Wielcy
  Wiw.pl   Na bieżąco:  Informacje   Co nowego   Matematyka i przyroda:  Astronomia   Biologia   Fizyka   Matematyka   Modelowanie rzeczywistości   Humanistyka:  Filozofia   Historia   Kultura antyczna   Literatura   Sztuka   Czytaj:  Biblioteka   Delta   Wielcy i więksi   Przydatne:  Słowniki   Co i gdzie studiować   Wszechświat w obrazkach    
  Jesteś tutaj:   Wirtualny Wszechświat > Wielcy i więksi > Kwartalnik Historii Nauki i Techniki  



"Kwartalnik Historii Nauki i Techniki",
R. 34:1989 nr 4, s. 745
[1]  [2]  [3] 
Teraz czekała mnie, zgodnie z moim planem życiowym, długoletnia praktyka rolnicza. Pierwszą tzw. roczną praktykę, którą odbywali zwyczajowo absolwenci uczelni rolniczych, odbyłem w majątku Kamień w pow. kaliskim u p. Mieczysława Jałowieckiego. W gospodarstwie tym pracowali włodarze ze szkoły "papieża rolników" p. Wojciecha Wyganowskiego. Byli to doskonali fachowcy i ja się dużo od nich nauczyłem.

Po roku tej praktyki zostałem zaangażowany na stanowisko samodzielnego rządcy do majątku Hieronimów w pow. białostockim, stanowiącego własność braci Rammów. Zabrałem się energicznie do porządkowania zapuszczonej gospodarki, lecz po kilku miesiącach zostałem zaalarmowany przez rodzinę, bym objął majątek mego schorowanego wuja, brata mojej Matki, ze względu na pogarszający się stan jego zdrowia. Przekazałem więc Hieronimów memu koledze, a sam przeniosłem się w Sochaczewskie do Gradowa. Administrowałem tym majątkiem (zresztą zniszczonym w roku 1915, w czasie kiedy front niemiecko-rosyjski utrzymywał się przez kilka miesięcy na linii Bzura-Rawka) w okresie najcięższego kryzysu gospodarczego (1929-1933). Udało mi się przetrzymać ten okres bez uszczuplenia substancji majątkowej i bez pogorszenia stanu ekonomicznego gospodarstwa. Na skutek jednak "konfliktu pokoleń", jaki wystąpił między nami, zrezygnowałem z dziedziczenia majątku, podziękowałem wujowi i opuściłem Gradów.

Po odbyciu paromiesięcznej praktyki w gospodarstwie leśnym "Czarne" na Kujawach zostałem w lipcu 1933 r. zaproszony przez mego stryja Józefa, pełnomocnika właścicielki dóbr Zabłudów, pow. białostocki, majątku wówczas już w przewadze leśnego, na jego zastępcę. W Zabłudowie-Słomiance pozostawałem od roku 1937, już w charakterze administratora, do wybuchu ostatniej wojny, do dnia 25 sierpnia 1939 r.

Po ukończeniu podchorążówki odbywałem regularnie co 2 lata ćwiczenia w pułku. W 1929 r. zostałem awansowany na wachm. podchorążego. W 1931 r. dostałem nominację na podporucznika, w 1935 r. na porucznika.

W czasie mojej pracy zawodowej uzyskiwałem dwukrotnie półroczne bezpłatne urlopy dla studiów ekonomiczno-rolniczych za granicą. W 1935 r. studiowałem w Niemczech oraz w Austrii. Natomiast w 1937 r. studiowałem w Szwajcarii, Francji, Wielkiej Brytanii oraz w Belgii. Studia te wyniosły łącznie nieco ponad rok. Odwiedziłem wszystkie liczące się w owym czasie instytuty i uniwersytety zajmujące się w Europie Zachodniej ekonomiką i organizacją rolnictwa.

Powracam do wybuchu wojny. Gdy się zgłosiłem do pułku w dniu 25 sierpnia 1939 r., zostałem przydzielony do pierwszego rzutu pułku, do 4-go szwadronu na dowódcę 2-go plutonu.

Pułk został zaalarmowany rankiem 1 września. Bombardowana była z powietrza stacja kolejowa w Augustowie. W dniu tym pułk opuścił koszary. Brałem udział w walkach pułku z Niemcami na terenie Mazowsza oraz Podlasia. Po kilku bitwach i potyczkach Suwalska Brygada Kawalerii w nocnym marszu z 13 na 14 września natknęła się na większą jednostkę zmechanizowanej piechoty niemieckiej. Nasz pułk oraz 3 pułk szwoleżerów stoczyły z nią nocny bój, w którym się odznaczyłem, za co został mi nadany po wojnie krzyż Virtuti Militari. Ponieważ brygada znalazła się w okrążeniu, jej dowódca upoważnił dowódców pododdziałów, by w razie konieczności sami podjęli decyzję ewentualnego oderwania się od brygady i starali się na własną rękę wydostać z okrążenia. Na ewentualny punkt zbiórki brygady wyznaczył Wołkowysk. Nasz szwadron podjął decyzję oderwania się od głównych sił brygady. Zamiar ten uskuteczniliśmy i po kilku dniach obfitujących w różne dramatyczne przejścia dotarliśmy do Wołkowyska, w którym - jak się okazało - formował się drugi rzut naszej brygady. Tam też spotkaliśmy niektóre inne jednostki pułku. Oddziały naszego pułku, które znalazły się w Wołkowysku, uformowały dywizjon 1 pułku ułanów, który wszedł w skład brygady 2-go rzutu, dowodzonej przez płk Tarasiewicza.

Po kilku dniach marszów oraz potyczek i bitew w puszczy augustowskiej brygada została przyparta przez oddziały niemieckie i radzieckie do granicy litewskiej. Dowódca brygady podjął decyzję, by przekroczyć granicę i dać się internować Litwinom. Nastąpiło to przy końcu września w rejonie gajówki Budwieć.

Na Litwie oficerowie naszej brygady zostali internowani w Pakiszkach, majątku należącym do p. Jana Przeździeckiego, w skrzydle jego pałacu. Nie byliśmy zbyt mocno strzeżeni przez żołnierzy litewskich, dozwolone też były kontakty z przedstawicielami miejscowych Polaków. Dzięki ich ofiarności i pomocy niektórym z nas udało się "wyciec" z obozu, nie była to bowiem dramatyczna ucieczka. Był to dzień 31 grudnia 1939 r. Dzięki pomocy miejscowych Polaków udało nam się dostać do Wilna. Mnie wyznaczono mieszkanie u pp. Stefanostwa Burhardtów, gdzie bezpośrednio po przybyciu poznałem moją późniejszą żonę, p. Elżbietę (Zulę) Minkiewiczównę.

Ponieważ uciekinierzy z obozów byli poszukiwani przez władze litewskie, musiałem zmienić nazwisko. Zdecydowałem się na drugie imię własne (Juliusz) oraz drugie moje nazwisko, którego nie używałem i nie miałem go w moich dokumentach: Szoege. Zostałem więc Juliuszem Szoege. Decyzja moja okazała się słuszna, ułatwiło mi to bowiem później powrót do tego nazwiska, które miałem w dowodach.

Zdecydowaliśmy dostać się na Zachód do naszego wojska. Były dwie drogi: oficjalna - drogą lotniczą przez Szwecję, oraz nielegalna - drogą lądową przez kraje bałtyckie, Finlandię do Norwegii (Narwik). Pierwsza była dla nas zamknięta, m.in. ze względu na koszty. Wybraliśmy więc drogę drugą, wykorzystując moją znajomość Inflant (Łotwa), a także i to, że w Rydze stryj mój, Józef, miał jakieś pieniądze, z których mogłem skorzystać.

Byliśmy gotowi w kwietniu. Wyruszyliśmy (ja i mój kolega ze szwadronu 4-go, ppor. Stanisław Dębicki) koleją przez Kowno-Rakiszki do stacji Abele. Tam wysiedliśmy i idąc po torze kolejowym w kierunku na Turmont, przekroczyliśmy nie zatrzymywani przez nikogo granicę. Idąc dalej doszliśmy do pierwszej stacji po stronie łotewskiej. Wsiedliśmy do pociągu i pojechaliśmy dalej do Rygi. W Rydze pomogli nam również miejscowi Polacy. Po kilkudniowym tam pobycie ruszyliśmy w drogę, zaopatrzeni przez miejscowych Polaków w adresy Polaków w Tallinie. Wsiedliśmy do pociągu idącego na północ w kierunku na Estonię. Na ostatniej stacji łotewskiej wysiedliśmy i nocą, kierując się na północ, mając jako drogowskaz gwiazdę polarną, po dłuższym marszu natknęliśmy się na tor kolejowy (już na terenie estońskim) biegnący z zachodu na wschód. Doszliśmy do pierwszej stacji kolejowej, wykupiliśmy bilety do Tallina. Przed wieczorem byliśmy już w Tallinie. Tam zamieszkaliśmy u Polaków, których adres otrzymaliśmy w Rydze. Zaraz zaczęliśmy czynić usiłowania, by znaleźć rybaka, który by się zgodził przewieźć nas przez Zatokę Fińską do Helsinek. Tam rezydował jeszcze polski attache wojskowy, który miał nam zorganizować podróż koleją przez Finlandię, potem autobusem do portu Kirkenes, a stamtąd morzem do Narwiku.

Zabiegi mające na celu znalezienia kutra trwały dłuższy czas. Przyłączył się do nas Polak, porucznik któregoś pułku piechoty, który wyraził chęć płynięcia z nami. Zarzucał nam powolność w poszukiwaniu chętnego rybaka. Powiedziałem mu, że jeśli ma takie możliwości, to niech on zorganizuje nam ten przejazd. Umywam jednak od tego ręce. Po kilku dniach oświadczył, że znalazł rybaka i że następnego dnia możemy wyruszyć. Okazało się potem, że kuter, na którym mieliśmy płynąć, znajdował się w porcie rybackim pod oknami komendy estońskiej straży pogranicznej. Tak więc, nim wypłynęliśmy jeszcze na wody zatoki fińskiej, dogoniła nas motorówka straży granicznej i zostaliśmy aresztowani. Po naszym miesięcznym pobycie w więzieniu policyjnym do Estonii wkroczyły wojska radzieckie i na dworcach pojawili się komendanci - oficerowie radzieccy.

Nastąpiły wypadki, które wspominam, by oddać cześć oficerom estońskiej policji (republikańskiej). Zdawali oni sobie sprawę z tego, co się z nami i z nimi może stać, gdybyśmy się dostali w ręce władz radzieckich. Otóż zamiast myśleć o sobie, myśleli tylko o tym, jak nas uchronić. Zorganizowali więc przerzut nas, Polaków, na Łotwę.

Gdy nasz zamiar dotarcia do polskich oddziałów na Zachodzie został udaremniony, po powrocie do Wilna tą samą mniej więcej drogą, którą szliśmy na północ, musiałem zdecydować co robić dalej. Postanowiłem pozostać na razie na Litwie, aby zaś mieć z czego żyć, musiałem nauczyć się litewskiego, by móc się zatrudnić w doradztwie rolniczym jako instruktor rolny. Tak też się stało i od lutego 1941 roku aż do kwietnia 1944 roku pracowałem jako agronom rejonowy na Litwie i Żmudzi.

Wkrótce nauczyłem się (na poziomie zadowalającym) języka litewskiego: W czasie całego mego pobytu na Litwie byłem oficerem łącznikowym w dyspozycji komendantów podokręgów Związku Polski Zbrojnej, w których zamieszkiwałem. W późniejszych latach nawiązałem kontakt z por. Jerzym Porębskim (Rożałowskim), oficerem naszego pułku.

W początkach roku 1944 moi przełożeni w Kowieńskiej Izbie Rolniczej, z którymi utrzymywałem koleżeńskie stosunki, uprzedzili mnie, że znajduję się na liście Polaków, którzy mają być wywiezieni przez Niemców na roboty do Reichu. Wobec tego doradzili mi zmianę miejsca zamieszkania. Zaproponowali dowolny rejon na terenie właściwej Litwy z wyjątkiem dawnych terenów polskich, gdzie będąc Polakiem nie mógłbym pracować jako przedstawiciel Litewskiej Izby Rolniczej. Podziękowałem im serdecznie za radę i propozycję, ale postanowiłem przenieść się do Wilna, chcąc być na terenach Polski, gdzie już organizowały się w podziemiu późniejsze brygady AK. Nie wspomniałem jeszcze, że w październiku 1940 roku ożeniłem się z p. Elżbietą Minkiewiczówną, córką znanego lekarza wileńskiego i filistra dorpackiej Korporacji Polonii, pochodzącego z Dowmont na Kiejdańszczyźnie. Moja żona była przez kilka lat pracownicą Rozgłośni Wileńskiej Polskiego Radia, autorką wielu audycji oraz sekretarką Wydziału Programowego.

W Wilnie zacząłem pracować jako główny księgowy w firmie budowlanej "Statyba". Odnowiłem też moje kontakty ze wspomnianym Jerzym Porębskim, późniejszym komendantem wileńskiej brygady AK "Gozdawa".

Wiosną 1944 roku rozpoczęła się ofensywa armii radzieckiej, front zbliżał się do byłych granic polskich. W tym czasie powstało w polskim ruchu oporu kilku nowych brygad AK. Mój kolega pułkowy, Jerzy Porębski (Rożałowski), zaproponował mi, bym w razie "mobilizacji" wstąpił do brygady pod nazwą "brygada Gozdawy", którą ma formować. W końcu czerwca 1944 r. otrzymałem przez gońca wezwanie do brygady. Formowała się w składzie jednej kompanii na północnym skraju puszczy rudnickiej. Natychmiast udałem się do m.p. formującej się brygady. Gdy zameldowałem się u por. Porębskiego, wyznaczył mnie on swoim zastępcą. Upłynęło kilka dni na czynnościach organizacyjnych. Brygada ruszyła w kierunku południowo-wschodnim. Nawiązaliśmy wkrótce kontakt patroli z Niemcami. Po kilku dniach por. Porębski otrzymał rozkaz rozformowania brygady i zakopania broni. Nie potrafię dziś wyjaśnić, kto ten rozkaz wydał.

Po tym przykrym incydencie postanowiliśmy wrócić do Wilna i czekać na dalsze rozkazy dowództwa. Gdyśmy wracali do Wilna, w niektórych kwartałach miasta trwały jeszcze walki. Następnego dnia po moim powrocie zgłosił się do mnie goniec z rozkazem naszego dowództwa, bym się zgłosił do komendanta VII brygady, Wilhelma. Niezwłocznie wyruszyłem: w drogę. Po drodze byłem zatrzymywany przez oficerów radzieckich, udało mi się jednak uniknąć aresztowania. Przed wieczorem odnalazłem VII brygadę i zostałem mianowany przez jej komendanta na dowódcę 3-ej kompanii. Brygada składała się z trzech kompanii. W kilka dni po moim przybyciu do brygady wyruszyła ona z miejsca postoju. Mijaliśmy jakieś oddziały radzieckie, których ciągle przybywało. W pewnym momencie marsz brygady został wstrzymany przez oddziały radzieckie, które zażądały złożenia broni. Groziły użyciem ckm i czołgów, gdybyśmy nie chcieli wykonać ich żądania. W tej sytuacji musieliśmy broń złożyć. Nastąpił ten tak bolesny dla każdego żołnierza akt złożenia broni. Uformowano nas w kolumnę marszową i ruszyliśmy, otoczeni przez pieszych i konnych pograniczników z psami policyjnymi. Po kilku godzinach marszu dotarliśmy do ruin zamku Miedniki. W ruinach tego zamku Niemcy zbudowali baraki. W czasie wspomnianego marszu spotkaliśmy kilka podobnych kolumn. Byli to żołnierze innych brygad AK, których spotkał podobny los jak nas.

W ruinach zamku miednickiego spędziliśmy parę tygodni. Któregoś dnia zawiadomiono nas, że przyjedzie oficer z armii gen. Berlinga, który będzie miał z nami spotkanie. Zgromadzono nas na placu obozowym. Na trybunie pojawił się oficer w polskim mundurze pułkownika. Mówca w łamanym polskim języku wygłosił przemówienie, namawiając nas do wstąpienia do armii Berlinga w zamian za obiecywane korzyści. W odpowiedzi nasi szeregowi wygwizdali go. Władze radzieckie uznały, że to oficerowie spowodowali wygwizdanie pułkownika i posłużyli się tym pretekstem, by nas oddzielić od szeregowych. Po paru dniach od tego incydentu załadowano nas na ciężarówki i wywieziono do Wilna na Łukiszki, gdzie w strasznej ciasnocie, potwornym upale i o głodzie spędziliśmy dalsze dwa tygodnie.

1 września 1944 roku pomaszerowaliśmy na dworzec kolejowy. Załadowano nas w "tiepłuszki" i ruszyliśmy w drogę. Przez Moskwę, którą pociąg okrążał parę dni, do obozu internowanych oficerów AK (z całego kraju) w Riazaniu. Byliśmy w Riazaniu 11 czy 12 września. Pociąg nasz składał się z "tiepłuszek", z tym że wagony były zamknięte i otwierane tylko w czasie przynoszenia posiłków. Po 11 dniach byliśmy w Riazaniu. Przebywaliśmy tam do przełomu września i października 1947 roku, a więc przez trzy lata i jednego miesiąc. Początkowo umieszczono nas w barakach w samym mieście. Były to prymitywne baraki bez światła elektrycznego. Jedyną rozrywką było radio (radiotoczka). Wysłuchaliśmy audycji z ostatnich miesięcy wojny. W połowie roku 1945 przeniesiono nas do obszernego obozu Diagilewo na przedmieściu Riazania. Składał się on z szeregu baraków rozrzuconych na obszernym terenie. W jednym baraku ulokowany był batalion oficerski. W obozie tym stopniowo zbierani byli wszyscy oficerowie z poszczególnych okręgów AK, a także wyższa administracja cywilna z województw polskich, m.in. ze Lwowa, Lublina i częściowo innych. W obozie naszym było kilku generałów (nawet przejściowo gen. Wilk Krzyżanowski), kilku wojewodów i wicewojewodów.

W obozie byliśmy traktowani jako oficerowie i stosunki z oficerami radzieckimi były w zasadzie poprawne. Oficerowie nie byli przymuszani do pracy, mogli jednak dobrowolnie zgłaszać się, za co otrzymywali dodatkowe wyżywienie. Było to jednak przez nasz ogół oficerski oceniane negatywnie. Uważaliśmy, że to po prostu nie wypada. Liczba zatem "pracujących" oficerów była bardzo mała. Wyżywienie było słabe, ale wynikało to z niskich norm żywieniowych w ogóle w kraju. Byliśmy jednak na oficerskim "pajku". Sądzę, że jedliśmy mimo wszystko lepiej niż przeciętny obywatel radziecki. Nasza norma wynosiła 400 g chleba i kostkę dobrej margaryny amerykańskiej. Była poza tym zupa i kasza na obiad orazi kawa zbożowa rano i wieczorem. Dostawaliśmy też czasami solone rybki - chwast morskiej ryby, ale zawierający tran pełen witamin. Nie było więc u nas objawów szkorbutu. Mieliśmy stosunkowo dużo swobody. Mieliśmy swego kapelana i w niedzielę odprawiana była przez niego msza święta. Mieliśmy swój kabaret, kierowany bardzo ciekawie przez naszego kolegę por. Janusza Kozakiewicza. Prowadzone też były przez naszych kolegów dwie "szkoły" na poziomie techników zawodowych: technikum rolnicze oraz technikum leśne. Ja np. ukończyłem technikum leśne. Kilku z nas uczyło kolegów obcych języków. Ja uczyłem innych angielskiego i francuskiego, a sam uczyłem się hiszpańskiego (z pomocą kolegi, por. Dziatlika). Znaczny natomiast procent kolegów "zabijał czas" grając prawie bez przerwy w brydża. Niektórzy jednak (nie był to wysoki procent) ulegli nastrojowi apatii i spędzali czas leżąc przez większą część dnia na pryczach.

Stosowano też wobec nas drobne, rutynowe szykany, polegające na zbiórkach na placu ze swymi rzeczami (charakterystyczna komenda: "sabirajsia s wieszcziami"), które trwały godzinami i w czasie których robiono rewizje w barakach, lub na odmianę w naszych plecakach i konfiskowano nam coraz to inne rzeczy: noże, zapiski czy notatki. Niektóre z tych przedmiotów potem nam zwracano. Było to jednak denerwujące i upokarzające.

Dwukrotnie stosowaliśmy głodówkę jako wyraz naszego protestu z powodu trzymania nas w obozie, gdy pragnęliśmy walczyć z Niemcami. Gdy nam mówiono, że mogliśmy wstąpić do armii gen. Berlinga, wyjaśnialiśmy, że chętnie byśmy to zrobili, jeśliby nasz rząd, który w tym czasie znajdował się w Anglii, wydał nam rozkaz lub chociaż zezwolenie. Jedna głodówka trwała 7, a druga 8 dni. W czasie głodówki leżeliśmy na pryczach, by nie wydatkować energii. Pierwszego dnia czułem głód, potem już tylko osłabienie i senność. Piliśmy jedynie wodę z dodatkiem soli.

Głodówka w obozie nie jest uważana w ZSRR za przestępstwo. Wina spada na dowództwo. W czasie naszych głodówek zjeżdżali się z Moskwy różni pułkownicy i namawiali nas łagodnie, byśmy przerwali protest. Myśmy w czasie tych wizyt zachowywali milczenie. Natomiast w baraku podoficerskim słyszeli tylko jedno słowo: Katyń. Sądzę, że te władze, którym podlegał nasz obóz, miały wielkie nieprzyjemności: ich bowiem winą było, zdaniem wyższego dowództwa, że doszło do głodówek. Mówiono, że niektórzy dowódcy zostali ukarani przez swoje władze.

Po zakończeniu głodówki przeniesiono nas na kilka dni do lazaretu, dostawaliśmy też dietetyczną żywność - m.in. bułki i mleko. Po drugiej głodówce, którą przeprowadziliśmy z powodu nie odsyłania nas do kraju (latem roku 1947), pomimo ukończonej wojny, zlikwidowano nasz obóz w Riazaniu-Pragilewie, wsadzono nas do wagonów i mówiąc nam, że wracamy do kraju (wagony "tiepłuszki" były zamknięte), wywieziono nas do nowego obozu w Czerepowcu koło Wołogdy, położonego na wschód od jeziora Ładoga. Z dworca kolejowego pomaszerowaliśmy przez bardzo ładne i porządnie utrzymane miasteczko, z pięknymi wielkoruskimi domami z grubych bierwion, z pięknymi rzeźbionymi w drzewie gankami i obramowaniem okien.

W połowie października (1947 r.) zawiadomiono nas, że wracamy do kraju. Znowu "sabirajsia s wieszcziami", odmaszerowujemy na dworzec. Wsiedliśmy do "tiepłuszek". Drzwi pozostają otwarte. Jest to znak, że tym razem naprawdę wracamy do kraju. Pogoda była w tych dniach słoneczna. Siadamy w otwartych drzwiach wagonów, spuszczając nogi na zewnątrz. Co za błogie uczucie wolności. Podziwiamy piękny krajobraz Wielkorusi. Widzimy dużo wież cerkiewnych, oczywiście bez krzyży. Po kilku dniach dojeżdżamy do Brześcia nad Bugiem. Wysiadamy i maszerujemy do jakiegoś budynku koszarowego. Kwarantanna, która trwa kilkanaście dni. W początkach listopada znowu zbiórka "s wieszcziami". Wśród oficerów NKWD znajduje się kapitan w mundurze I Warszawskiej Dywizji Kościuszkowskiej. Czapka angielskiego kroju z żółtym otokiem. Jemu widocznie Rosjanie nas przekazują. Odbywa się wyczytywanie nazwisk. Przechodzimy na drugą stronę sali koszarowej. Zostaję wyczytany - przechodzę. Wychodzimy na peron i wsiadamy do polskiego pociągu z wagonami 3-ciej klasy.

Ruszamy i przejeżdżamy Bug. Jest dzień 3 listopada 1947 r. Dzień św. Huberta, patrona jeźdźców i myśliwych. Nomen-omen. Po parogodzinnej jeździe dojeżdżamy do Białej Podlaskiej. Pociąg mija ciężarówkę napełnioną tucznikami. Widok, którego przez z górą trzy lata byliśmy pozbawieni.

W Białej spędzam dzień czy dwa dla uzyskania dokumentów. Dokąd mam jechać? Żonę z małym synkiem zostawiłem w 1944 r. w Wilnie. Nie wiem, gdzie jest teraz. Brat mój był przed wojną profesorem Uniwersytetu Jana Kazimierza we Lwowie. Nie wiem, gdzie jest teraz. Siostra była nauczycielką na pensji hr. Cecylii Plater-Zyberkówny w Warszawie. Może jest w Warszawie? Zaczynam więc od Warszawy.

Okazało się, że mój domysł był słuszny. Na początku odwiedziłem więc siostrę. Dowiedziałem się od niej, że moja żona z synkiem repatriowali się z Wilna w 1945 r. i mieszkają w Chełmży koło Torunia. Brat mój "repatriował się" razem z Uniwersytetem ze Lwowa do Wrocławia i jest tam profesorem.

Pojechałem więc do Chełmży, gdzie odnalazłem rodzinę. Po paru dniach odpoczynku po wrażeniach z ubiegłych blisko 4 lat musiałem pomyśleć o znalezieniu pracy. Zacząłem się starać o pracę w majątkach państwowych, starania moje spaliły jednak na panewce: moja AK-owska przeszłość okazała się przeszkodą. Pomyślałem zatem, że może jest to okazja, by powrócić do mych wcześniejszych planów życiowych i obrać karierę naukową w zakresie ekonomiki rolnej, m.in. ze względu na moje ponad roczne studia zagraniczne ekonomiczno-rolnicze, a także na asystenturę u Profesora Moszczeńskiego.

Zwróciłem się więc do kierownika Wydziału Ekonomiki Gospodarstw Wiejskich Państwowego Instytutu Naukowego Gospodarstwa Wiejskiego w Puławach, który mi od razu zaproponował stanowisko adiunkta. W instytucie tym pracowałem do roku 1958 włącznie. Zrezygnowałem z pracy w 1958 r., gdy już byłem zastępcą profesora w Szkole Głównej Gospodarstwa Wiejskiego i kierowałem dawną katedrą Profesora Moszczeńskiego. Do katedry wróciłem w 1948 r., po 22 latach, z tym tylko, że Profesor Moszczeński już nie żył (zmarł dwa lata wcześniej). Z pracy w Instytucie zrezygnowałem, nie chcąc zajmować dwóch etatów w okresie, gdy powstały trudności z otrzymaniem pracy naukowej. Kontakt z Instytutem utrzymuję nadal, przez 5 kadencji byłem też przewodniczącym jego Rady Naukowej.

W roku 1948, pracując w PINGW-ie, zostałem jednocześnie powołany przez następczynię profesora Moszczeńskiego, panią doc. dr Hannę Paszkowiczową, na stanowisko st. asystenta w Katedrze Ekonomiki Gospodarstw Rolniczych SGGW. W tym samym roku doktoryzowałem się na Uniwersytecie Poznańskim u Profesora Wiktora Schramma. Moja daleko zaawansowana pierwsza praca doktorska, której promotorem miał być Profesor St. Moszczeński, zaginęła bowiem w Zabłudowie-Słomiance po moim odejściu "na wojnę".

W 1950 r. powołano mnie na stanowisko zastępcy profesora w Katedrze Ekonomiki Gospodarstw Rolniczych SGGW, a wkrótce potem zostałem jej kierownikiem. Historia tego jest niezwykła, pokrótce więc ją opiszę.

W roku 1950, gdy byłem już pracownikiem nowo powstałego Instytutu Ekonomiki Rolnej oraz st. asystentem SGGW, zostałem zaproszony przez dyrektora Instytutu p. Jerzego Tepichta na rozmowę. Dyrektor Tepicht zakomunikował mi, że obecnie następuje "odmłodzenie" starej kadry ekonomistów rolnych na uczelniach i wydziałach rolniczych uniwersytetów. P. Doc. Paszkiewiczowa ma odejść na emeryturę. On ma zlecone przez władze państwowe uzupełnienie kadr ekonomicznych na uczelniach rolniczych. Na tej podstawie proponuje mi objęcie w mojej uczelni - w katedrze, w której pracuję - stanowiska zastępcy profesora.

Zostałem zaskoczony tą propozycją. Był to w tym czasie w Polsce tzw. okres "błędów i wypaczeń", nazywany potocznie okresem stalinowskim. Miałem w tym czasie, wg mojej oceny, moc czarnych plam w mojej "ankiecie personalnej". Dziadek - wielki "obszarnik" na kresach inflanckich. Ja - oficer kawalerii, AK-owiec wileński, praktykujący katolik, członek korporacji studenckiej "Arkonia". Byłem zdumiony. Odpowiedziałem, że uważam tę propozycję za spełniającą moje marzenia i jestem za nią szczerze wdzięczny, nie mógłbym jednak jej przyjąć, o ile się nie upewnię, że Dyrektor wie o mojej osobie wszystko i mimo tego swą propozycję powtórzy. Dyrektor Tepicht oświadczył mi z uśmiechem, że wydaje mu się, że wie o mnie wszystko, ale jeśli sobie tego życzę, to mogę mu wszystkie domniemane zarzuty pod własnym adresem podać, a on mi odpowie, czy istotnie czegoś o mnie nie wiedział. Na to wymieniłem wówczas te domniemane zastrzeżenia co do mojej osoby. Gdy skończyłem, dyrektor Tepicht oświadczył, że wszystko mu jest znane, ale jego zdaniem nie są to obciążenia. Wytłumaczył mi dlaczego. Na zakończenie powiedział, że zapewne będzie mnie interesowało, dlaczego - mimo tych, może formalnych, zarzutów - zgłosił tę propozycję. Oświadczyłem, że jestem ogromnie tego ciekaw. Na to Dyrektor Tepicht zapytał, czy pamiętam, jak przed paru laty, gdy mnie odwiedził w Instytucie, którego nie był jeszcze dyrektorem, zauważył na moim stole pasmo papieru zapisanego maczkiem, coś takiego jak znany powszechnie więzienny "gryps". Gdy mnie zapytał, co on oznacza, wyjaśniłem mu, że gdy znajdowałem się w Riazaniu, mając dużo czasu układałem sobie rozwiązania różnych trudnych problemów z zakresu ekonomiki rolnej. Mieliśmy już powracać do kraju i straszono nas, że zostaną nam odebrane wszelkie zapiski. Ponieważ przywiązywałem wielką wagę do tej koncepcji, główne jej zasady spisałem na tym grypsie i wtopiłem w mydło w nadziei, że mydła mi nie odbiorą. Potem okazało się, że w ogóle rewizji nam nie robiono. Moglibyśmy przewieźć przez granicę nie tylko notatki, ale - jak to mówiłem żartem - nawet ckm.

Otóż na stole leżał ten "gryps", wydobyty z mydła. Stał się on podstawą mojej drugiej z kolei pracy doktorskiej, obronionej u Profesora Schramma. Gdy skończyłem moje wyjaśnienia, p. Tepicht powiedział tylko: "i oto dlatego proponuję Panu stanowisko zastępcy profesora w SGGW". Gdy mu oświadczyłem, że nie widzę i nie rozumiem związku między tymi faktami, dał mi takie oto wyjaśnienie. Jeśli znajdując się w Riazaniu w obozie internowanych, zamiast histeryzować lub grać w karty, zajmowałem się zagadnieniami naukowymi i tak mi zależało na tym, by tych koncepcji nie zagubić, że z obawy przed konfiskatą zatopiłem tę notatkę w mydło, świadczy to o tym, że jestem prawdziwym naukowcem, a on takich właśnie poszukuje i dlatego proponuje mi stanowisko zastępcy profesora w SGGW. Dodał, że będąc w Riazaniu nie miałem żadnej pewności, jak się ułoży moja przyszłość. Miałem dosyć dowodów, by mieć te wątpliwości.

Otóż wbrew temu, co ludzie mówili, wyrażam w tym miejscu głęboką wdzięczność późniejszemu Profesorowi Jerzemu Tepichtowi za jego decyzję, która pozwoliła mi w późniejszym moim życiu awansować w nauce i dojść do stanowisk, które dane mi było zajmować.

Szczegóły dotyczące mojej kariery naukowej podaję poniżej. Od dnia 1 września 1973 r. jestem emerytowanym profesorem zwyczajnym Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego oraz członkiem rzeczywistym Polskiej Akademii Nauk.

* *

Urodziłem się w Mińsku Mazowieckim w dniu 13 sierpnia 1903 r. Ojcem moim był Henryk Manteuffel-Szoege, syn Ryszarda oraz Jadwigi z Benisławskich. Matką moją była Maria z Zielińskich, córka Juliusza Zielińskiego oraz Wiktorii z Kretkowskich. Uczęszczałem kolejno do następujących szkół gimnazjalnych: Gimnazjum gen. Chrzanowskiego w Warszawie 1910/11, 1911/12, Gimnazjum Rządowe im. Aleksandra III w Rydze 1912/13, 1913/14 i 1914/15, Gimnazjum św. Katarzyny w Petrogradzie 1915/16 i 1916/17 oraz 1918/19, 1919/1920 i 1920/21 gimnazjum Wojciecha Górskiego w Warszawie.

Studia wyższe. Ukończyłem Wydział Rolny SGGW (1921-1926) oraz 2 semestry Wyższej Szkoły Handlowej (obecny SGPiS) w roku akad. 1925/1926. 13 miesięcy studiów na uniwersytetach w Niemczech, Austrii, Szwajcarii, Francji, W. Brytanii i Belgii (w latach 1935 oraz 1937).

Stopnie i tytuły naukowe. Mgr inż. rolnik - 1926. Dr nauk roln. Uniwersytetu Poznańskiego - 1948. Dr habil. nauk rolniczych SGGW - 1960. Zast. profesora SGGW - 1950. Prof. nadzw. SGGW - 1954. Prof. zw. SGGW - 1965. Członek korespondent Polskiej Akademii Nauk - 1965, członek rzeczywisty PAN - 1971, dr h.c. Akademii Rolniczej w Poznaniu - 1973, w Lublinie - 1978, dr h.c. Uniwersytetu Karola Wilhelma w Bonn, dr h.c. Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego - 1984 r.

Najważniejsze stanowiska społeczno-naukowe i społeczne. Przewodniczący Komitetu Ekonomiki Rolnictwa PAN (6 kadencji). Członek Prezydium PAN (3 kadencje). Przewodniczący Rady Naukowej Instytutu Ekonomiki Rolnej (5 kadencji). Przewodniczący CIOSTA (międzynarodowe Centrum Naukowej Organizacji Pracy w Rolnictwie) 1968-1970. Członek Rady Krajowej PRON (1983-1987), członek Rady Konsultacyjnej przy Premierze (1982-1989), członek Rady Gospodarki Żywnościowej przy Premierze od r. 1981.

Odznaczenia wojskowe. Krzyż Virtuti Militari V klasy, trzykrotnie Krzyż Walecznych, Krzyż Kampanii Wrześniowej 1939, Medal w Wojnie Obronnej 1939, Krzyż Partyzancki.

Odznaczenia państwowe. Srebrny Krzyż Zasługi, Złoty Krzyż Zasługi, Medal 10-lecia Polski Ludowej, Medal 40-lecia Polski Ludowej, Krzyż Komandorski Odrodzenia Polski, Order Sztandaru Pracy II klasy, Krzyż Komandorski z Gwiazdą Odrodzenia Polski. Medal Komisji Edukacji Narodowej. Zasłużony Nauczyciel PRL, Zasłużony Rolnik PRL.

Inne tytuły honorowe. Członek honorowy (life member) Międzynarodowego Stowarzyszenia Ekonomistów Rolnych, członek honorowy Towarzystwa Naukowej Organizacji i Kierownictwa, członek honorowy Stowarzyszenia Techników i Inżynierów Rolnictwa NOT, członek honorowy Polskiego Towarzystwa Ekonomistów, honorowy przewodniczący Komitetu Ekonomiki Rolnictwa PAN, Kentucky Colonel.

Szczególne zamiłowania. Jeździectwo. W okresie 25 lat (ćwierć wieku) od 1927 r. do 1981 r. wszystkie urlopy spędzałem wspólnie z moją żoną, Elżbietą z Minkiewiczów, na rajdach konnych po kraju, w czasie których odwiedzałem gospodarstwa rolne należące do wszystkich trzech sektorów rolnictwa, a więc gospodarstwa indywidualne, spółdzielcze i państwowe. Odwiedziliśmy m.in. prawie wszystkie stadniny koni oraz stacje ogierów w kraju. W czasie tych rajdów przejechaliśmy konno ponad 17 tysięcy km.

[1]  [2]  [3] 


Wiw.pl  |  Na bieżąco  |  Informacje  |  Co nowego  |  Matematyka i przyroda  |  Astronomia  |  Biologia  |  Fizyka  |  Matematyka  |  Modelowanie rzeczywistości  |  Humanistyka  |  Filozofia  |  Historia  |  Kultura antyczna  |  Literatura  |  Sztuka  |  Czytaj  |  Biblioteka  |  Delta  |  Wielcy i więksi  |  Przydatne  |  Słowniki  |  Co i gdzie studiować  |  Wszechświat w obrazkach