Towarzystwa Geograficznego miałem wykład o współczesnej Polsce, a potem zostałem wybrany członkiem honorowym Czeskiego Towarzystwa Geograficznego. W parę lat potem przystąpiliśmy do organizowania polsko-czechosłowackich seminariów, na przemian: raz w Polsce, raz u nich. Seminaria odbywały się prawie co roku i odbywają się nadal. W sumie było ich 10 z IG UW i 7 z IG PAN. Do Czechosłowacji jeździłem często. Miewałem wykłady, drukowałem tam swe prace, oni też odwiedzali nas przy każdej okazji. Uwieńczeniem tych koleżeńskich stosunków było przyznanie mi tytułu doktora honoris causa na uniwersytecie w Pradze, i to w 1970 r., po tak przykrym dla nas zaostrzeniu stosunków oficjalnych. Także Komitet Czechosłowacki IGU postawił moją kandydaturę na prezydenta IGU. Niestety ci, z którymi łączyła mnie przyjaźń, jak prof. Korčak , Haüfler, Kuchař, już nie żyją.

Osobiste serdeczne stosunki miałem też z geografami węgierskimi, np. z prof. Kezem, Kadarem, Enyedim; zostałem członkiem honorowym ich towarzystwa geograficznego i otrzymałem cenny medal imienia znanego podróżnika A. Csoma Körös. Urządzaliśmy także wspólne seminaria, ale stosunki nie były tak bliskie jak z geografami czeskimi i słowackimi.

Z geografami innych krajów socjalistycznych organizowaliśmy także częste dwustronne seminaria. Mnie osobiście łączyły z licznymi geografami bliskie stosunki, nawet przyjaźnie - np. ze Słoweńcem prof. S. Ilešićem. Jugosławia uhonorowała mnie aż czterema członkostwami towarzystw geograficznych poszczególnych republik. W sumie otrzymałem członkostwa honorowe 19 towarzystw geograficznych i pokrewnych geografii.

W poszukiwaniu różnych dróg kontaktów polskiej geografii z geografami z zagranicy zapoczątkowaliśmy - z inicjatywy A. Kuklińskiego - seminaria bilateralne z Anglikami, na z góry wyznaczony jeden temat. Pierwsze było na temat geografii stosowanej. Zaproponowaliśmy - co było dla nas przy ograniczeniach dewizowych w Polsce ważne - wymianę bezdewizową. Zostało to przyjęte i we wrześniu 1959 r. w Nieborowie odbyło się pierwsze seminarium polsko-brytyjskie. Równocześnie przyjechał z wizytą prezes Królewskiego Brytyjskiego Towarzystwa Geograficznego, Lord Nathan, starszy pan, minister komunikacji z czasów wojny, z żoną i z sekretarzem tegoż towarzystwa prof. L.Kirwanem. Lorda zdumiewały stosunki w Polsce, zainteresowała polska geografia, a do żony i do mnie odnieśli się z ogromną sympatią, zaprosili nas do Anglii, samorzutnie wystarali się o stypendia British Council dla żony i dla mnie. Objechaliśmy wtedy kilka uniwersytetów brytyjskich, gdzie wygłaszałem referaty, a znajomi z seminariów zapraszali nas do swych domów. Po sukcesie seminarium w Nieborowie następne odbyło się w 1962 r. w Keele w Anglii na ten sam temat. Kontynuowaliśmy tę współpracę, dla obu stron korzystną, tak że do 1986 r. odbyliśmy z Anglikami 8 seminariów na różne tematy. Stosunki z nimi były takie, że np. prof. H. Beaver przyjechał na nasz zjazd PTG w 1968 r. jesienią, bo jak mówił, bał się, że po wkroczeniu wojsk polskich do Czechosłowacji nikt z zagranicy nie przyjedzie i będzie nam, geografom, przykro.

Taki formę współpracy rozszerzyliśmy na inne kraje: z Francją do 1987 r. mieliśmy 7 seminariów, z Włochami do 1988 r. - 6, z krajami skandynawskimi - kilka, z Jugosławią do 1989 r. - 5, z Węgrami do 1986 r. - 6, z Rosjanami z ośrodka studiów regionalnych w Akademgorodku k. Nowosybirska także kilka, a także dwa z Amerykanami.

Miewaliśmy też spotkania z geografami zagranicznymi na tematy związane z różnymi komisjami IGU, a więc typologii rolnictwa i osadnictwa wiejskiego, badań geomorfologicznych i ich kartowania.

W 1962 r. zaproponowano mnie i żonie roczne stypendia Rockefellera do USA. Sprawy obu Instytutów Geografii wydawały mi się jednak wówczas tak ważne, że zgodziłem się tylko na wyjazd trzymiesięczny. Objechaliśmy wtedy Stany od wschodu na zachód i od południa na północ. Miałem liczne referaty i rozmowy na odwiedzanych uniwersytetach. Muszę tu podkreślić miły stosunek do nas nie tylko ze strony geografów amerykańskich, ale i spotykanych Polaków.

Sprawozdania z bilateralnych konferencji i innych międzynarodowych spotkań, a także specjalne zeszyty obcojęzyczne do przedstawienia na tych konferencjach, drukowaliśmy początkowo w "Przeglądzie Geograficznym" w 1956, 1959, 1961, 1962, a później w naszym obcojęzycznym wydawnictwie "Geographia Polonica" (od 1964 r.). Do 1990 wyszło jej 58 numerów, w tym pod moją redakcją do 1983 r. - 47. W międzynarodowej Bibliografii Wydawnictw Geograficznych, wydawanej na uniwersytecie w Chicago przez prof. Ch. Harrisa, były stale wymieniane polskie wydawnictwa geograficzne, a "Geographia Polonica" w zestawieniach poczytności w skali świata umieszczana była bardzo wysoko.

Wracam do Kongresów IGU. Na Kongresie w Sztokholmie w 1960 r. polskich geografów było już 29. Po moim referacie dotyczącym regionów ekonomicznych postawiłem wniosek o utworzenie Komisji Regionalizacji Ekonomicznej. Zostałem jej przewodniczącym, pięciu polskich geografów zostało członkami innych komisji. Komisji Regionalizacji Ekonomicznej przewodniczyłem w latach 1960-1964. W tym czasie zorganizowałem kilka konferencji w Kazimierzu Dolnym, w Jabłonnie, w Warszawie, w Baranowie, a także w Brnie, Strasburgu i Utrechcie, korzystając oczywiście z pomocy innych członków Komisji. Aktywność tej Komisji i jej członków była ogromna, a dorobek znaczny.

Następny Kongres w Londynie w 1964 r. miał już liczną obsadę polską. Było nas razem ok. 50 osób, z czego oficjalna delegacja liczyła 16 geografów, resztę stanowili uczestnicy specjalnej wycieczki PTG. Wszyscy geografowie polscy mieli referaty prezentujące wysoki poziom naukowy. Na wniosek Szwajcara prof. H. Boescha zostałem wybrany wiceprezydentem Unii. Byłem szczęśliwy. Z Londynu wracaliśmy pełni chwały. Mieliśmy wiceprezydenta, czterech przewodniczących Komisji (K. Dziewoński, J. Kostrowicki, J. Dylik, L. Kosiński) na 17 istniejących, 5 członków rzeczywistych i 7 członków korespondentów różnych komisji. Sukcesem było także przyjęcie, mimo soboty po południu, na przeszło 150 osób w Ambasadzie Polskiej, którego gospodarzami byliśmy moja żona i ja. Na tym Kongresie wystąpiły pierwsze otwarte nieporozumienia z przewodniczącym delegacji radzieckiej prof. I. Gerasimowem; miał on do mnie pretensje, że nie popieram jego wniosków.

Rok 1966 był dla mnie rokiem ważnym. Z racji konferencji w Meksyku, na której jako wiceprezydent musiałem być obecny, i konferencji Komitetu Wykonawczego IGU w Japonii objechałem świat dokoła. Z Meksyku przez Stany Zjednoczone, Chicago i Seattle, skąd zrobiłem interesującą wycieczkę z zaprzyjaźnionym prof. Douglasem Jacksonem na Mount Rainer, jedną z bliźniaczych gór ze słynną Mount St. Helen, przez Hawaje do Japonii, a z Japonii przez Alaskę, biegun północny i Danię do domu.

Na posiedzeniu w Hakone w Japonii mieliśmy wytypować kandydata na prezydenta IGU. Kandydatów było trzech: prof. H. Boesch, wieloletni sekretarz IGU, prof. Gerasimow (wniosek ZSRR) i ja (wniosek Czechosłowacji). Nie liczyłem się z wyborem. Boesch był bardzo znany w Unii, a Gerasimow, popierany przez ZSRR, bardzo o to zabiegał. Nawet nie wyszedłem z kandydatami, kiedy omawiano kandydatury. Po ich omówieniu Amerykanin prof. J. Geralach powiedział: a dlaczego nie prof. Leszczycki? Nie wziąłem tego poważnie. Nastąpiło głosowanie. Obaj kandydaci dostali po jednym głosie, a ja resztę - tzn. 5 głosów. I tak niespodziewanie zostałem kandydatem na prezydenta IGU. Byłem pierwszym Polakiem. który dostąpił tego zaszczytu. Prof. Gerasimow, który był właśnie tym radzieckim geografem, który chciał rządzić geografią w krajach socjalistycznych, miał do nas zawsze pretensje, że nie skorzystaliśmy z oferty współpracy. Drażniło go, że szybko - na podstawie dobrych przykładów geografii anglosaskiej - stworzyliśmy własny model polskiej geografii. Coraz mniej przychylnie odnosił się do mnie, stale i wszędzie występując przeciwko mnie.

Jadąc w 1968 r. na Kongres do New Dehli miałem zaproszenie z Narodowego Komitetu Geograficznego Indii, zapewniające mi miejsce w rządowym hotelu. Wobec tego PAN dała mi tylko diety na utrzymanie. W Indiach okazało się, że dom rządowy stoi daleko od centrum, pokój zaś jest na 6 piętrze - bez windy, bez telefonu, nawet bez wody, która na wyższe piętra nie dochodzi. Moi przyjaciele zabrali mnie do hotelu, w którym mieszkała główna grupa uczestników Kongresu, w tym Komitet Wykonawczy, często tam urządzający zebrania. Mieszkałem kolejno w pokojach A. Kuklińskiego i K. Dziewońskiego (którzy po stażach zagranicznych mieli jakieś pieniądze dostępne zagranicą), oraz u M. Klimaszewskiego, który jako jeden z zastępców przewodniczącego Rady Państwa miał większe fundusze. Mimo uczynności tych przyjaciół diety moje topniały szybko i przyjęcia urządzane przez różne ambasady dobrze uzupełniały moją dietę. Dużo zawdzięczamy uprzejmości ambasadora Romualda Spasowskiego, który korzystając ze stanowiska M. Klimaszewskiego przydzielił nam swoje auto służbowe, co przy odległościach w New Delhi było dla nas bardzo ważne.

Po moim wyborze na prezydenta IGU ambasador wydał w swojej rezydencji przyjęcie na przeszło 300 osób. Nastrój był chyba świetny, bo przyjęcie przedłużyło się znacznie ponad dyplomatyczne 2 godziny. Nie dopisali geografowie radzieccy z prof. Gerasimowem; z bojkotu wyłamali się tylko niektórzy. Sukces w New Delhi odniosła geografia polska. Polacy zostali przewodniczącymi trzech Komisji, a liczni weszli w skład innych Komisji. Cała geografia polska zyskała wysoką ocenę w opinii międzynarodowej.

Nie tylko na tym, co opisałem, kończyła się przychylność do nas ambasadora Spasowskiego. Jako przedstawiciel Polski również na Nepal, musiał tam od czasu do czasu jeździć. Zabrał M. Klimaszewskiego i mnie na taką wyprawę wraz z kilkoma urzędnikami. Przejazd autami ambasady nic nas nie kosztował, ale za żywność, którą całą braliśmy z New Delhi, trzeba było zapłacić po 50 dolarów. Wyratował mnie z opresji, płacąc za mnie, M. Klimaszewski - mój przyjaciel jeszcze z czasów studenckich. Nie mogę tutaj opisywać tej wyprawy, powiem tylko, że widziałem Ganges, Benares i najwspanialszy widok świata - panoramę Himalajów!

Na kongresie IGU w New Delhi nastąpiła afiliacja Międzynarodowej Asocjacji Kartograficznej do IGU. Na wspólnym posiedzeniu wygłosiłem powitalne przemówienie, potem jako prezydent i "post-president" IGU brałem udział w kilku zjazdach Asocjacji, np. w Stresie we Włoszech czy w Madrycie. Na jednym ze zjazdów ICA wysunąłem koncepcję opracowania atlasu walorów środowiska. Przyjęto ją entuzjastycznie - utworzono specjalną komisję. Byłem jej członkiem przez kilka lat, a po mnie dziś prof. J. Kondracki reprezentuje w niej polską kartografię. Kilka lat był wiceprezesem ICA mój uczeń, prof. L. Ratajski. Niestety, śmierć zabrała go zbyt wcześnie.

Kiedy byłem we władzach Unii, w moich pracach i decyzjach działałem, podobnie jak w Polsce, całkowicie samodzielnie, nie uzgadniając niczego z żadnymi władzami, co było w zwyczaju w krajach obozu socjalistycznego. Zwiększało to antypatię do mnie prof. Gerasimowa, który nie mógł pogodzić się z tym, że zamiast niego Polak jest prezydentem IGU. Zemściło się to na mnie w sposób zabawny. Kiedy przyjechałem w 1970 r. na zjazd Radzieckiego Towarzystwa Geograficznego do Leningradu, prof. Kalesnik oświadczył mi z radością, że teraz wreszcie zostanę członkiem honorowym Radzieckiego Towarzystwa Geograficznego, skoro zostałem jednogłośnie wybrany przez Zarząd. Przyjąłem to z rezerwą. Już trzy razy zapowiadano mi w zaufaniu, że zostałem wybrany, a potem veto prof. Gerasimowa sprawę zamykało. Prof. Gerasimow przyjechał na zjazd do Leningradu spóźniony. Sprawa mojego członkostwa ucichła. Wyznał mi potem prof. Kalesnik, że znów Gerasimow to zatrzymał. Otrzymał ponoć w Moskwie wiadomość z Warszawy, że Gomułka sprzeciwia się memu wyborowi (!), więc nie można mi członkostwa honorowego przyznawać. A zabawne było to, że tego dnia, kiedy Gerasimow przyjechał do Leningradu, 15 XII 1970 r., Gomułka został usunięty i zastąpiony przez Gierka, a ja członkostwa nie dostałem.

Tu muszę stwierdzić, że na 19 członkostw honorowych różnych towarzystw geograficznych, które posiadam, radzieckiego nie mam. Nie dostałem żadnego orderu ani medalu radzieckiego. Co więcej, ani będąc podsekretarzem stanu w MSZ, ani potem nie byłem zapraszany na przyjęcia i imprezy do ambasady radzieckiej. Dlaczego?

Następny Kongres IGU odbył się w 1972 r. w Montrealu. Poprzedziło go kilka sympozjów. Brałem udział w dwóch: Komisji Człowiek i Środowisko i Komisji Geografii Ludnościowej. Dzięki przyjaciołom odbyliśmy piękną podróż. Do Denver przylecieliśmy samolotem, a stamtąd z prof. G. Whitem i jego żoną 4 dni jechaliśmy autem na północ do Calgary, zwiedzając po drodze wspaniałe parki narodowe (Yellowstone). W Calgary, w pięknym kampusie uniwersyteckim i w cudownej ludzkiej atmosferze, odbywało się sympozjum. Miałem tam referat Zagadnienia degradacji środowiska człowieka. W tym gronie specjalistów z kilkunastu krajów mój referat odegrał pewną rolę w dorobku sympozjum. Sympozjum pięknie uzupełniła wycieczka w Góry Skaliste do miejscowości Banff i nad wysokogórskie jezioro.

Sympozjum Komisji Ludnościowej w Edmonton prowadził mój dawny doktorant Leszek Kłosiński, profesor Uniwersytetu w Edmonton. Miałem tam także referat; to sympozjum również zakończyła ciekawa wycieczka na północne krańce osadnictwa w Kanadzie.

Wreszcie zaczął się Kongres w Montrealu. Jako urzędujący prezydent miałem zaszczyt go otwierać swoim przemówieniem. Prawie cały Kongres spędziłem na rozmowach z różnymi delegacjami. Uczestniczyłem też w Komisji Człowiek i Środowisko, gdzie miałem referat. Musiałem też wygłosić parę cierpkich uwag - zresztą przy poparciu innych geografów - pod adresem delegacji NRF, ponieważ, tak jak już nieraz na Kongresach, wystawili na wystawie mapy z naszą granicą z 1937 r. Mapy zostały zdjęte.

Szczytowym momentem dla mnie był mój referat prezydencki. Urządzono go o 6 wieczór, byłem pewny, że nikomu nie będzie się chciało jeszcze raz przyjeżdżać na dość oddalony od centrum Uniwersytet Francuski, gdzie odbywał się Kongres. Tymczasem sala była pełna. Przed rzędem flag państw uczestniczących w Kongresie, na podium zasiedli przedstawiciele Prezydium IGU, Królewskiego Kanadyjskiego Towarzystwa Geograficznego, gość honorowy - minister A. Gillesby, no i ja. Żona, dla której też przewidziano miejsce na podium, już wcześniej odmówiła tego zaszczytu. Po powitaniu ministra rozpocząłem swój referat na temat przyszłości rozwoju nauk geograficznych. Po uwadze, z jaką go słuchano, sądzę, że został dobrze przyjęty. Był zresztą wcześniej przez organizatorów powielony i rozdany uczestnikom. Po Kongresie był on tłumaczony na kilka języków i wydany w różnych krajach. Po moim referacie nastąpiła ceremonia wręczenia mi złotego medalu (150 g złota!) Królewskiego Kanadyjskiego Towarzystwa Geograficznego za Zasługi dla Rozwoju Geografii na Świecie. Medal ten, z wybitym moim nazwiskiem, był pierwszym medalem nadanym przez Królewskie Kanadyjskie Towarzystwo Geograficzne. Wszyscy na sali wstali i ogromnymi brawami uczcili geografa z kraju socjalistycznego. Potem z podium skierowano miłe słowa do mojej żony, podnosząc jej zaangażowanie w moją pracę; ofiarowano jej kwiaty i także obdarzono gromką owacją.

Muszę tu jeszcze powiedzieć, że prof. Gerasimow na tę samą godzinę, na którą był wyznaczony referat prezydencki, wyznaczył zebranie członków delegacji radzieckiej. A było ich ok. 100 osób. Sadził, że przez to sala będzie pusta na moim wykładzie.

Przez następne 4 lata byłem nadal w Komitecie Wykonawczym IGU jako tzw. post-president o funkcjach wiceprezydenta i w tym charakterze pojechałem na kongres do Moskwy w 1976 r. Przed Kongresem brałem udział w sympozjum Komisji Człowiek i Środowisko pod przewodnictwem prof. G.White'a. Sympozjum odbywało się na specjalnym statku płynącym z Rostowa nad Donem do Kazania nad Wołgą. Pomysł świetny, warunki idealne dla dyskusji indywidualnych, dla zżycia się ludzi, a ludzie byli w dużej mierze ci sami co w Calgary, tylko więcej Rosjan. Nastroju jednak nie dało się odtworzyć. Wciąż czuliśmy opiekę, dobijały nas zakazy, czego nie wolno fotografować, np. most drogowy - wolno, most kolejowy - nie. O ile nie było na nim pojazdu, co trudno było rozpoznać. A przez to zwracanie uwagi informowano nas dokładnie, jak przebiegają przez Wołgę linie kolejowe!

Na sympozjum, jak i podczas całego Kongresu w Moskwie, prof. Gerasimow robił wszystko. aby mnie pominąć. Dziękowałem Bogu za to, że kiedy byłem prezydentem IGU, Kongres odbywał się w Montrealu, a nie w Moskwie!

Na sukces polskich geografów w IGU złożyła się przede wszystkim fachowość każdego z nas, ale także urobione nieraz w ostrych dyskusjach przekonanie o konieczności tworzenia pewnego zespołu. Każdy z nas starał się o uzyskanie własnej pozycji naukowej, zawsze jednak stawiał na pierwszym miejscu polską geografię jako całość.

Była to też moja idea. I mimo takich indywidualności jak J. Dylik - Łódź, M. Klimaszewska - Kraków, R. Galon - Toruń, A. Jahn - Wrocław, K. Dziewoński, J. Kostrowicki i ja - Warszawa, potrafiliśmy stworzyć grupę zgodnie reprezentującą polską geografię na forum międzynarodowym. Grupę tę jeszcze uzupełniali w różnych okresach S. Pietkiewicz, S. Berezowski, L. Barbag, A. Zierhoffer, J. Czekalski, A. Malicki, F. Uhorczak. A. Wrzosek, ale ich rola na arenie międzynarodowej była nieco mniejsza. Wśród młodszych wysuwali się na czoło A. Kukliński, L. Ratajski, B. Winid, R. Domański, Z. Chojnicki, S. Kozarski, S. Starkel, J. Szupryczyński.

Sprawę moich kontaktów zagranicznych w dziedzinie środowiska i planowania przestrzennego omówię w następnym rozdziale. Tu chcę jeszcze powiedzie o dwóch zaszczytach, które mnie spotkały.

Pierwszym z nich jest powierzenie mi w 1980/81 zaszczytnej funkcji Kanclerza World Academy of Art and Science (WAAS) w Cambridge w USA. W pracach WAAS jednak, z braku zagranicznych środków finansowych, udziału nie brałem. Tak samo, mimo zaproszenia mnie do ekskluzywnego Explorers Club w Nowym Yorku, nie mogłem doń należeć z tego samego powodu. Wreszcie drugim zaszczytem, który mnie spotkał, było nadanie mi tytułu Honorowego Laureata IGU w 1988 r. za wyprowadzenie, mimo tak trudnych warunków, polskiej geografii na arenę międzynarodową. Jest jak dotąd 10 laureatów honorowych IGU na świecie.

Sprawy środowiska i planowania przestrzennego

A. Środowisko a potrzeby społeczeństwa. We wczesnych latach życia moją pasją były wycieczki w piękne okolice Krakowa. Z tych młodzieńczych przeżyć pozostało mi na całe życie umiłowanie przyrody i świadomość konieczności jej chronienia. W czasie studiów zapisałem się już do Ligi Ochrony Przyrody; prof. W. Szafer, który był dla mnie zawsze autorytetem w sprawach ochrony przyrody, zlecał mi czasem jakieś ekspertyzy.

Od 1951 r. byłem członkiem Państwowej Rady Przyrody i byłbym tam pewnie do dziś, gdyby mnie nie usunięto za wypowiedź, że lasów wycina się w Polsce za dużo i za udowodnienie tego, że nie można porównywać powierzchni wyrębu starego lasu z powierzchnią zalesień nowych, tylko oceniać to można ilością masy drewna.

Obok zainteresowania ochroną przyrody, z czasem sprawy środowiska zaczęły dominować w moich zainteresowaniach. Zwłaszcza odkąd prowadziłem Komitet ds. GOP i zostałem członkiem Komitetu Człowiek i Środowisko PAN. Jestem zresztą przekonany, że sprawy środowiskowe muszą być uwzględniane w planowaniu przestrzennym. Sprawy środowiska uważałem za tak ważne, że chciałem z początkiem lat sześćdziesiątych stworzyć w IG UW specjalizację dotyczącą środowiska. Po ukończeniu tej specjalizacji geografowie mogliby się stawać fachowcami od spraw środowiskowych, które będą nabierały coraz większej wagi. Niestety, Rada Naukowa IG UW nie przyjęła mojej propozycji.

W latach sześćdziesiątych byłem ekspertem ECE w Genewie, która zajmowała się zanieczyszczeniami środowiska. Brałem udział w jej konferencjach w Genewie i Pradze, i sam organizowałem jej konferencję na Śląsku. Wielkim zainteresowaniem cieszył się Park Kultury i Wypoczynku w Zabrzu, urządzony na nieużytkach poprzemysłowych z inicjatywy wicewojewody J. Ziętka.

Po wystąpieniu U Thanta i raporcie Klubu Rzymskiego ożywiły się badania środowiskowe. W listopadzie 1970 r. odbyła się w Szczecinie sesja naukowa na temat problematyki środowiskowej, zorganizowana przez trzy komitety: KPZK, Człowiek i Środowisko PAN oraz Ochrony przyrody i jej zasobów. Celem było ustosunkowanie się do konferencji państw członków ONZ w Sztokholmie w 1972 r., której celem miało być zapobieżenie kryzysowi, który może zagrozić warunkom bytu ludzkości. Mój referat na Konferencji w Szczecinie pt. Zagadnienia degradacji środowiska człowieka ilustrowałem mapami sozologicznymi i mapami zanieczyszczeń (14 rodzajów); wskazywałem na koncentrowanie się zanieczyszczeń w aglomeracjach miejskich i przemysłowych, a także podkreślałem konieczność obejmowania spraw środowiskowych w planowaniu przestrzennym. Kończąc, stwierdziłem konieczność współpracy międzynarodowej w ramach ECE i nowo powołanego Komitetu Ochrony Przyrody i Bogactw Naturalnych w Strasbourgu, a także z krajami sąsiadującymi, bez czego nie można rozwiązać spraw środowiskowych. Pomocne mogą też być i inne organizacje ONZ, jak UNESCO, ICSU, WMO, WHO, FAO.

Kiedy przyszła moda na ochronę środowiska w skali międzynarodowej, zorganizowano w Polsce Komitet do Spraw Ochrony Środowiska. Przewodniczącym był min. J. Kusiak, jego zastępcami było 6 wiceministrów, a wśród członków Komitetu nie brakowało także ministrów i wyższych urzędników ministerialnych. Razem w Komitecie było ok. 40 osób, mieścił się w tej grupie również zespół dotychczas działających specjalistów, a wśród nich W. Michajłow, W. Janiszewski, S. Leszczycki, S. Kozłowski, T. Skawina, J. Zaremba, T. Wilgat. Sekretarzem zespołu specjalistów był wicedyrektor departamentu z Ministerstwa Gospodarki Terenowej i Ochrony Środowiska, dr S. Jastrzębski; zaprzyjaźniłem się z nim serdecznie.

Była to więc ogromna zbiurokratyzowana machina, która miała uratować środowisko w Polsce. Postanowiono opracować Kompleksowy Plan Ratowania Środowiska w Polsce do 1990 r. Na czele komitetu redakcyjnego stanął dyr. A. Podniesiński, a członkami byli mgr Dymus, J. Sibiga i mgr T. Kiełczewski. Przed ostateczną redakcją zaplanowano wykonanie 309 opracowań. Ostatecznie w 1973 r. ukazał się 40-stronicowa broszura pt. Kompleksowy Program Kształtowania i Ochrony Środowiska w Polsce do 1990 r., zawierająca szkic planu, w jakim kierunku powinny iść prace. Plan był tak ogromny, że już z tego powodu niewykonalny.

Na konferencji ONZ w Sztokholmie powołano specjalny organ ONZ pod nazwą United Nations Environmental Programme (UNEP). Na czele tego programu stanął Kanadyjczyk dr Maurice Strong (do 1976 r.). Natomiast polskie przygotowania do konferencji w Sztokholmie nie zostały wykorzystane. Polska jako członek RWPG musiała swoje wystąpienia międzynarodowe uzgadniać z ZSRR. W tym wypadku ZSRR nie miał tego typu powiązań międzynarodowych, wobec tego zakazano zespołowi polskiemu wyjazdu na tę konferencję. Ja wprawdzie jako ekspert ECE miałem indywidualne zaproszenie obejmujące wszelkie koszty, jednak nie pojechałem. Przykro by mi było tłumaczyć, dlaczego nie ma naszego zespołu.

Tak skończyła się moja kariera międzynarodowa na tym polu. Po II Kongresie Nauki skupiliśmy się na problemie PAN nr 7, tzn. na zmianach w środowisku pod wpływem działalności człowieka. Osobiście zająłem się trzema problemami. Pierwszym problemem było ustalenie modelu interakcji: człowiek-środowisko w różnych typach środowiska. Wydzieliłem trzy typy: środowisko sztuczne (atropogeniczne) stworzone przez człowieka, środowisko geograficzne, mniej lub więcej przekształcone przez człowieka, i środowisko naturalne (lub przyrodnicze), wcale lub tylko nieznacznie przekształcone przez człowieka. Artykuł na temat polityki środowiskowej opartej na tym podziale opublikowałem w "Nauce Polskiej" (1971, z. 6). Drugim problemem było moje opracowanie prognozy zmian w środowisku w skali kraju i w poszczególnych regionach. Kładłem przy tym szczególny nacisk na konieczność zapobiegania zanieczyszczeniom środowiska w aglomeracjach miejsko-przemysłowych. Trzecią sprawą było opracowywanie map zniszczeń i zniekształceń środowiska pod wpływem działalności człowieka. Opracowałem mapy analityczne zanieczyszczenia powietrza, wód powierzchniowych, odkształceń rzeźby terenu, erozji gleb, użycia pestycydów i nawozów sztucznych, niebezpieczeństwa wzrostu hałasu, zanieczyszczeń spowodowanych komunikacją oraz mapy syntetyczne dające obraz zniszczeń środowiska. Na ten temat napisałem kilka artykułów po polsku i w innych językach, a moje kolorowe mapy były drukowane również za granicą w wydawnictwach IGU i ICA. Wydałem także broszurę pt. Problemy Ochrony Środowiska Człowieka na temat powyższych trzech problemów ("Prace Geograficzne" IG PAN, nr 108,1974).

Zainteresowania kartografią środowiskową doprowadziły mnie do opracowania w 1976 r. koncepcji Atlasu Zasobów, Walorów i Zagrożeń Środowiska. Ująłem to w artykule w czasopiśmie "Człowiek i Środowisko" (nr 7/8, 1976). Koncepcja moja zyskała aprobatę ICA i IGU. Utworzyłem komitet redakcyjny, do którego poza mną weszli: dr M. Drzał, prof. S. Kozłowski, J. Kondracki, A. Dylikowa, J. Paszyński, T. Lijewski, P. Eberhardt, S. Heřman, Z. Mikulski, Z. Jankowski oraz 40 autorów map. W 1977 rozpoczęto prace nad tym atlasem i dopiero po 14 latach przekazano mapy do PPWK w Poznaniu, w celu wykonania czystorysów i próbnych odbitek.

Włożyłem dużo zapału w jeszcze jedną sprawę związaną z ochroną przyrody. Obserwowałem nieraz dewastację parków podworskich, które - ze względów politycznych - nazywaliśmy parkami wiejskimi. Z mojej inicjatywy przeprowadziliśmy rejestrację parków wiejskich przez Komitet Człowiek i Środowisko PAN (1972/3). Zarejestrowaliśmy 4 851 parków wiejskich i 675 parków w miastach. Równocześnie na podstawie map topograficznych wyliczyliśmy, że przed wojną na obecnym terenie Polski było ich ok. 10 tys., czyli że połowa została już całkowicie zniszczona. Postanowiliśmy - ja i moi współpracownicy, dr M. Drzał i mgr J. Olizer - działać, aby zapobiec zniszczeniu pozostałych parków. Napisałem artykuł Podzwonne dla parków wiejskich ("Kultura" t. XII z 24 XI 71). Spowodowaliśmy ukazanie się licznych artykułów i notatek w prasie, udzielaliśmy wywiadów. Zainteresowaliśmy tym prasę młodzieżową, harcerzy i zuchów, podkreślając nie tylko znaczenie parków na wsi, ale także starych drzew, które także trzeba chronić. Echo było duże. Dostaliśmy ok. 300 listów, a wśród nich i taki: pisał mały zuch, że u nich na wsi rośnie stary dąb, ale abyśmy się o niego nie martwili, bo zastęp zuchów rozłożył sobie dyżury i co dzień jeden z nich podlewa dąb.

Poruszyliśmy opinię publiczną, ale sprawa parków była trudna; nie podlegały one gestii ani Ministerstwa Rolnictwa, ani Leśnictwa, ani Gospodarki Komunalnej. W wyniku naszych prac wyszła w 1975 r. publikacja Parki Wiejskie pod red. M. Drzał, a o rok wcześniej kilka opracowań i mój artykuł Ochrona i Zagospodarowanie Parków Wiejskich w Polsce ("Chrońmy Przyrodę Ojczystą" nr 5, 1974).

B. Planowanie przestrzenne. Jak pisałem, planowaniem przestrzennym interesowałem się już przed wojną, uważałem, że w planowaniu przestrzeni gospodarczej udział geografów jest konieczny dla właściwego wykorzystania i ochrony środowiska geograficznego. Bardzo byłem zadowolony, kiedy rektor Politechniki Warszawskiej prof. T. Tołwiński zaprosił mnie w 1939 r. na Politechnikę dla wygłoszenia wykładów na specjalnym kursie dla planistów i architektów na temat badań geograficznych w planowaniu przestrzennym.

W sierpniu 1945 r. otrzymałem nominację na dyrektora Krakowskiego Urzędu Planowania Przestrzennego, podpisaną przez M. Kaczorowskiego. Funkcję tę pełniłem do listopada 1946 r.

Równocześnie utrzymywałem kontakty z Głównym Urzędem Planowania Przestrzennego (GUPP) w Warszawie, a po jego likwidacji w 1949 r. i przeniesieniu spraw planowania przestrzennego do Centralnego Urzędu Planowania (CUP). W 1957 r. zostałem członkiem nowo utworzonej Komisji Regionalnych Planów Perspektywicznych pod kierunkiem prof. M. Kaleckiego. Odtąd stale byłem członkiem przekształcających się centralnych instytucji planowania przestrzennego, a więc Zespołu do Spraw Planowania Regionalnego, przekształconego w 1974 r. w Państwową Radę Gospodarki Przestrzennej (PRGP). Rada zaopiniowała plan perspektywiczny przestrzennego zagospodarowania kraju w latach 1975-1990. W latach późniejszych opiniowaliśmy następne koncepcje długookresowych planów perspektywicznych przestrzennego zagospodarowania kraju aż po 1989 r., w którym Rada zakończyła swe prace.

Obok udziału w opracowywaniu perspektywicznych planów przestrzennych, moje prace koncentrowały się w Komitecie Przestrzennego Zagospodarowania Kraju PAN, o czym piszę osobno. Moją pracę w tym Komitecie podsumowuje artykuł KPZK w latach 1958-1983 - ocena i zadania na przyszłość ("Nauka Polska" nr 5-6, 1982).

W latach pięćdziesiątych zajmowałem się także zagadnieniami regionalizacji ekonomiczno-geograficznej, o czym świadczy referat wygłoszony w Czechosłowacji w Libicach w 1957 r. pt. W sprawie Klasyfikacji Regionów Ekonomiczno-geograficznych. Zwróciłem w nim uwagę na: 1) strukturę zawodową ludności, 2) strukturę wartości produkcji, 3) regionalne bilanse produkcji i 4) wykorzystanie zasobów środowiska geograficznego (użytkowanie ziemi). Prace tego typu kontynuowałem w utworzonej w 1960 r. Komisji Regionalizacji Ekonomicznej IGU, o czym już pisałem.

W zakres moich szczególnych zainteresowań wchodziły także badania nad podziałem administracyjnym kraju. Prowadziłem też prace nad obszarami mniej rozwiniętymi gospodarczo i, mimo że moją specjalizacją była geografia przemysłu, stwierdzam, że kładzenie głównego nacisku przez władze państwowe na rozbudowę przemysłu, i to przeważnie przemysłu ciężkiego, jest niebezpieczne dla właściwego rozwoju całej gospodarki. W latach bezpośrednio po wojnie widziałem głęboki sens w rozwoju przede wszystkim przemysłu inwestycyjnego, jako podstawy pod pełny rozwój gospodarczy, później natomiast uważałem to za szkodliwe dla równowagi całej gospodarki. Kładłem nacisk na konieczność rozwoju rzemiosła, przywrócenia istnienia małych wiejskich cegielni, młynów; doceniałem znaczenie usług i konieczność ich doinwestowania. Wyrazem tych moich przekonań jest artykuł pt. Czy cała Polska musi być uprzemysłowiona?

O innych zainteresowaniach z tej dziedziny świadczą tytuły niektórych moich prac. Przykładowo cytuję: Związki między planowaniem centralnym a regionalnym, Rola i funkcje Warszawy w rozwoju ekonomicznym kraju, Łódź w koncepcji policentrycznego zagospodarowania kraju, Polskie Megapolis (dotyczyła ona 6 aglomeracji południowej Polski).

W moich pracach dotyczących planowania przestrzennego stałem zawsze na stanowisku konieczności rozbudowy wszystkich działów gospodarki, a więc gospodarki letniskowo-turystycznej, rozbudowy pewnych działów rolnictwa, jak hodowli i rybołówstwa, a przede wszystkim właściwego przetwórstwa, i także leśnictwa. Wiele zagadnień z zakresu planowania jest już omówionych w innych częściach tej autobiografii, bo na moje zainteresowania geograficzne zawsze nakładało się poczucie konieczności planowania przestrzennego.

W związku z moimi osiągnięciami w planowaniu przestrzennym i regionalnym byłem czynny w Regional Science Association (RSA) w USA, a także w jej polskim komitecie w latach 1961-1974. Jeden z prawie corocznych kongresów RSA urządziliśmy w Krakowie. Wygłoszony wtedy przeze mnie referat dotyczył modeli zastosowanych przy wyznaczaniu Regionu Śląsko-Krakowskiego.

Polem moich działań była również powstała z inicjatywy francuskiej Conseil international d'economie regionale (CIER). Celem jej było przeciwdziałanie zbyt silnym w planowaniu przestrzennym wpływom amerykańskim (RSA). Polska grupa naukowców w tej Radzie była bardzo aktywna. IV Kongres CIER odbył się w Warszawie. CIER zajmowała się głównie zagospodarowaniem regionów gospodarczo zacofanych. Na zaproszenie Zarządu CIER zorganizowałem wycieczkę polskich architektów i planistów do Francji, w celu zapoznania się z różnymi sposobami zagospodarowania regionalnego (Lotaryngia, Normandia, Prowansja i Monaco). Ponieważ dla Francuzów nazwisko Leszczyński i Leszczycki brzmią jednako, dyrektor Muzeum w Nancy pytał mnie nawet o pokrewieństwo z królem Stanisławem Leszczyńskim. Zdarzyło się wtedy kilka takich zabawnych historii.

Z racji moich powiązań z CIER miałem kontakt z prof. G. Pescatore, przewodniczącym włoskiej instytucji zajmującej się aktywizacją zaniedbanego południa Włoch (Mezzogiorno). Na jego zaproszenie byłem na Sycylii, gdzie zapoznano mnie z metodami aktywizacji tamtejszego rolnictwa, m.in. pokazywano wielkie obszary nawodnień pod plantacje owoców cytrusowych.

Moje pasje i kolekcjonerstwo

Od najwcześniejszych lat życia moją pasją były wycieczki i wędrowanie. Z wiekiem rozszerzał się teren moich wędrówek. Znałem całą południową Polskę w jej przedwojennych granicach. Szczególnie kochałem zawsze góry, przeszedłem je od zachodu aż po Czarnohorę z kolegami, przyjaciółmi i z żoną, której góry były równie bliskie jak i mnie. W zimie wcześnie zacząłem jeździć na nartach i jeździłem turystycznie pewnie; dobrą okazją do wprawy były kilkumiesięczne pobyty zimą w Pięciu Stawach. Póki mi zdrowie na to pozwalało, zimowe urlopy zawsze spędzaliśmy w Tatrach; teraz preferujemy raczej wyjazdy w niższe partie gór i jeździmy do Zawoi.

Pasja wędrowania objawiała się też w moim zainteresowaniu krajoznawstwem. Obejmowałem nim całą Polskę, jej krajobrazy, jeziora, lasy i rzeki, a wreszcie miasta i ich zabytki. Zamiłowania krajoznawcze ciągnęły mnie także w świat. Mimo nie sprzyjającym podróżom zagranicznym lat, każdy wyjazd "służbowy" wykorzystywałem jak mogłem, aby jak najwięcej zobaczyć. W licznych wyjazdach towarzyszyła mi żona, korzystając z dewiz, które udało nam się zebrać na koncie bankowym. Zrobiliśmy razem wiele wycieczek organizowanych przez biura podnóży, bo te były dla nas najłatwiejsze, jako płatne w złotych. Zwiedziliśmy razem prawie wszystkie kraje Europy, północnej Afryki i niektóre kraje Azji i Ameryki. Zachowaliśmy moc przeżyć uzupełnianych przeźroczami, bo fotografowanie także moją pasją.

Innym moim wielkim zamiłowaniem jest kolekcjonerstwo. Najpoważniejszym moim zbiorem jest duży zbiór grafiki przeważnie z XVIII i XIX w. W zbiorze są także i egzemplarze starsze, np. mieszczące się w takich książkach jak Kosmografia S. Munstera z 1534 t. lub Kronika Świata M. Bielskiego z 1564 r. Zbiór obejmuje także grafikę współczesną.

Wymienione wyżej stare tomy są ozdobą mojej znacznej biblioteki fachowej, tzn. dotyczącej geografii, środowiska i planowania przestrzennego. Uzupełniają ją tomy dotyczące kolekcjonerstwa. Bo to jeszcze nie koniec mojego zbieractwa - uzupełnieniem biblioteki jest pokaźny zbiór atlasów i map, a niektóre stare mapy zdobią ściany naszego mieszkania.

Z wypraw zagranicznych i wyjazdów służbowych pozostawały zawsze drobne monety. Zebrało się tego dużo i trzydzieści lat temu uporządkowałem je. To był początek mojego zbioru monet z XIX i XX wieku, oczywiście bez monet złotych, bo na to nigdy nie miałem dość pieniędzy. Byłem członkiem Towarzystwa Numizmatycznego i zbiór wciąż się uzupełnia wymianą i darami rodziny i przyjaciół wracających z zagranicy.

Przy tych wszystkich moich zbiorach nasze mieszkanie jest jednak ładne i nie wszystkie pokoje są zagracone. Zasługa to mojej żony, która strzeże je przed mymi zbiorami i na szczęście sama nie ma pasji zbierackich.

Zakończenie

W latach siedemdziesiątych podjąłem się opracowania podręcznika geografii Polski pt. Nad mapą Polski. Przedstawiłem w nim problematykę związaną z przestrzenią geograficzną, rozmieszczeniem ludności oraz stosunkami społeczno-gospodarczymi. Kompendium geograficzne o Polsce nie miało być podręcznikiem dla określonego planu studiów uniwersyteckich, lecz miało sugerować czytelnikowi, w jakim kraju żyje, jakie są tego kraju warunki fizjograficzne i jak te warunki są wykorzystywane przez społeczeństwo, mieszkające na tym obszarze. Pragnąłem skierować zainteresowanie czytelnika na Polskę ujętą przestrzennie, jakby z lotu ptaka, a równocześnie realistycznie oceniającą dorobek społeczeństwa i przewidującą jego dalszy rozwój do 2000 r. Nie jest to omówienie konkretnego planu opracowanego przez Komisję Planowania przy Radzie Ministrów, ale moje własne spojrzenie, własna koncepcja. Książkę oddałem do druku w 1975 r. Wykorzystałem przeto dane dostępne do tego roku, wykonałem na ich podstawie 17 tablic statystycznych, 4 wykresy i 149 map. Omówiłem w niej konsekwencje położenia geograficznego między Niemcami a ZSRR, zasoby i walory środowiska geograficznego. Stwierdziłem, że Polska nie wykorzystuje swego położenia nad Bałtykiem oraz centralnego położenia w Europie. Książka ukazała się w księgarniach w 1980 r. w nakładzie 10 tys. egzemplarzy. Wprawdzie zniknęła z pólek księgarskich, ale dziś wszystkie dane statystyczne są już przestarzałe, zatem wznowienie jej wydania jest całkowicie nierealne. Studium Nad mapą Polski zamknęło moją działalność naukową. Wprawdzie jeszcze w latach osiemdziesiątych opublikowałem 46 rozpraw, artykułów i notatek, ale były to raczej przyczynki naukowe, oparte na materiałach dawniej zebranych, lub notatki dotyczące pewnych zdarzeń geograficznych.

W dniu 7 maja 1987 r. moi koledzy i uczniowie urządzili sesję jubileuszową z okazji ukończenia przeze mnie 80 lat. Sesja została zorganizowana przez IG PAN, Wydział VII PAN, Komitet Nauk Geograficznych PAN, KPZK, PTG, Wydział Geografii i Studiów Regionalnych UW. Wzięło w niej udział około 200 osób, w tym takie geografowie z zagranicy: Włoch, NRD i Francji. Referat o moim dorobku wygłosił J. Kostrowicki, potem zabierali głos inni mówcy. Wśród 225 listów i telegramów były liczne od towarzystw geograficznych zagranicznych oraz indywidualne od geografów z różnych krajów świata. Atmosfera była ponoć serdeczna i miła, urozmaicona przez specjalną wystawę i koleżeńskie przyjęcie. Brakowało tylko... Jubilata. Potknąłem się na płycie leżącej na budującym się chodniku i rozbiłem twarz tak, że krwotok nie pozwolił mi tego dnia ruszyć się z domu.

13 listopada 1987 r. Uniwersytet Warszawski nadał mi tytuł doktora honoris causa. Uroczystość odbyła się na UW przy licznie zgromadzonych kolegach, przyjaciołach i uczniach.

Podsumowaniem mojego dorobku naukowego są 2 tomy wydane przez PWN: Geografia jako nauka i wiedza stosowana (Warszawa 1975, 29 opracowań, s. 590), oraz Geografia a planowanie przestrzenne i ochrona środowiska (Warszawa 1977, 37 opracowań, s. 596).

Mój dorobek naukowy opublikowany w latach 1928-1990 wynosi 627 pozycji, do tego dochodzą 84 recenzje, 15 map, 251 artykułów i notatek popularnych, 5 artykułów w prasie podziemnej 1944/45; razem 982 pozycje. Ponieważ nieraz te same opracowania były drukowane w różnych wydawnictwach i językach, można oceniać, że liczba moich publikacji przekracza tysiąc kart bibliograficznych. Dorobek ten uzupełniają liczne prace redakcyjne.

W uznaniu mojego dorobku naukowego otrzymałem trzy doktoraty honoris causa: Uniwersytetu Karola w Pradze, Wyższej Szkoły Ekonomicznej w Poznaniu i Uniwersytetu Warszawskiego.

Stanisław Leszczycki
Czerwiec 1991

[1]  [2]  [3]  [4]  [5] 


Wiw.pl  |  Na bieżąco  |  Informacje  |  Co nowego  |  Matematyka i przyroda  |  Astronomia  |  Biologia  |  Fizyka  |  Matematyka  |  Modelowanie rzeczywistości  |  Humanistyka  |  Filozofia  |  Historia  |  Kultura antyczna  |  Literatura  |  Sztuka  |  Czytaj  |  Biblioteka  |  Delta  |  Wielcy i więksi  |  Przydatne  |  Słowniki  |  Co i gdzie studiować  |  Wszechświat w obrazkach