Wielcy
  Wiw.pl   Na bieżąco:  Informacje   Co nowego   Matematyka i przyroda:  Astronomia   Biologia   Fizyka   Matematyka   Modelowanie rzeczywistości   Humanistyka:  Filozofia   Historia   Kultura antyczna   Literatura   Sztuka   Czytaj:  Biblioteka   Delta   Wielcy i więksi   Przydatne:  Słowniki   Co i gdzie studiować   Wszechświat w obrazkach    
  Jesteś tutaj:   Wirtualny Wszechświat > Wielcy i więksi > Polacy mniej znani  



KRAKOWSKI PROFESOR
Franciszek Scheidt
Chyba nie był zadowolony ze swojej kondycji społecznej. Pochodził z zamożnej krakowskiej rodziny mieszczańskiej, ale z ojcowskiego imienia "Paweł" utworzył szlachetniej brzmiący dodatek "de Paula", nie protestował też zapewne, gdy kojarzono jego nazwisko z herbem Trąby. Urodził się 2 kwietnia 1759 r w Krakowie, otrzymał wraz z bratem Antonim staranne wykształcenie, zarówno w domu, jak i w Szkołach Nowodworskich (znał dobrze łacinę, francuski i niemiecki), a potem na wydziale filozoficznym Uniwersytetu Krakowskiego. Ukończył studia w 1779 r. jako doktor filozofii i rozpoczął pracę nauczyciela szkoły wydziałowej w Lublinie. Był zamiłowanym fizykiem i potrafił swój zapał przekazać uczniom, a co dziwniejsze i niespotykane - tychże uczniów rodzicom. Na prowadzone przez Scheidta pokazy doświadczeń fizycznych zjeżdżała do Lublina zaciekawiona kontuszowa, ziemiańska publiczność. A przecież dopiero niedawno do edukacji młodzieży Rzeczypospolitej dopuszczono także świeckich nauczycieli i wychowani przez jezuitów ojcowie lubelskich uczniów z wielką nieufnością oddawali swe dziatki w ich niewypróbowane ręce. Zaledwie 3 lata uczył w Lublinie, gdy odwołano go do Krakowa. Został nauczycielem w tzw. szkole przygłównej w roku szkolnym 1783/84. Z zaprzyjaźnionymi profesorami, trzema Janami: Jaśkiewiczem, Śniadeckim i Szastrem skonstruował balon napełniony ogrzanym powietrzem i na prima aprilis r. 1784 , w krakowskim ogrodzie botanicznym, przeprowadził udaną próbę wzlotu balonu. Zapał do eksperymentów aeronautycznych był spory, lot "bani powietrznej" pobudził wyobraźnię uczniów i publiczności, a co na to Komisja Edukacji Narodowej, ówczesne ministerstwo? Po prostu odmówiła pieniędzy na dalsze doświadczenia!

Z początkiem r. 1785 Scheidt został wiceprofesorem w Kolegium Fizycznym Uniwersytetu Krakowskiego, noszącego wówczas dumne miano Szkoły Głównej Koronnej; parę lat później był nawet sekretarzem tegoż Kolegium, a poparcia udzielił mu sam Hugon Kołłątaj. Razem z Jaśkiewiczem, najwybitniejszym w owych czasach polskim chemikiem i mineralogiem, organizował gabinet chemiczny, sprowadzał z Wiednia aparaturę i szkła laboratoryjne, chemikalia zdobywali na miejscu. Kompletowali zbiory do gabinetu historii naturalnej i współdziałali przy zakładaniu i rozwijaniu ogrodu botanicznego uniwersytetu. Ich współpraca była ścisła, w wielu zakresach wspomagali się i uzupełniali. Byli pionierami teorii spalania ciał (z udziałem tlenu) Lavoisiera w Polsce, i to wkrótce po jej ogłoszeniu. Scheidt często prowadził wykłady w zastępstwie Jaśkiewicza, a w ostatniej ławce audytorium przysiadał czasami ksiądz Kołłątaj i słuchał nowości z dziedziny chemii, fizyki, zoologii czy botaniki.

Scheidt ogłosił w r. 1786 pracę "O elektryczności uważanej w ciałach ziemskich i atmosferze..." i zyskał spore uznanie, a nawet nagrodę uczelni, jednak nie wystarczyło to do otrzymania w r. 1787 nominacji na stanowisko profesora po odejściu Jaśkiewicza. W Akademii tlił się i narastał konflikt między starymi a młodymi profesorami, między zwolennikami tradycyjnego nauczania, opartego na wywodzących się z teologii spekulacyjnych teoriach filozoficznych, zarazem przyzwyczajonymi do ścisłych związków nauki z kościołem, a propagatorami nauki świeckiej, oderwanej od teologii i opartej na doświadczeniu. Zdecydowanie nie podobali się ani rektorowi Feliksowi Oraczewskiemu, ani profesorowi Andrzejowi Turskiemu nowomodni, świeccy nauczyciele, o zgrozo, nawet żonaci i mieszkający poza uczelnią. Zresztą, czy mało znamy profesorów, kierowników zakładów, bossów z wielkich firm, którzy najchętniej widzieliby swych pracowników poddanych zakonnej wręcz dyscyplinie, skoszarowanych w jednym miejscu, bezżennych i bezdzietnych? O uczonych białogłowach, pobłogosławionych potomstwem, nie śniono wtedy nawet w najczarniejszych snach! Spór o kompetencje i metody nauczania rozognił środowisko profesorskie do tego stopnia, że rektor pozwał Scheidta przed swój sąd, a pan Franciszek de Paula z kolegami zrewanżowali się manifestem wniesionym do sądów grodzkich krakowskich i notą do Komisji Edukacji Narodowej. Załagodzono sprawę w r. 1790 i wtedy dopiero przyznano Scheidtowi patent profesorski i należne od dawna pobory.

Odskocznią od przykrych sporów akademickich był krakowski ogród botaniczny. Założony nad odciętym starorzeczem Wisły, organizowany od r. 1780 przez Jaśkiewicza z pomocą wiedeńskiego ogrodnika, stał się pasją i schronieniem Franciszka Scheidta. Tam w nowym budynku obserwatorium astronomicznego otrzymał bezpłatne lokum i zamieszkał z małżonką. Z Austrii, Francji i Rosji sprowadzał sadzonki do ogrodu, rośliny krajowe dostawał choćby z Puław, od księżnej Izabeli Czartoryskiej, a z wypraw ze studentami w pobliskie Karpaty wracał obładowany okazami rodzimej flory. Żakom krakowskim cierpliwie tłumaczył zasady systematyki Linneusza, nie szczędząc sił na bliższe i dalsze wycieczki edukacyjne. Zdołał w nowiutkich szklarniach ogrodu wyhodować banany, zwane wtedy "muzami" . Owoc był godny królewskiego stołu, król godny wspaniałego daru, a Scheidt godny uprzejmego podziękowania. Znali się zresztą choćby z czasów królewskiej podróży z 1787 r, podczas której król, zmierzając do Kaniowa (na spotkanie z Katarzyną II!), a potem wracając, objechał swe królestwo i obejrzał to, co było godne obejrzenia. W drodze po hutach i kopalniach Krakowskiego i Sandomierskiego towarzyszył królowi wiceprofesor i objaśniał znakomitemu gościowi właściwości i przydatność wydobywanych kopalin, a w razie potrzeby przeprowadzał doświadczenia fizyczne i chemiczne.

Wujem pani Ludwiki z Wolmanów , od 1790 r. profesorowej Scheidtowej, był Walenty Bartsch, właściciel zajazdu w Krakowie. We wrześniu 1790 r. gościem w zajeździe był znany już niemiecki poeta, Johann Wolfgang Goethe. Znakomitego gościa oprowadzał po Krakowie nasz pan Franciszek, władający biegle niemieckim. Zagraniczny gość podobno nie bardzo interesował się miastem i przyjechał właściwie po to, żeby zwiedzić kopalnię soli w Wieliczce. Ale nie uwierzymy tym pogłoskom; przecież to na uczelni w Krakowie z początkiem XVI w. uczył się ponoć magii i czarnoksięstwa sam Faust z Knittlingen! Z kim łatwiej było szukać poecie jego śladów niż z profesorem z tej samej Akademii? Nie będziemy chyba dalecy od rzeczywistości, jeżeli towarzysząc obu znakomitym mężom w spacerze po okolicach, trafimy na Krzemionki i Skałki Twardowskiego, gdzie praktykował swe tajemne czarnoksięskie sztuki mistrz Twardowski i gdzie zapewne pertraktował z Mefistofelesem. W omszałych, wapiennych grotach, zasnutych pajęczynami, nietrudno było odtworzyć nastrój magii i tajemnicy, odkryć odcisk diabelskiego pazura czy poczuć odór siarki.

W trudnych chwilach Rzeczypospolitej Scheidt wykazał oddanie i patriotyzm; wierny Konstytucji Majowej poparł sprzysiężenie, przygotowujące powstanie kościuszkowskie. To u Bartschów w winiarni spotykali się krakowscy jakobini, nad którymi czuwał Kołłątaj. Po wybuchu powstania Scheidt z zaprzyjaźnionymi profesorami Czechem i Śniadeckim weszli do Komisji Porządkowej, Scheidt został też członkiem sądu krakowskiego. Po klęsce jakiś czas ukrywał się w Warszawie, potem wrócił do Krakowa i podjął swoje obowiązki pedagogiczne. Ale sytuacja była coraz przykrzejsza. Austriackie władze zaborcze rozpoczęły germanizację uczelni, przysłały swoich urzędników, "sprawiając w Polakach profesorach rzetelny wstręt do dalszej służby". Scheidt wytrzymał do r. 1805, poczym skorzystał z propozycji Tadeusza Czackiego i przeniósł się na Wołyń, gdzie podjął obowiązki nauczycielskie w Krzemieńcu. Z zapałem zajął się tworzeniem ogrodu botanicznego w Krzemieńcu i rozpoznawaniem flory Wołynia i Podola. Podobnie jak w Krakowie, zabierał uczniów na wycieczki; zbierali wspólnie okazy botaniczne i uganiali się za owadami. Włączył się w organizowanie prac nowego przecież liceum, żywo korespondował ze Śniadeckimi, dyskutował z Czackim. Rozpoczął prace nad nowymi dziełami z zakresu chemii i historii naturalnej, lecz kres tym trudom położyła ciężka choroba płuc i przedwczesna śmierć (1807) Franciszka Scheidta, człowieka o "słodkim charakterze, który więcej kochał nauki jak skrzętność gospodarską, a kiedy natrafił na myśl faworytalną w obiekcie nauk, gotów był wszystko zapomnieć lub i nic innego nie dbać" (Kołłątaj).

Maria Czeppe (na podstawie artykułu w Polskim Słowniku Biograficznym, autorstwa Marii Czeppe i Heleny Wereszyckiej)
Wiw.pl  |  Na bieżąco  |  Informacje  |  Co nowego  |  Matematyka i przyroda  |  Astronomia  |  Biologia  |  Fizyka  |  Matematyka  |  Modelowanie rzeczywistości  |  Humanistyka  |  Filozofia  |  Historia  |  Kultura antyczna  |  Literatura  |  Sztuka  |  Czytaj  |  Biblioteka  |  Delta  |  Wielcy i więksi  |  Przydatne  |  Słowniki  |  Co i gdzie studiować  |  Wszechświat w obrazkach